sectusempra

Bastian
<
𝐵ól nie miał w sobie niczego szlachetnego.
Nie oczyszczał, nie nadawał sensu, nie układał człowieka od nowa. Był brutalny w swojej prostocie — ciężki, nieustępliwy, wbity gdzieś pod mostek i rozlewający się po klatce piersiowej przy każdym głębszym oddechu, jakby ciało próbowało przypominać mu o stracie nawet wtedy, kiedy umysł na kilka sekund odpływał gdzieś dalej. Bastian nie potrafił wskazać momentu, w którym naprawdę zaczęło do niego docierać, że Julian nie żyje. Może wtedy, kiedy zobaczył ciało. Może później, gdy pierwszy raz usłyszał pytanie dotyczące pogrzebu. A może nadal do niego nie docierało i wszystko, co robił od kilku dni, było jedynie mechanicznym przesuwaniem się od jednej konieczności do następnej.
Widział brata. To powinno wystarczyć.
Śmierć miała przecież swoją ostateczność, coś, czego nie dało się rozsądnie podważyć, kiedy człowiek patrzył na nieruchomą twarz kogoś, kogo znał przez całe życie. Mimo to jakaś szczególnie uparta część jego świadomości wciąż produkowała absurdalne odruchy. Myśl, że powinien do niego zadzwonić. Że musi mu coś powiedzieć. Że jeszcze zdążą się pokłócić o coś kompletnie nieistotnego. Takie drobiazgi pojawiały się znienacka i przez ułamek sekundy wydawały się naturalne, zanim rzeczywistość przygniatała je z powrotem jednym, bezlitosnym faktem.
Juliana już nie było.
Dora pomogła mu przejść przez te pierwsze dni, za co był jej wdzięczny bardziej, niż potrafił ubrać w słowa. Zajmowała przestrzeń obok bez wymuszania rozmów, przejmowała część rzeczy wtedy, gdy on sam zatrzymywał się w połowie najprostszej czynności, z pustką w głowie i rękami, które nagle nie wiedziały, co właściwie miały robić. Formalności okazały się absurdalnie przyziemne. Człowiek umierał, a świat odpowiadał formularzami, telefonami, terminami i pytaniami o szczegóły ceremonii. Trumnę. Kwiaty. Miejsce. Godzinę.
Prawie wszystko było już przygotowane. Pozostało czekać na dzień, którego najchętniej nigdy by nie doczekał.
Rodzinny dom wydawał się mniejszy, niż go pamiętał.
Może dlatego, że sam dawno przestał być chłopakiem, który trzaskał tymi drzwiami, uciekał po schodach i potrafił przez pół dnia obrażać się o słowo rzucone przy śniadaniu. Leżał teraz na swoim dawnym łóżku, z ramieniem wsuniętym pod kark i wzrokiem utkwionym w ścianie naprzeciwko, próbując zrozumieć, dlaczego właściwie nic się tutaj nie zmieniło.
Plakaty nadal wisiały w tych samych miejscach. Kilka rogów odkleiło się od ściany, papier wyblakł, ale poza tym pokój wyglądał niemal tak samo. Na półce stały książki, których od lat nie otwierał, na biurku leżały stare drobiazgi, a w jednej z szuflad zapewne nadal znajdowało się pół jego nastoletniego życia.
Margaret najwyraźniej nie potrafiła naprawdę pogodzić się z tym, że jej synowie dorośli.
Przez moment pomyślał nawet, że zachowanie tych pokojów było jej sposobem na oszukiwanie czasu. Jakby pozostawienie rzeczy na swoich miejscach oznaczało, że pewnego dnia któryś z nich znowu tu zamieszka. Że usłyszy ciężkie kroki na korytarzu, muzykę puszczoną za głośno albo sprzeczkę o łazienkę.
Przełknął ślinę.
Julian już nigdy nie wróci.
Ta świadomość przyszła bez ostrzeżenia i uderzyła mocniej niż kilka minut wcześniej, choć przecież nic się nie zmieniło. Zacisnął szczękę, przymknął oczy i przez moment skoncentrował się wyłącznie na oddychaniu. Nie chciał płakać. Nie dlatego, że uważał łzy za coś wstydliwego. Zwyczajnie miał wrażenie, że jeśli pozwoli sobie teraz rozpaść się do końca, nie będzie wiedział, w którym miejscu później zebrać wszystkie kawałki.
Nie mógł też zostawić matki samej. Widział, co zrobiła z nią śmierć syna, nawet jeżeli Margaret próbowała nadal funkcjonować poprzez obowiązki, herbatę i pytania o to, czy coś zjadł. To było niemal groteskowe — ona martwiła się o jego obiad, podczas gdy sama wyglądała tak, jakby od kilku dni zapominała, że jedzenie istnieje.
Z ojcem sytuacja wyglądała inaczej.
Rozmawiali, jeśli można było nazwać rozmową krótkie wymiany zdań dotyczące praktycznych spraw. Uprzejme. Chłodne. Pozbawione wszystkiego, co mogłoby przypadkiem otworzyć drzwi do tematów, których żaden z nich nie chciał teraz dotykać. Bastian nie miał siły na kolejną wojnę, zwłaszcza tutaj, zwłaszcza przed pogrzebem. Uznał więc, że zostanie w domu do ceremonii, a później wróci do Mid-City. Do własnego mieszkania. Do Silasa.
Do życia, które miało wyglądać dokładnie tak samo jak wcześniej, choć nie było już takie samo.
Ta myśl była chyba najgorsza. Świat nie zatrzymał się razem z Julianem. Ludzie nadal chodzili do pracy, samochody przejeżdżały ulicą, ktoś śmiał się kilka domów dalej, a telefon Bastiana co jakiś czas pokazywał powiadomienia zupełnie niezwiązane ze śmiercią. Cała rzeczywistość miała czelność funkcjonować dalej.
Przesunął spojrzeniem po suficie, zatrzymując wzrok na drobnym pęknięciu farby, które pamiętał jeszcze z młodości.
Telefon zawibrował na materacu.
Drgnął lekko, wyrwany z własnych myśli, po czym sięgnął po urządzenie. Na ekranie widniał numer, którego nie znał, poprzedzony obcym kierunkowym.
Zmarszczył brwi.
W ostatnich dniach odebrał już tyle telefonów od nieznanych osób, że trudno było mówić o czymś szczególnie podejrzanym. Zakład pogrzebowy. Urzędy. Ktoś związany ze sprawą Juliana. Dalsza rodzina, która nagle przypominała sobie o jego istnieniu.
Przez chwilę rozważał odrzucenie połączenia. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać.
Ostatecznie przesunął jednak kciukiem po ekranie i przyłożył telefon do ucha.
— Halo?
Nie odpowiedział mu człowiek. Zamiast tego odezwał się chłodny, automatyczny głos, pozbawiony jakiejkolwiek intonacji.
Otrzymujesz połączenie z Cypress Grove Behavioral Health Center. Połączenie zostanie zrealizowane na koszt odbiorcy. Aby zaakceptować opłatę i kontynuować rozmowę, powiedz: tak.
Bastian znieruchomiał.
Cypress Grove Behavioral Health Center.
Nazwa niczego mu nie mówiła.
Uniósł się trochę wyżej na łóżku, opierając plecy o ścianę, i spojrzał ponownie na ekran, jakby numer miał nagle zdradzić mu tożsamość osoby po drugiej stronie.
Ośrodek zdrowia psychicznego.
Kto, do cholery, miał do niego dzwonić z takiego miejsca?
Przez głowę przemknęło mu kilka nazwisk, ale żadne nie pasowało. Przez ostatnie dni jego telefon stał się właściwie przedłużeniem pogrzebu Juliana, dlatego pierwszym odruchem było szukanie związku właśnie z bratem. Może ktoś z jego przeszłości. Może ktoś, kogo znał w więzieniu. Może kolejna rzecz, o której Bastian nie miał pojęcia, choć ostatnio coraz częściej dochodził do wniosku, że całe życie Juliana składało się właśnie z takich rzeczy.
Automat czekał. Przyłożył telefon mocniej do ucha.
— Tak — odpowiedział niepewnie.
Nie oczyszczał, nie nadawał sensu, nie układał człowieka od nowa. Był brutalny w swojej prostocie — ciężki, nieustępliwy, wbity gdzieś pod mostek i rozlewający się po klatce piersiowej przy każdym głębszym oddechu, jakby ciało próbowało przypominać mu o stracie nawet wtedy, kiedy umysł na kilka sekund odpływał gdzieś dalej. Bastian nie potrafił wskazać momentu, w którym naprawdę zaczęło do niego docierać, że Julian nie żyje. Może wtedy, kiedy zobaczył ciało. Może później, gdy pierwszy raz usłyszał pytanie dotyczące pogrzebu. A może nadal do niego nie docierało i wszystko, co robił od kilku dni, było jedynie mechanicznym przesuwaniem się od jednej konieczności do następnej.
Widział brata. To powinno wystarczyć.
Śmierć miała przecież swoją ostateczność, coś, czego nie dało się rozsądnie podważyć, kiedy człowiek patrzył na nieruchomą twarz kogoś, kogo znał przez całe życie. Mimo to jakaś szczególnie uparta część jego świadomości wciąż produkowała absurdalne odruchy. Myśl, że powinien do niego zadzwonić. Że musi mu coś powiedzieć. Że jeszcze zdążą się pokłócić o coś kompletnie nieistotnego. Takie drobiazgi pojawiały się znienacka i przez ułamek sekundy wydawały się naturalne, zanim rzeczywistość przygniatała je z powrotem jednym, bezlitosnym faktem.
Juliana już nie było.
Dora pomogła mu przejść przez te pierwsze dni, za co był jej wdzięczny bardziej, niż potrafił ubrać w słowa. Zajmowała przestrzeń obok bez wymuszania rozmów, przejmowała część rzeczy wtedy, gdy on sam zatrzymywał się w połowie najprostszej czynności, z pustką w głowie i rękami, które nagle nie wiedziały, co właściwie miały robić. Formalności okazały się absurdalnie przyziemne. Człowiek umierał, a świat odpowiadał formularzami, telefonami, terminami i pytaniami o szczegóły ceremonii. Trumnę. Kwiaty. Miejsce. Godzinę.
Prawie wszystko było już przygotowane. Pozostało czekać na dzień, którego najchętniej nigdy by nie doczekał.
Rodzinny dom wydawał się mniejszy, niż go pamiętał.
Może dlatego, że sam dawno przestał być chłopakiem, który trzaskał tymi drzwiami, uciekał po schodach i potrafił przez pół dnia obrażać się o słowo rzucone przy śniadaniu. Leżał teraz na swoim dawnym łóżku, z ramieniem wsuniętym pod kark i wzrokiem utkwionym w ścianie naprzeciwko, próbując zrozumieć, dlaczego właściwie nic się tutaj nie zmieniło.
Plakaty nadal wisiały w tych samych miejscach. Kilka rogów odkleiło się od ściany, papier wyblakł, ale poza tym pokój wyglądał niemal tak samo. Na półce stały książki, których od lat nie otwierał, na biurku leżały stare drobiazgi, a w jednej z szuflad zapewne nadal znajdowało się pół jego nastoletniego życia.
Margaret najwyraźniej nie potrafiła naprawdę pogodzić się z tym, że jej synowie dorośli.
Przez moment pomyślał nawet, że zachowanie tych pokojów było jej sposobem na oszukiwanie czasu. Jakby pozostawienie rzeczy na swoich miejscach oznaczało, że pewnego dnia któryś z nich znowu tu zamieszka. Że usłyszy ciężkie kroki na korytarzu, muzykę puszczoną za głośno albo sprzeczkę o łazienkę.
Przełknął ślinę.
Julian już nigdy nie wróci.
Ta świadomość przyszła bez ostrzeżenia i uderzyła mocniej niż kilka minut wcześniej, choć przecież nic się nie zmieniło. Zacisnął szczękę, przymknął oczy i przez moment skoncentrował się wyłącznie na oddychaniu. Nie chciał płakać. Nie dlatego, że uważał łzy za coś wstydliwego. Zwyczajnie miał wrażenie, że jeśli pozwoli sobie teraz rozpaść się do końca, nie będzie wiedział, w którym miejscu później zebrać wszystkie kawałki.
Nie mógł też zostawić matki samej. Widział, co zrobiła z nią śmierć syna, nawet jeżeli Margaret próbowała nadal funkcjonować poprzez obowiązki, herbatę i pytania o to, czy coś zjadł. To było niemal groteskowe — ona martwiła się o jego obiad, podczas gdy sama wyglądała tak, jakby od kilku dni zapominała, że jedzenie istnieje.
Z ojcem sytuacja wyglądała inaczej.
Rozmawiali, jeśli można było nazwać rozmową krótkie wymiany zdań dotyczące praktycznych spraw. Uprzejme. Chłodne. Pozbawione wszystkiego, co mogłoby przypadkiem otworzyć drzwi do tematów, których żaden z nich nie chciał teraz dotykać. Bastian nie miał siły na kolejną wojnę, zwłaszcza tutaj, zwłaszcza przed pogrzebem. Uznał więc, że zostanie w domu do ceremonii, a później wróci do Mid-City. Do własnego mieszkania. Do Silasa.
Do życia, które miało wyglądać dokładnie tak samo jak wcześniej, choć nie było już takie samo.
Ta myśl była chyba najgorsza. Świat nie zatrzymał się razem z Julianem. Ludzie nadal chodzili do pracy, samochody przejeżdżały ulicą, ktoś śmiał się kilka domów dalej, a telefon Bastiana co jakiś czas pokazywał powiadomienia zupełnie niezwiązane ze śmiercią. Cała rzeczywistość miała czelność funkcjonować dalej.
Przesunął spojrzeniem po suficie, zatrzymując wzrok na drobnym pęknięciu farby, które pamiętał jeszcze z młodości.
Telefon zawibrował na materacu.
Drgnął lekko, wyrwany z własnych myśli, po czym sięgnął po urządzenie. Na ekranie widniał numer, którego nie znał, poprzedzony obcym kierunkowym.
Zmarszczył brwi.
W ostatnich dniach odebrał już tyle telefonów od nieznanych osób, że trudno było mówić o czymś szczególnie podejrzanym. Zakład pogrzebowy. Urzędy. Ktoś związany ze sprawą Juliana. Dalsza rodzina, która nagle przypominała sobie o jego istnieniu.
Przez chwilę rozważał odrzucenie połączenia. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać.
Ostatecznie przesunął jednak kciukiem po ekranie i przyłożył telefon do ucha.
— Halo?
Nie odpowiedział mu człowiek. Zamiast tego odezwał się chłodny, automatyczny głos, pozbawiony jakiejkolwiek intonacji.
Otrzymujesz połączenie z Cypress Grove Behavioral Health Center. Połączenie zostanie zrealizowane na koszt odbiorcy. Aby zaakceptować opłatę i kontynuować rozmowę, powiedz: tak.
Bastian znieruchomiał.
Cypress Grove Behavioral Health Center.
Nazwa niczego mu nie mówiła.
Uniósł się trochę wyżej na łóżku, opierając plecy o ścianę, i spojrzał ponownie na ekran, jakby numer miał nagle zdradzić mu tożsamość osoby po drugiej stronie.
Ośrodek zdrowia psychicznego.
Kto, do cholery, miał do niego dzwonić z takiego miejsca?
Przez głowę przemknęło mu kilka nazwisk, ale żadne nie pasowało. Przez ostatnie dni jego telefon stał się właściwie przedłużeniem pogrzebu Juliana, dlatego pierwszym odruchem było szukanie związku właśnie z bratem. Może ktoś z jego przeszłości. Może ktoś, kogo znał w więzieniu. Może kolejna rzecz, o której Bastian nie miał pojęcia, choć ostatnio coraz częściej dochodził do wniosku, że całe życie Juliana składało się właśnie z takich rzeczy.
Automat czekał. Przyłożył telefon mocniej do ucha.
— Tak — odpowiedział niepewnie.
żmijka

Cypress Grove Behavioral Health Center
<
To te ściany. Pieprzone ściany doprowadzały go do szału. Krzywy napis, nabazgrany długopisem z granatowym wkładem: „witamy w piekle” – tuż u wezgłowia jego łóżka. Uważał to za przesadę – widział piekło, co do tego nie miał wątpliwości, ale jego piekłem pozostawała własna głowa i ludzie, którzy próbowali zrobić z niego jakiś użytek.
Tylko te ściany... kiedy zasypiał, wydawało mu się, że walą mu się na głowę, a sufit obniża się gwałtownie, żeby którejś nocy przyszpilić go do materaca, uniemożliwiając wygrzebanie się bladym porankiem z pościeli, celem odebrania pierwszej dawki leków.
Najbrzydsze były w palarni – jakby zapomnianej przez Boga i wszystkie sprzyjające mu siły. W niektórych miejscach obdrapane, niby w ataku szału, niby w pełnym znużenia geście obdrapywania ich z odpryśniętej już i tak farby i cienkiej warstwy tynku. Mieli dyżury – całkiem uczciwe – na utrzymywanie w tym pomieszczeniu porządku. Parę tygodni temu (chyba – czas zlewał mu się w bezkształtną breję) udało mu się zmyć spod parapetu okazałą rycinę przedstawiającą męskie prącie. Nikt go za to nie pochwalił, ale też jakoś specjalnie nie szczycił się tym dokonaniem. Ani faktem, że wcześniej sam je tam narysował.
Nie lubił też ścian w łazience, ale z innych powodów. Nie lubił tego, że były cienkie, a zamiast drzwi była wetknięta między nie jedynie nieprzyjemna w dotyku kotara. Nie lubił tego, że każdy czekający na korytarzu w kolejce na swoją kolej słyszał, kiedy odkręcał i zakręcał wodę, kiedy uderzał stopami o posadzkę i śpiewał pod nosem, w desperackiej próbie odnalezienia pod prysznicem odrobiny spokoju i prywatności. I nie lubił też braku lustra – stając przed umywalką wpatrywał się w zarys własnego odbicia, skrzywionego przez teksturę łazienkowych kafelek i potrafił stwierdzić tylko, że nie wygląda zbyt ludzko. Ani zbyt klausowo. Ani zbyt... dobrze.
Ściany w dyżurce pielęgniarek, pomalowane w kolor ostrej czerwieni, jakby od progu zwiastować miały wyłącznie kłopoty, kojarzyły mu się tylko z kolejnymi pobraniami krwi, kilkoma złośliwymi komentarzami na temat wirusa, krążącego z uporem w jego żyłach, rutynowych oględzinach ciała, na których czuł się bardziej jak mebel niż człowiek i ostrym bólem rozsadzającym nozdrza, kiedy wąska rurka żywieniowej sądy po raz kolejny przedzierała się przez zasklepione strupem rany.
Może to te ściany były najgorsze. Ściany bijące na alarm.
Najładniejsze były w pokoju do grupowej terapii. Zielone, z trywialnymi malunkami pociągniętymi pędzlem poprzednich pacjentów. Klaus spędzał sesje na milczeniu, a zajęcia artystyczne na składaniu mozaik ze wspomnień ostatnich kilku lat – tych, które akurat zaszczepiły mu się uparcie w umyśle. Jeszcze na początku pobytu pisał listy – dużo, dużo listów. A potem leki, które mu przepisali, zwiotczyły mu mózg, wspomnienia i zdolności do stabilnego trzymania pióra pomiędzy palcami, także skupił się na wyklejaniu obrazków kawałkami kolorowych karteczek, okazjonalnie chwytając też w dłoń kartkę papieru i ołówek.
Na początku uważał, że pobyt tutaj to beznadziejny pomysł. Kłamał jak najęty, że już czuje się dobrze i nie spróbuje więcej zrobić niczego głupiego, ale nikt specjalnie mu nie uwierzył. Potem, po sesji kilku rozmów z psycholożką, zgodził się zostać na obserwację. Po obserwacji, po rozmowie z lekarzem prowadzącym, zgodził się zostać jeszcze trochę, celem dobrania odpowiednich leków, które miały „ułatwić mu wszystko”. Etap dobierania leków zdawał się jednak nie kończyć, a on z tygodnia na tydzień czuł się tylko coraz bardziej przytłumiony. Czas przelatywał mu przez palce. Minuty, godziny, dni.
Ale nie można było zaprzeczyć, że medykamenty robiły to, co miały – emocjonalny ból, który rozdzierał mu duszę odkąd pamiętał, pozostawił za sobą tylko pustkę i echo, odbijające się od kości. Tak samo zniknęły też przyjemność z czegokolwiek, determinacja, żeby poskładać się w całość i wrócić do Bastiana oraz wiara w to, że poza tymi ścianami czekało na niego jeszcze cokolwiek wartościowego.
– Chciałbym tylko... chyba z nim porozmawiać. Żeby wiedział, że... co się ze mną dzieje. Że to nie jego wina.
– To brzmi jak bardzo zły pomysł. Może zaburzyć proces terapeutyczny.
To słyszał przez pierwsze dwa miesiące. Potem przestał pytać i prosić. Nie przestał za to tęsknić, ale wybrał tęsknotę po cichu – może to faktycznie był bardzo zły pomysł. Nie ze względu na niego, tylko na Knoxa.
Nie można tak znikać, a potem pojawiać się znikąd. Nie można z hukiem wypadać z czyjegoś życia, dając drugiej osobie okazję na ułożenie sobie wszystko po swojemu, w spokoju, w harmonii, a potem wracać z krótkim komunikatem o nerwowym załamaniu. Nie można.
Ale tak bardzo chciał.
W przypływach fali tęsknoty, rozpisywał na kartce w notesie, który był jedną z niewielu rzeczy osobistych, jaką pozwolono mu zatrzymać przy sobie, kolejne konfiguracje liczb, które potencjalnie mogły składać się na numer Bastiana. Wiedział, że nie pozwolą mu wyszukać go we własnej komórce, ale skorzystanie z telefonu stacjonarnego w dyżurce pielęgniarek wymagało jedynie poinformowania, do kogo się dzwoni i odznaczenia tego w rejestrze. A tam równie dobrze można było skłamać.
Więc chodził tam co parę dni i próbował. Wykreślał kolejne opcje, zostawiając do dalszego wykorzystania ciągi liczb, które wydawały mu się najbardziej znajome. Uderzał głową w ścianę, próbując przypomnieć sobie profil kontaktu Knoxa we własnej komórce, zamkniętej szczelnie w szpitalnym depozycie.
– Kto tym razem, Werner? Ciotka Penelope nie oddzwoniła – poinformowała go dyżurująca pielęgniarka, kiedy tym razem zobaczyła go w progu.
– Chcę spróbować z kuzynem. Johann Sebastian Werner – odparł i nie musiał nawet silić się na obojętność. Emocjonalne wyzucie miało jedną jedyną zaletę: czyniło patologiczne kłamstwo kuriozalnie prostym zadaniem.
– Kiedy zdejmujemy tę trąbkę, co? – Głos kobiety dobiegał go w tle, kiedy usadawiał się na kozetce, wyciągając dłoń po słuchawkę telefonu. Ignorował ją wpół świadomie, wysuwając już z kieszeni karteczkę z numerem. Ręce cholernie mu się trzęsły, ale tak było przez większość czasu. – Werner?
– To nie moja decyzja, z tego co wiem – mruknął tylko, wybijając na klawiaturze pierwsze cyfry.
– Oczywiście, że twoja. Planujesz coś zjeść w tym tygodniu? Naprawdę, fakt, że dorośli, zdrowi ludzie na własne życzenie robią coś takiego, marnując środki, które powinny iść dla...
– Z tego, co wiem, to nie jestem zdrowy - odburknął niecierpliwie, ale nadal nie podnosił na nią wzroku. Jeśli czegoś zdążył się nauczyć przez te tygodnie, to było to niewchodzenie w dysputy z poirytowanymi własną dolą pielęgniarkami, ale czasem nie potrafił powstrzymać się od odpowiedzi.
Siostra Beth mówiła coś jeszcze, ale on już zdążył przyłożyć słuchawkę do ucha, a kiedy usłyszał w niej sygnał przekierowywania połączenia, zamarł tak definitywnie, że żadne słowa już do niego nie docierały.
Wiedział, że sygnał jeszcze niczego nie oznaczał. To wciąż mógł być zły numer.
Ale wtedy miarowy dźwięk w słuchawce zamienił się w statyczny szum, sugerujący nawiązanie połączenia. Wziął głęboki wdech.
– Czy to... – zaczął, ale głos zaciął mu się na pierwszych słowach. Czul piekące spojrzenie Beth na swoich bladych policzkach. Odchrząknął krótko. – Johann Sebastian Werner? – dokończył, w duchu modląc się, żeby Bastian zorientował się, że są na podsłuchu. I żeby poznał, że ten płaski, zblazowany i wykarczowany medykamentami z jakiejkolwiek brawury głos po drugiej strony słuchawki, należy właśnie do niego. – Tu Klaus. Twój... twój kuzyn. Chciałem... chciałem tylko powiedzieć, że wszystko jest w porządku i... może ciotka mogłaby do mnie oddzwonić w któryś dzień, bo ja... Jak się trzymacie? – Słowa mieszały mu się już w gardle, a na języku nachodziły na siebie wzajemnie, uniemożliwiając utworzenie spójnej myśli.
Bał się mieć nadzieję, ale nadzieja była wszystkim, co mu pozostało.
Tylko te ściany... kiedy zasypiał, wydawało mu się, że walą mu się na głowę, a sufit obniża się gwałtownie, żeby którejś nocy przyszpilić go do materaca, uniemożliwiając wygrzebanie się bladym porankiem z pościeli, celem odebrania pierwszej dawki leków.
Najbrzydsze były w palarni – jakby zapomnianej przez Boga i wszystkie sprzyjające mu siły. W niektórych miejscach obdrapane, niby w ataku szału, niby w pełnym znużenia geście obdrapywania ich z odpryśniętej już i tak farby i cienkiej warstwy tynku. Mieli dyżury – całkiem uczciwe – na utrzymywanie w tym pomieszczeniu porządku. Parę tygodni temu (chyba – czas zlewał mu się w bezkształtną breję) udało mu się zmyć spod parapetu okazałą rycinę przedstawiającą męskie prącie. Nikt go za to nie pochwalił, ale też jakoś specjalnie nie szczycił się tym dokonaniem. Ani faktem, że wcześniej sam je tam narysował.
Nie lubił też ścian w łazience, ale z innych powodów. Nie lubił tego, że były cienkie, a zamiast drzwi była wetknięta między nie jedynie nieprzyjemna w dotyku kotara. Nie lubił tego, że każdy czekający na korytarzu w kolejce na swoją kolej słyszał, kiedy odkręcał i zakręcał wodę, kiedy uderzał stopami o posadzkę i śpiewał pod nosem, w desperackiej próbie odnalezienia pod prysznicem odrobiny spokoju i prywatności. I nie lubił też braku lustra – stając przed umywalką wpatrywał się w zarys własnego odbicia, skrzywionego przez teksturę łazienkowych kafelek i potrafił stwierdzić tylko, że nie wygląda zbyt ludzko. Ani zbyt klausowo. Ani zbyt... dobrze.
Ściany w dyżurce pielęgniarek, pomalowane w kolor ostrej czerwieni, jakby od progu zwiastować miały wyłącznie kłopoty, kojarzyły mu się tylko z kolejnymi pobraniami krwi, kilkoma złośliwymi komentarzami na temat wirusa, krążącego z uporem w jego żyłach, rutynowych oględzinach ciała, na których czuł się bardziej jak mebel niż człowiek i ostrym bólem rozsadzającym nozdrza, kiedy wąska rurka żywieniowej sądy po raz kolejny przedzierała się przez zasklepione strupem rany.
Może to te ściany były najgorsze. Ściany bijące na alarm.
Najładniejsze były w pokoju do grupowej terapii. Zielone, z trywialnymi malunkami pociągniętymi pędzlem poprzednich pacjentów. Klaus spędzał sesje na milczeniu, a zajęcia artystyczne na składaniu mozaik ze wspomnień ostatnich kilku lat – tych, które akurat zaszczepiły mu się uparcie w umyśle. Jeszcze na początku pobytu pisał listy – dużo, dużo listów. A potem leki, które mu przepisali, zwiotczyły mu mózg, wspomnienia i zdolności do stabilnego trzymania pióra pomiędzy palcami, także skupił się na wyklejaniu obrazków kawałkami kolorowych karteczek, okazjonalnie chwytając też w dłoń kartkę papieru i ołówek.
Na początku uważał, że pobyt tutaj to beznadziejny pomysł. Kłamał jak najęty, że już czuje się dobrze i nie spróbuje więcej zrobić niczego głupiego, ale nikt specjalnie mu nie uwierzył. Potem, po sesji kilku rozmów z psycholożką, zgodził się zostać na obserwację. Po obserwacji, po rozmowie z lekarzem prowadzącym, zgodził się zostać jeszcze trochę, celem dobrania odpowiednich leków, które miały „ułatwić mu wszystko”. Etap dobierania leków zdawał się jednak nie kończyć, a on z tygodnia na tydzień czuł się tylko coraz bardziej przytłumiony. Czas przelatywał mu przez palce. Minuty, godziny, dni.
Ale nie można było zaprzeczyć, że medykamenty robiły to, co miały – emocjonalny ból, który rozdzierał mu duszę odkąd pamiętał, pozostawił za sobą tylko pustkę i echo, odbijające się od kości. Tak samo zniknęły też przyjemność z czegokolwiek, determinacja, żeby poskładać się w całość i wrócić do Bastiana oraz wiara w to, że poza tymi ścianami czekało na niego jeszcze cokolwiek wartościowego.
– Chciałbym tylko... chyba z nim porozmawiać. Żeby wiedział, że... co się ze mną dzieje. Że to nie jego wina.
– To brzmi jak bardzo zły pomysł. Może zaburzyć proces terapeutyczny.
To słyszał przez pierwsze dwa miesiące. Potem przestał pytać i prosić. Nie przestał za to tęsknić, ale wybrał tęsknotę po cichu – może to faktycznie był bardzo zły pomysł. Nie ze względu na niego, tylko na Knoxa.
Nie można tak znikać, a potem pojawiać się znikąd. Nie można z hukiem wypadać z czyjegoś życia, dając drugiej osobie okazję na ułożenie sobie wszystko po swojemu, w spokoju, w harmonii, a potem wracać z krótkim komunikatem o nerwowym załamaniu. Nie można.
Ale tak bardzo chciał.
W przypływach fali tęsknoty, rozpisywał na kartce w notesie, który był jedną z niewielu rzeczy osobistych, jaką pozwolono mu zatrzymać przy sobie, kolejne konfiguracje liczb, które potencjalnie mogły składać się na numer Bastiana. Wiedział, że nie pozwolą mu wyszukać go we własnej komórce, ale skorzystanie z telefonu stacjonarnego w dyżurce pielęgniarek wymagało jedynie poinformowania, do kogo się dzwoni i odznaczenia tego w rejestrze. A tam równie dobrze można było skłamać.
Więc chodził tam co parę dni i próbował. Wykreślał kolejne opcje, zostawiając do dalszego wykorzystania ciągi liczb, które wydawały mu się najbardziej znajome. Uderzał głową w ścianę, próbując przypomnieć sobie profil kontaktu Knoxa we własnej komórce, zamkniętej szczelnie w szpitalnym depozycie.
– Kto tym razem, Werner? Ciotka Penelope nie oddzwoniła – poinformowała go dyżurująca pielęgniarka, kiedy tym razem zobaczyła go w progu.
– Chcę spróbować z kuzynem. Johann Sebastian Werner – odparł i nie musiał nawet silić się na obojętność. Emocjonalne wyzucie miało jedną jedyną zaletę: czyniło patologiczne kłamstwo kuriozalnie prostym zadaniem.
– Kiedy zdejmujemy tę trąbkę, co? – Głos kobiety dobiegał go w tle, kiedy usadawiał się na kozetce, wyciągając dłoń po słuchawkę telefonu. Ignorował ją wpół świadomie, wysuwając już z kieszeni karteczkę z numerem. Ręce cholernie mu się trzęsły, ale tak było przez większość czasu. – Werner?
– To nie moja decyzja, z tego co wiem – mruknął tylko, wybijając na klawiaturze pierwsze cyfry.
– Oczywiście, że twoja. Planujesz coś zjeść w tym tygodniu? Naprawdę, fakt, że dorośli, zdrowi ludzie na własne życzenie robią coś takiego, marnując środki, które powinny iść dla...
– Z tego, co wiem, to nie jestem zdrowy - odburknął niecierpliwie, ale nadal nie podnosił na nią wzroku. Jeśli czegoś zdążył się nauczyć przez te tygodnie, to było to niewchodzenie w dysputy z poirytowanymi własną dolą pielęgniarkami, ale czasem nie potrafił powstrzymać się od odpowiedzi.
Siostra Beth mówiła coś jeszcze, ale on już zdążył przyłożyć słuchawkę do ucha, a kiedy usłyszał w niej sygnał przekierowywania połączenia, zamarł tak definitywnie, że żadne słowa już do niego nie docierały.
Wiedział, że sygnał jeszcze niczego nie oznaczał. To wciąż mógł być zły numer.
Ale wtedy miarowy dźwięk w słuchawce zamienił się w statyczny szum, sugerujący nawiązanie połączenia. Wziął głęboki wdech.
– Czy to... – zaczął, ale głos zaciął mu się na pierwszych słowach. Czul piekące spojrzenie Beth na swoich bladych policzkach. Odchrząknął krótko. – Johann Sebastian Werner? – dokończył, w duchu modląc się, żeby Bastian zorientował się, że są na podsłuchu. I żeby poznał, że ten płaski, zblazowany i wykarczowany medykamentami z jakiejkolwiek brawury głos po drugiej strony słuchawki, należy właśnie do niego. – Tu Klaus. Twój... twój kuzyn. Chciałem... chciałem tylko powiedzieć, że wszystko jest w porządku i... może ciotka mogłaby do mnie oddzwonić w któryś dzień, bo ja... Jak się trzymacie? – Słowa mieszały mu się już w gardle, a na języku nachodziły na siebie wzajemnie, uniemożliwiając utworzenie spójnej myśli.
Bał się mieć nadzieję, ale nadzieja była wszystkim, co mu pozostało.
sectusempra

Bastian
<
𝑁iepokój tlił się pod skórą od chwili, w której automat poinformował go, skąd pochodziło połączenie, lecz z każdą kolejną sekundą ciszy przybierał na sile. Nie był jeszcze pełnoprawnym strachem, raczej nieprzyjemnym przeczuciem, które nie potrafiło znaleźć dla siebie konkretnego kształtu. Ktoś z cholernego ośrodka zdrowia psychicznego, o którego istnieniu jeszcze minutę temu nie miał najmniejszego pojęcia, próbował się z nim skontaktować, a Bastian nie umiał wymyślić ani jednej sensownej przyczyny.
Myśli ponownie powędrowały w stronę Juliana.
Ostatnio wszystko prowadziło właśnie tam.
Może brat kogoś znał. Może zostawił za sobą coś, o czym nikt nie raczył Knoxowi powiedzieć. List, kontakt, człowieka, któremu coś obiecał. Po pobycie w więzieniu możliwości było wystarczająco wiele, by Bastian nie odrzucał nawet tych brzmiących kompletnie niedorzecznie. Śmierć Juliana zdążyła już udowodnić mu, że rozsądek nie zawsze miał cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.
Poprawił telefon przy uchu i czekał.
Wreszcie odezwał się głos.
Czy to...
Brwi Knoxa ściągnęły się mocniej.
Coś w tym jednym, urwanym zdaniu poruszyło pamięć szybciej od świadomości. Jeszcze nie potrafił tego nazwać, ale jego ciało zareagowało pierwsze — napięciem karku, krótkim zatrzymaniem oddechu, nagłym skupieniem na dźwiękach po drugiej stronie.
Johann Sebastian Werner?
— Yyy...?
Odpowiedź wyrwała mu się automatycznie, zupełnie niegodna wykładowcy, dorosłego człowieka ani właściwie kogokolwiek posiadającego choćby podstawową zdolność prowadzenia rozmowy.
Johann Sebastian.
Werner.
Dwa pierwsze imiona nie były przypadkowe. Nazwisko również.
A ten głos.
Kurwa.
Wyprostował się gwałtownie, odsuwając plecy od ściany. Serce uderzyło mocno, niemal boleśnie, aż przez krótką chwilę miał wrażenie, że wszystko inne w jego ciele przestało działać.
Nie.
To przecież nie mogło...
Tu Klaus. Twój... twój kuzyn.
K l a u s.
Przez głowę Bastiana nie przemknęła żadna składna myśl. Pojawiło się ich kilkanaście naraz i każda próbowała przebić poprzednią.
K l a u s.
Ten sam Klaus, który zniknął.
Ten, który jeszcze stosunkowo niedawno nie był żadnym pieprzonym kuzynem, tylko jego chłopakiem. Człowiekiem mieszkającym z nim pod jednym dachem, zostawiającym swoje rzeczy w jego mieszkaniu, zajmującym miejsce w jego codzienności z naturalnością, której Knox przez długi czas nie potrafił później z niej wyrwać.
Pierwszy impuls był gwałtowny.
Miał ochotę zapytać, gdzie do cholery był. Czemu zniknął bez prawdziwego wyjaśnienia. Dlaczego zostawił go z milionem pytań i pozwolił mu przez cały ten czas zastanawiać się, czy zrobił coś źle, czy może zwyczajnie okazał się dla Wernera tak łatwy do porzucenia.
Złość podeszła wysoko pod gardło, gorzka i natychmiastowa.
Otworzył już usta.
Nie powiedział nic.
Twój kuzyn.
Spojrzenie powędrowało w pustkę przed nim.
Cypress Grove Behavioral Health Center.
Dziwna formalność połączenia. Fałszywe nazwisko. Klaus mówiący, że wszystko jest w porządku, chociaż dzwonił z psychiatryka po miesiącach kompletnej ciszy i udawał jego krewnego.
Coś zaczęło układać się w całość.
Bastian zacisnął palce mocniej na telefonie.
Podsłuchiwali go.
Nie wiedział, kto dokładnie znajdował się obok Wernera ani na ile kontrolowane były te rozmowy, lecz nagle stało się jasne, że Klaus nie gadał w ten sposób bez powodu. Znał go za dobrze. Wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że ten idiotyczny teatrzyk z kuzynostwem nie był efektem nagłego zaćmienia umysłu.
Gniew nie zniknął. Przesunął się jedynie na dalszy plan, przykryty czymś znacznie bardziej niepokojącym. Bo Klaus był w ośrodku. I najwyraźniej znajdował się tam wystarczająco długo, skoro telefon nie należał do niego. Dopiero teraz Knox zdał sobie sprawę, że przez ostatnich kilka sekund w ogóle się nie poruszał.
Przetarł wolną dłonią twarz, próbując zebrać własne myśli, choć te rozsypywały się przy każdej próbie uporządkowania. Julian nie żył. Klaus właśnie odezwał się po miesiącach z miejsca, którego Bastian nie znał. A on miał odpowiedzieć tak, żeby człowiek po drugiej stronie zrozumiał, lecz jednocześnie nie powiedzieć za dużo.
Świetnie. Naprawdę świetnie.
— Nie — odezwał się w końcu, a jego głos zabrzmiał niżej, bardziej chropawo, niż zamierzał. Przełknął ślinę.
Na moment urwał, zaciskając szczękę.
Tyle rzeczy cisnęło mu się na język, że musiał wybierać każde słowo ostrożniej, niż miał na to ochotę.
— Nie jest w porządku od momentu, w którym zniknąłeś.
To mogło zabrzmieć zbyt ostro. Nie obchodziło go to. Nie potrafił udawać, że miesiące ciszy nagle przestały istnieć tylko dlatego, że teraz usłyszał znajomy głos.
Odwrócił wzrok w stronę drzwi swojego dawnego pokoju, upewniając się odruchowo, że nikt z rodziców nie wszedł.
— A teraz Julian nie żyje — dodał ciszej.
Te słowa nadal bolały przy wypowiadaniu.
Przesunął kciukiem po krawędzi telefonu, próbując powstrzymać kolejne pytania cisnące się na usta. Gdzie jesteś naprawdę? Co się stało? Dlaczego tam jesteś? Czemu nie zadzwoniłeś wcześniej? Kto ci to zrobił?
Żadnego z nich nie mógł jeszcze zadać wprost.
— Więc... — urwał na sekundę, szukając czegoś, co Klaus będzie potrafił odczytać pomiędzy słowami. — Ciotka ma ostatnio sporo na głowie.
Kącik jego ust drgnął nerwowo, choć nie było w tym nawet odrobiny rozbawienia.
— Ale chyba bardzo chciałaby wiedzieć, gdzie dokładnie przebywa jej... siostrzeniec.
Myśli ponownie powędrowały w stronę Juliana.
Ostatnio wszystko prowadziło właśnie tam.
Może brat kogoś znał. Może zostawił za sobą coś, o czym nikt nie raczył Knoxowi powiedzieć. List, kontakt, człowieka, któremu coś obiecał. Po pobycie w więzieniu możliwości było wystarczająco wiele, by Bastian nie odrzucał nawet tych brzmiących kompletnie niedorzecznie. Śmierć Juliana zdążyła już udowodnić mu, że rozsądek nie zawsze miał cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.
Poprawił telefon przy uchu i czekał.
Wreszcie odezwał się głos.
Czy to...
Brwi Knoxa ściągnęły się mocniej.
Coś w tym jednym, urwanym zdaniu poruszyło pamięć szybciej od świadomości. Jeszcze nie potrafił tego nazwać, ale jego ciało zareagowało pierwsze — napięciem karku, krótkim zatrzymaniem oddechu, nagłym skupieniem na dźwiękach po drugiej stronie.
Johann Sebastian Werner?
— Yyy...?
Odpowiedź wyrwała mu się automatycznie, zupełnie niegodna wykładowcy, dorosłego człowieka ani właściwie kogokolwiek posiadającego choćby podstawową zdolność prowadzenia rozmowy.
Johann Sebastian.
Werner.
Dwa pierwsze imiona nie były przypadkowe. Nazwisko również.
A ten głos.
Kurwa.
Wyprostował się gwałtownie, odsuwając plecy od ściany. Serce uderzyło mocno, niemal boleśnie, aż przez krótką chwilę miał wrażenie, że wszystko inne w jego ciele przestało działać.
Nie.
To przecież nie mogło...
Tu Klaus. Twój... twój kuzyn.
K l a u s.
Przez głowę Bastiana nie przemknęła żadna składna myśl. Pojawiło się ich kilkanaście naraz i każda próbowała przebić poprzednią.
K l a u s.
Ten sam Klaus, który zniknął.
Ten, który jeszcze stosunkowo niedawno nie był żadnym pieprzonym kuzynem, tylko jego chłopakiem. Człowiekiem mieszkającym z nim pod jednym dachem, zostawiającym swoje rzeczy w jego mieszkaniu, zajmującym miejsce w jego codzienności z naturalnością, której Knox przez długi czas nie potrafił później z niej wyrwać.
Pierwszy impuls był gwałtowny.
Miał ochotę zapytać, gdzie do cholery był. Czemu zniknął bez prawdziwego wyjaśnienia. Dlaczego zostawił go z milionem pytań i pozwolił mu przez cały ten czas zastanawiać się, czy zrobił coś źle, czy może zwyczajnie okazał się dla Wernera tak łatwy do porzucenia.
Złość podeszła wysoko pod gardło, gorzka i natychmiastowa.
Otworzył już usta.
Nie powiedział nic.
Twój kuzyn.
Spojrzenie powędrowało w pustkę przed nim.
Cypress Grove Behavioral Health Center.
Dziwna formalność połączenia. Fałszywe nazwisko. Klaus mówiący, że wszystko jest w porządku, chociaż dzwonił z psychiatryka po miesiącach kompletnej ciszy i udawał jego krewnego.
Coś zaczęło układać się w całość.
Bastian zacisnął palce mocniej na telefonie.
Podsłuchiwali go.
Nie wiedział, kto dokładnie znajdował się obok Wernera ani na ile kontrolowane były te rozmowy, lecz nagle stało się jasne, że Klaus nie gadał w ten sposób bez powodu. Znał go za dobrze. Wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że ten idiotyczny teatrzyk z kuzynostwem nie był efektem nagłego zaćmienia umysłu.
Gniew nie zniknął. Przesunął się jedynie na dalszy plan, przykryty czymś znacznie bardziej niepokojącym. Bo Klaus był w ośrodku. I najwyraźniej znajdował się tam wystarczająco długo, skoro telefon nie należał do niego. Dopiero teraz Knox zdał sobie sprawę, że przez ostatnich kilka sekund w ogóle się nie poruszał.
Przetarł wolną dłonią twarz, próbując zebrać własne myśli, choć te rozsypywały się przy każdej próbie uporządkowania. Julian nie żył. Klaus właśnie odezwał się po miesiącach z miejsca, którego Bastian nie znał. A on miał odpowiedzieć tak, żeby człowiek po drugiej stronie zrozumiał, lecz jednocześnie nie powiedzieć za dużo.
Świetnie. Naprawdę świetnie.
— Nie — odezwał się w końcu, a jego głos zabrzmiał niżej, bardziej chropawo, niż zamierzał. Przełknął ślinę.
Na moment urwał, zaciskając szczękę.
Tyle rzeczy cisnęło mu się na język, że musiał wybierać każde słowo ostrożniej, niż miał na to ochotę.
— Nie jest w porządku od momentu, w którym zniknąłeś.
To mogło zabrzmieć zbyt ostro. Nie obchodziło go to. Nie potrafił udawać, że miesiące ciszy nagle przestały istnieć tylko dlatego, że teraz usłyszał znajomy głos.
Odwrócił wzrok w stronę drzwi swojego dawnego pokoju, upewniając się odruchowo, że nikt z rodziców nie wszedł.
— A teraz Julian nie żyje — dodał ciszej.
Te słowa nadal bolały przy wypowiadaniu.
Przesunął kciukiem po krawędzi telefonu, próbując powstrzymać kolejne pytania cisnące się na usta. Gdzie jesteś naprawdę? Co się stało? Dlaczego tam jesteś? Czemu nie zadzwoniłeś wcześniej? Kto ci to zrobił?
Żadnego z nich nie mógł jeszcze zadać wprost.
— Więc... — urwał na sekundę, szukając czegoś, co Klaus będzie potrafił odczytać pomiędzy słowami. — Ciotka ma ostatnio sporo na głowie.
Kącik jego ust drgnął nerwowo, choć nie było w tym nawet odrobiny rozbawienia.
— Ale chyba bardzo chciałaby wiedzieć, gdzie dokładnie przebywa jej... siostrzeniec.
żmijka

Cypress Grove Behavioral Health Center
<
W momencie, w którym usłyszał jego głos, żołądek ścisnął mu się gwałtownie.
Wziął głęboki oddech. Palce zacisnęły się mocniej na krawędzi kozetki.
To naprawdę był on. Chyba. Nie, naprawdę.
Nie ufał swojemu umysłowi w stanie zmrożonego lekami odurzenia, ale był pewien, że tym razem nie mógł się mylić.
Do tej pory słyszał jego głos okazjonalnie, zazwyczaj tuż po tym, kiedy cienka strzykawka z relanium wysunęła się z mięśnia pośladkowego, pozostawiając go na kolejne minuty w głuchej ciszy i znieruchomieniu. Wiedział doskonale, że to wcale nie był Bastian, tylko ktoś z personelu, a słowa, które realnie były do niego kierowane, zupełnie nie przypominały tych, które odbijały się echem w jego głowie, ale to w niczym mu nie przeszkadzało. Panika więzła w zastanych medykamentem mięśniach, głowa robiła się lżejsza, a Bastian szeptał mu na ucho ciekawostki z historii muzyki, kilka słów o Silasie, parę zdań o dziekanie. Gdyby mógł, uśmiechałby się wtedy.
Ale teraz to było naprawdę, a w głosie Knoxa drżało napięcie.
Nie jest w porządku od momentu, w którym zniknąłeś.
Kolejny uścisk w żołądku. Nie wiedział, co powinien powiedzieć. Od kiedy zniknąłeś, czyli od kiedy? Przesunął spojrzeniem po dyżurce, nad karkiem Beth, pochylonej nad klawiaturą komputera, żeby finalnie odnaleźć wzrokiem zdobiący przeciwległą ścianę kalendarz. Poprawił na nosie okulary – nikt nie chciał załatwić mu tutaj soczewek – żeby przyjrzeć się dzisiejszej dacie. Nagła świadomość, że właściwie nie wiedział, ile czasu minęło mu już w zamknięciu, przygniotła go jak podeszwa ciężkiego buta.
– Ile czasu...? – zaczął, ale nie dokończył pytania, bo w tym momencie wpadli sobie nawzajem w słowo.
Julian nie żyje.
Kolejny skręt, kolejne uderzenie gorąca.
– Co? – wyrwało mu się tylko, zanim zdążył poskładać myśli w sensowne zdania. Zaraz jednak pokręcił głową. – Kurwa, Bas... kurwa – zatrzymał się w porę i choć Beth łypnęła na niego spode łba, zdawała się nie przywiązywać większej uwagi do tego, co mówił. – Przykro mi. Kiedy... kiedy to się stało? Co się stało? Czy on... masz obok kogoś do pomocy? – Kolejne słowa przebijały się na zewnątrz, a on starał się jak mógł, żeby odpowiednio nadać kolejnym napływającym kwestiom priorytety.
W tym momencie zaciskał już palce na kozetce tak mocno, że pobielały mu knykcie. Oddech stawał mu w gardle okoniem, ale wiedział, że nie mógł dać po sobie poznać, jak mocno i nagle te informacje nim wstrząsnęły.
Nie podobała mu się ta wizja – tak, w której wszystko waliło się Bastianowi na głowę. Do tej pory pocieszał się i dobijał jednocześnie myślą, że odsuwając się od niego, wyrwał jednocześnie z jego życia chwasta, patologicznie rozrastającego się w miejscu jego korzeni. A teraz... nie wiedział, co myśleć. Nie wiedział, co robić. Chyba jednak przez cały ten czas miał nadzieję, że jego nieobecność przemknęła obok świadomości Knoxa, ulotna jak cień.
A teraz wychodziło na to, że nawet jeśli tak było, to na przestrzeni ostatnich dni (tygodni? miesięcy?), Juliana zmiotło z tego świata i rzeczy zdawały się układać... co najmniej niepomyślnie.
A jednak jakoś się trzymał. On, Bastian. I on, Klaus – teraz, tutaj. Ale kiedy usłyszał komentarz o ciotce, coś pękło w nim cicho i nie zorientował się nawet, kiedy po policzku przetoczyła mu się milcząca łza. Nie otarł jej nawet, pochyliwszy tylko głowę tak, żeby nie namierzył jej wzrok pielęgniarki. Pozwolił soli osiąść w kąciku ust. To nie był ten rodzaj płaczu, który wiązał się z poczuciem oczyszczenia, tylko dowód na resztkę człowieczeństwa, wciąż zagnieżdżoną w nim gdzieś głęboko, pod grubym stężeniem środków uspokajających, które przetaczały się przez jego organizm.
– Ja? – zapytał głupio, kiedy usłyszał o siostrzeńcu, jakby na ułamek sekundy zapomniał zupełnie o składnikach tej kuzynowskiej intrygi, którą sam zaplanował. Nie czekając na odpowiedź, odchrząknął, rozejrzał się wokół, aż w końcu jego spojrzenie znowu padło na sylwetkę pielęgniarki. – Poczekaj chwilę – szepnął cicho, a potem odsunął nieco słuchawkę od policzka, tak, że jego docierały do Bastiana lekko przytłumione.
– Przepraszam, jaki tu jest adres? – Utkwił spojrzenie w głowie Beth, ale zanim kobieta zorientowała się, że mówi do niej, minęła dłuższa chwila.
Dopiero wtedy spojrzała na niego uważnie, obsuwając okulary na grzbiet nosa.
– Po co adres? Ktoś planuje cię odwiedzić?
– Nie wiem... może. Może tak. Mój kuzyn – odpowiedział pospiesznie, ale zanim dokończył wypowiedź, pielęgniarka podjechała na obrotowym krześle bliżej niego i wysunęła dłoń w jego stronę, podbródkiem wskazując na słuchawkę.
– Daj. Przekażę wszystkie informacje.
Zawahał się.
– Chwila – rzucił tylko w jej stronę i zaraz znowu przycisnął w pośpiechu słuchawkę do ucha. – Halo? Johann? – rzucił w eter, kątem oka zerkając tylko na Beth, która skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, oczekując na swoją kolej. – Jeśli... jeśli chciałbyś przyjechać może, to... możesz porozmawiać z pielęgniarką...
– Oddziałową. Pielęgniarką oddziałową.
– Pielęgniarką oddziałową, tak. Z pielęgniarką oddziałową i ona... ona ci wszystko przekaże. Jeślibyś chciał. Może. Mogę przekazać jej słuchawkę? – zapytał, znowu zezując spojrzeniem na Beth, ale zanim usłyszał z drugiej strony potwierdzenie lub zaprzeczenie dodał jeszcze szybko: – Powiedz ciotce, że ją kocham. I że przepraszam.
Niegotowy na usłyszenie odpowiedzi, pospiesznie przekazał słuchawkę znudzonej pielęgniarce.
– Halo? Elisabeth Norton, pielęgniarka oddziałowa. Jeśli jest pan zainteresowany ustaleniem terminu odwiedzin, muszę mieć opinię lekarza prowadzącego. Imię, nazwisko, stopień pokrewieństwa? – wyrzuciła z siebie na jednym tchu, dociskając słuchawkę do ucha ramieniem. W międzyczasie wolnymi dłońmi odnajdywała na biurku zeszyt i długopis.
Klaus przypatrywał się jej działaniom w głuchym otępieniu.
Bastian nie powiedział wcale, że chciałby go odwiedzić. Pytał tylko, gdzie jest.
W duszy jednak Werner nie potrafił pozbyć się nadziei, że nawet jeśli nie miał ochoty go oglądać, być może głupio będzie mu powiedzieć do wprost do pragmatycznej pielęgniarki.
Wziął głęboki oddech. Palce zacisnęły się mocniej na krawędzi kozetki.
To naprawdę był on. Chyba. Nie, naprawdę.
Nie ufał swojemu umysłowi w stanie zmrożonego lekami odurzenia, ale był pewien, że tym razem nie mógł się mylić.
Do tej pory słyszał jego głos okazjonalnie, zazwyczaj tuż po tym, kiedy cienka strzykawka z relanium wysunęła się z mięśnia pośladkowego, pozostawiając go na kolejne minuty w głuchej ciszy i znieruchomieniu. Wiedział doskonale, że to wcale nie był Bastian, tylko ktoś z personelu, a słowa, które realnie były do niego kierowane, zupełnie nie przypominały tych, które odbijały się echem w jego głowie, ale to w niczym mu nie przeszkadzało. Panika więzła w zastanych medykamentem mięśniach, głowa robiła się lżejsza, a Bastian szeptał mu na ucho ciekawostki z historii muzyki, kilka słów o Silasie, parę zdań o dziekanie. Gdyby mógł, uśmiechałby się wtedy.
Ale teraz to było naprawdę, a w głosie Knoxa drżało napięcie.
Nie jest w porządku od momentu, w którym zniknąłeś.
Kolejny uścisk w żołądku. Nie wiedział, co powinien powiedzieć. Od kiedy zniknąłeś, czyli od kiedy? Przesunął spojrzeniem po dyżurce, nad karkiem Beth, pochylonej nad klawiaturą komputera, żeby finalnie odnaleźć wzrokiem zdobiący przeciwległą ścianę kalendarz. Poprawił na nosie okulary – nikt nie chciał załatwić mu tutaj soczewek – żeby przyjrzeć się dzisiejszej dacie. Nagła świadomość, że właściwie nie wiedział, ile czasu minęło mu już w zamknięciu, przygniotła go jak podeszwa ciężkiego buta.
– Ile czasu...? – zaczął, ale nie dokończył pytania, bo w tym momencie wpadli sobie nawzajem w słowo.
Julian nie żyje.
Kolejny skręt, kolejne uderzenie gorąca.
– Co? – wyrwało mu się tylko, zanim zdążył poskładać myśli w sensowne zdania. Zaraz jednak pokręcił głową. – Kurwa, Bas... kurwa – zatrzymał się w porę i choć Beth łypnęła na niego spode łba, zdawała się nie przywiązywać większej uwagi do tego, co mówił. – Przykro mi. Kiedy... kiedy to się stało? Co się stało? Czy on... masz obok kogoś do pomocy? – Kolejne słowa przebijały się na zewnątrz, a on starał się jak mógł, żeby odpowiednio nadać kolejnym napływającym kwestiom priorytety.
W tym momencie zaciskał już palce na kozetce tak mocno, że pobielały mu knykcie. Oddech stawał mu w gardle okoniem, ale wiedział, że nie mógł dać po sobie poznać, jak mocno i nagle te informacje nim wstrząsnęły.
Nie podobała mu się ta wizja – tak, w której wszystko waliło się Bastianowi na głowę. Do tej pory pocieszał się i dobijał jednocześnie myślą, że odsuwając się od niego, wyrwał jednocześnie z jego życia chwasta, patologicznie rozrastającego się w miejscu jego korzeni. A teraz... nie wiedział, co myśleć. Nie wiedział, co robić. Chyba jednak przez cały ten czas miał nadzieję, że jego nieobecność przemknęła obok świadomości Knoxa, ulotna jak cień.
A teraz wychodziło na to, że nawet jeśli tak było, to na przestrzeni ostatnich dni (tygodni? miesięcy?), Juliana zmiotło z tego świata i rzeczy zdawały się układać... co najmniej niepomyślnie.
A jednak jakoś się trzymał. On, Bastian. I on, Klaus – teraz, tutaj. Ale kiedy usłyszał komentarz o ciotce, coś pękło w nim cicho i nie zorientował się nawet, kiedy po policzku przetoczyła mu się milcząca łza. Nie otarł jej nawet, pochyliwszy tylko głowę tak, żeby nie namierzył jej wzrok pielęgniarki. Pozwolił soli osiąść w kąciku ust. To nie był ten rodzaj płaczu, który wiązał się z poczuciem oczyszczenia, tylko dowód na resztkę człowieczeństwa, wciąż zagnieżdżoną w nim gdzieś głęboko, pod grubym stężeniem środków uspokajających, które przetaczały się przez jego organizm.
– Ja? – zapytał głupio, kiedy usłyszał o siostrzeńcu, jakby na ułamek sekundy zapomniał zupełnie o składnikach tej kuzynowskiej intrygi, którą sam zaplanował. Nie czekając na odpowiedź, odchrząknął, rozejrzał się wokół, aż w końcu jego spojrzenie znowu padło na sylwetkę pielęgniarki. – Poczekaj chwilę – szepnął cicho, a potem odsunął nieco słuchawkę od policzka, tak, że jego docierały do Bastiana lekko przytłumione.
– Przepraszam, jaki tu jest adres? – Utkwił spojrzenie w głowie Beth, ale zanim kobieta zorientowała się, że mówi do niej, minęła dłuższa chwila.
Dopiero wtedy spojrzała na niego uważnie, obsuwając okulary na grzbiet nosa.
– Po co adres? Ktoś planuje cię odwiedzić?
– Nie wiem... może. Może tak. Mój kuzyn – odpowiedział pospiesznie, ale zanim dokończył wypowiedź, pielęgniarka podjechała na obrotowym krześle bliżej niego i wysunęła dłoń w jego stronę, podbródkiem wskazując na słuchawkę.
– Daj. Przekażę wszystkie informacje.
Zawahał się.
– Chwila – rzucił tylko w jej stronę i zaraz znowu przycisnął w pośpiechu słuchawkę do ucha. – Halo? Johann? – rzucił w eter, kątem oka zerkając tylko na Beth, która skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, oczekując na swoją kolej. – Jeśli... jeśli chciałbyś przyjechać może, to... możesz porozmawiać z pielęgniarką...
– Oddziałową. Pielęgniarką oddziałową.
– Pielęgniarką oddziałową, tak. Z pielęgniarką oddziałową i ona... ona ci wszystko przekaże. Jeślibyś chciał. Może. Mogę przekazać jej słuchawkę? – zapytał, znowu zezując spojrzeniem na Beth, ale zanim usłyszał z drugiej strony potwierdzenie lub zaprzeczenie dodał jeszcze szybko: – Powiedz ciotce, że ją kocham. I że przepraszam.
Niegotowy na usłyszenie odpowiedzi, pospiesznie przekazał słuchawkę znudzonej pielęgniarce.
– Halo? Elisabeth Norton, pielęgniarka oddziałowa. Jeśli jest pan zainteresowany ustaleniem terminu odwiedzin, muszę mieć opinię lekarza prowadzącego. Imię, nazwisko, stopień pokrewieństwa? – wyrzuciła z siebie na jednym tchu, dociskając słuchawkę do ucha ramieniem. W międzyczasie wolnymi dłońmi odnajdywała na biurku zeszyt i długopis.
Klaus przypatrywał się jej działaniom w głuchym otępieniu.
Bastian nie powiedział wcale, że chciałby go odwiedzić. Pytał tylko, gdzie jest.
W duszy jednak Werner nie potrafił pozbyć się nadziei, że nawet jeśli nie miał ochoty go oglądać, być może głupio będzie mu powiedzieć do wprost do pragmatycznej pielęgniarki.
sectusempra

Bastian
<
𝑀ętlik w jego głowie nie przypominał już nawet chaosu, który można było uporządkować; wystarczyło tylko dać sobie kilka minut. Wszystko nachodziło na siebie zbyt szybko, a ciało reagowało na kolejne informacje z opóźnieniem albo przeciwnie — wyprzedzało świadomość, zanim Bastian zdążył zrozumieć, dlaczego nagle zaschło mu w ustach, serce łomotało pod żebrami, a palce zaciskały się coraz mocniej na telefonie.
K l a u s.
Po kilku miesiącach znowu był gdzieś w jego życiu.
Nie namacalnie. Nie siedział obok, nie mógł na niego spojrzeć ani ocenić, co właściwie stało się z nim przez cały ten czas. Dzieliły ich kilometry, ściany nieznanego ośrodka i kiepskiej jakości połączenie, które zniekształcało znajomy głos. Mimo to wciąż należał do niego. Ten sam tembr, te same charakterystyczne załamania zdań, rozpoznawalne pomimo czegoś obcego, płaskiego, czego wcześniej tam nie było.
Jego K l a u s.
Ta myśl pojawiła się odruchowo i natychmiast wzbudziła w nim niepokój. Bo może właśnie tego nie powinien zakładać.
Kilka minut temu był przekonany, że Werner zwyczajnie odszedł. Stchórzył. Zrezygnował z nich i zostawił Bastiana z pytaniami, na które ten próbował odpowiadać sobie sam, zazwyczaj wybierając wersje uderzające przede wszystkim w niego. Teraz nagle okazywało się, że znajdował się w psychiatryku i najwyraźniej nawet nie miał swobodnego dostępu do telefonu.
Ale dlaczego? Co wydarzyło się po jego zniknięciu? Albo jeszcze przed nim?
Knox poczuł, że ledwie zaczął odnajdywać pierwsze elementy układanki, już próbował zobaczyć cały obraz. Za wcześnie. Nie znał przecież nawet ułamka prawdy.
Ile czasu...?
Nie musiał długo liczyć.
— Pięć miesięcy — odpowiedział od razu.
Pięć pieprzonych miesięcy.
Klaus zniknął mniej więcej dwa tygodnie przed jego urodzinami. Bastian pamiętał je zdecydowanie zbyt dobrze, choć najchętniej wykreśliłby tamten dzień z kalendarza. Spędził go praktycznie sam, w mieszkaniu, z alkoholem przelewanym do szklanki częściej, niż rozsądek pozwalał uznać za przypadek. Wtedy wciąż zerkał na telefon. Jeszcze czekał. Jeszcze jakaś idiotycznie wierna część niego zakładała, że może właśnie tego dnia Werner napisze.
Nie napisał.
Teraz słyszał go w słuchawce i nagle nawet tamto wspomnienie traciło swoją dotychczasową wersję.
Pytania Klausa o Juliana wyrwały go z rozważań.
Knox zamilkł.
Co miał powiedzieć?
Że jego brat został zamordowany w więzieniu? Że śmierć Juliana nie była przypadkową tragedią, tylko kolejnym ogniwem całego bagna ciągnącego się za rodziną? Że gdzieś pod tym wszystkim Bastian nosił przekonanie, którego nie potrafił z siebie wyrwać — że gdyby nie on, Julian może nadal by żył?
Nie mógł. Nie przy obcej osobie słuchającej tej rozmowy.
Mógł tylko mieć nadzieję, że Klaus nadal znał go wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć rzeczy niewypowiedziane.
— Niedawno. To był... nieszczęśliwy wypadek — powiedział w końcu, a ostatnie dwa słowa przeszły mu przez gardło z wyraźnym trudem. — Jestem teraz u rodziców. Nie chcę zostawiać mamy samej. Ciężko to znosi.
Ja również.
Może nawet gorzej, niż chciał przed kimkolwiek przyznać. Tyle że Bastian od kilku dni uparcie funkcjonował tak, żeby nikt nie musiał martwić się dodatkowo o niego. Nie potrzebował kolejnych pytań, ostrożnego zaglądania mu w twarz ani sprawdzania, czy przypadkiem się nie rozpada. Na rozpad przyjdzie czas później.
Teraz słuchał.
Najpierw Klausa, później przytłumionej rozmowy z kobietą znajdującą się po drugiej stronie. Wyłapywał pojedyncze zdania: pytanie o adres, możliwość odwiedzin, kuzyna. Dopiero po chwili Werner ponownie odezwał się bezpośrednio do niego, proponując rozmowę z pielęgniarką oddziałową.
Bastian już otwierał usta, by odpowiedzieć, kiedy padło jeszcze jedno zdanie.
Powiedz ciotce, że ją kocham. I że przepraszam.
Zamarł. Tym razem naprawdę.
Cały ten absurdalny szyfr przestał mieć znaczenie, bo przecież doskonale wiedział, kim była ta pieprzona ciotka.
On.
Klaus powiedział, że go kocha. Pierwszy raz.
Spośród wszystkich możliwych chwil wybrał właśnie tę — przez telefon ze szpitala psychiatrycznego, podsłuchiwany przez pielęgniarkę, po pięciu miesiącach zniknięcia.
Coś ścisnęło Bastiana za gardło tak mocno, że przez moment nie był pewien, czy byłby w stanie wydobyć z siebie głos. Oparł łokieć na kolanie i przycisnął palce do ust, wpatrując się bezmyślnie w podłogę.
Kochał go.
To jedno krótkie zdanie rozwaliło cały misternie budowany przez miesiące mur, bo łatwiej było gniewać się na człowieka, który odszedł. Znacznie trudniej na tego, który właśnie przepraszał i mówił coś, czego Bastian kiedyś tak bardzo chciał od niego usłyszeć.
Głos kobiety brutalnie przywrócił go do rzeczywistości. Wyprostował się, przecierając dłonią szczękę.
— Johann Sebastian Werner — rzucił, dalej brnąc w tę farsę. — Kuzyn.
Przez sekundę słuchał formalności dotyczących odwiedzin, ale jedna myśl pojawiła się nagle i natychmiast wyparła pozostałe.
Pogrzeb.
— Chwileczkę — wszedł kobiecie w słowo. — Zanim ustalimy odwiedziny... mam inne pytanie.
Ścisnął mocniej telefon.
— W najbliższych dniach jest pogrzeb członka rodziny. Czy Klaus może dostać przepustkę, żeby w nim uczestniczyć?
Przez moment po zadaniu pytania nie odezwał się już ani słowem. Słuchał jedynie szumu w słuchawce i własnego oddechu, który wciąż nie chciał wrócić do normalnego rytmu. Myśl o tym, że Klaus mógłby pojawić się na pogrzebie, przyszła nagle, niemal absurdalnie, ale teraz, gdy już została wypowiedziana, Bastian nie potrafił jej cofnąć.
Może to było za szybko. Może powinien najpierw dowiedzieć się, co właściwie wydarzyło się przez ostatnie pięć miesięcy, dlaczego Werner znalazł się w takim miejscu i dlaczego nikt wcześniej nie pozwolił mu na kontakt. Ale pierwszy raz od dawna miał wrażenie, że Klaus nie zniknął mu bezpowrotnie z życia. I ta świadomość była wystarczająco niebezpieczna, żeby serce znów uderzyło mu mocniej.
K l a u s.
Po kilku miesiącach znowu był gdzieś w jego życiu.
Nie namacalnie. Nie siedział obok, nie mógł na niego spojrzeć ani ocenić, co właściwie stało się z nim przez cały ten czas. Dzieliły ich kilometry, ściany nieznanego ośrodka i kiepskiej jakości połączenie, które zniekształcało znajomy głos. Mimo to wciąż należał do niego. Ten sam tembr, te same charakterystyczne załamania zdań, rozpoznawalne pomimo czegoś obcego, płaskiego, czego wcześniej tam nie było.
Jego K l a u s.
Ta myśl pojawiła się odruchowo i natychmiast wzbudziła w nim niepokój. Bo może właśnie tego nie powinien zakładać.
Kilka minut temu był przekonany, że Werner zwyczajnie odszedł. Stchórzył. Zrezygnował z nich i zostawił Bastiana z pytaniami, na które ten próbował odpowiadać sobie sam, zazwyczaj wybierając wersje uderzające przede wszystkim w niego. Teraz nagle okazywało się, że znajdował się w psychiatryku i najwyraźniej nawet nie miał swobodnego dostępu do telefonu.
Ale dlaczego? Co wydarzyło się po jego zniknięciu? Albo jeszcze przed nim?
Knox poczuł, że ledwie zaczął odnajdywać pierwsze elementy układanki, już próbował zobaczyć cały obraz. Za wcześnie. Nie znał przecież nawet ułamka prawdy.
Ile czasu...?
Nie musiał długo liczyć.
— Pięć miesięcy — odpowiedział od razu.
Pięć pieprzonych miesięcy.
Klaus zniknął mniej więcej dwa tygodnie przed jego urodzinami. Bastian pamiętał je zdecydowanie zbyt dobrze, choć najchętniej wykreśliłby tamten dzień z kalendarza. Spędził go praktycznie sam, w mieszkaniu, z alkoholem przelewanym do szklanki częściej, niż rozsądek pozwalał uznać za przypadek. Wtedy wciąż zerkał na telefon. Jeszcze czekał. Jeszcze jakaś idiotycznie wierna część niego zakładała, że może właśnie tego dnia Werner napisze.
Nie napisał.
Teraz słyszał go w słuchawce i nagle nawet tamto wspomnienie traciło swoją dotychczasową wersję.
Pytania Klausa o Juliana wyrwały go z rozważań.
Knox zamilkł.
Co miał powiedzieć?
Że jego brat został zamordowany w więzieniu? Że śmierć Juliana nie była przypadkową tragedią, tylko kolejnym ogniwem całego bagna ciągnącego się za rodziną? Że gdzieś pod tym wszystkim Bastian nosił przekonanie, którego nie potrafił z siebie wyrwać — że gdyby nie on, Julian może nadal by żył?
Nie mógł. Nie przy obcej osobie słuchającej tej rozmowy.
Mógł tylko mieć nadzieję, że Klaus nadal znał go wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć rzeczy niewypowiedziane.
— Niedawno. To był... nieszczęśliwy wypadek — powiedział w końcu, a ostatnie dwa słowa przeszły mu przez gardło z wyraźnym trudem. — Jestem teraz u rodziców. Nie chcę zostawiać mamy samej. Ciężko to znosi.
Ja również.
Może nawet gorzej, niż chciał przed kimkolwiek przyznać. Tyle że Bastian od kilku dni uparcie funkcjonował tak, żeby nikt nie musiał martwić się dodatkowo o niego. Nie potrzebował kolejnych pytań, ostrożnego zaglądania mu w twarz ani sprawdzania, czy przypadkiem się nie rozpada. Na rozpad przyjdzie czas później.
Teraz słuchał.
Najpierw Klausa, później przytłumionej rozmowy z kobietą znajdującą się po drugiej stronie. Wyłapywał pojedyncze zdania: pytanie o adres, możliwość odwiedzin, kuzyna. Dopiero po chwili Werner ponownie odezwał się bezpośrednio do niego, proponując rozmowę z pielęgniarką oddziałową.
Bastian już otwierał usta, by odpowiedzieć, kiedy padło jeszcze jedno zdanie.
Powiedz ciotce, że ją kocham. I że przepraszam.
Zamarł. Tym razem naprawdę.
Cały ten absurdalny szyfr przestał mieć znaczenie, bo przecież doskonale wiedział, kim była ta pieprzona ciotka.
On.
Klaus powiedział, że go kocha. Pierwszy raz.
Spośród wszystkich możliwych chwil wybrał właśnie tę — przez telefon ze szpitala psychiatrycznego, podsłuchiwany przez pielęgniarkę, po pięciu miesiącach zniknięcia.
Coś ścisnęło Bastiana za gardło tak mocno, że przez moment nie był pewien, czy byłby w stanie wydobyć z siebie głos. Oparł łokieć na kolanie i przycisnął palce do ust, wpatrując się bezmyślnie w podłogę.
Kochał go.
To jedno krótkie zdanie rozwaliło cały misternie budowany przez miesiące mur, bo łatwiej było gniewać się na człowieka, który odszedł. Znacznie trudniej na tego, który właśnie przepraszał i mówił coś, czego Bastian kiedyś tak bardzo chciał od niego usłyszeć.
Głos kobiety brutalnie przywrócił go do rzeczywistości. Wyprostował się, przecierając dłonią szczękę.
— Johann Sebastian Werner — rzucił, dalej brnąc w tę farsę. — Kuzyn.
Przez sekundę słuchał formalności dotyczących odwiedzin, ale jedna myśl pojawiła się nagle i natychmiast wyparła pozostałe.
Pogrzeb.
— Chwileczkę — wszedł kobiecie w słowo. — Zanim ustalimy odwiedziny... mam inne pytanie.
Ścisnął mocniej telefon.
— W najbliższych dniach jest pogrzeb członka rodziny. Czy Klaus może dostać przepustkę, żeby w nim uczestniczyć?
Przez moment po zadaniu pytania nie odezwał się już ani słowem. Słuchał jedynie szumu w słuchawce i własnego oddechu, który wciąż nie chciał wrócić do normalnego rytmu. Myśl o tym, że Klaus mógłby pojawić się na pogrzebie, przyszła nagle, niemal absurdalnie, ale teraz, gdy już została wypowiedziana, Bastian nie potrafił jej cofnąć.
Może to było za szybko. Może powinien najpierw dowiedzieć się, co właściwie wydarzyło się przez ostatnie pięć miesięcy, dlaczego Werner znalazł się w takim miejscu i dlaczego nikt wcześniej nie pozwolił mu na kontakt. Ale pierwszy raz od dawna miał wrażenie, że Klaus nie zniknął mu bezpowrotnie z życia. I ta świadomość była wystarczająco niebezpieczna, żeby serce znów uderzyło mu mocniej.
żmijka

Cypress Grove Behavioral Health Center
<
Pięć miesięcy brzmiało prawie nierealnie.
Żonglował tą liczbą w myślach – pięć miesięcy.
Próbował oszacować, czy to na pewno było możliwe – tkwić tutaj tyle czasu i odczuwać niewiele więcej ponad fakt, że w istocie zmieniały się dni, osoby na dyżurze oraz pacjenci.
Pamiętał taką jedną, Cindy. Paliła papierosa za papierosem i najwyraźniej była pełnoetatową striptizerką, choć przedstawiała się jako tancerka artystyczna. Czasem, kiedy wepchnęli jej w gardło za dużo loranzepamu, rozgadywała się na temat szczegółów swojej pracy, użalała nad sobą, a na końcu wyłapywały pobliskie ofiary, którym mogła udowodnić, że mają tak samo przejebane jak ona. Klaus całkiem ją lubił; sprawiała, że czuł się swojsko. Jednocześnie jednak była tą osobą, która powtarzała mu jak mantrę, że Bastianowi na pewno na nim nie zależy, bo gdyby zależało, to już dawno by go znalazł. I że mężczyźni to parszywe śmiecie, którym nie można ufać. Mówiła do niego „kociaku” i podkradała mu zapalniczkę z rutynową już częstotliwością. Jakiś czas temu mówiła o tym, że wychodzi, ale wcale jej się to nie podoba. Pamiętał dokładnie: „kociaku, tylko wyjdę za drzwi i pierdolnę się z dachu tego budynku, jak staniesz w oknie przy palarni, to będziesz mógł zobaczyć”.
Stanął i nie zobaczył niczego nadzwyczajnego. Cindy, z szerokim uśmiechem na ustach, otoczona ramieniem jakiegoś mało szemranego typa, odwróciła się w jego stronę po to tylko, żeby pokazać mu środkowego palca. Pamiętał, że strasznie go to rozbawiło. Pamiętał, że nie wierzył w to, że widzi ją po raz ostatni. Pamiętał, że nie zmartwił się wcale tak bardzo, jak powinien, kiedy wróciła na oddział trzy dni później, z rozoranymi żyletką przedramionami.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że w tym czasie, kiedy on cały czas włóczył się między ścianami ośrodka, Cindy zdążyła wyjść i wrócić dwa razy. Ciągle dostawała kredyt zaufania, w kółko i w kółko, i za każdym razem okazywało się, że przyznano go niewłaściwej osobie. Ale historia nadal się powtarzała.
Jak to możliwe, że on przez pięć miesięcy nie otrzymał podobnej szansy? Czy przez ten cały czas mógł po prostu... nie zgodzić się, żeby zostać tu dłużej?
Nieszczęśliwy wypadek. Nie wiedział, jak to rozumieć; nie wiedział, czy wierzyć w fasadową bezpośredniość tych słów. Jakie nieszczęśliwe wypadki mogły przydarzyć się młodemu mężczyźnie w zakładzie karnym? Zawahanie w głosie Bastiana dało mu do zrozumienia, że odpowiedź na to, co się stało, wcale nie była prosta. I że obecność Beth w gabinecie skutecznie uniemożliwiała mu szczegółowe wyłożenie złożoności sytuacji.
Miał tylko nadzieję, że fragment o rodzicach był prawdziwy. Nie to, że sobie nie radzą, ale to, że Bastian jest teraz u nich, bo jeśli Klaus cokolwiek mógł powiedzieć o Knoxie, to to, że nie poddałby się wiedząc, że ktoś teraz potrzebuje jego wsparcia.
I może to ta konkluzja sprawiła, że wypowiedział w końcu te słowa. Teraz, podczas gdy mieli już za sobą tyle lepszych, bardziej dogodnych okazji. Prawda była jednak taka, że dopiero teraz nie bał się tego, jak to wyznanie układało się na jego języku. On był tutaj, Bastian był tam. Bastian mógł zignorować ich brzmienie, a kiedy znowu się zobaczą, udawać, że ich nie usłyszał, nie zrozumiał, nie załapał nawiązania. Z jakiegoś powodu ten scenariusz wydawał się Wernerowi nie tylko bardziej prawdopodobny, ale też bardziej bezpieczny niż alternatywa, w której miał usłyszeć głupie: ja ciebie też kocham.
Kiedy Beth przejęła słuchawkę, wpatrywał się w swoje kolana, starając się pochwycić jak największe części toczącej się rozmowy. Podniósł spojrzenie na twarz pielęgniarki w idealnym momencie, aby dostrzec, jak ta przeciera brew i wzdycha krótko, zaprzestając notowania czegoś w kajeciku.
– To jest trochę bardziej skomplikowane. Zapytam lekarza, podejrzewam, że się zgodzi, ale pewnie będzie chciał z panem porozmawiać w dniu odbioru. Czy mowa o przepustce kilkugodzinnej, czy dobowej? – Klaus dostrzegł, jak Beth skreśla jedną linijkę w zeszycie.
– Może mógłbym wyjść całkowicie? – odważył się wtrącić, mając w pamięci Cindy, która pewnie właśnie kończyła na palarni kolejną paczkę papierosów. – Chyba... chyba pomogłoby mi bycie z rodziną, kiedy...
– Rozmawiasz o tym ze złą osobą, Werner. Doktor Stevens będzie jutro, jego spróbuj zaczarować – usłyszał w odpowiedzi. Bastian pewnie też, bo Beth nie miała tendencji do odsuwania słuchawki od twarzy, kiedy zmieniała rozmówcę. – Pan powtórzy, na jak długo? – zwróciła się na powrót do Bastiana.
– Będę mógł jeszcze potem...?
– Nie, osiągnąłeś limit z tymi pustymi telefonami. Kiedy jest ten pogrzeb?
Rozmowa przebiegała w atmosferze takiego chaosu, że Klaus nie wiedział już, które pytanie kierowane było do niego.
Żonglował tą liczbą w myślach – pięć miesięcy.
Próbował oszacować, czy to na pewno było możliwe – tkwić tutaj tyle czasu i odczuwać niewiele więcej ponad fakt, że w istocie zmieniały się dni, osoby na dyżurze oraz pacjenci.
Pamiętał taką jedną, Cindy. Paliła papierosa za papierosem i najwyraźniej była pełnoetatową striptizerką, choć przedstawiała się jako tancerka artystyczna. Czasem, kiedy wepchnęli jej w gardło za dużo loranzepamu, rozgadywała się na temat szczegółów swojej pracy, użalała nad sobą, a na końcu wyłapywały pobliskie ofiary, którym mogła udowodnić, że mają tak samo przejebane jak ona. Klaus całkiem ją lubił; sprawiała, że czuł się swojsko. Jednocześnie jednak była tą osobą, która powtarzała mu jak mantrę, że Bastianowi na pewno na nim nie zależy, bo gdyby zależało, to już dawno by go znalazł. I że mężczyźni to parszywe śmiecie, którym nie można ufać. Mówiła do niego „kociaku” i podkradała mu zapalniczkę z rutynową już częstotliwością. Jakiś czas temu mówiła o tym, że wychodzi, ale wcale jej się to nie podoba. Pamiętał dokładnie: „kociaku, tylko wyjdę za drzwi i pierdolnę się z dachu tego budynku, jak staniesz w oknie przy palarni, to będziesz mógł zobaczyć”.
Stanął i nie zobaczył niczego nadzwyczajnego. Cindy, z szerokim uśmiechem na ustach, otoczona ramieniem jakiegoś mało szemranego typa, odwróciła się w jego stronę po to tylko, żeby pokazać mu środkowego palca. Pamiętał, że strasznie go to rozbawiło. Pamiętał, że nie wierzył w to, że widzi ją po raz ostatni. Pamiętał, że nie zmartwił się wcale tak bardzo, jak powinien, kiedy wróciła na oddział trzy dni później, z rozoranymi żyletką przedramionami.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że w tym czasie, kiedy on cały czas włóczył się między ścianami ośrodka, Cindy zdążyła wyjść i wrócić dwa razy. Ciągle dostawała kredyt zaufania, w kółko i w kółko, i za każdym razem okazywało się, że przyznano go niewłaściwej osobie. Ale historia nadal się powtarzała.
Jak to możliwe, że on przez pięć miesięcy nie otrzymał podobnej szansy? Czy przez ten cały czas mógł po prostu... nie zgodzić się, żeby zostać tu dłużej?
Nieszczęśliwy wypadek. Nie wiedział, jak to rozumieć; nie wiedział, czy wierzyć w fasadową bezpośredniość tych słów. Jakie nieszczęśliwe wypadki mogły przydarzyć się młodemu mężczyźnie w zakładzie karnym? Zawahanie w głosie Bastiana dało mu do zrozumienia, że odpowiedź na to, co się stało, wcale nie była prosta. I że obecność Beth w gabinecie skutecznie uniemożliwiała mu szczegółowe wyłożenie złożoności sytuacji.
Miał tylko nadzieję, że fragment o rodzicach był prawdziwy. Nie to, że sobie nie radzą, ale to, że Bastian jest teraz u nich, bo jeśli Klaus cokolwiek mógł powiedzieć o Knoxie, to to, że nie poddałby się wiedząc, że ktoś teraz potrzebuje jego wsparcia.
I może to ta konkluzja sprawiła, że wypowiedział w końcu te słowa. Teraz, podczas gdy mieli już za sobą tyle lepszych, bardziej dogodnych okazji. Prawda była jednak taka, że dopiero teraz nie bał się tego, jak to wyznanie układało się na jego języku. On był tutaj, Bastian był tam. Bastian mógł zignorować ich brzmienie, a kiedy znowu się zobaczą, udawać, że ich nie usłyszał, nie zrozumiał, nie załapał nawiązania. Z jakiegoś powodu ten scenariusz wydawał się Wernerowi nie tylko bardziej prawdopodobny, ale też bardziej bezpieczny niż alternatywa, w której miał usłyszeć głupie: ja ciebie też kocham.
Kiedy Beth przejęła słuchawkę, wpatrywał się w swoje kolana, starając się pochwycić jak największe części toczącej się rozmowy. Podniósł spojrzenie na twarz pielęgniarki w idealnym momencie, aby dostrzec, jak ta przeciera brew i wzdycha krótko, zaprzestając notowania czegoś w kajeciku.
– To jest trochę bardziej skomplikowane. Zapytam lekarza, podejrzewam, że się zgodzi, ale pewnie będzie chciał z panem porozmawiać w dniu odbioru. Czy mowa o przepustce kilkugodzinnej, czy dobowej? – Klaus dostrzegł, jak Beth skreśla jedną linijkę w zeszycie.
– Może mógłbym wyjść całkowicie? – odważył się wtrącić, mając w pamięci Cindy, która pewnie właśnie kończyła na palarni kolejną paczkę papierosów. – Chyba... chyba pomogłoby mi bycie z rodziną, kiedy...
– Rozmawiasz o tym ze złą osobą, Werner. Doktor Stevens będzie jutro, jego spróbuj zaczarować – usłyszał w odpowiedzi. Bastian pewnie też, bo Beth nie miała tendencji do odsuwania słuchawki od twarzy, kiedy zmieniała rozmówcę. – Pan powtórzy, na jak długo? – zwróciła się na powrót do Bastiana.
– Będę mógł jeszcze potem...?
– Nie, osiągnąłeś limit z tymi pustymi telefonami. Kiedy jest ten pogrzeb?
Rozmowa przebiegała w atmosferze takiego chaosu, że Klaus nie wiedział już, które pytanie kierowane było do niego.