
and it’s just incredibly pathetic that it has to be us.
𝑁ad uczelnią od tygodni wisiało napięcie, które nie miało konkretnego kształtu, a jednak wchodziło pod skórę przy każdym kroku między salami. W powietrzu czuć było zmęczenie, krótkie oddechy przed egzaminami, nerwowe śmiechy na korytarzach i to charakterystyczne dam radę, powtarzane bardziej z uporu niż z przekonania. Dla Bastiana słowo sesja nigdy nie oznaczało jedynie kalendarza zaliczeń — było raczej stanem umysłu, w którym każdy dźwięk wydawał się głośniejszy, a każda rozmowa ciągnęła za sobą ciężar cudzych oczekiwań.
Odkąd Klaus przeniósł się do jego mieszkania, codzienność zaczęła układać się w nowy, nie do końca jeszcze oswojony rytm. W kuchni pojawiły się dodatkowe kubki, na oparciu krzesła wisiała czyjaś kurtka, a cisza przestała być absolutna — miała teraz oddech drugiej osoby, czasem spokojny, czasem rwany. Nie było w tym idealnej harmonii; raczej coś pomiędzy improwizacją a próbą znalezienia wspólnego tempa. Mimo drobnych zgrzytów i zmęczenia, które obaj nosili w sobie jak niewidzialny bagaż, świadomość, że ktoś czeka za drzwiami, działała na niego bardziej uspokajająco, niż chciałby się do tego przyznać.
I właśnie w tę chwilę, z całym swoim hałasem, wślizgnął się powrót Irmy do miasta.
Nie pojawiła się nagle jak cud, raczej jak fakt: wiadomość na komunikatorze, potem głos w słuchawce, potem spotkanie, które nie miało nic z wielkich powrotów z filmów. Była za to ta dziwna mieszanka: znajomość zakorzeniona w dzieciństwie i świadomość, że dorosłość potrafi człowieka przerobić na kogoś, kogo trzeba poznać na nowo. Przez lata łapali się telefonami i krótkimi rozmowami — raz dłużej, raz krócej, raz intensywnie, raz tak, jakby oboje trzymali dystans na wypadek, gdyby świat znów ich rozrzucił. Teraz próbowali odzyskać stracone lata, tylko że nie dało się ich wyciągnąć z kieszeni jak zgubionych drobnych. Trzeba je było odtwarzać: z anegdot, z nowych przyzwyczajeń, z tych wszystkich zdań zaczynających się od wiesz, u mnie ostatnio...
Tego dnia uniwersytet od rana pracował na najwyższych obrotach, choć nikt oficjalnie się do tego nie przyznawał. W korytarzach było głośniej niż zwykle; studenci chodzili jak stado spłoszonych ptaków, z notatkami w dłoniach i kawą, która wyglądała na ostatnią deskę ratunku. Bastian, w swojej czerni i z twarzą, która nawet przy lepszym humorze potrafiła wyglądać na mam dość, odbijał się od drzwi do drzwi, od sali do sali, od jednego a czy to będzie na egzaminie? do drugiego proszę pana, ale ja naprawdę miałem trudny tydzień.
Na jednym z zajęć ktoś próbował mu wcisnąć interpretację, w której Beethoven pisał sonaty jako subtelne manifesty przeciwko współczesnemu kapitalizmowi, bo tak czuje. Bastian wytrzymał pięć minut, zanim załamała mu się resztka cierpliwości.
— Słuchaj — rzucił, opierając biodro o katedrę i patrząc na chłopaka nieco groźnie. — Ja rozumiem, że wy czujecie różne rzeczy. Ja też czuję. Na przykład czuję, że zaraz mi pęknie żyła. Ale w tej sali, jak już coś czujesz, to jeszcze spróbuj to udowodnić, dobra?
Ktoś z tyłu prychnął, ktoś inny udawał, że notuje, choć na kartce były wyłącznie serduszka i napis help. Bastian przeszedł przez resztę wykładu z tą dziwną energią człowieka, który jednocześnie lubi swoją robotę i ma ochotę wysłać ją w kosmos. Pod koniec zajęć zatrzymała go dziewczyna, która wyglądała, jakby nie spała od trzech dni.
— Proszę pana, ja mam pytanie... — zaczęła ostrożnie.
— Jeśli chodzi o to, czy można oddać pracę później, to nie — uciął od razu.
— Nie, ja... ja chciałam zapytać, czy pan naprawdę uważa, że słuchanie muzyki klasycznej może komuś uratować życie?
To pytanie wytrąciło go z rytmu, choć nie powinno. Przez chwilę stał w ciszy, jakby szukał odpowiedzi gdzieś poza sobą, a nie wśród gotowych definicji, które zwykle rozdawał studentom bez wysiłku.
— Nie wiem, czy uratować — powiedział po chwili, ciszej, bez tej swojej wykładowej zadziorności. — Ale może pomóc ci przeżyć dzień, w którym nie masz na nic siły. I to czasem wystarcza.
Nie patrzył jej w oczy dłużej, niż musiał. Wyszedł z sali, zamknął za sobą drzwi, a potem przez kolejne godziny robił to, co umiał najlepiej: działał. Podpisy, maile, krótkie rozmowy na korytarzu, dwie drobne awantury o salę, która była zarezerwowana, choć nikt nie potrafił tego udowodnić.
Po południu wyszedł przed budynek i od razu poczuł, że luty w Nowym Orleanie to nie jest miesiąc, tylko humor. Powietrze było wilgotne, ale chłód jeszcze się trzymał; słońce przebijało się przez chmury tak, jakby samo nie było pewne, czy ma tu dzisiaj sens. Ulica lśniła miejscami po porannym deszczu, a w powietrzu unosił się zapach mokrego asfaltu zmieszany z czymś słodkim, pewnie z jakiejś pobliskiej piekarni, która nie znała litości.
Stara czarna Honda Civic stała tam, gdzie zawsze — trochę zbyt dumna jak na swój wiek, trochę zbyt zmęczona, żeby udawać młodość. Bastian lubił to auto właśnie za tę uczciwość. Otworzył drzwi, wrzucił torbę na tylne siedzenie i wtedy zobaczył go kątem oka.
Kot.
Siedział przy krawężniku, nie do końca bezpański, raczej tymczasowo niczyj, z futrem przybrudzonym od miejskiego życia i spojrzeniem, które mówiło: mam swoje sprawy, człowieku, nie przeszkadzaj. Bastian zatrzymał się na sekundę, jakby ktoś wcisnął mu pauzę. Mógłby przysiąc, że w tym spojrzeniu było coś znajomego — nie w sensie konkretnego zwierzaka, tylko w tej bezczelnej pewności, że świat może sobie mówić, co chce, a on i tak zrobi swoje.
I wtedy, zupełnie nieproszona, weszła mu do głowy historia Irmy. O Syntaxie. O tym, jak jej były mąż wyciągnął kota z jej życia papierami i wyrokami, jakby zwierzę było meblem do podziału. Bastian poczuł to charakterystyczne ukłucie w klatce piersiowej — złość, która nie miała ujścia, i ten jego odruch: jeśli coś jest niesprawiedliwe, to trzeba to naprawić. Nawet jeśli naprawić brzmi jak plan zbyt głupi, żeby go wypowiedzieć na głos.
Wsiadł do samochodu, odpalił, a silnik zaterkotał z ulgą, że wreszcie będzie miał po co pracować. Zanim ruszył, sięgnął po telefon i napisał do Klausa krótką wiadomość.
Będę później. Wypadło coś do ogarnięcia. Nie czekaj z obiadem, słońce.
Wysłał, zanim zdążył się zastanowić, czy powinien dodać coś cieplejszego. Nie dodał. To też było jego: robić, a potem ewentualnie przepraszać.
Zamiast jechać prosto do domu, zjechał w stronę miejsca, gdzie można było złapać coś na wynos bez zbędnych pytań. Zaparkował na chwilę, wszedł do środka, wymienił dwa zdania z człowiekiem za ladą, który wyglądał, jakby widział już wszystkie katastrofy tego miasta i nie zamierzał się nimi przejmować. Wyszedł z papierową torbą, w której pachniało tłuszczem, przyprawami i obietnicą szybkiej satysfakcji. Idealne paliwo na planowanie rzeczy nielegalnych albo przynajmniej moralnie podejrzanych.
Mirabeau Avenue przywitało go spokojem, który nie był ciszą, tylko równym rytmem dzielnicy. Drzewa, które nawet zimą miały w sobie coś żywego, wilgoć osiadająca na krawędziach chodników, pojedyncze auta przejeżdżające bez pośpiechu. Dom pod numerem 226 wyglądał na świeżo zadomowiony w krajobrazie: jasna elewacja, ciemny dach, mały ganek z drewnianymi podporami, okno na poddaszu, które przypominało oko czuwające nad resztą. Wokół schludne krzewy i ścieżka z kamieni, jakby ktoś bardzo chciał, żeby każdy krok miał swoje miejsce.
Bastian wysiadł z Hondy, poprawił chwyt na torbie z jedzeniem i rozejrzał się odruchowo — nie jak przestępca, raczej jak ktoś, kto nie lubi być zaskakiwany. Na ulicy nie działo się nic podejrzanego, co oczywiście było podejrzane samo w sobie, ale tym razem uznał, że to może po prostu normalność.
Podszedł do drzwi, stanął na moment na ganku i poczuł ten dziwny skurcz w żołądku, który zawsze pojawiał się tuż przed spotkaniem z kimś ważnym. Nie dlatego, że się bał. Bardziej dlatego, że nie miał pewności, w jakiej wersji siebie dziś wchodzi do cudzej przestrzeni: tej zmęczonej, tej ironicznej, tej wściekłej czy tej, która czasem tęskni, ale nie potrafi tego ubrać w proste słowa.
Zapukał.
Raz, dwa, trzeci — spokojnie, bez teatralności, choć w środku już mu się układały zdania, które brzmiały jak plan na film o odbijaniu zakładników.
— Irma — rzucił, kiedy usłyszał ruch po drugiej stronie. Głos miał podniesiony minimalnie, żeby go było słychać. — Mam żarcie. I mam pomysł. I oba są głupie, ale jeden może ci się spodobać.
Przesunął ciężar z jednej nogi na drugą, spojrzał jeszcze raz na spokojną ulicę, po czym wrócił wzrokiem do drzwi, jakby były granicą między normalnym a znowu wchodzę w coś, co może się skończyć kłopotami.
Nie miał wątpliwości, że w to wejdzie. Wątpliwości miał tylko co do tego, jak bardzo to będzie idiotyczne. I, o dziwo, ta myśl poprawiła mu humor.



