ODPOWIEDZ
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
Obrazek
There was a difference between being dragged into the fire
and walking into it with your eyes open.

𝑃oranek po tamtej nocy nie miał w sobie nic z filmowej melancholii ani żadnej miękkiej, romantycznej poświaty, którą człowiek mógłby potem bezwstydnie obrabiać w pamięci, żeby wyglądała lepiej, niż naprawdę wyglądała. Był raczej surowy, lepki od upału i zaskakująco cichy, przecięty przeciągiem wpadającym przez otwarte okno oraz tym osobliwym uczuciem, że mieszkanie przez kilka godzin należało do kogoś jeszcze, a potem zostało mu oddane bez słowa, trochę chłodniejsze, trochę bardziej puste i zdecydowanie bardziej bezczelne w swojej szczerości. Rune obudził się później, niż zwykle, ciężki od snu, który przyszedł do niego bez ostrzeżenia i bez łaski, pierwszy od wielu dni naprawdę głęboki, nieprzerwany ani koszmarem, ani własnym szarpnięciem ciała, ani mdłym przeczuciem, że coś zaraz znowu pęknie. Przez moment nie rozumiał, co go właściwie wybudziło. Nie hałas. Nie ból. Nie kac w najbardziej klasycznej, upokarzającej formie. Raczej brak.
Brak jej ciepła pod dłonią.
Dopiero później zobaczył drzwi. Później zimne jedzenie na wycieraczce, pudełka z najlepszej meksykańskiej restauracji, które wyglądały teraz żałośnie i absurdalnie, jakby ktoś zamówił elegancką wersję wyrzutu sumienia z dostawą pod mieszkanie. Nie zrobił z tego dramatu. Przynajmniej nie na zewnątrz, a już na pewno nie przed samym sobą w sposób, do którego musiałby się przyznać. Przeklął tylko pod nosem, zamknął drzwi, zabrał jedzenie do środka i przez kilka minut stał w kuchni w samych bokserkach, z włosami rozczochranymi po śnie i spojrzeniem wbitym w blat, na którym wciąż zalegały ślady jego ostatnich dni. Butelki. Papier. Tłuste opakowania. Popiół w miejscu, w którym popiołu być nie powinno. Flavia wyszła z jego mieszkania, ale zostawiła po sobie coś znacznie trudniejszego do wyrzucenia niż zapach perfum z pościeli.
Dlatego napisał do niej lekko. Zaczepnie. Tak, jakby otwarte drzwi i puste łóżko nie ukłuły go w żebra ostrzej, niż zamierzał przyznać. Nie wiedziałem, że jesteś tym typem osoby, która lubi się wymykać w środku nocy. Jedno zdanie, kilka słów, głupia ikonka i cały arsenał emocji schowany pod tonem człowieka, który podobno niczego nie bierze do siebie. Odpowiedź przyszła później, oczywiście w stylu Flavii: drażniąca, elegancko bezczelna, pachnąca kontrolą nawet przez ekran telefonu. Czyżby za bardzo go zmęczyła? Wiele o niej nie wiedział. Miała dla niego niespodzianki. Był zainteresowany?
Był.
Oczywiście, że był, choć nie zamierzał pisać tego wprost, bo aż tak łatwy nie był, nawet jeśli jego ciało miało w tej kwestii własne, kompromitująco oczywiste zdanie. Ich wiadomości przez następne godziny przypominały przeciąganie cienkiej linki nad przepaścią: trochę flirtu, trochę kpiny, trochę testowania granic, za którym ukrywało się coś znacznie bardziej konkretnego. Ona nazwała go chico fogoso, on udawał, że czuje się obrażony, później naprawdę sprawdził znaczenie w internecie i przez dłuższą chwilę patrzył w ekran z miną człowieka, który nie wie, czy powinien się śmiać, czy być aż tak zadowolony z siebie. Ognisty chłopak. Prychnął wtedy krótko, ale uśmiech został mu przy ustach dłużej, niż planował.
Potem padło słowo: wyjazd.
Służbowy, oczywiście, bo najwyraźniej w świecie Flavii nawet rzeczy, które pachniały przemocą, luksusem i potencjalnie fatalnymi decyzjami, można było nazwać służbowymi, jeśli tylko powiedziało się to odpowiednim tonem. Ktoś od nich miał wpaść do niego z informacjami w najbliższych dniach, a Rune, zamiast zapytać od razu o ryzyko, o szczegóły, o to, czy ktoś będzie do niego strzelał po drodze, zapytał, czy ten ktoś jedzie z nimi i co właściwie ma spakować. Priorytety, jak widać, miał nadal na swoim miejscu. Mniej więcej.
Kilka dni wystarczyło, żeby zaczął wracać do siebie. Nie spektakularnie, bo człowiek po tygodniu samozniszczenia nie budził się nagle jako zdrowa, błyszcząca reklama nowych nawyków, ale jednak wracał. Najpierw wyrzucił puste butelki. Potem zamówił środki czystości, bo to wydawało się łatwiejsze niż wyjście do sklepu i udawanie przed sąsiadami, że nie wyglądał ostatnio jak żywy dowód na to, że depresja potrafi mieć zapach taniej whisky. Pootwierał okna, zebrał śmieci, uprał pościel, przez chwilę kłócił się sam ze sobą, czy powinien wyrzucić te konkretne prześcieradła, a potem uznał, że byłby skończonym idiotą, gdyby pozbywał się rzeczy tylko dlatego, że pachniały kimś, o kim nie powinien tyle myśleć. Umył łazienkę. Wytarł blaty. Przestał wyglądać tak, jakby własne mieszkanie próbowało powoli go strawić.
Bliskim powiedział, że wyjeżdża na małe wakacje. To brzmiało wystarczająco niewinnie, choć sam musiał powstrzymać śmiech przy słowie wakacje, bo nie znał nikogo, kto na urlop przygotowywałby się z poczuciem, że może wrócić z nowym urazem, moralnym albo fizycznym. Phoenix powiedział przez telefon, że będzie krótko poza miastem i przywiezie jej coś fajnego, co natychmiast wpakowało go w zobowiązanie trudniejsze od całej reszty, bo prezent dla siedmiolatki musiał być dobry. Nie drogi. Dobry. To była zupełnie inna kategoria odpowiedzialności.
Człowiek Flavii pojawił się dwa dni później. Bez wielkiego wejścia, ubrany zbyt schludnie jak na kogoś, kto miał tylko przekazać informacje, i z twarzą człowieka, który nie przepada za małymi rozmowami. Rune wpuścił go do środka, oparł się biodrem o blat kuchenny i słuchał, jak tamten rzeczowo wykłada mu minimum: Meksyk. Konkretna godzina. Lotnisko. Sektor dla VIP-ów. Dokumenty przy sobie. Lekki bagaż. Prywatny samolot. Żadnego spóźnienia. Żadnych przypadkowych osób. Żadnych pytań, na które i tak nikt nie udzieli odpowiedzi przez telefon.
— Jasne — mruknął tylko, choć przy prywatnym samolocie brew sama powędrowała mu wyżej. — Czyli jednak wakacje dla biednych odpadają.
Tamten nie uznał tego za szczególnie zabawne. Szkoda. Rune lubił testować ludzi pod tym kątem; brak reakcji mówił o człowieku prawie tyle samo co śmiech.
Największy problem pojawił się dopiero przy pakowaniu.
Nie miał bladego pojęcia, co bierze się do Meksyku, kiedy człowiek leci prywatnym samolotem z kobietą, która potrafiła jednocześnie wyglądać jak okładka luksusowego magazynu i zwiastun bardzo kosztownych kłopotów. Najpierw wrzucił do torby trzy czarne koszulki, jeansy, kosmetyczkę i zapasową bieliznę. Potem stwierdził, że to za mało i dorzucił koszulę, której nie prasował od miesięcy. Wyjął ją po minucie, bo wyglądała tak, jakby przeżyła rozwód gorzej niż on. Potem zapakował elegantsze buty, po czym wyjął je z powrotem, bo nie był człowiekiem, który będzie udawał na lotnisku młodszego brata bankiera. Dorzucił zapalniczkę, książkę, której pewnie nie przeczyta, ładowarkę, okulary przeciwsłoneczne, dwa pierścienie, których nie nosił od dawna, i czarną koszulkę z grafiką tak głośną, że sama mogłaby zostać zatrzymana na granicy.
Po półgodzinie torba wyglądała, jakby pakował się jednocześnie na pogrzeb, przesłuchanie, występ i nieplanowany romans w kraju, którego nie znał.
— Świetnie — powiedział do pustego mieszkania, wyciągając z niej połowę rzeczy. — Wyglądam jak człowiek, który zabiera na kartelowy wyjazd trzy wersje kryzysu tożsamości.
Noc przed wylotem nie przyniosła mu odpoczynku. Nie chodziło o upał, choć ten lepił się do skóry jak zawsze, ani o koszmary, które tym razem trzymały się na dystans. Problemem był dziwny, drażniący niepokój siedzący głęboko pod mostkiem. Wiedział, że jadą w celach służbowych. Wiedział, że to nie jest romantyczna wycieczka ani żaden pieprzony city break po dwóch rundach świetnego seksu i kilku wiadomościach. Rozumiał to doskonale. A jednak ciało miało własną, upartą interpretację sytuacji. Pamiętało jej skórę, głos, dotyk opuszków przesuwających się po jego bliznach i to, że przez kilka godzin jego mieszkanie nie przypominało grobowca. Relacja z Flavią zmieniła wymiar, nawet jeśli ona pewnie roześmiałaby mu się w twarz za takie sformułowanie. Nie nazwali tego. Nie musieli. Wystarczyło, że on to czuł, a potem bardzo starannie udawał, że nie czuje nic poza standardową dawką adrenaliny.
Rano dopakował resztę rzeczy, które nagle uznał za absolutnie istotne: paszport, dodatkową czarną koszulkę, słuchawki, mały notes, kolejny zapas papierosów, chociaż nie był pewien, ile wolno przewieźć. Zamówił Ubera, zszedł przed budynek z torbą przewieszoną przez ramię i przez moment stał w porannym świetle, patrząc na własne odbicie w szybie zaparkowanego samochodu. Wyglądał lepiej. Nadal trochę zbyt ostro na krawędziach, nadal z twarzą człowieka, który ostatnio spał więcej z wyczerpania niż zdrowego rozsądku, ale już nie jak wrak.
Lotnisko przyjęło go chłodem klimatyzacji, zapachem kawy i tym szczególnym napięciem miejsc, w których ludzie udają, że mają kontrolę nad własnym czasem. Zwykłe terminale znał. Kolejki, bramki, ktoś przepakowujący walizkę na środku przejścia, dzieci płaczące z powodu soków i dorosłych. Strefa VIP była innym światem. Bardziej cicha, bardziej wypolerowana, z ludźmi mówiącymi ciszej i patrzącymi uważniej. Przy wejściu wypytali go o nazwisko, dokumenty, cel podróży, osobę, z którą miał się spotkać, a potem sprawdzili go z dyskrecją tak elegancką, że prawie obraźliwą. Rune odpowiadał spokojnie, choć gdzieś pod skórą czuł rozbawienie; facet od ognia, cyrku i nocnych występów wchodził właśnie do świata prywatnych samolotów, filtrując własny sarkazm przez zęby, żeby nie powiedzieć czegoś, co mogłoby przedłużyć kontrolę.
Przepuścili go w końcu dalej.
I wtedy ją zobaczył.
Flavia siedziała tam tak, jakby cała ta przestrzeń została zaprojektowana z myślą o niej — nie odwrotnie. Czerń ubrania odcinała się od jasnego, sterylnego otoczenia z bezczelną pewnością; dopasowana spódnica podkreślała linię bioder i talii, półprzezroczysta góra z geometrycznymi paskami odsłaniała więcej, niż powinna, a jednocześnie nie traciła nic z chłodnej elegancji, którą ta kobieta potrafiła narzucić nawet najbardziej prowokacyjnym rzeczom. Buty na wysokim obcasie wyglądały jak coś, czym równie dobrze mogłaby wejść na pokład odrzutowca, co komuś nadepnąć na gardło i nie mrugnąć przy tym okiem. Całość była czarna, ostra i dopracowana do tego stopnia, że przez ułamek sekundy zapomniał, po co właściwie tu przyszedł.
Spodobało mu się to. Zdecydowanie za bardzo.
Zatrzymał się przy niej z torbą na ramieniu i tym swoim uśmiechem, który sam w sobie był trochę obroną, a trochę przyznaniem się do winy. Przez ostatnie dni uczył się paru słów. Trochę z ciekawości, trochę z przekory, trochę dlatego, że nie zamierzał pozwolić jej robić z hiszpańskiego prywatnej broni bez choćby minimalnej próby odwetu z jego strony. Wyszło pewnie koślawo, z akcentem człowieka, którego zasób słów jeszcze niedawno kończył się na puta, tranquilo i gringo, ale przynajmniej wiedział, co mówi.
— Te ves hermosa — powiedział, patrząc jej prosto w oczy, po czym uśmiechnął się szerzej, już po swojemu. — I zanim zaczniesz się czepiać mojego akcentu, doceń wysiłek, Vi.

hermosa :hot:
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Obrazek
— czternaście —
I burn for what’s mine.
And you, darling, are mine.

outfit

Chociaż równie dobrze mogła pojechać do hotelu, to nad ranem pojawiła się w progu drzwi Amber i właśnie z jej gościnności, łazienki, tendencji do niezadawania niepotrzebnych pytań i ekspresu do kawy skorzystała po opuszczeniu mieszkania Rune’a. Bo przyjaciółka nie tylko wydawała się jej bezpieczniejszą opcją w takim przypadku (zresztą była już przyzwyczajona do nocnych wizyt Flavii), ale też pomogła jej uporządkować myśli uporczywie powracające do dużych dłoni na nagiej skórze, gorących ust i jego dominacji, która na zimno wydawała się upokarzająco niebezpieczna, jeśli nie szalona. Po tej nocy potrzebowała kogoś, kto pomoże jej zostawić wspomnienia za sobą i wrócić na zwykłe tory pragmatycznej, wyrachowanej zdziry z tendencjami do autorytaryzmu.
Nie powinnaś o nim myśleć.
To była chłodne, proste i rozsądne stwierdzenie, które studziło wciąż żywe wspomnienia. Jednak już następnego dnia, kiedy dostała od niego wiadomość — lekką, niemal żartobliwą, ledwie kilka słów, po których przeczytaniu wąż zwinięty na dnie jej żołądka poruszył się niebezpiecznie — ta rada okazała się łatwiejsza do teoretycznej racjonalizacji niż faktycznego dostosowania się do niej. Rune rozpraszał ją w domu, co było niebezpieczne z więcej niż jednego powodu o zimnych, przerażająco przenikliwych oczach, a potem rozpraszał ją w pracy, co było zwyczajnie wkurwiające. Przynajmniej w normalnych okolicznościach, bo tego następnego dnia po nocy spędzonej w jego pościeli, Flavia zwyczajnie siebie nie przypominała; była rozproszona, nie mogła się skupić na obowiązkach i z każdą chwilą narastał w niej lepiący się do potylicy lęk, że ktoś w końcu to zauważy.
Nie powinna mu też odpisywać, jednak chęć ciągnięcia tej gry okazała się w niej silniejsza nawet od rozsądku. Zresztą chwila rozrywki zapewniona wymienianymi wiadomościami, przez które wyraźnie sączył się flirt, wydawała się być niewielkim grzechem w porównaniu z całą długą listą popełnianych przez nią na co dzień. Wydawał się wręcz zupełnie nieszkodliwy.
Nie powinnaś udawać, Rodriguez. Nie przed sobą.
Ten cichy głosik w tyle potylicy było zaskakująco łatwo zagłuszyć wystukiwaniem kolejnej wiadomości na ekranie smartfona. Szczególnie, że jej myśli zaprzątnęła już zgoła inna sprawa. A ona zdecydowanie zbyt szybko podjęła decyzję w zupełnie do siebie niepodobny sposób, bo bez uprzedniej konsultacji ze zdrowym rozsądkiem.
I zdecydowanie nie powinnaś brać ze sobą tego mężczyzny.
Ten wyjazd był konieczny, ale przecież mogła pojechać tam z kimkolwiek z ochrony, a w najgorszym wypadku — mogła też polecieć do ojczyzny sama. Nie było ani jednego powodu, żeby brać ze sobą kogoś, kto dla niej pracował pod przymusem, a przy okazji ją pieprzył.
Poza tym jednym, rzecz jasna, że pieprzenie się z Runem było cholernie satysfakcjonujące.
„Tylko my dwoje”? . P o j e b a ł o . cię?
Ale w którymś momencie Flavia po prostu przestała się przejmować tym, co powinna, a czego nie. Doszła do konkluzji, że nawet jej czasami należała się rozrywka — a właśnie tym mianem zwykła określać towarzystwo Whitelawa i to niezależnie od cudzej lepkiej krwi i resztek mózgu rozbryzganych na twarzy oraz dekolcie w jego towarzystwie. Rozrywką była jego elektryzująca obecność i wszystko, co z nią robił jeszcze na długo przed tym, jak faktycznie jej dotknął. To wyczuwalne napięcie w powietrzu i iskra na linii ich krzyżujących się spojrzeń. Ciekawość, której nie chciała w sobie zdusić.
A przy tym cały czas była pewna, że ma sytuację pod kontrolą.
Że daje tylko tyle, ile chce dać i bierze wszystko, na co ma ochotę.

W dniu podróży pojawiła się na lotnisku kilkanaście minut przed wyznaczoną godziną. Głównie po to, żeby dać swoim ludziom czas na spakowanie jej walizek i żeby napić się absurdalnie drogiego sazeraca, ale też dlatego, żeby ochłonąć i uspokoić naiwne emocje, takie jak niecierpliwość ślizgająca się pod skórą. Żeby dać sobie czas na upewnienie się, że kontrola leży na niej wciąż jak druga skóra i że nawet jeśli to ma być odskocznia od codzienności, to wciąż będzie się odbywała na jej warunkach.
Ale kiedy Rune pojawił się w strefie VIP i znalazł się w zasięgu jej wzroku, Flavia uśmiechnęła się odruchowo, zanim zdążyła to przemyśleć i podjąć wyrachowaną decyzję. Ukryła ten pierwszy, niebezpiecznie prawdziwy grymas za szklanką z drinkiem. Przełknęła łyk pikantnego i słodkiego trunku i pozwoliła rozgrzewającemu finiszowi rozlać się na podniebieniu i języku akurat wtedy, kiedy mężczyzna ruszył w jej stronę. Przyglądała mu się kątem oka, w sposób niezbyt oczywisty, ale też nie pruderyjny, a otwarcie spojrzała na niego dopiero w chwili, w której zatrzymał się przed nią i odezwał.
Odruchową reakcją było ukłucie zdziwienia, ale szybko zmieniło się ono w coś mniej oczywistego. Jej uśmiech i blask w ciemnych oczach jako pierwsza odpowiedź na jego słowa komplementowały bardziej, niż mogłyby komplementować wylewne zapewnienia innej kobiety, a mimo to Flavia na tym nie poprzestała. Przechyliła lekko głowę w bok — pod kątem zbyt idealnym, żeby mógł być uznany za przypadkowy albo niewystudiowany — i pozwoliła spojrzeniu wymownie ześlizgnąć się z jego twarzy, żeby przesunąć się w dół, po ciele Rune’a skrytym pod ubraniami, jakby w wyobraźni przywoływała obraz, który zapisał się pod powiekami w jego sypialni. Zrobiła to bezczelnie i otwarcie, tak sugestywnie, że już bardziej wymowna nie potrafiła być, po czym powoli podniosła wzrok i z powrotem wbiła go w jego oczy, zanim się odezwała z subtelnym naciskiem:
Doceniam.
I nie mijało się to bynajmniej z prawdą. Chociaż Flavia nie potrzebowała komplementów, żeby rozumieć swoją wartość i mieć pewność, że wygląda perfekcyjnie w każdym dopracowanym calu, to słuchanie ich nie mogło się znudzić, kiedy wypowiadano je tak niespodziewanie w jej ojczystym języku. Albo raczej kiedy wypowiadał je on. I odbicie tej myśli w jakimś stopniu wymalowało się w wyrazie jej twarzy. Rune z pewnością mógł to zauważyć, kiedy tak stał nad nią ze swoją nonszalancją, swobodą i niewidocznym ogniem, który — mogła się założyć — płonął mu pod skórą nawet teraz. A nade wszystko: z tym uśmiechem, który tak niebezpiecznie igrał z jej rozsądkiem.
Nie wierzę, że to mówię, ale jesteś zbyt skromny, Rune. Bo na pewno znasz jeszcze przynajmniej jedno hiszpańskie słowo: tequila. — Flavia zrobiła wymowną pauzę, pozwalając uśmiechowi wciąż wyginać jej wargi w enigmatycznym uśmiechu. — Masz ochotę na drinka? — zapytała, przyglądając mu się bacznie jeszcze przez chwilę, z innym, ważniejszym choć niemym pytaniem ukrytym pod tą pozornie błahą, czystą kurtuazją. Jakby pytała „jak się czujesz?” bez artykułowania na głos tego, o co nie powinna go pytać, bo to nigdy nie powinno jej interesować; nie w tym świecie, jaki zastali wraz z nadejściem świtu, kiedy wymknęła się po cichu z jego mieszkania.
A później bez żalu spuściła spojrzenie, żeby zerknąć na zegarek oplatający jej nadgarstek.
Co prawda już na nas czekają, ale możesz wziąć coś na wynos z tutejszego baru. Cokolwiek chcesz. Lot zajmie trochę ponad trzy godziny… — Urwała i z tymi słowami podniosła się wdzięcznie z fotela, na którym dotąd siedziała z nogą założoną na nogę. Ten miękki ruch wystarczył, żeby przestrzeń między nimi zrobiła się niebezpiecznie ciasna, nawet jeśli wciąż irytująco przyzwoita. Flavia zadarła podbródek, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, bo nawet na obcasach wciąż była od niego niższa — Wystarczająco, żeby zacząć się nudzić, ale za mało, żeby trzeba było się spieszyć, nie sądzisz? — zawiesiła to pytanie, czysto retoryczne, podszyte znaczeniem, które jej słowom nadawała ich ostatnia wspólna noc. — Co za szczęście, że będę mieć na pokładzie towarzystwo.
A to, to już było bezczelnie otwarte zaproszenie.
I dlatego Flavia uśmiechnęła się drapieżnie z tymi słowami.

chico fogoso ^^
Ostatnio zmieniony sob 11 lip 2026, 13:01 przez Flavia Rodriguez, łącznie zmieniany 2 razy.
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
𝑍nalazłszy się tuż przed nią, bez najmniejszego problemu wyłapał spojrzenie, którym przesunęła po nim powoli, bez pośpiechu i bez choćby pozorowanej dyskrecji, tak wymownie, że w zasadzie nie potrzebował żadnych dodatkowych komentarzy. To nie było zwykłe ocenianie ubrania, sylwetki czy ogólnego stanu człowieka, który pojawił się w strefie VIP z torbą przewieszoną przez ramię i miną kogoś, kto wciąż nie do końca wierzył, że prywatny samolot nie jest elementem żartu. To było coś znacznie bardziej bezczelnego. Prawie fizycznego. Jej wzrok sunął po warstwach materiału tak, jakby te przeszkadzały jej wyłącznie technicznie, a przecież doskonale wiedziała, co znajduje się pod spodem; znała już linię jego barków, blizny na torsie, tatuaże ciągnące się po rękach i wszystkie miejsca, w których ogień zostawił po sobie ślad wyraźniejszy od atramentu. Wiedziała zbyt dużo, by mogła patrzeć niewinnie, i chyba właśnie dlatego ten gest uderzył w niego mocniej niż jakikolwiek gładki komplement.
Uśmiech sam wszedł mu na usta, leniwy, odrobinę arogancki, podszyty tym rodzajem satysfakcji, który człowiek powinien ukrywać dla własnego dobra, ale Rune nigdy nie był szczególnie utalentowany w udawaniu skromności. Poczuł znajome ciepło rozlewające się pod skórą, szybkie i drażniące, absurdalnie nie na miejscu w chłodnej, wypolerowanej przestrzeni lotniskowego saloniku. Klimatyzacja pracowała gdzieś nad nimi równym, cywilizowanym szumem, wokół pachniało kawą, drogimi perfumami i pieniędzmi wydawanymi z taką lekkością, jakby nigdy nie były prawdziwe, a on mimo wszystko przez krótką chwilę miał wrażenie, że robi mu się za gorąco. Nie przez Meksyk, do którego jeszcze nawet nie wylecieli. Przez nią. Przez ten uśmiech, przez oczy, przez czarny strój, który wyglądał jednocześnie elegancko i prowokacyjnie, przez świadomość, że jeszcze niedawno widział ją zupełnie inaczej, a teraz znów stała się kobietą z innego świata, osadzoną w luksusie tak naturalnie, jak on w dymie i świetle scenicznych ogni.
Jej krótkie doceniam wystarczyło, żeby w kąciku jego ust drgnęło coś bardziej zadowolonego, niż zamierzał pokazać. Nie odpowiedział od razu. Pozwolił tej sekundzie potrwać, bo była zbyt przyjemna, by natychmiast ją zagadać; jedna z tych małych wygranych, których nikt nie zapisywał w żadnym raporcie, ale ego potrafiło je odnotować z dokładnością godną księgowego. Dopiero wzmianka o tequili sprawiła, że parsknął cicho, prawdziwie rozbawiony, a trochę też złapany na tym, że rzeczywiście, jeśli miał być uczciwy, jego hiszpański repertuar nie kończył się aż tak dramatycznie ubogo.
— Dobra, tequila też — przyznał, unosząc dłoń w geście kapitulacji. — Czyli znam już podstawy dyplomacji międzynarodowej.
Zaproszenie na drinka powinno być łatwe. W innym układzie pewnie przyjąłby je bez chwili namysłu, z uśmiechem jeszcze bardziej zaczepnym, może od razu z komentarzem o tym, że skoro już lecą prywatnym samolotem, wypada zacząć od czegoś drogiego, zimnego i zupełnie niepotrzebnego. Tym razem jednak zawiesił się na moment, a ten krótki zgrzyt był dla niego samego irytująco wyraźny. Słowo drink zahaczyło o coś świeżego i nie do końca zagojonego. O kuchnię pełną butelek. O własne błaganie, żałosne i wściekłe naraz, żeby nie wylewała mu alkoholu, bo bez niego nie umiał przespać nocy. O jej wzrok, gdy zobaczyła, do jakiego stanu doprowadził się w ciągu kilku dni. O poranek po tym wszystkim, kiedy wyrzucał szkło do worka, czując się jak człowiek sprzątający po obcym, choć to on był sprawcą całego tego syfu.
Przez ostatnie dni próbował się z tego wygrzebać bez wielkich deklaracji, bo deklaracje miały to do siebie, że łatwo brzmiały jak kłamstwo jeszcze zanim człowiek zdążył je złamać. Koszmar nie zniknął. Nadal siedział gdzieś w tyle głowy, cierpliwy, brudny i gotowy wrócić, gdy tylko zrobi się za cicho. Rune po prostu przestał podsuwać mu alkohol jako jedyną odpowiedź. Nie wygrał z tym. Nie był nagle zdrowy, spokojny ani odrodzony w świętym świetle poranka. Stawiał dopiero pierwsze kroki po własnym pobojowisku i może właśnie dlatego zwykłe pytanie o drinka wymagało od niego więcej skupienia, niż powinno.
— Nie wiem, czy powinienem pić po tym... — urwał, bo po tym, co widziałaś zabrzmiałoby zbyt nagle i zbyt ciężko jak na salonik VIP, drogi trunek w jej szklance i samolot czekający na płycie. Mimo to dokończył po chwili, ciszej, ale bez uciekania wzrokiem. — Po tym, co widziałaś.
Pozwolił temu opaść między nimi bez dramatyzowania. Nie zrobił z tego prośby o pochwałę ani usprawiedliwienia. Raczej suchy fakt, trochę niewygodny, ale prawdziwy.
— Ale piwo może mnie nie zabije — dodał zaraz, już z delikatnym powrotem do siebie. — Jedno. Najlepiej takie, które nie smakuje jak smutek z puszki.
Informacja o trzech godzinach lotu przesunęła jego uwagę w inną stronę, szczególnie że niemal w tej samej chwili kobieta podniosła się z fotela. Przestrzeń między nimi nagle zrobiła się ciaśniejsza, choć wokół nadal było jej aż za dużo. Nawet na obcasach musiała unieść spojrzenie, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, i ten drobiazg powinien zostać tylko drobiazgiem, niczym więcej, a jednak zaintrygował go wyraźnie. Była od niego niższa, delikatniejsza w wymiarach, a mimo to całe pomieszczenie zdawało się odruchowo przesuwać pod jej ciężarem. Nie fizycznym. Innym. Tym, który wynikał z kontroli, pewności i niebezpiecznej świadomości własnego efektu.
Wystarczająco, żeby zacząć się nudzić, ale za mało, żeby trzeba było się spieszyć.
Oczywiście, że usłyszał w tym więcej niż informacje logistyczne. Trzy godziny nagle przestały być czasem lotu, a stały się czymś zawieszonym między obietnicą a prowokacją. Wspomnienie jej ciała pod jego dłońmi, głosu tracącego na moment tę elegancką kontrolę i czarnej pościeli, której wcale nie mieli na pokładzie, przemknęło mu przez głowę z taką intensywnością, że przez sekundę naprawdę musiał powstrzymać się od śmiechu. Charakterystyczny uśmiech wrócił natychmiast, krzywy i jasny w oczach, z całą bezczelną gotowością człowieka, który wie, że właśnie pakuje się w coś głupiego, ale nie zamierza udawać, że go to nie bawi.
— Co za szczęście — powtórzył po niej z namysłem, pochylając się odrobinę, tylko tyle, by jego głos nie niósł się dalej, niż powinien. — Bo przez trzy godziny mogłabyś się jeszcze zorientować, że jestem irytujący, gdy nie mam czym zająć rąk.
Nie dotknął jej. Nie tutaj, nie jeszcze. Sam fakt, że powstrzymał dłoń, wydawał mu się niemal śmiesznie przyzwoity, zwłaszcza po wszystkim, co już wydarzyło się między nimi. Zamiast tego przesunął wzrokiem po jej twarzy, przez moment zatrzymał go na ustach, a potem znów wrócił do oczu, świadomie, bez udawania przypadkowości.
— Więc chyba lepiej, żebym najpierw poszedł po to piwo — dodał lżej, prostując się powoli. — Oby zimne, bo nagle zrobiło się tu podejrzanie gorąco.
Odwrócił się w stronę baru z torbą nadal przewieszoną przez ramię, choć po dwóch krokach zerknął przez bark, nie mogąc sobie darować jeszcze jednego spojrzenia. Tylko krótkiego, bezczelnego, wystarczającego, żeby zabrać ze sobą obraz jej czerni, uśmiechu i tego zaproszenia, które wcale nie przestało wisieć w powietrzu, gdy ruszył po coś, co miało go schłodzić, a najpewniej nie miało najmniejszych szans.

hermosa :hot:
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Wciąż pamiętała to lepiące się do skóry wrażenie — nie będące zapachem ani obrazem, ani niczym fizycznym, co dałoby się zarejestrować zmysłami — odniesione przy przekroczeniu progu mieszkania Rune’a. Rozkład, który dało się odczuć na poziomie intuicji, jedynie potwierdzony widokiem nędzy i rozpaczy, jaki prezentowały sobą wnętrza na czele z ich właścicielem. Rozpacz, w jakiej się pogrążył i którą Flavia zrozumiała jeszcze na długo zanim zaczął narzekać na rodziców, rodzeństwo, byłą żonę i cyrk. Z jej powodu, nie wprost, ale w oczywisty sposób; chociaż ten fakt nie budził w niej poczucia winy ani odpowiedzialności. Jednak zależało jej na nim. I, tak jak mówiła…
Potrzebowała go.
Chociaż nie byłaby Flavią Rodriguez, gdyby postawiła kropkę w tym miejscu, toteż:
Potrzebowała go . s p r a w n e g o .
Z tego właśnie powodu był tutaj z nią, w klimatyzowanym, eleganckim wnętrzu kilkanaście minut przed odlotem prywatnego samolotu. Bo owszem, mogłaby wziąć do Meksyku któregokolwiek człowieka jej ojca albo swojego, mogłaby załatwić sprawy służbowe szybko i bez nadawania im pozoru wakacji, a po drodze odwiedzić rodzinną rezydencję i wreszcie zobaczyć się z Alejandro. Zamknąć całą tę podróż w trzech dobach, a później wrócić do naglących ją w Nowym Orleanie spraw, do O'Fionnaina i jego niepokojąco trafnych wniosków, które stawiały jej rodzinę w pozycji przynajmniej zagrożenia, do przerwanego łańcucha dostaw, do pieprzonych Wenezuelczyków, którzy dopiero mieli zapłacić w krwi za okazany jej brak szacunku i do jej rodzonego brata, mimo upływu lat pozostającego po prostu kolejnym problemem na jej liście. A jednak zdecydowała się wziąć ze sobą Rune’a, kilka dodatkowych par wyjątkowo wyuzdanej bielizny z delikatnej, czarnej koronki i dwa komplety strojów kąpielowych, czyli o dokładnie dwa za dużo, skoro i tak zamierzała pływać wyłącznie nago, nocą w prywatnym basenie na terenie wynajętej na ten czas willi.
Niemal prawdziwe wakacje w ojczyźnie, za którą tak cholernie tęskniła. Flavia czuła, że przyda się jej taka odskocznia i przerwa od obowiązków, ale jeszcze bardziej — że on tego potrzebuje. Chociaż oczywiście nigdy nie przyznałaby się na głos do tego, że robi dla niego cokolwiek. Być może nawet nie musiała, może się domyślił, a może było mu to obojętne. W każdym razie czujną obserwację przerwał jej wreszcie dźwięk słów Rune’a, którego wysłuchała w milczącym skupieniu. I chociaż przez jej umysł i ciało przewinęło się mnóstwo emocji, to zdecydowała się nie komentować ani nie nawiązywać do stanu, o którym mówił. Chociaż, oczywiście, pamiętała go. I wszystko to, co było później. Aż za dobrze.
Smutek z puszki.
Doceniła metaforę gdzieś na dnie umysłu, jednak nie zaszczyciła jej uśmiechem.
Idealnie się składa, bo w miejscu takim jak to sprzedają tylko obietnice zamknięte w szkle — odpowiedziała miękko, w tonie podobnym do jego, nie pozwalając żadnej emocji przedostać się na powierzchnię jej głosu tak samo, jak nie dopuściła do wymalowania się ich na twarzy.
A później w jego oczach odbił się znajomy blask i na usta wrócił ten uśmiech, który nieznacznie zmieniał kąt jej spojrzenia na otoczenie; lekko przesuwał priorytety; niebezpiecznie zakrzywiał rzeczywistość. Działał bezpośrednio na tkanki jej ciała z pominięciem mózgu i, co gorsza, rozsądku. Tak samo jak robiło to jego bezczelnie celowe spojrzenie zsuwające się na usta i słowa, od których znajome napięcie wepchnęło się bez zaproszenia między uda i rozsiadło wygodnie w dole brzucha.
Flavia ceniła dobrą aluzję bardziej niż prostacką bezpośredniość, uwielbiała woal tajemnicy i wysiłek włożony w zabawę słowami. Kiedy przychodziło do kochanków, zwykle stawiała inteligencję ponad aparycję i zdolność do zainteresowania jej ponad pustą pewność siebie płynącą z nieuzasadnionej arogancji. Wychowana i żyjąca w luksusie na co dzień, miała wystarczająco zer na koncie, żeby pozwolić sobie na to, czego pragnęła, ale była świadoma istnienia rzeczy, których pieniądze nie mogły kupić; a przynajmniej nie zawsze.
Czas. Lojalność.
Atrakcyjność wykraczającą poza uśmiech i zarys mięśni.
Jestem pewna, że znajdziemy jakieś odpowiednie zajęcie dla twoich rąk — wymruczała takim tonem, jakby nie potrafiła się zdecydować, czy to obietnica, czy drwina. Nie cofnęła się jednak nawet o ułamek cala, kiedy Rune się delikatnie nachylił w jej stronę. Nie po to, żeby uparcie pilnować własnej przestrzeni, ale raczej żeby poczuć, jak jego obecność subtelnie na nią . n a c i s k a , . chociaż Rune nie dotknął jej nawet przelotnie materiałem ubrań. Poczuła przyjemny ciężar w ciele; to była gra wstępna najlepszego gatunku.
Wyzywający uśmiech wyginający karminowe wargi pozostał na swoim miejscu, kiedy mężczyzna się wyprostował, a potem odwrócił się, żeby odejść do baru. A ona patrzyła. Stojąc bez ruchu, patrzyła na jego profil, gdy się obracał i na krzywiznę uśmiechu, który powodował niebezpiecznie nierówny rytm serca i stare jak świat pragnienie budzące się w dole brzucha.
Ciągle wierzyła, rzecz jasna, że ma wszystko pod kontrolą.
Że to tylko część gry — i to taka, którą sama przecież zainicjowała i której sama pragnęła.
Wreszcie oderwała od niego wzrok, kiedy Rune stanął przed barem, żeby złożyć zamówienie. Wzięła szklankę i w ostatnim eleganckim łyku dopiła swojego Sazeraca, podniosła elegancką kopertówkę i przeczesała palcami włosy, żeby poprawić coś, co i tak już — wiedziała o tym — było perfekcyjne w jej wyglądzie. Ale Rune miał rację; rzeczywiście zrobiło się gorąco i nie miało to nic wspólnego z klimatyzowanym pomieszczeniem o stałej temperaturze. Raczej z obecnością kogoś, kto najwyraźniej nie potrzebował zapałek, żeby wszcząć pożar. Alkohol przyjemnie ją rozluźnił, pozwoliła więc myślom swobodnie dryfować po tych niebezpiecznych wodach aż do momentu, w którym Rune do niej wrócił z butelką zimnego piwa w dłoni. Obrzuciła wybór szybkim spojrzeniem.
Niezły wybór — skomentowała lakonicznie, po czym wsunęła ciemne okulary na nos. A później odwróciła się z gracją, żeby razem mogli ruszyć w stronę wyjścia na płytę lotniska i czekającego tam niewielkiego, ale komfortowego dla kilku pasażerów samolotu z obsługą. — Na pokładzie też podadzą coś zimnego — podjęła, skinąwszy głową mijanej stewardessie, która powitała ich uśmiechem przy wyjściu z budynku. — Może nawet deser — mruknęła tuż przed wyjściem w południowy skwar Nowego Orleanu i nagrzanej betonowej płyty. Ruszyła pewnym krokiem prosto przed siebie, wyznaczając rytm stukotem obcasów i patrząc w przód, ale z tymi słowami kąciki jej ust uniosły się. Lekko, ale bardzo wymownie, tak samo jak wymowny był jej komentarz.
Nie mogła się powstrzymać. Nie chciała się powstrzymywać.
Chętnie doprowadziłaby go do szaleństwa jeszcze raz.
Albo . k i l k a . razy.
Witamy na pokładzie, pani Rodriguez. Panie Whitelaw. — Powitała ich młoda kobieta stojąca u progu przenośnych schodów pasażerskich podstawionych już pod samolot. Miała służbowy, śliczny uśmiech prywatnej stewardessy i ten sam służbowy zapał. — Nazywam się Olivia Moore i będę się państwem zajmować podczas lotu. Kapitan, pan Finnley Stewart, jest już gotowy do startu. Zapraszam na pokład!
Flavia skinęła tylko głową w odpowiedzi, krótko obrzuciwszy ją spojrzeniem, po czym wspięła się na pierwszych kilka stopni. Zatrzymała się jednak i odwróciła przez ramię, nie tylko po to, żeby się upewnić, że Rune ma odpowiedni widok, ale przede wszystkim, żeby uśmiechnąć się dziwnie szczerym, dziwnie szerokim i szczęśliwym uśmiechem — nie jednym z tych salonowych i wyrachowanych enigmatycznych grymasów, do których tak przywykła — żeby zapytać, przekrzykując hałas lotniska i startujących na pasie samolotów:
Kiedy ostatnio byłeś na wakacjach, Rune?!

chico fogoso
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
𝐽estem pewna, że znajdziemy jakieś odpowiednie zajęcie dla twoich rąk.
To zdanie brzęczało mu w głowie wyraźniej od gwaru saloniku, cichego szumu klimatyzacji i tych wszystkich cywilizowanych odgłosów, które w miejscach dla bogatych ludzi nawet nie miały odwagi stać się prawdziwym hałasem. Flavia wypowiedziała je miękko, z tą swoją precyzyjną bezczelnością, która sprawiała, że aluzja nie potrzebowała żadnych dopowiedzeń, a mimo to zostawiała po sobie więcej niż prosty, ordynarny komentarz. Rune ruszył w stronę baru, ale nie dotarł tam bez ponownego obejrzenia się przez ramię. Nie mógł sobie odmówić tego jednego spojrzenia, krótkiego i niby przypadkowego, choć oboje pewnie wiedzieli, że przypadek nie miał z nim nic wspólnego.

Stała tam w czerni, w świetle wypolerowanej przestrzeni, z uśmiechem, który mógłby uchodzić za elegancki tylko przy kimś, kto nie potrafił czytać rzeczy ukrytych pod powierzchnią. On potrafił. Może nie zawsze mądrze, może nie zawsze na czas, ale teraz odczytywał ją całym ciałem, nie tylko oczami. I nagle, zupełnie wbrew rozsądkowi, to wszystko zaczęło mu się podobać. Lotnisko, prywatna strefa, absurdalnie grzeczna obsługa, samolot czekający gdzieś za szybami i Meksyk wypowiedziany wcześniej tak spokojnie, jakby nie był krajem, lecz kolejnym pokojem, do którego wystarczyło przejść. Do luksusu pasował mniej więcej tak, jak brudna dłoń do białej rękawiczki, jak pięść do nosa, jak płomień do muzealnej gabloty, ale była tu ona. To z jakiegoś denerwująco prostego powodu wystarczało, by cała reszta przestała go uwierać aż tak mocno.
Przy barze zatrzymał się ze spojrzeniem wbitym w chłodną ekspozycję alkoholi, które wyglądały, jakby każdy z nich miał własną historię, rodowód i prawnika. Piwo też, oczywiście, nie mogło tu być po prostu piwem. Nie. W świecie Flavii nawet wybór czegoś zimnego musiał przypominać egzamin z klasy społecznej. Etykiety połyskiwały obco, elegancko i miejscami kompletnie niedorzecznie; jakaś belgijska butelka obiecywała nuty owoców, drewna i czegoś, co według Rune'a brzmiało podejrzanie podobnie do mokrej piwnicy po burzy. Inne było rzemieślnicze do tego stopnia, że niemal widział brodatego typa w fartuchu, który płakał nad kadzią z chmielem i nazywał to procesem twórczym. Było też meksykańskie. To przynajmniej miało sens, choć przez moment zastanawiał się, czy wybierając je, nie wyjdzie na człowieka zbyt dosłownego.
— Poproszę coś zimnego — powiedział w końcu do barmana, a po chwili wskazał na jedną z butelek. — To. Wygląda najmniej pretensjonalnie.
Barman uśmiechnął się z zawodową uprzejmością człowieka, który pewnie słyszał gorsze rzeczy od ludzi mających za dużo pieniędzy i za mało osobowości. Rune odebrał piwo, poczuł przyjemny chłód szkła na palcach i przez sekundę uznał, że może właśnie tego potrzebował: nie mocnego uderzenia alkoholu, nie ostrej kreski zapomnienia, tylko czegoś prostego, zimnego i możliwego do kontrolowania. Jedna butelka. Jeden łyk. Jeden oddech. Bez zapadania się w dół.
Wrócił do niej z tym drobnym triumfem w dłoni, a gdy lakonicznie skomentowała jego wybór, uniósł butelkę minimalnie, jakby właśnie przyjął komplement za dobrze wykonaną operację na otwartym sercu.
— Starałem się nie ośmieszyć przed półką z piwem — odparł. — To był trudniejszy test niż kontrola dokumentów.
Ruszyli razem w stronę wyjścia, a on dopiero wtedy poczuł, że ten wyjazd naprawdę się dzieje. Nie był już wiadomością na telefonie, nie był zapowiedzią przekazaną przez zbyt poważnego człowieka ani elementem pakowania torby pełnej przypadkowych decyzji. Stawał się ruchem, przejściem przez kolejne drzwi, zmianą temperatury powietrza. Chłód lotniska ustąpił nagle miejsca skwarowi betonowej płyty, ostremu światłu i zapachowi rozgrzanego paliwa, który natychmiast zaczepił się o coś znajomego pod jego skórą. Paliwo. Metal. Gorąco. Hałas. W tym przynajmniej było coś uczciwego; coś bliższego jemu niż barowa elegancja i dyskretne spojrzenia ludzi, którzy potrafili oceniać cenę zegarka szybciej niż wyraz twarzy.
Stewardessa czekała przy schodach z uśmiechem tak jasnym i wyszkolonym, że przez moment wydawała się częścią wyposażenia samolotu. Olivia Moore. Kapitan Finnley Stewart. Gotowi do startu. Zapraszamy na pokład. Wszystko brzmiało gładko, sprawnie i kompletnie nie z jego życia.
Właśnie wtedy, przy tej młodej kobiecie w idealnie dopasowanym uniformie i przy samolocie, do którego nie prowadziła kolejka spoconych pasażerów z plecakami, dopadły go pierwsze prawdziwe wątpliwości. Wcześniej łatwo było żartować. Prywatny samolot jako abstrakcja nadawał się do ironii, do przewracania oczami, do udawania, że przecież nic nie robi na nim szczególnego wrażenia. Teraz stał u jego stóp z butelką piwa w dłoni, torbą na ramieniu i świadomością, że to naprawdę nie jest jego miejsce. On znał podróże z trupą w samochodach upchanych sprzętem po dach, z zapachem potu, dymu, benzyny i fast foodu jedzonego na parkingu o drugiej w nocy. Znał ekonomiczną klasę samolotów, kolana wciśnięte w fotel przed sobą, niemowlę płaczące trzy rzędy dalej, człowieka z tyłu kopiącego oparcie i stewardessę patrzącą na niego z uprzejmą rezygnacją, gdy próbował wcisnąć swoje prawie dwa metry w przestrzeń zaprojektowaną najwyraźniej dla średniej wielkości składanej drabiny.
A teraz wyglądał, jakby wygrał jakiś pieprzony los na loterii, tylko nikt nie powiedział mu, jaki dokładnie jest haczyk.
Flavia weszła pierwsza na schody i przez kilka sekund wszystko w nim wróciło na znajome, bardzo przyziemne tory. Zatrzymała się nagle, odwracając przez ramię, a jego wzrok, zupełnie pozbawiony dobrych manier, skupił się najpierw nie tam, gdzie powinien. Czarne ubranie, zgrabna linia ciała, pośladki tak bezczelnie dobrze podkreślone krojem spódnicy, że przez ułamek sekundy naprawdę musiał stoczyć wewnętrzną walkę z własną dłonią. Nie chodziło nawet o to, czy wypada. Oczywiście, że nie wypadało. Właśnie to stanowiło część problemu. Dłoń aż za dobrze pamiętała, gdzie chciałaby się znaleźć, a on nie ufał sobie na tyle, by udawać przed sobą, że w grę wchodzi jedynie niewinny impuls.
Podniósł wzrok dopiero na jej twarz, słysząc pytanie przekrzyczane przez lotniskowy hałas.
Kiedy ostatnio był na wakacjach?
Przez moment naprawdę musiał się nad tym zastanowić. Nie dlatego, że daty mu się pomieszały, ale dlatego, że samo pojęcie wakacji wydawało się podejrzane. Luksusowe, cudze, należące do ludzi, którzy potrafili powiedzieć: odpocznę, a potem faktycznie to zrobić, bez poczucia winy, bez telefonów, bez obowiązków wchodzących przez okno.
— Liczą się wyjazdy z trupą za Nowy Orlean? — odkrzyknął, wspinając się za nią na pierwszy stopień. — Albo wypady z Phoenix na obrzeża miasta, gdzie po godzinie i tak muszę kupować lody, bo inaczej wycieczka zostaje uznana za porażkę?
Uśmiechnął się przy tym, ale odpowiedź, mimo lekkości, niosła w sobie coś prawdziwego. Od kiedy pamiętał, nie był na prawdziwych wakacjach. Nie takich bez drugiego dna. Nie takich, w których celem było po prostu być gdzieś indziej, oddychać innym powietrzem i pozwolić dniu rozwinąć się bez konieczności zarabiania, pilnowania kogoś, ratowania czegoś albo udawania, że zmęczenie to kwestia charakteru. Jako dzieciak nie miał przestrzeni na beztroskę. Jako dorosły ciągle wpadał w zobowiązania, cyrk, pracę, rodzinę, kolejne role, które brał na siebie często zanim ktokolwiek zdążył go o to poprosić. Nawet odpoczynek wymagał od niego planu awaryjnego.
Schody pod stopami były stabilne, ale mimo to wejście do samolotu przypominało przekroczenie jakiejś niewidzialnej granicy. Zostawił za sobą hałas płyty, gorąco, zapach paliwa i oślepiające światło, a w środku uderzył go chłód, miękkość i cisza tak dopracowana, że przez sekundę miał ochotę parsknąć. Wnętrze prywatnego samolotu wyglądało mniej jak środek transportu, a bardziej jak elegancki apartament, który komuś z nudów doczepiono do skrzydeł. Jasna tapicerka, wygodne fotele, połysk drewna, niewielkie stoliki, dyskretne oświetlenie i przestrzeń — prawdziwa przestrzeń, nie ta litościwa iluzja miejsca, którą linie lotnicze sprzedawały ludziom w klasie ekonomicznej pod nazwą komfort podróży.
Przez moment nie ruszył się dalej, zatrzymany nie tyle zachwytem, ile czystym dysonansem. Wszystko wokół było zbyt miękkie, zbyt jasne, zbyt spokojne; zaprojektowane tak, żeby człowiek zapomniał, że kilka metrów pod nim znajduje się maszyna, paliwo i tysiące stóp pustki. Ten rodzaj luksusu nie prosił o uwagę, tylko brał ją bez wysiłku, a Rune poczuł się nagle mniej jak pasażer, a bardziej jak ktoś, kto przez pomyłkę wszedł za kulisy przedstawienia, na które nigdy nie kupiłby biletu.

hermosa :hot:
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Pytała, ponieważ osobiście traktowała ten wyjazd jak wakacje. Kolacja w Acapulco była tylko nieistotną wymówką do wyrwania się na kilka dni ze szponów Nowego Orleanu, chociaż przede wszystkim — tych Nathaniela. Wielu ludzi uważało ją za sztywną, zimną sukę bez serca (chociaż jeśli zdarzało się jej o tym myśleć i jeśli już w ogóle coś z tego powodu czuła, to jedynie dumę), która nie umie się bawić, ale gdzieś głębiej, pod pozorami zostawianymi dla pospólstwa i pod grubą taflą lodu, serce Flavii tęskniło za szaleństwami i beztroską. Bywały takie momenty, w których odzywała się w niej gorąca, meksykańska krew i odległe echo dzieciństwa oraz młodości niemal zupełnie ich pozbawione.
Nigdy nie postawiłaby szaleństwa ponad dyscyplinę i opanowanie, rzecz jasna.
Nigdy nie zrezygnowałaby z obowiązków względem rodziny dla chwili uniesienia.
Jednak kiedy nie musiała stawiać tych rzeczy na szali ani między nimi decydować, pozwalała sobie na rozrywkę. Kochała swoją pracę, ale nie była jedną z tych bezmyślnych samców zapracowujących się na śmierć bez chwili wytchnienia. Wiedziała, kiedy potrzebuje przerwy. Natomiast odpowiedź Rune’a i jego uśmiech zrobiły z nią dwie sprzeczne rzeczy: pierwsza niemal zmusiła do przewrócenia oczami, druga przypomniała, że dużo zabawy jeszcze przed nią.
Oczywiście, że nie — odparła z drapieżnym uśmiechem, jeszcze zanim się odwróciła, żeby podjąć wspinaczkę po schodach prosto do klimatyzowanych trzewi prywatnego samolotu. — Wakacje to nie kwestia miejsca. — W jej świecie, rzecz jasna, to w naturalny sposób była kwestia miejsca, ponieważ na wakacje zawsze latała prywatnymi samolotami do miast rozsianych po całym świecie, ale ostatecznie nawet jej w tym momencie nie chodziło o kontynent ani ilość metrów kwadratowych prywatnych, luksusowych willi. — Tylko rozrywki. I relaksu — dodała płynnie, przełykając wszystko, co kryło się pod powierzchnią tego stwierdzenia i było zbyt oczywiste, żeby ubierać w słowa. — Pozwól, że ci pokażę, Rune, czym są prawdziwe wakacje — mruknęła już tylko pod nosem, wciąż uśmiechnięta.
Przedstawiony przez mężczyznę obraz wyjazdów brzmiał dla niej raczej jak katorga i kara niż zasłużony odpoczynek, ale tego również nie powiedziała na głos.
Odwróciła się, nie czekając na żaden zbędny komentarz i z gracją — chociaż szpilki na stopach kłóciły się z prawami fizyki — pokonała resztę schodów, żeby ostatecznie zniknąć we wnętrzu samolotu. Za drzwiami kolejnym promiennym i służbowym uśmiechem powitał ją steward, którego również wyminęła z formalnym skinieniem głowy. Zajęła miejsce w jednym z miękkich foteli, na drugi rzuciła niedbale torebkę, poprosiła obsługę o tequilę, a potem utkwiła spojrzenie w widoku za oknem. Dla całego świata mogła wyglądać na obojętną i niewzruszoną, kiedy samolot nabierał prędkości na pasie startowym i odrywał się od ziemi — przyzwyczajoną do luksusu do tego stopnia, że w ogóle nie zwracała na niego uwagi, jakby był oczywistością — ale w tych krótkich momentach, w których pozwalała spojrzeniu uciec w stronę Rune’a, jej oczy błyszczały. Niecierpliwość wiła się pod skórą. Wspomnienie jego dotyku na nagiej skórze i pragnienie poczucia go znowu mieszały się ze sobą, budząc ogień w podbrzuszu.
I była pewna, że on to wszystko widzi, te znaki wypisane w jej ciele. Niezależnie od tego, jak bardzo w swojej koszulce, ze swoją nonszalancją i zamiłowaniem do zapachu dymu kontrastował z drewnem wnętrza, białą skórą i obsługą na każde skinienie. Ani od tego, jak bardzo tu nie pasował i jak niekomfortowo mógł się czuć w miejscu, które ona traktowała jak drugą skórę — ostatecznie pożądanie wszędzie pachniało jednakowo. Otoczenie miało marginalne znaczenie.
Liczyło się tylko napięcie rozciągnięte tak bardzo, że już nie pozostawiało miejsca na tlen ani rozsądek, ani tym bardziej cierpliwość.
Dlatego kiedy samolot wreszcie wyszedł na odpowiedni pułap i wyrównał lot, Flavia podniosła się wolno z miejsca. A wymijając go w drodze do łazienki, przesunęła opuszkami po jego ramieniu w geście zbyt wymownym, żeby pozostawić pole do błędnej interpretacji; szczególnie, że złapała z Runem kontakt wzrokowy.

Nieco ponad trzy godziny, jedną parę bielizny i porządny orgazm później wylądowali na Meksykańskiej ziemi, na płycie lotniska jeszcze bardziej rozgrzanej niż w Ameryce.
Dopełnieniem podróży było przejechanie taksówką przez centrum Acapulco (przedarcie się przez nie zajęło irytująco dużo czasu, w którym Flavia musiała dzielić się obecnością Rune’a z taksówkarzem), aż na obrzeża rozrośniętego miasta, gdzie wcześniej wynajęła willę. Znajdowała się w prestiżowej, położonej na wzgórzach dzielnicy Las Brisas, zdominowanej przez luksusowe wille należące do śmietanki towarzyskiej Meksyku i zagranicznych gwiazd. Do ludzi zbyt bogatych, żeby patrzeć przez okno na pozostałe budynki i pozwalać oglądać się innym ludziom przez wielkie przeszklenia, za to z panoramicznymi widokami rozciągającymi się na zatokę u stóp miasta.
To był pewien problem, prawda. Jednak Flavia nie miała większego wyjścia; zależało jej na bliskości wszystkich naprawdę istotnych ludzi tego kraju, więc musiała znieść dyskomfort oceanu, na który rozciągał się widok ze wszystkich — licznych — przeszkleń. Z daleka nie był z resztą tak tragiczny, chociaż nigdy nie nazwałaby go ani majestatycznym, ani pięknym.
Kiedy biedny taksówkarz dostarczył do salonu wszystkie jej bagaże w trzydziestostopniowym upale, dochodził już wieczór.
Rozgość się, wybierz sobie sypialnię i łazienkę albo zamów jedzenie. Cokolwiek potrzebujesz — rzuciła w kierunku Rune’a, nonszalancko machnąwszy dłonią w kierunku salonu i kuchni, a także licznych sypialni znajdujących się w głębi domu i na piętrze. — A ja w tym czasie wezmę prysznic — dodała i zniknęła na schodach.
Po długiej, relaksującej kąpieli, dzięki której zmyła z siebie zapach podróży — i . j e g o . zapach — wreszcie wyszła z łazienki, ubrana w czarny, jedwabny szlafrok z rozszerzanymi rękawami, obszytymi na krawędziach pasmem koronki. Materiał był wręcz idealnie za długi; wystarczająco, żeby z szelestem sunąć po płytkach za jej stopami, kiedy Flavia niespiesznie szła w stronę salonu i otwartej na niego kuchni, ale nie na tyle, żeby mogła się o niego potknąć. Niewygodne szpilki porzuciła w łazience na górze i teraz była bosa, a zmęczone całym dniem na obcasach stopy dziękowały za kojący chłód pod podeszwami, który willi zapewniała klimatyzacja.
Znalazła Rune’a na tarasie z widokiem na cichy tego wieczora ocean. Deski tarasowe kończyły się w kilka kroków dalej i przechodziły w delikatnie podświetlony basen, ale wciąż panował półmrok. Wieczór przeszedł we wczesną noc, duchota popołudnia ustąpiła całkiem przyjemnemu ciepłu, które dodatkowo rozpraszała bryza ciągnąca znad zatoki. Zatrzymała się za jego plecami, cicho odsuwając drzwi tarasowe i w nich zostając. Wzrokiem przebiegła po jego sylwetce; prawie dwóch metrach w czarnych ubraniach dalekich od otaczającej ich, surowej elegancji. Ogień zamknięty w ciele pomiędzy zimnym wnętrzem a dziczą otaczającego ich lasu i wody oceanu w dole.
Wniosek był aż nazbyt oczywisty. Nasuwał się sam; nie trzeba było geniusza w dostrzeganiu detali, żeby do niego dojść.
Zupełnie nie pasujesz do tego świata — zauważyła na wstępie z enigmatycznym uśmiechem czającym się w kącikach ust. — Więc jakim cudem wyglądasz tu tak dobrze? — dokończyła, lekko przy tym zadzierając podbródek.
Miewała już dłuższe romanse, a nie tylko pojedyncze, przelotne noce w klubie bez obciążenia imieniem, historią i oczekiwaniami. Spotykała się kilkukrotnie z mężczyznami, którzy ją zainteresowali i którzy byli bezpieczni, jednak wciąż wydawało się jej to dziwne; że byli tutaj razem, sami, jakby to samo w sobie definiowało romans. Może dlatego, że w przypadku Rune’a . n i c . nie było bezpieczne.
W każdym razie mam nadzieję, że mój kontakt przekazał ci, żebyś spakował ubrania na jedną całkiem wystawną kolację? — podjęła, naturalnie zmieniając temat, którego nie zamierzała drążyć i przechyliła głowę lekko w bok, wciąż stojąc w progu salonu i opierając się bokiem o framugę wielkiego przesuwnego okna.

chico fogoso
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
𝑍anim rozsiadł się wygodnie w samolocie, który już na pierwszy rzut oka był urządzony lepiej niż jego własne mieszkanie w najlepszy dzień miesiąca, dotarło do niego z dość zabawną wyrazistością, że on i Flavia mieli zupełnie inne definicje wakacji. Dla niego odpoczynek od zawsze przypominał coś wykradzione przypadkiem, wciśnięte między obowiązki, koncerty, występy, zmęczenie i czyjeś potrzeby pilniejsze niż jego własne. Pachniał benzyną na parkingu, rozgrzanym asfaltem, tanim jedzeniem jedzonym na kolanie i krótkim śmiechem Phoenix, gdy udało mu się wyrwać ją gdzieś choćby na kilka godzin poza codzienność. Wakacje w jego wykonaniu były improwizacją człowieka, który nigdy nie miał czasu, pieniędzy albo okoliczności, żeby zrobić to porządnie. Parę spakowanych byle jak rzeczy, telefon zerkający na niego z wyrzutem, poczucie, że zaraz ktoś będzie czegoś chciał, a w tle ta stara, uparta świadomość, że relaks jest luksusem dla ludzi, którzy nie muszą stale czegoś pilnować.
Według niej wakacje brzmiały inaczej.
Nie w sensie miejsc, chociaż oczywiście nawet to układało się wokół niej z bezwstydną łatwością. Prywatny samolot, Meksyk, Acapulco, willa. Chodziło raczej o sposób, w jaki powiedziała o rozrywce i relaksie; z miękką pewnością kogoś, kto uznawał przyjemność za należność, nie nagrodę wypłacaną po przepracowaniu własnego życia do kości. Dla Flavii odpoczynek nie był przypadkową luką w grafiku. Był decyzją. Aktem władzy nad własnym czasem, nad przestrzenią, nad ludźmi znajdującymi się w jej zasięgu. I może właśnie dlatego ta prosta różnica wbiła mu się w głowę mocniej, niż powinna. Ona nie prosiła świata o pozwolenie. Brała z niego to, co uznała za swoje.
We wnętrzu samolotu przez pierwsze minuty rozglądał się z pozorną nonszalancją, choć ciało zdradzało go drobnymi napięciami. Ułożył torbę tam, gdzie wskazano mu uprzejmie, usiadł w fotelu i przez moment testował jego miękkość z miną człowieka, który próbuje nie wyglądać na zbyt zaskoczonego faktem, że siedzenie może być zaprojektowane z myślą o ludzkim kręgosłupie, a nie torturach długodystansowych. Przestrzeń wokół była jasna, chłodna, cicha i zbyt dopracowana; wszystko miało swoje miejsce, wszystko zdawało się przewidziane z wyprzedzeniem, nawet uśmiechy obsługi i dyskretny błysk szkła. Nie pasował tu. Wiedział to równie dobrze, jak wiedział, że Flavia pasowała do tego świata bez najmniejszego wysiłku, choć właściwie nie była jego ozdobą, tylko kimś, kto mógłby go podpalić, gdyby ją znudził.
Przy starcie zacisnął palce na butelce piwa trochę mocniej, niż zamierzał. Nie bał się latania. Nie dokładnie. Chodziło raczej o sam moment oderwania od ziemi, o ciało informujące mózg, że właśnie przestały obowiązywać pewne zasady, do których człowiek zdążył się przyzwyczaić. Silniki weszły na wyższy ton, samolot nabrał prędkości, a Nowy Orlean zaczął cofać się za oknem, najpierw płaski, rozgrzany i znajomy, później coraz bardziej abstrakcyjny, zredukowany do linii, plam i odbić światła. Dopiero po kilku minutach, gdy maszyna wyrównała lot, napięcie w jego barkach odpuściło. Odetchnął ciszej, głębiej, i dopiero wtedy naprawdę poczuł chłód piwa na języku.
Uśmiechnął się po swojemu, gdy Flavia usiadła naprzeciwko.
Nie musiał nic mówić, by odpowiedzieć na tę jej obecność. Wystarczyło spojrzenie; trochę zaczepne, trochę głodne, podszyte tym rodzajem rozbawienia, które pojawiało się u niego zawsze wtedy, gdy sytuacja robiła się zbyt poważna, a on bardzo nie chciał przyznać, że wcale nie jest ponad nią. Złapał jej wzrok nad krawędzią butelki i przez chwilę trzymał go bez słowa. W tej sterylnej, luksusowej przestrzeni napięcie między nimi wydawało się jeszcze bardziej wyraźne, prawie nieprzyzwoite przez kontrast z jasną tapicerką, dyskretną obsługą i eleganckim spokojem całego otoczenia.
Gdy podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę toalety, wymijając go z dotykiem palców przesuniętych po jego ramieniu, nie potrzebował tłumaczenia. Tylko kompletny idiota mógłby nie zrozumieć takiego gestu, a on, mimo wielu wad i jeszcze większej skłonności do pakowania się w kłopoty, idiotą w tej konkretnej kwestii nigdy nie był. Odczekał może sekundę. Dwie. Bardziej dla pozoru niż z prawdziwej cierpliwości. Potem odstawił piwo, wstał i ruszył za nią, z tym spokojem człowieka, który podjął decyzję jeszcze zanim zdążył ją przemyśleć.
Lot trwał trochę ponad trzy godziny, ale część z nich rozpadła się na gorące, pospieszne urywki, które nie pasowały do żadnego eleganckiego scenariusza podróży. W ciasnej przestrzeni, z tłumionym oddechem, bliskością jeszcze bardziej intensywną przez konieczność zachowania choć pozorów dyskrecji, odnaleźli ten sam rytm, który wcześniej zostawili w jego mieszkaniu, tylko teraz ubrany w zupełnie inne tło. Nie było w tym miejsca na długie rozmowy ani na analizowanie, co właściwie robią i czemu znowu. Było napięcie, dłonie, usta, krótkie śmiechy urwane zanim mogły stać się zbyt głośne, a potem powrót do foteli z tym szczególnym rodzajem ciszy, który człowiek nosi na twarzy po czymś, czego nie zamierza nikomu tłumaczyć.
Meksyk przywitał go upałem, który nie tyle uderzył, ile po prostu objął całe ciało i natychmiast przykleił koszulkę do skóry. Nowy Orlean potrafił być duszny, lepki i bezlitosny, ale tutaj żar miał inną strukturę; był jaśniejszy, ostrzejszy, suchszy w pierwszym oddechu, a potem nagle ciężki, gdy człowiek zrozumiał, że nie ma przed nim żadnego sensownego odwrotu. Na płycie lotniska zmrużył oczy przed światłem i odruchowo przesunął dłonią po karku.
— No dobra — mruknął, bardziej do siebie niż do niej, choć na tyle głośno, by mogła go usłyszeć. — Cofam wszystko, co kiedykolwiek powiedziałem o upale w Luizjanie.
Podróż taksówką przeciągnęła się w sposób, który dla niego był niemal znajomy, mimo że za oknem przesuwało się zupełnie obce miasto. Duszne wnętrze samochodu, kierowca mówiący szybciej, niż Rune był w stanie wyłapać choćby pojedyncze znane słowo, ruch uliczny pchający się ze wszystkich stron i Acapulco rozciągnięte za szybą w migawkach: kolorowe fasady, reklamy, ludzie, zieleń wspinająca się po zboczach, daleki błysk wody i domy położone wysoko, coraz dalej od miejskiego zgiełku. Siedział obok Flavii, trochę rozleniwiony po locie, trochę pobudzony nowym miejscem, z myślami skaczącymi między tym, co zostawili za sobą w samolocie, a tym, co mogło czekać przed nimi.
Willa sprawiła, że przez moment znów zabrakło mu odpowiedniego komentarza.
Nie dlatego, że był oszołomiony w prosty, biedny sposób. Nie chodziło o samo bogactwo, chociaż tego było tu wystarczająco dużo, żeby człowiek zaczął podejrzewać, że pieniądze naprawdę potrafią budować własną wersję rzeczywistości. Bardziej uderzyła go skala ciszy, przestrzeni i prywatności. Wielkie przeszklenia, chłodne wnętrza, taras otwierający się na widok zatoki, basen łapiący światło wieczoru i wszystko rozmieszczone tak, by świat zewnętrzny pozostał daleko, poniżej, na bezpiecznym dystansie. Znów poczuł się trochę nie na miejscu, ale tym razem nie było w tym wyłącznie skrępowania. Była też ciekawość. I ta irytująca świadomość, że Flavia wprowadzała go w kolejne swoje przestrzenie z taką łatwością, jakby sprawdzała, ile jeszcze zdoła przyjąć, zanim zacznie się buntować.
— Ty jesteś pewna, że przyjechaliśmy w interesach? — zapytał w końcu, rozglądając się po salonie. — Bo to wygląda bardziej jak miejsce, w którym ludzie udają, że mają obowiązki tylko po to, żeby nikt im nie zazdrościł basenu.
Skorzystał z jej rady bez większych ceremonii. Wybrał jedną z sypialni, nie największą, bo przy największej odruchowo poczuł, że będzie w niej wyglądał jak intruz wpisany w zbyt drogi katalog wnętrz. Zostawił torbę na podłodze, wyjął kilka rzeczy i poszedł pod prysznic. Woda spłukała z niego lotnisko, podróż, upał i resztki napięcia, choć nie tknęła tego, co zostawiła pod skórą obecność kobiety. Po szybkim ogarnięciu zamówił jedzenie, bazując głównie na zdjęciach i kilku słowach, które uznał za bezpieczne, a do tego piwo, bo najwyraźniej uznał, że podróż międzynarodowa usprawiedliwia zachowanie pewnej ciągłości tematycznej.
Potem wyszedł na taras.
Ocean rozciągał się w dole ciemną, niespokojną płaszczyzną, podświetloną resztkami dnia i migotaniem miasta. Stał przez chwilę przy balustradzie, w czystej koszulce, z wilgotnymi jeszcze włosami i piwem w dłoni, próbując zrozumieć, co właściwie robi w tym miejscu. Nie był jej partnerem. Nie był ochroniarzem w klasycznym sensie. Nie był kochankiem w bezpiecznej, nazwanej wersji tej roli, bo w przypadku Flavii każde słowo wydawało się natychmiast zbyt małe albo zbyt odważne. Był kimś na smyczy, kimś potrzebnym, kimś zabranym za granicę w prywatnym samolocie i wciągniętym w świat, który pachniał pieniędzmi, sekretem i ryzykiem. A najgorsze było to, że zamiast instynktownie szukać wyjścia, zaczynał być ciekawy, dokąd prowadzi korytarz.
Usłyszał odsuwane drzwi tarasowe i jej głos, zanim się odwrócił.
Zupełnie nie pasujesz do tego świata.
Kącik jego ust drgnął od razu. Odwrócił głowę, a potem resztę ciała, i dopiero wtedy zobaczył ją w czarnym, jedwabnym szlafroku, bosą, z włosami po kąpieli i tą samą pewnością, która nawet w miękkim materiale wyglądała na ostrą. Koronka przy rękawach, połysk tkaniny, półmrok tarasu i światło z wnętrza willi zrobiły z niej coś pomiędzy gospodynią tego miejsca a pokusą, która przyszła sprawdzić, czy nadal potrafi odwrócić mu uwagę od oceanu.
Potrafiła.
Uśmiechnął się szerzej, nie kryjąc zadowolenia, bo jej komplement — nawet podany w formie zaczepki — połechtał ego dokładnie tam, gdzie trzeba.
— To pewnie przez urodę — odparł z pełną powagą, która oczywiście nie miała szans utrzymać się przy tym błysku w oczach. — Nie moja wina, że jestem uniwersalnie dekoracyjny.
Upił łyk piwa, nadal na nią patrząc, a potem zerknął przelotnie w stronę wnętrza willi, gdzie zostawił swoje rzeczy. Dopiero jej pytanie o kolację naprawdę osadziło go w tym, co miało nadejść. Wystawną kolację. Oczywiście. Bo najwyraźniej nawet interesy w tym świecie miały własny dress code, własne zasady i własne ostrza ukryte pod elegancją.
— Koszula wystarczy? — zapytał, unosząc lekko brwi. — Bo od razu mówię, nie ma opcji, żebym wbił się w garnitur. Nie po to przeżyłem tyle lat, żeby umrzeć uduszony przez marynarkę.
Przekręcił butelkę w palcach, a jego spojrzenie wróciło do niej, tym razem uważniejsze, choć wciąż zaczepne.
— I w zasadzie jaka kolacja, Vi? Taka, na której trzeba ładnie siedzieć i udawać, że rozumiem połowę rozmowy, czy taka, po której ktoś może skończyć z nożem pod żebrem?

hermosa
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Gdyby Flavia odważyła się powiedzieć, że ma swój typ mężczyzny, to ten stojący przed nią odstawałby aż karykaturalnie od przedstawionego opisu; skierowałaby się raczej w stronę intelektualisty, eleganckiego snoba, stratega ze słabością do władzy, znudzonego przeciętnością i szukającego wyzwań członka elit. Nie zaś anarchistę z ewidentnym zamiłowaniem do ryzyka i awersją do klasycznej elegancji, wyszczekanego faceta z ciasnej przyczepy postawionej na bagnach, pod którego skórą tętnił nieokiełznany ogień tak dziki, że łatwo było się oparzyć, którego uśmiech elektryzował, a błysk w oczach sprawiał, że szaleństwo topiło rozsądek. Nie mężczyznę, którego moralność nie została jeszcze stłamszona, jak u większości ludzi, jakimi się otaczała i który, jak jej się zdawało, wciąż jeszcze potrafił . c z u ć , . chociaż świat z każdym dniem dobitniej przypominał, że cena za to jest zwyczajnie za wysoka.
I teraz, patrząc na niego, kiedy się obracał, kiedy się uśmiechał, a potem wiódł spojrzeniem po jej sylwetce — właśnie wtedy pomyślała, że w jej słowach kryła się jeszcze inna, głębsza prawda. Że Rune nie tylko nie pasuje do tych wnętrz i takiego życia, ale . d o . n i e j . nie pasuje.
Szczęśliwie, Flavia nigdy nie była wystarczająco ograniczona, żeby udawać, że ma swój typ.
Parsknęła śmiechem pod nosem na dźwięk jego komentarza i na chwilę zmrużyła oczy, ale ostatecznie zdecydowała się go zostawić bez odpowiedzi właśnie takim; perfekcyjnie trafionym, niepotrzebującym więcej słów. Przynajmniej póki co. Zamiast tego skupiła się na kolejnym jego pytaniu.
Szkoda — mruknęła, ale jej uśmiech odebrał temu słowu wyrazu prawdziwej przykrości. — Dobrze byś wyglądał w garniturze. W prawdziwym garniturze — podkreśliła z naciskiem — a nie tym, który pozbawił mnie usług jednego z nowoorleańskich krawców.
Mówiąc to, Flavia wciąż się uśmiechała; a to wciąż była gra. Bynajmniej nie było jej szkoda obrażonego krawca ani nie zamierzała zmuszać Rune’a do ubierania się w marynarkę i przyjęła to za oczywistość podkreśloną własnym kpiącym tonem. A chociaż po tych słowach poczuła przemożną ochotę, żeby odepchnąć się od framugi, podejść do niego miękko i przesunąć dłonią po łuku, który hipotetycznie tworzyłaby klapa marynarki na jego sylwetce, to ostatecznie zdołała się przed tym powstrzymać. Mieli jeszcze sprawy do omówienia, a dobrze pamiętała, jak skończył się ostatni raz, kiedy zdecydowała się na taki ruch.
Wreszcie zdała sobie sprawę, że wstrzymuje powietrze w pauzie po tych słowach odrobinę za długo, a jej spojrzenie zsunęło się trochę za nisko, dlatego podniosła je z powrotem na twarz Rune’a i dokończyła:
Jesteś bezduszny. Zostawiasz całą pracę dla wyobraźni. — Przechyliła lekko głowę i oparła ją o framugę, mokre włosy zsypały się jej na ramię. — Ale szczęśliwie nigdy nie narzekałam na swoją. Może nawet powinnam z niej zrobić dzisiaj użytek — rzuciła czysto retorycznie, podnosząc wzrok, żeby zerknąć w czarne niebo.
Jednak kiedy Rune zadał następne pytanie, ciężar między nimi przesunął się delikatnie, choć doskonale wyczuwalnie dla kogoś tak wyczulonego na subtelne detale jak Flavia. Z żartów na coś poważniejszego, z tematu lekkiego na taki, który miał prawdziwą wagę na tym wyjeździe i żaden seks — nawet najlepszy, nawet w miejscu publicznym — nie mógłby mu jej całkowicie odebrać. Ani sprawić, że Flavia o nim zapomni. Dlatego pozwoliła sobie na przeciągły pomruk w pierwszej reakcji, jakby potrzebowała czasu do namysłu, chociaż w rzeczywistości odpowiednie słowa przyszły natychmiast.
Raczej taka, po której żałujesz, że nikt nie wbił ci noża pod żebra — odparła leniwie, wciąż z zaczepnym błyskiem w oku i rozbawieniem w głosie, mimo że coś już zmieniło się w wyrazie jej twarzy. — W świecie, do którego wejdziesz razem ze mną, używają subtelniejszych narzędzi, co czyni je bardziej niebezpiecznymi niż bezpośrednia groźba. Bo trudniej je zauważyć. Bo czasem nie zobaczysz ich do czasu, aż wreszcie się zorientujesz, że się wykrwawiasz — dokończyła, nie odrywając od niego spojrzenia, które nabrało dziwnej, przeszywającej ostrości.
Zdawała sobie sprawę, że mówiąc w ten sposób, maluje średnio przyjemną wizję wieczoru przed Runem, ale w końcu żadne z nich nie było nieświadomym dzieckiem. Musiał wiedzieć, co ich tam czeka, żeby być odpowiednio przygotowanym, chociaż ostatecznie to zagrożenie nie dotyczyło przecież jego; on miał stanowić tylko ochronę, standardowe zabezpieczenie, kiedy to ona — a przez nią jej rodzina i jej ojciec — będzie bezpośrednio narażona na atak. Niefizyczny. Niestety.
Wiedziała, że to spotkanie będzie wymagać precyzji, opanowania i błyskotliwości z jej strony, a być może również podjęcia innych, niekonwencjonalnych kroków. Ale była wystarczająco przekonana o własnej wartości, żeby nie obawiać się o to, że sobie nie poradzi; ostatecznie to nie było nic, czego już by wcześniej nie robiła.
Polityka, Rune — uzupełniła, klarując sytuację, jeśli jeszcze się tego nie domyślił po jej wcześniejszych słowach. — Najgorszy rodzaj ludzi — dodała, a jej głos zabarwiła pogarda, natomiast wargi przeciął grymas niesmaku. — Z plusów: nie będzie żadnych noży poza tymi srebrnymi z zastawy. Żadnych bandziorów i bezpośrednich zagrożeń. Żadnych karteli.
P o z a . m n ą .
Tego, była pewna, nie musiała dodawać na głos; błysk w jej oczach mówił wyraźniej niż jakiekolwiek słowa.
Poza tym tobie nie grozi absolutnie nic, chyba że się zatrujesz owocami morza. Od razu radzę powściągliwość, jeśli nie jesteś do nich przyzwyczajony — zakończyła z kpiącym uśmiechem, w ten sposób bagatelizując niebezpieczeństwo, na jakie wystawiała się sama.

chico fogoso
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
𝑊 zupełnie innym miejscu, pod innym niebem i w rzeczywistości, która nadal wydawała mu się trochę pożyczona, nie potrafił odmówić sobie najprostszego z możliwych gestów: patrzenia. Nie subtelnego, nie przypadkowego, nie takiego, które można było później zrzucić na odruchowe przesunięcie wzroku. Świdrował jej sylwetkę spojrzeniem otwarcie, niemal bezczelnie, pozwalając oczom przesunąć się po czarnym jedwabiu, po miękkim połysku materiału łapiącym tarasowe światło, po koronce przy szerokich rękawach i po tej zbyt naturalnej pewności, z jaką Flavia potrafiła nosić nawet coś tak pozornie intymnego, jakby był to element zbroi, nie szlafrok. Bose stopy, wilgotne włosy, skóra świeża po kąpieli, czerń opływająca ciało i to spojrzenie, które nie musiało niczego udowadniać, bo najwyraźniej już dawno temu wygrało każdą rozmowę, zanim ktokolwiek zdążył otworzyć usta.
Była atrakcyjna. Kurewsko atrakcyjna.
I to wcale nie w ten wygodny, prosty sposób, który dałoby się zamknąć w paru oczywistych detalach, udając przed sobą, że sprawa dotyczy tylko ciała, twarzy, nóg albo ust. Przy niej tracił rezon na poziomie niemal żenującym, jak podrzędny nastolatek, któremu nagle pokazano coś pięknego, drogiego i zabronionego, po czym kazano zachowywać się normalnie. A on przecież był dorosłym facetem. Miał trzydzieści sześć lat, dziecko, rozwód na karku, blizny na ciele, zawód oparty na ujarzmianiu ognia i wystarczająco dużo głupich decyzji w historii, żeby przestać reagować na jedną kobietę jak ktoś, komu zabrano ostatni działający bezpiecznik. Tyle że Flavia nie obchodziła jego rozsądku. Wchodziła między żebra, w myśli, w oddech i zostawała tam z tym swoim spokojnym, dopracowanym okrucieństwem, jakby sama obecność dawała jej prawo do przestawiania mu układu nerwowego.
Najbardziej absurdalne było to, że nie powinna tak działać.
Pasował do niej jak pięść do nosa. Jak popiół do kryształowego kieliszka. Jak obłocone buty do marmurowych schodów. Jak zapałka rzucona na aksamitną zasłonę w domu człowieka, który wierzył, że pieniądze chronią przed ogniem. Była mężatką, co samo w sobie powinno uruchamiać jakikolwiek rozsądniejszy mechanizm samozachowawczy, a do tego w jakimś stopniu stała nad nim. Nie formalnie w sposób, który można było rozpisać na umowie i podpisać długopisem, ale wystarczająco realnie, by oboje rozumieli zasady. Trzymała smycz. On znał ciężar tego faktu. A jednak pchał się w ten ogień z uporem człowieka, który nie tylko rozumie jego niszczycielską naturę, ale wręcz zawodowo spędził lata na udawaniu, że można mieć płomień pod kontrolą. Wystarczyło parę sekund z nią, jeden kpiący uśmiech, jedno spojrzenie zsunięte zbyt nisko, jeden jedwabny ruch materiału, żeby zapomniał, że ogień nigdy nie był czyimś zwierzakiem. Ogień co najwyżej pozwalał się prowadzić przez chwilę, zanim przypominał, kto naprawdę ma zęby.
Na wzmiankę o prawdziwym garniturze uniósł butelkę do ust i upił spokojny łyk, choć spojrzenie miał rozbawione, ostre na krawędziach. Piwo było przyjemnie chłodne, gorzkawe, uczciwie proste w kontraście z całym tym miejscem, które najwyraźniej gardziło prostotą tak samo, jak gardziło ciasnotą.
— Prawdziwy garnitur brzmi jak coś, co próbuje odebrać człowiekowi osobowość za pomocą guzików — rzucił po chwili, opuszczając butelkę. — A ja mam do swojej zbyt duże przywiązanie. Nawet jeśli bywa upierdliwa. I serio krawiec zrezygnował?
Nie umknęło mu to, że jej wzrok zsunął się po nim odrobinę za nisko. Nie byłby sobą, gdyby nie zauważył. I zdecydowanie nie byłby sobą, gdyby nie poczuł satysfakcji rozchodzącej się po klatce piersiowej jak powolne, ciemne ciepło. Na jej słowa o bezduszności zaśmiał się krótko, nisko, bardziej gardłem niż pełnym głosem, po czym odstawił butelkę na balustradę tarasu z cichym stuknięciem szkła o powierzchnię. Nie potrzebował dłuższego namysłu. Jednym szybkim ruchem złapał za dół czarnej koszulki i ściągnął ją przez głowę, zostając już tylko w spodniach, z włosami lekko potarganymi po tym ruchu i skórą natychmiast dotkniętą ciepłym, nocnym powietrzem.
Nie próbował się ustawiać. Nie napinał mięśni pokazowo, bo nie musiał. Stał tam ze śladami ognia na ciele, z tatuażami ciemniejącymi na ramionach, z bliznami na torsie, które w półmroku wyglądały raz miękko, raz brutalnie, zależnie od kąta światła. Był daleki od wypolerowanego ideału mężczyzn z katalogów dla bogatych kobiet i może właśnie dlatego czuł się teraz, paradoksalnie, pewniej.
— Tak lepiej? — zapytał bezczelnie, z brwią uniesioną w sposób, który sam w sobie mógłby zostać uznany za prowokację.
Dopiero potem ciężar rozmowy przesunął się w inną stronę.
Słuchał jej uważnie, choć na twarzy wciąż trzymał resztkę uśmiechu, jakby nie zamierzał oddać całej sceny powadze tylko dlatego, że zaczęli rozmawiać o polityce. Polityka. Najgorszy rodzaj ludzi. Subtelne narzędzia, których nie widać od razu. Wykrwawianie się bez noża w ręku przeciwnika. Brzmiało pięknie i paskudnie jednocześnie, czyli chyba dokładnie tak, jak powinien brzmieć świat, z którego pochodziła Flavia. Rune znał przemoc bezpośrednią. Prostacką, szybką, uczciwie brudną. Pięść, broń, nóż, krew, czyjś wrzask rozrywający przestrzeń. Tę część potrafił zrozumieć. Była straszna, ale czytelna. Tymczasem ona opowiadała mu o ludziach, którzy zadawali rany uśmiechem przy stole, słowem wypowiedzianym nad kieliszkiem, aluzją, która dopiero po godzinie okazywała się hakiem wbitym pod żebra.
Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie odpowiedział na to po swojemu.
— Polityka — powtórzył z udawanym namysłem, sięgając znów po piwo. — Czyli jednak noże, tylko takie po studiach i z dobrym nazwiskiem.
Uśmiech został mu przy ustach, ale myśli już nie były tak lekkie. Pod tą pozorną rozmową, pod żartami, pod gołym torsem wystawionym na jej spojrzenie i pod smakiem piwa w ustach, wciąż siedziało coś zimniejszego. Wystrzał. Huk, który nie chciał do końca ucichnąć. Ten moment, w którym jego ciało zadziałało szybciej niż myśl, a później wszystko stało się nieodwracalne. Zabił człowieka. To zdanie nie wymagało ozdobników. Wbiło się pod skórę głębiej, niż się spodziewał, w miejsce, którego nie potrafił ani wydrapać, ani opić, ani przykryć jej ciałem, choć przez chwilę próbował wszystkich dostępnych metod. Kolacja bez bezpośrednich zagrożeń brzmiała dobrze. Teoretycznie. Problem polegał na tym, że jego głowa od kilku dni uczyła się na nowo, że zagrożenie rzadko przychodzi w formie, którą człowiek wcześniej sobie wygodnie wyobraził.
Owoce morza sprowadziły go jednak z powrotem na ziemię w najbardziej absurdalny sposób. Skrzywił się odruchowo, bez wielkiej elegancji.
— Nie przepadam — przyznał od razu. — Uważam owoce morza za żarcie dla snobów, którzy bardzo chcą udawać, że jedzenie powinno patrzeć na nich z talerza.
Zrobił krok w jej stronę. Potem drugi. Nie śpieszył się, ale też nie zatrzymał w uprzejmej odległości. Przestrzeń między nimi szybko stała się zbyt mała, jak zwykle wtedy, gdy któreś z nich pozwalało sobie choć na ułamek więcej swobody. Blisko. Za blisko, biorąc pod uwagę temat politycznej kolacji, jego rolę, cały ten cholerny świat i fakt, że jeszcze chwilę temu rozmawiali o subtelnych narzędziach niebezpieczniejszych od noży.
Butelkę wciąż miał w dłoni, więc po prostu uniósł ją między nimi i przysunął bliżej jej ust, nachylając się odrobinę, z uśmiechem ostrzejszym niż wcześniej, już mniej rozproszonym, bardziej świadomym własnego efektu.
— Spróbuj — powiedział cicho. — Skoro wybrałem coś, co nie smakuje jak smutek z puszki, wypada ocenić, czy nadaję się do waszego świata chociaż pod względem piwa.
Nie cofnął ręki od razu. Zostawił butelkę zawieszoną pomiędzy nimi, z tym bezczelnym półuśmiechem przy ustach, jakby sam gest był tylko pretekstem, a prawdziwe pytanie kryło się znacznie bliżej jej spojrzenia niż chłodnego szkła.

hermosa
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Miała na temat garniturów zdecydowanie inne zdanie, a raczej wiele winnych zdań — że nadają charakteru zamiast go odbierać, że formułują kształt i definiują, jeśli są odpowiednio dobrane, że żaden dojrzały mężczyzna nie wierzy w to, że jego męskość może odebrać kawałek materiału — ale nie wypowiedziała na głos żadnego z nich. Prychnęła tylko cicho; zbyt cicho, żeby dało się usłyszeć w tym dźwięku coś więcej niż pobłażliwe lekceważenie dla słów Rune’a oraz brak chęci do kontynuowania tematu. A później skinęła niedbale głową na jego pytanie o krawca, tym samym dając mu do zrozumienia, że nie jest to strata, nad którą nie przeszłaby natychmiast do porządku dziennego.
Zresztą nawet gdyby chciała coś odpowiedzieć, i tak nie zdążyłaby tego zrobić, zanim Rune wykonał ten krótki, ale zatrzymujący w napięciu gest: odłożył butelkę. I sięgnął do krawędzi bluzki. Wiedziała, co się stanie, jeszcze zanim naprawdę to zrobił; jej oczy widziały dziesiątki możliwości, zanim rzeczywistość stała się faktem.
Flavia wbrew sobie wstrzymała oddech — i przeklęła w myślach natychmiast, jak tylko zdała sobie z tego sprawę. Jak idiotka. Napalona idiotka. Dzieciak, którym nie była od dawna, a może nawet: którym nie była nigdy. Wiedziała, że to ten jego uśmiech i ten niebezpieczny błysk w oczach Rune’a, jak refleks ognia, który w nim płonął i od którego Flavia wprost nie mogła oderwać wzroku.
Lepiej — mruknęła tylko.
I . g o r z e j .
Wyraz temu drugiemu, niewypowiedzianemu głośno komentarzowi dał jedynie enigmatyczny uśmiech Flavii; niemal pomijalne uniesienie kącików ust. Bo Rune bez koszulki był zdecydowanie gorszy dla jej samokontroli i rozsądku, dla porządku tego świata i dla porządku tej znajomości, którą niedługo będzie musiała — chociaż więcej niż niechętnie — ukrócić. Ale teraz jeszcze o tym nie myślała; teraz pozwoliła spojrzeniu błądzić po cieniach na poprzecinanej bliznami skórze i po kolorowych rękawach, z dziwną dla siebie nonszalancją zostawiając nieprzyjemne rzeczy na dzień, w którym przyjdzie na nie czas.
W końcu dzisiejszy wieczór wciąż jeszcze należał do przyjemności.
Wzruszyła lekko ramieniem w jedynym komentarzu do jego słów o polityce, bo przecież to właśnie powiedziała, a później znowu zmusiła się do podniesienia wzroku, co przerwało przyjemną wędrówkę po jego ciele. Zdawała sobie sprawę, że już to kiedyś mówiła. Że się wtedy myliła. I że jej słowa wypowiedziane teraz, w bezpiecznych ścianach prywatnej willi, w której byli nieprzyzwoicie skazani na własne towarzystwo i niedostępni dla żadnych ciekawskich spojrzeń z zewnątrz, niewiele w gruncie rzeczy znaczyły. Szczególnie, że zwykła nimi subtelnie manipulować, o czym Rune zdążył się już przekonać. Ale ostatecznie to było jedyne, co mogła mu teraz dać. Tylko i aż, w zależności od perspektywy, bo nie zamierzała dodawać na głos, że tym razem upewniła się, że w domu gubernatora nie będzie kolejnej rzezi.
Odsunęła się od tych myśli, kiedy mężczyzna z typową dla siebie lekkością i arogancją otwarcie obraził kolejny z istotnych punktów jej porządku życia. Jednak zamiast się obruszyć, zaśmiała się krótko, ale wyjątkowo szczerze i pokręciła głową na boki, co spowodowało, że z mokrych włosów otrząsnęły się drobne kropelki i opadły wokół niej. Nie oderwała przy tym błyszczącego rozbawieniem spojrzenia od jego twarzy, szczególnie kiedy zrobił pierwszy krok w jej stronę.
Krowa z waszych burgerów nie patrzy na was tylko dlatego, że ma za duże oczy, żeby zmieścić się na talerzu, ty hipokryto — odparowała i w jej ton wdarł się niemożliwy do wychwycenia na co dzień w Nowym Orleanie, lekki hiszpański akcent. Zadarła lekko podbródek, żeby utrzymać z nim kontakt wzrokowy, kiedy Rune zatrzymał się wystarczająco blisko, żeby znowu poczuła ładunek elektryczny przeskakujący między ich ciałami i na linii spojrzeń. — Lepiej nie powtarzaj tego przy stole gubernatora, Rune, bo za obrażanie religii, jaką jest nasza kuchnia, w Meksyku idzie się do więzienia szybciej, niż za obrażanie ludzi, z którymi się je posiłek — dodała już równiej, chociaż wciąż głosem podszytym rozbawieniem, wciąż żartując.
Nawet jeśli nikt, kto miał tę nie-przyjemność znaleźć się w jakimś choćby na kilka dni, nie śmiałby się głośno z meksykańskich więzień. Ona nie miała. I nie zamierzała, rzecz jasna, mieć.
Wreszcie z trudem oderwała spojrzenie od jego uśmiechu — wyczulona na niuanse, zauważyła w nim tę subtelną zmianę — żeby spojrzeć na piwo w jego dłoni. Nie musiała długo myśleć. Właściwie: w ogóle nie musiała myśleć. Od razu przeszła do działania, pod wpływem impulsu, jakby jedna iskra jego żaru przeskoczyła jej na skórę, a od niej gwałtownie zajęło się całe ciało.
Zwinnie ominęła butelkę, rzecz jasna. Nie nazywałaby się Rodriguez, gdyby wybrała przewidywalność. Ani tym bardziej gdyby go tak po prostu posłuchała i zrobiła to, co jej sugerował. Dlatego zamiast sięgnąć po piwo wyciągnięte w jej stronę, kobieta wspięła się na palce i zrobiła pół kroku potrzebnego, żeby wargami sięgnąć jego ust.
Przywarła do niego ciałem i pocałowała go przeciągle. Niespiesznie. Głęboko. A jednocześnie krótko, nie pozwalając własnym dłoniom oprzeć się o jego nagi tors ani dać się zamknąć w jego objęciach. Wystarczająco, żeby cofnąć się, zanim Rune zdąży zareagować i ją do siebie przyciągnąć, żeby móc się odsunąć na własnych zasadach, ale przed tym wyraźnie zaznaczyć swoją obecność. Wystarczająco szybko, żeby go zaskoczyć. I wystarczająco mocno, żeby poczuł pustkę. Odsuwając się od niego, zatrzymała się tylko na ułamek sekundy gdzieś pomiędzy, żeby na niego spojrzeć, zanim wyminie również jego w dalszej drodze w głąb prywatnego tarasu, otoczonego bujną roślinnością i wysokim murem.
Gorzki finisz — szepnęła, patrząc na niego spod wachlarza rzęs otaczającego półprzymknięte powieki. — Mój ulubiony.
Mówiła o piwie.
Albo o nich.
Albo o obu tych rzeczach naraz i jeszcze o tysiącu innych, jak zwykle nie ograniczając się do nudnej jednoznaczności. I jak zwykle nie była też łaskawa określić, o co jej dokładnie chodziło; pozostawiła to Rune’owi do wolnej interpretacji, jednocześnie prześlizgując się obok niego. Zatrzymała się dwa kroki za jego plecami, odwróciła się nieznacznie i posłała mu pytające spojrzenie.
Pływasz? — zapytała, po czym niemal obojętnie pociągnęła za pasek szlafroka, którym był luźno przewiązany w talii.
Poruszyła delikatnie ramionami, żeby strząsnąć z siebie materiał czarny jak noc wokół nich. Właśnie w ten sposób ekskluzywny, horrendalnie drogi jedwab ześlizgnął się z ramion Flavii z cichym szelestem i opadł na ziemię, tworząc na płytkach aureolę wokół jej bosych stóp.
Nie miała nic pod spodem.
Podniosła jedną stopę i miękko przekroczyła nad szlafrokiem, a później skierowała się niespiesznym krokiem w stronę basenu, poruszając się naturalnie i nie kołysząc przesadnie biodrami; bo wyjątkowo nie była to scena, a przynajmniej nie jedna z tych wyreżyserowanych, które Flavia tak lubiła. Teraz była po prostu . t y l k o . kobietą chcącą zanurzyć się w chłodnej wodzie, a nie kolejną pozą przypisaną do wybranej roli. Obróciła się tylko raz, ponad ramieniem w jego stronę, z uśmiechem tak wymownym, że prawie do niej nie pasował; gdyby jednocześnie nie był tak okropnie bezczelny.

chico fogoso :znicz:
ODPOWIEDZ

Wróć do „Podróże”