ODPOWIEDZ
Miejscow*
33 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
Obrazek
Somebody has to do something,
and it’s just incredibly pathetic that it has to be us.

𝑁ad uczelnią od tygodni wisiało napięcie, które nie miało konkretnego kształtu, a jednak wchodziło pod skórę przy każdym kroku między salami. W powietrzu czuć było zmęczenie, krótkie oddechy przed egzaminami, nerwowe śmiechy na korytarzach i to charakterystyczne dam radę, powtarzane bardziej z uporu niż z przekonania. Dla Bastiana słowo sesja nigdy nie oznaczało jedynie kalendarza zaliczeń — było raczej stanem umysłu, w którym każdy dźwięk wydawał się głośniejszy, a każda rozmowa ciągnęła za sobą ciężar cudzych oczekiwań.
Odkąd Klaus przeniósł się do jego mieszkania, codzienność zaczęła układać się w nowy, nie do końca jeszcze oswojony rytm. W kuchni pojawiły się dodatkowe kubki, na oparciu krzesła wisiała czyjaś kurtka, a cisza przestała być absolutna — miała teraz oddech drugiej osoby, czasem spokojny, czasem rwany. Nie było w tym idealnej harmonii; raczej coś pomiędzy improwizacją a próbą znalezienia wspólnego tempa. Mimo drobnych zgrzytów i zmęczenia, które obaj nosili w sobie jak niewidzialny bagaż, świadomość, że ktoś czeka za drzwiami, działała na niego bardziej uspokajająco, niż chciałby się do tego przyznać.
I właśnie w tę chwilę, z całym swoim hałasem, wślizgnął się powrót Irmy do miasta.
Nie pojawiła się nagle jak cud, raczej jak fakt: wiadomość na komunikatorze, potem głos w słuchawce, potem spotkanie, które nie miało nic z wielkich powrotów z filmów. Była za to ta dziwna mieszanka: znajomość zakorzeniona w dzieciństwie i świadomość, że dorosłość potrafi człowieka przerobić na kogoś, kogo trzeba poznać na nowo. Przez lata łapali się telefonami i krótkimi rozmowami — raz dłużej, raz krócej, raz intensywnie, raz tak, jakby oboje trzymali dystans na wypadek, gdyby świat znów ich rozrzucił. Teraz próbowali odzyskać stracone lata, tylko że nie dało się ich wyciągnąć z kieszeni jak zgubionych drobnych. Trzeba je było odtwarzać: z anegdot, z nowych przyzwyczajeń, z tych wszystkich zdań zaczynających się od wiesz, u mnie ostatnio...
Tego dnia uniwersytet od rana pracował na najwyższych obrotach, choć nikt oficjalnie się do tego nie przyznawał. W korytarzach było głośniej niż zwykle; studenci chodzili jak stado spłoszonych ptaków, z notatkami w dłoniach i kawą, która wyglądała na ostatnią deskę ratunku. Bastian, w swojej czerni i z twarzą, która nawet przy lepszym humorze potrafiła wyglądać na mam dość, odbijał się od drzwi do drzwi, od sali do sali, od jednego a czy to będzie na egzaminie? do drugiego proszę pana, ale ja naprawdę miałem trudny tydzień.
Na jednym z zajęć ktoś próbował mu wcisnąć interpretację, w której Beethoven pisał sonaty jako subtelne manifesty przeciwko współczesnemu kapitalizmowi, bo tak czuje. Bastian wytrzymał pięć minut, zanim załamała mu się resztka cierpliwości.
— Słuchaj — rzucił, opierając biodro o katedrę i patrząc na chłopaka nieco groźnie. — Ja rozumiem, że wy czujecie różne rzeczy. Ja też czuję. Na przykład czuję, że zaraz mi pęknie żyła. Ale w tej sali, jak już coś czujesz, to jeszcze spróbuj to udowodnić, dobra?
Ktoś z tyłu prychnął, ktoś inny udawał, że notuje, choć na kartce były wyłącznie serduszka i napis help. Bastian przeszedł przez resztę wykładu z tą dziwną energią człowieka, który jednocześnie lubi swoją robotę i ma ochotę wysłać ją w kosmos. Pod koniec zajęć zatrzymała go dziewczyna, która wyglądała, jakby nie spała od trzech dni.
— Proszę pana, ja mam pytanie... — zaczęła ostrożnie.
— Jeśli chodzi o to, czy można oddać pracę później, to nie — uciął od razu.
— Nie, ja... ja chciałam zapytać, czy pan naprawdę uważa, że słuchanie muzyki klasycznej może komuś uratować życie?
To pytanie wytrąciło go z rytmu, choć nie powinno. Przez chwilę stał w ciszy, jakby szukał odpowiedzi gdzieś poza sobą, a nie wśród gotowych definicji, które zwykle rozdawał studentom bez wysiłku.
— Nie wiem, czy uratować — powiedział po chwili, ciszej, bez tej swojej wykładowej zadziorności. — Ale może pomóc ci przeżyć dzień, w którym nie masz na nic siły. I to czasem wystarcza.
Nie patrzył jej w oczy dłużej, niż musiał. Wyszedł z sali, zamknął za sobą drzwi, a potem przez kolejne godziny robił to, co umiał najlepiej: działał. Podpisy, maile, krótkie rozmowy na korytarzu, dwie drobne awantury o salę, która była zarezerwowana, choć nikt nie potrafił tego udowodnić.
Po południu wyszedł przed budynek i od razu poczuł, że luty w Nowym Orleanie to nie jest miesiąc, tylko humor. Powietrze było wilgotne, ale chłód jeszcze się trzymał; słońce przebijało się przez chmury tak, jakby samo nie było pewne, czy ma tu dzisiaj sens. Ulica lśniła miejscami po porannym deszczu, a w powietrzu unosił się zapach mokrego asfaltu zmieszany z czymś słodkim, pewnie z jakiejś pobliskiej piekarni, która nie znała litości.
Stara czarna Honda Civic stała tam, gdzie zawsze — trochę zbyt dumna jak na swój wiek, trochę zbyt zmęczona, żeby udawać młodość. Bastian lubił to auto właśnie za tę uczciwość. Otworzył drzwi, wrzucił torbę na tylne siedzenie i wtedy zobaczył go kątem oka.
Kot.
Siedział przy krawężniku, nie do końca bezpański, raczej tymczasowo niczyj, z futrem przybrudzonym od miejskiego życia i spojrzeniem, które mówiło: mam swoje sprawy, człowieku, nie przeszkadzaj. Bastian zatrzymał się na sekundę, jakby ktoś wcisnął mu pauzę. Mógłby przysiąc, że w tym spojrzeniu było coś znajomego — nie w sensie konkretnego zwierzaka, tylko w tej bezczelnej pewności, że świat może sobie mówić, co chce, a on i tak zrobi swoje.
I wtedy, zupełnie nieproszona, weszła mu do głowy historia Irmy. O Syntaxie. O tym, jak jej były mąż wyciągnął kota z jej życia papierami i wyrokami, jakby zwierzę było meblem do podziału. Bastian poczuł to charakterystyczne ukłucie w klatce piersiowej — złość, która nie miała ujścia, i ten jego odruch: jeśli coś jest niesprawiedliwe, to trzeba to naprawić. Nawet jeśli naprawić brzmi jak plan zbyt głupi, żeby go wypowiedzieć na głos.
Wsiadł do samochodu, odpalił, a silnik zaterkotał z ulgą, że wreszcie będzie miał po co pracować. Zanim ruszył, sięgnął po telefon i napisał do Klausa krótką wiadomość.

Będę później. Wypadło coś do ogarnięcia. Nie czekaj z obiadem, słońce.

Wysłał, zanim zdążył się zastanowić, czy powinien dodać coś cieplejszego. Nie dodał. To też było jego: robić, a potem ewentualnie przepraszać.
Zamiast jechać prosto do domu, zjechał w stronę miejsca, gdzie można było złapać coś na wynos bez zbędnych pytań. Zaparkował na chwilę, wszedł do środka, wymienił dwa zdania z człowiekiem za ladą, który wyglądał, jakby widział już wszystkie katastrofy tego miasta i nie zamierzał się nimi przejmować. Wyszedł z papierową torbą, w której pachniało tłuszczem, przyprawami i obietnicą szybkiej satysfakcji. Idealne paliwo na planowanie rzeczy nielegalnych albo przynajmniej moralnie podejrzanych.
Mirabeau Avenue przywitało go spokojem, który nie był ciszą, tylko równym rytmem dzielnicy. Drzewa, które nawet zimą miały w sobie coś żywego, wilgoć osiadająca na krawędziach chodników, pojedyncze auta przejeżdżające bez pośpiechu. Dom pod numerem 226 wyglądał na świeżo zadomowiony w krajobrazie: jasna elewacja, ciemny dach, mały ganek z drewnianymi podporami, okno na poddaszu, które przypominało oko czuwające nad resztą. Wokół schludne krzewy i ścieżka z kamieni, jakby ktoś bardzo chciał, żeby każdy krok miał swoje miejsce.
Bastian wysiadł z Hondy, poprawił chwyt na torbie z jedzeniem i rozejrzał się odruchowo — nie jak przestępca, raczej jak ktoś, kto nie lubi być zaskakiwany. Na ulicy nie działo się nic podejrzanego, co oczywiście było podejrzane samo w sobie, ale tym razem uznał, że to może po prostu normalność.
Podszedł do drzwi, stanął na moment na ganku i poczuł ten dziwny skurcz w żołądku, który zawsze pojawiał się tuż przed spotkaniem z kimś ważnym. Nie dlatego, że się bał. Bardziej dlatego, że nie miał pewności, w jakiej wersji siebie dziś wchodzi do cudzej przestrzeni: tej zmęczonej, tej ironicznej, tej wściekłej czy tej, która czasem tęskni, ale nie potrafi tego ubrać w proste słowa.
Zapukał.
Raz, dwa, trzeci — spokojnie, bez teatralności, choć w środku już mu się układały zdania, które brzmiały jak plan na film o odbijaniu zakładników.
— Irma — rzucił, kiedy usłyszał ruch po drugiej stronie. Głos miał podniesiony minimalnie, żeby go było słychać. — Mam żarcie. I mam pomysł. I oba są głupie, ale jeden może ci się spodobać.
Przesunął ciężar z jednej nogi na drugą, spojrzał jeszcze raz na spokojną ulicę, po czym wrócił wzrokiem do drzwi, jakby były granicą między normalnym a znowu wchodzę w coś, co może się skończyć kłopotami.
Nie miał wątpliwości, że w to wejdzie. Wątpliwości miał tylko co do tego, jak bardzo to będzie idiotyczne. I, o dziwo, ta myśl poprawiła mu humor.

Irma Quintana
Miejscow*
35 lat/a, 178 cm
pisarka sci-fi w NOLA
Awatar użytkownika
Whispers of life
Police and thieves in the street
Fighting the nation with their guns and ammunition

Mirabeau Ave 226 był małym, białym, uroczym domkiem. W porównaniu do rodzinnego domu Irmy wyglądał bardzo skromnie, przynajmniej z zewnątrz. W środku tętnił życiem swojej właścicielki. Dbałość o wystrój własnego gniazdka stawiała ona bowiem bardzo wysoko na liście priorytetów. Nie z próżności i chęci zaszpanowania potencjalnym gościom, tylko z potrzeby spędzania czasu w sprzyjających warunkach.
Wielka estetka Irma Quintana stawiała zatem na przytulność, eklektyzm i mix stonowanych (choć bardzo różnorodnych) kolorów i faktur. Wszystko koniecznie w otoczeniu nietrującej dla kotów roślinności. Pierwszy miesiąc zadomowiania się na nowo w Jeszcze-Nowszym (dla niej) Orleanie polegał zatem na wiciu gniazdka, które obecnie można już było uznawać za dzieło w miarę skończone. Było tu wszystko... z wyjątkiem kogoś, kogo Irma obecnie uważała za najbliższą jej osobę.
Osoba kocia.
Teraz trzy inne zwierzaki tego gatunku wypełniały część pustki w sercu kobiety. Jak jednak miałaby po prostu żyć dalej, wiedząc, że zwierzę, które ukochała i uznała za najbliższego członka rodziny, znajduje się całkowicie poza jej zasięgiem? Syntax był czarnym maine coonem. Kupiła go razem z ówczesnym mężem z hodowli, choć początkowo bardziej skłaniała się do adoptowania jakiejś przybłędy ze schroniska. Jego argumenty widocznie były na tyle mocne, że uległa naciskom.
Początkowo zdawali się tworzyć zgrany zespół. On, ona i kot. Gdy jednak rzeczywistość zaczęła się sypać, a mąż coraz sprytniej wymykał się z życia Irmy, Syntax (pol. Składnia) pomagał jej składać jeszcze jako-tako ostatni bastion poczucia sensu i nadziei na lepszą przyszłość.
Oto nadeszła - lepsza przyszłość. Quintana powróciła do najprawdziwszego ze wszystkich domów, czyli do Luizjany, do Nowego Orleanu. Cieszyła się obecnie dość stabilną pozycją na rynku wydawniczym, a w życiu prywatnym czuła niezależność i sprawczość. Z pieniędzy, które otrzymała po rozwodzie mogła sobie pozwolić na zakup małej nieruchomości we wciąż noszącej blizny po Katrinie dzielnicy niedaleko jeziora. Domek przy Mirabeau Ave 226 był dość nowy, a poprzedni właściciele zostawili w nim dużo przyzwoitych mebli.
Obecnie wszystko w życiu Irmy wyglądało z pozoru tak szczęśliwie i stabilnie! Ona sama była właśnie w połowie swojej codziennej jogi, gdy przez duże okno salonokuchni ujrzała zajeżdżający na teren posesji znajomy pojazd. Ucieszyła się mimo, że wizyta starego kumpla wymusiła na niej przerwanie czynności, do której przywiązywała ogromną wagę.
- Profesor Knox! - przywitała go z konspiracyjnym uśmiechem, wyczuwając napięcie. - Nikt pana nie śledził?
Wpuściła gościa do swojego nowego królestwa. Miał już okazję je wcześniej zwiedzić, ale wtedy panował tu na pewno większy porządek. Teraz na środku leżała mata do ćwiczeń i różne przybory pomocnicze.
Zauważywszy poruszenie przy drzwiach wejściowych, przybiegły dwa kociaki - łysa sfinksiczka Rosalia oraz młodziutki, nazwany przez nową opiekunkę Metatron, któremu zupełnie brakowało ogłady, toteż nie miał żadnych oporów, by natychmiast urządzić polowanie na sznurówki bastianowych butów. Trzeci kot pozostał w ukryciu.
- Co to? - Irma przyjęła od gościa pachnący podarunek i zaniosła go prosto do stołu, gdzie miała nadzieję spędzić kolejne godziny nadrabiania straconych lat rozłąki.
Bastian był częścią tego, co nazywała swoim domem, a co próbowała długo wypierać. Może trochę się zmienił? Ale na pewno nie jakoś bardzo. Wystarczająco mało, by Irma mogła odetchnąć po pierwszym spotkaniu po latach i rzucić kotwicę pewności prawdziwego powrotu do korzeni. Bastian był jedną z cegiełek niezbędnych do odbudowania noworleańskiej tożsamości Irmy.
W salonie pachniało żywicznym kadzidłem, co w wilgotnym klimacie mogło dodatkowo przytłaczać - ale na pewno nie Irmę. Z ustawionych w strategicznym punkcie głośników leciała muzyka współczesnego nigerskiego artysty.
Kobieta odpakowała jedzenie z torby i się skrzywiła.
- No dobra, Basti, to co to za pomysł? Chyba nie mam wyboru i to on musi mi się spodobać.

Bastian Knox
colored computer
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
33 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
𝐽eszcze zanim przekroczył próg, odruchowo omiótł spojrzeniem ulicę, sąsiednie posesje, linię drzew i zaparkowane nieco dalej auta, choć sam nie potrafiłby uczciwie powiedzieć, czego właściwie wypatrywał — byłego męża czającego się za żywopłotem, policyjnego patrolu, a może tylko własnego rozsądku, który mógłby w ostatniej chwili podpowiedzieć mu, że przyjeżdżanie do kobiety z torbą tłustego jedzenia i planem odbicia kota to zachowanie, które człowiek powinien jednak przemyśleć dwa razy. Nic takiego się nie wydarzyło. Mirabeau Avenue trwała w swoim spokojnym, nieco wilgotnym rytmie, a jasny domek stał przed nim z tą uporządkowaną, przytulną pewnością siebie, której Bastian zazdrościł wszystkim miejscom zdolnym wyglądać tak, jakby życie miało się w nich mieścić bez większych awarii.
Drzwi otworzyły się, a on, wpuszczony do środka z tym jej konspiracyjnym uśmiechem i zaczepką, prychnął pod nosem, zanim jeszcze postawił pierwszy krok na podłodze.
— Nie mów do mnie Profesor Knox po godzinach — mruknął, krzywiąc się teatralnie, ale nie na tyle, żeby ukryć rozbawienie. — Naprawdę chciałbym chociaż między własnymi katastrofami mieć chwilę spokoju od cudzych prac zaliczeniowych.
Wsunął się do środka z torbami w dłoniach i od razu poczuł znajomy zapach kadzidła, żywiczny, ciepły, gęsty, ale nie duszny — ten rodzaj aromatu, który nie tyle unosił się w powietrzu, ile osiadał na nim cienką warstwą, nadając wnętrzu wrażenie czegoś bardziej zamieszkanego niż po prostu urządzonego. Ten zapach od razu mu siadł. Sam przecież odpalał czasem kadzidła u siebie, zwłaszcza wieczorami, kiedy mieszkanie trzeba było czymś przegonić z codzienności, papierosów, wilgoci i tego niewidzialnego ciężaru, który czasem zbierał się po kątach mimo najlepszych chęci.
Podał jej papierowe torby.
— Tu masz rzeczy niegodne szacunku dietetyka, ale za to uczciwe. Wziąłem smażone tofu w ostrej glazurze, frytki z batatów, jakieś pierożki z warzywami, te śmieszne chrupiące kulki z ciecierzycy i makaron z sezamem. Tłuste, ciepłe i raczej pocieszające niż zdrowe, czyli idealne.
Przesunął wzrokiem po wyjmowanych z torby pudełkach i aż uniósł brew nad własnym wyborem.
— Wiem, brzmi podejrzanie. Jeszcze parę lat temu pewnie bym to wyśmiał. Ale przez mojego chłopaka przeszedłem częściowo na dietę vege i, niestety, muszę uczciwie przyznać, że świat się od tego nie skończył.
To ostatnie pomyślał z mieszaniną rozbawienia i łagodnej kapitulacji. Klaus przez długi czas podchodził do tematu cierpliwie, bez napastliwości, co było chyba najgorszą możliwą taktyką dla kogoś takiego jak Knox, bo nie dawało mu się czego uczepić. Żadnych wielkich kazań, żadnego musisz, jedynie podsuwane pod nos kolejne rzeczy do spróbowania, spokojne spojrzenia i to jego nieznośne, ciche przekonanie, że może jednak warto. Bastian przez jakiś czas bronił się z godnością godną faceta, który bardzo chce umrzeć na wzgórzu pod tytułem stek to osobowość, aż w końcu skapitulował przy którymś wspólnym obiedzie i odkrył ze szczerą niechęcią, że pieprzone warzywa mogą smakować lepiej, niż powinny.
— Długo mnie urabiał — dodał już lżej, z krótkim półuśmiechem. — Jak sekta, tylko z lepszym jedzeniem i mniejszą liczbą świec. Chociaż z tymi świecami to też zależy od dnia.
Dopiero potem pozwolił sobie naprawdę rozejrzeć się po wnętrzu. Mieszkanie żyło nią od pierwszego spojrzenia; nie w sposób przesadzony, nie tak, że każdy kąt krzyczał o uwagę, tylko raczej jak dobrze skomponowany utwór, w którym rozpoznawało się czyjąś rękę po tonie, po doborze faktur, po tym, jak jedna rzecz nie walczyła z drugą, a jednak żadna nie była przypadkowa. Przytulność nie miała tu nic wspólnego z nudą. Było miękko, ale nie mdło, spokojnie, ale nie bez charakteru. Rośliny, światło, różnorodność materiałów, pozostawiona mata do ćwiczeń i akcesoria w centrum tego domowego ekosystemu — wszystko wyglądało tak, jakby właścicielka naprawdę chciała tu mieszkać, a nie tylko przetrwać.
Jego wzrok zatrzymał się na macie, a potem wrócił do niej z czymś na kształt pobłażliwego rozbawienia.
— Chyba wyrwałem cię z ćwiczeń, co? Świetnie. Jeszcze chwila i zaczniesz mi mówić, że rozwaliłem ci wyrównywanie czakr albo inne ustawianie wnętrzności względem wszechświata.
Nie czekał jednak na odpowiedź, bo przy drzwiach zrobiło się zamieszanie. Dwójka kotów dopadła go z energią, która nie uznawała granic osobistych, a najmłodszy natychmiast dobrał się do jego sznurówek z bezczelną pewnością stworzenia przekonanego, że wszystko, co leży nisko, należy do niego. Bastian spojrzał w dół, potem przykucnął z westchnieniem mężczyzny, który przeżył już w życiu różne rzeczy, ale i tak przegrywa z filigranowym sabotażystą.
— No pięknie, zaczęło się — rzucił pod nosem. — Mały, ty nawet nie udajesz, że masz maniery.
Wyciągnął rękę najpierw do sfinksiczki, delikatnie muskając palcami jej ciepły, osobliwie aksamitny łebek, potem spróbował uwolnić sznurówki spod łap i zębów młodego, co nie przyszło łatwo. Ciężkie buty, zawsze solidnie zasznurowane, nagle stały się przesadnie skomplikowaną konstrukcją, a sam Knox przez chwilę czuł się jak idiota walczący o honor z czymś, co ważyło tyle co porządniejszy bochenek chleba.
— Dobra, wygrałeś pierwszy etap — mruknął do kota, wreszcie ściągając jednego glana, potem drugiego. — Ale nie przyzwyczajaj się. Nie dam się tak łatwo.
Postawił buty pod ścianą i wyprostował się, czując przyjemną ulgę w stopach, po czym ruszył dalej za kobietą, w głąb jej nowego królestwa, z tym swoistym poczuciem, że choć już tu był, to teraz widzi to miejsce inaczej — bardziej od środka, mniej jako gość oglądający przestrzeń, bardziej jako ktoś wpuszczony w codzienność.
Muzyka sącząca się z głośników przyciągnęła jego uwagę na moment; obca, ale dobra, rytmiczna w sposób, który nie narzucał się agresywnie. Wnętrze miało puls. Miało oddech. I miało koty, które najwyraźniej nie uznawały dystansu, co w gruncie rzeczy było bardziej uczciwe niż większość ludzi.
Dopiero wtedy wrócił do sedna sprawy. Oparł się biodrem o blat szafki — byle nie stać sztywno — i przesunął dłonią po karku, bo sam fakt, że zaraz wypowie to na głos, wydawał mu się jednocześnie genialny i skrajnie kompromitujący.
— Dobra — zaczął, patrząc na nią już poważniej, choć w kącikach ust wciąż coś mu drgało. — Zobaczyłem dziś kota pod uczelnią i mózg zrobił to, co robi mój mózg, czyli kompletnie odleciał. Pomyślałem o Syntaxie. O tym całym absurdzie, że ktoś ci go po prostu zabrał i świat uznał to za cywilizowane rozwiązanie. No i uznałem, że to jest ewidentnie sprawa dla ludzi o złych pomysłach i dobrej motywacji.
Przerwał na chwilę, bo już czuł, że brzmi jak człowiek planujący skok nie na bank, tylko na cudze życie.
— Wersja robocza jest taka — ciągnął, unosząc lekko dłoń, jakby naprawdę prezentował strategię. — Najpierw robimy rozpoznanie. Dyskretne. Sprawdzamy, gdzie ten dupek mieszka, jaki ma rytm dnia, czy wypuszcza kota, czy trzyma go w domu, czy ma monitoring, sąsiadów-wścibskich emerytów, psa, partnerkę, dzieci, ochronę, pieprzoną fosę z aligatorami, cokolwiek. Potem przygotowujemy operację odzyskania obywatela Syntaxa. Bez przemocy, żeby było jasne. Ja już nie jestem w tym wieku, aby uciekać przed radiowozem, a ty wyglądasz na osobę, która ma w życiu lepsze rzeczy do roboty niż płacenie za mnie kaucji.
Pokręcił głową z rozbawieniem nad własnymi słowami, ale ani na moment nie zniknęło spod tego coś bardziej surowego — ta stara, uparta niezgoda na niesprawiedliwość, która czasem pchała go prosto w kłopoty.
— Możemy też pójść w bardziej absurdalną wersję — dodał, już wyraźniej rozkręcony. — Na przykład przebrać się za ekipę od dezynfekcji, wejść tam pod pretekstem zagrożenia biologicznego i wynieść kota w transporterze z naklejką materiał niebezpieczny. Albo upozorować awarię instalacji. Albo... nie wiem, zaangażować jakiegoś studenta z wydziału teatru do roli urzędnika stanowego. Oni i tak lubią dramatyzować.
Westchnął cicho i potarł brodę, już sam nie wiedząc, czy bardziej go to bawi, czy nakręca.
— Wiem, że to jest kompletnie pojebane — powiedział w końcu szczerze. — Ale im dłużej myślę o tym, że ten kot został potraktowany jak element zemsty, tym bardziej mam ochotę zrobić coś głupiego. I pomyślałem, że może zanim oboje uznamy mnie za idiotę, to przynajmniej zjemy coś dobrego i zastanowimy się, czy da się ten idiotyzm ubrać w sensowny plan.
Na moment zamilkł, wsuwając dłonie do kieszeni spodni, po czym przesunął spojrzeniem po wnętrzu raz jeszcze — po stole, świetle, roślinach, po wszystkim, co udało jej się tu zbudować mimo strat, wbrew nim, ponad nimi. Coś w nim miękko osiadło na dnie klatki piersiowej. Powrót do miasta był dla niej czymś większym niż zmiana adresu, a on, stojąc pośrodku tego domu z absurdalną misją ratunkową na ustach, miał dziwne, uparte poczucie, że jeśli może dołożyć choć jeden głupi cegiełkę do odzyskiwania przez nią tego, co zabrano, to chce to zrobić.
— Także ten — mruknął już ciszej, krzywiąc się z autoironią. — Przyszedłem tu z obiadem i bardzo złą ideą. W sumie całkiem klasycznie jak na mnie.

Irma Quintana
Miejscow*
35 lat/a, 178 cm
pisarka sci-fi w NOLA
Awatar użytkownika
Whispers of life
Police and thieves in the street
Fighting the nation with their guns and ammunition
Coś wisiało w powietrzu. Coś dużego. W metaforycznej ciszy przed burzą starzy przyjaciele przeżyli chwile sielanki, bo nawet kwestia jedzenia, choć ich różniła, to w obliczu odnawiania kontaktu zdawała się śmieszną drobnostką. Te wszystkie wege specjały były może smaczne, ale Irma nie zamierzała się przekonywać. Była pewna, że Bastian się nie obrazi, jeśli ona odgrzeje sobie teraz wczorajszą kolację. Sęk w tym, że dieta przeciwzapalna to nie była jej fanaberia, tylko rzecz realnie wpływająca na zmniejszenie cierpienia i ratowanie ciała przed zbyt szybką degeneracją. Nie miała pretensji do Bastiana, bo jeszcze nie mieli okazji o tym szczegółowo pogadać. Mężczyzna zapamiętał, że jego przyjaciółka ma obecnie fazę na dbanie o zdrowie, że nie jada czerwonego mięsa... ale zabrakło mu wiedzy, jakich jeszcze ostrych restrykcji przestrzega Irma, i co konkretnie dzieje się w jej trzewiach. Kwestia doinformowania - zupełnie jak on teraz, wyjawił swoje nowe nawyki żywieniowe.
- Kolejne legendy o Klausie do kolekcji - zaśmiała się najswobodniej na świecie. - Guru wegańskiej sekty! Święty od śmiesznych chrupiących kulek z ciecierzycy! - powiedziała głośno, po czym dodała szeptem, nawiązując do konspiracyjnego powitania - Lub falafeli, co kto woli.
Bastian naprawdę ją rozwalał na łopatki, pewnie dlatego tak lubiła się z nim kiedyś zadawać - i lubiła to też teraz, skoro nic a nic się nie zmienił pod tym względem.
Irma chciała niebawem pouczyć gościa, to znaczy doedukować na temat żelaznych zasad nowej diety. Chciała mu na wszelki wypadek też przypomnieć, że nie wierzy w żadne czakry (choć pewnie doskonale o tym wiedział). Nie zdołała, bo nic nie podejrzewając, dała właśnie zielone światło do odpalenia niewidzialnego lontu, który przytwierdzony był nieustannie do jej popękanego serduszka.

Rzeczy gorsze niż bataty z głębokiego tłuszczu:
- istnienie cierpienia,
- przeabsurdalny pomysł, który odpala w rozmówcy PTSD.

Gdyby nie to, że znała doskonale pojebany umysł Bastiana, to uznałaby to wszystko za mocno niesmaczny żart. Ale on nie żartował, naprawdę chciał to zrobić. Przyszedł tu z tym pomysłem. Zdumiała się i momentalnie zajęła różnymi dostępnymi na wyciągnięcie ręki czynnościami. Wprawdzie jej ruchy nie były nerwowe, jednak wyraźnie weszła nagle w inny tryb. Choć do tej pory stała, tak z chwilą zorientowania się dokąd ta rozmowa zmierza, chwyciła szmatkę i poprzecierała wszystkie kuchenne blaty.
- Chcesz soku? - nie czekając na odpowiedź, zaczęła organizować wszystkie elementy potrzebne do rytuału wyciskania. Obok wolnoobrotowej wyciskarki nagle zaczęły pojawiać się tacki, noże, różne owoce... A Bastian w tym czasie uzewnętrzniał się z tych wszystkich dziwacznych pomysłów, które w wyobraźni Irmy przypominały sceny rodem z komedii. Najbardziej gorzkiej komedii na świecie.
- Bardziej absurdalną?! - wtrąciła pod nosem, przecinając jabłko na pół, Bastian zaczął wówczas snuć wizje rodem z filmów szpiegowskich. To faktycznie było coraz bardziej absuralne i - co gorsza - on mówił poważnie. - ...studenta z wydziału teatru... - Słuchała tego wszystkiego, odganiając od siebie wzruszenie, które łapało ją za gardło za każdym razem, gdy słyszała imię swojego utraconego kociaka. Włączyła wreszcie maszynę, która jednak nie zdołała zagłuszyć Bastiana. No ale przecież wcale nie miała...
Jabłka, papaja, mango - wszystkie kawałki były nieubłaganie miażdżone we wnętrzu wyciskarki. W dzbanku lądował sok, a w misce niemal całkiem suche resztki. Irma z pozornym spokojem przelała intensywnie słoneczny napój do szklanek. Niczym wyciskarka mieliła w głowie wszystko, co przed chwilą usłyszała. Naprawdę - jakby go nie znała - to byłaby pewna, że robi sobie jaja z jej nieszczęścia. Tymczasem jej kochany, słodki Basti dosłownie był gotów na coś tak popieprzonego i niemającego sensu!
Podała mu szklankę (lub nie) i dopiero patrząc w te jego życzliwe oczy, nie wytrzymała. Z tych jej lunął w końcu deszcz. Wtuliła się w Bastiana. Początkowo z jej gardła wydobywał się jedynie nieartykułowany szloch. Irma potrzebowała chwili, by odzyskać zdolność mówienia. Niebawem uspokoiła się w miarę i odsunęła w końcu od przyjaciela. Czerwona na twarzy, opuchnięta od nagłego ataku płaczu, jeszcze trochę roztrzęsiona powiedziała wreszcie:
- Wiesz, ile razy rozważałam podobne idiotyzmy? - wprawdzie miało to miejsce zaraz po ostatecznym przegraniu sprawy, gdy była jeszcze rozgrzana wolą walki. Teraz, gdy próbowała już się z tym wszystkim pogodzić, wjechał Bastian i zerwał opatrunek z gnijącej rany. - Jesteś pojebany jak zawsze. Uwielbiam cię, ale czy ty w ogóle wiesz, o czym mówisz, chłopie?
Pierdolony profesor Knox! Irma wyciągnęła z szuflady sztućce i z głębokim westchnieniem zasiadła do grzesznej uczty.

Bastian Knox
colored computer
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
33 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
𝑀ówił serio. W tym właśnie tkwił cały problem, a może cała istota sprawy — że z jego ust nawet najbardziej absurdalne koncepcje nie rodziły się z potrzeby robienia widowiska, tylko z tego charakterystycznego spięcia gdzieś pod czaszką, z nagłego zwarcia między impulsem a skupieniem, które potrafiło zamienić pojedynczą myśl w całą lawinę. Bastian znał ten stan za dobrze. Wpadał w temat i przestawał zauważać rzeczy poboczne, a mózg, zamiast grzecznie zwolnić, rozpędzał się jeszcze bardziej, podając kolejne tropy, warianty, obejścia, scenariusze. Tak było od lat. To dlatego potrafił gadać godzinami o muzyce bez jednego kartkowego wspomagacza, dlatego w sali wykładowej bywał tak cholernie skuteczny, gdy coś go naprawdę porwało. Hiperfokus nie był elegancki, nie był wygodny, czasem przypominał raczej pożar w bibliotece, ale umiał też robić z niego mówcę, który porywał innych, zanim sam zdążył się zorientować, że właśnie popłynął za daleko.
Teraz popłynął. I nie zamierzał zawracać.
Śledził kątem oka ruchy kobiety, to, jak zajęła się blatem, ścierką, nożem, owocami i całą tą kuchenną logistyką, która na pierwszy rzut oka wyglądała zwyczajnie, a jednak miała w sobie coś z obrony przed tym, co właśnie wpuściła do środka. Nie komentował. Mówił dalej, zerkając na nią co jakiś czas, już mniej rozkręcony niż przed chwilą, ale nadal poważny w tym swoim popieprzonym uporze. Gdy wcisnęła mu do ręki szklankę, zacisnął palce na chłodnym szkle niemal odruchowo i przerwał dopiero na łyk. Sok był gęsty, słodki, intensywny, jakby ktoś zgniótł w nim całe lato i podał w środku lutego. Nie skomentował smaku od razu. Nadal miał w głowie Syntaxa, jej byłego, plan wejścia i wyjścia, pieprzone punkty ewakuacyjne i własną niechęć do świata, który potrafił legalnie nazwać cudzą krzywdę porządkiem rzeczy.
On naprawdę był gotów.
Nie w tym rozedrganym, chłopięcym sensie, w którym ktoś rzuca: zrobię dla ciebie wszystko, a potem znika przy pierwszym poważniejszym problemie. W nim to było cięższe, bardziej przyziemne, może nawet brzydsze, ale prawdziwe — jeśli trzeba było wdepnąć w kłopot, ubrudzić ręce, poświęcić święty spokój i zdrowy rozsądek, to potrafił. Zwłaszcza dla kogoś, kogo uznawał za swojego. Zwłaszcza wtedy, gdy chodziło o coś, co wyglądało jak zemsta przebrana za procedurę.
Już otwierał usta, już miał powiedzieć coś o tym, że na początek wystarczy adres i trochę cierpliwości, że da się to rozegrać bez widowiskowego szaleństwa, może nawet zaskakująco schludnie, gdy nagle wpadła mu w ramiona.
Zastygł.
Najpierw dosłownie, z tą szklanką w dłoni, z napięciem przesuwającym się po barkach i całym ciele, które przez jedną krótką chwilę nie wiedziało, co zrobić z takim ruchem, z takim ciężarem, z cudzym szlochem rozlewającym się mu po klatce piersiowej. Pierwsza myśl była głupia i natychmiastowa: ja pierdolę, co powiedziałem nie tak? Druga weszła tuż po niej, już cichsza, bardziej nieprzyjemna, bo trafiająca dokładniej: że musiał rozciąć coś, co tylko z wierzchu zdążyło się zabliźnić.
Odstawił szklankę ostrożnie na blat, powoli, tak żeby nic się nie wylało, żeby szkło nie stuknęło za głośno, żeby nie dodać do tej chwili żadnego zbędnego dźwięku. Dopiero potem objął ją odruchowo, niepewnie tylko przez ułamek sekundy, zanim ciało samo przypomniało sobie, że przecież kiedyś robili rzeczy prostsze od mówienia — przytulali się, popychali, śmiali, trwali obok. Dłoń wsunął jej między łopatki, drugą oparł lekko na ramieniu. Nic teatralnego. Żadnych gładkich słów, które brzmiałyby dobrze, ale nic nie znaczyły. Stał tylko i czuł, jak coś w nim mięknie pod wpływem jej łez, a coś innego spina się jeszcze mocniej, bo nie znosił bezradności, zwłaszcza tej cudzej.
Szloch działał na niego dziwnie. Nigdy nie uruchamiał automatycznie czułego pocieszacza; częściej budził w nim dezorientację i agresywną potrzebę naprawienia źródła problemu. Teraz było podobnie. Nie przerażały go łzy same w sobie, raczej ich przyczyna — to, że za tym wszystkim stała strata, której nie dało się odkręcić prostym gestem. A jednak tkwił w tym uścisku z zaskakującą cierpliwością, z brodą opartą na chwilę o jej włosy, z ciężkim sercem i głową pracującą już na innych obrotach.
Gdy się odsunęła, spojrzał na nią uważnie, bez pośpiechu, z twarzą dziwnie spokojną jak na człowieka, który jeszcze przed momentem roił wizje infiltracji z udziałem studentów teatru. Słuchał jej słów bez wchodzenia w środek, bez przerywania, tylko z tym ledwo widocznym drgnięciem w kąciku ust, które pojawiło się dopiero przy tym ostatnim, bardzo irmowym podsumowaniu całej sytuacji.
Uśmiechnął się wtedy. Nie szeroko, nie lekko, raczej tym rodzajem uśmiechu, który bierze się z czułości pomieszanej z czymś ostrzejszym.
— Pewne rzeczy się nie zmieniły — powiedział w końcu, cicho, ale pewnie. — Choć powinny były. Ale akurat w tej jednej kwestii musisz wiedzieć, że jestem zdolny do dokładnie takich popieprzonych rzeczy, o jakich mówię.
Zamilkł na moment, przesuwając spojrzeniem po jej zaczerwienionej twarzy, po sztućcach, które wyciągnęła z szuflady, po stole szykującym się na tę ich dziwną, grzeszną ucztę, nad którą wisiał już nie tylko zapach jedzenia i soku, ale też coś cięższego, obnażonego, prawdziwego.
— Nie pieprzę dla efektu — dodał już bardziej szorstko, wsuwając dłonie do kieszeni, bo łatwiej mu było mówić w ten sposób. — Jak mówię, że bym to zrobił, to bym to zrobił. Może nie od razu w pierwszym wariancie z kombinezonami i fałszywym urzędnikiem, bo jednak nie chcę iść siedzieć za kota... ale serio. Nie rzucałem tego na ślepo.
Westchnął przez nos, po czym usiadł naprzeciw niej przy stole z ruchem trochę ciężkim, ale pozbawionym wahania.
Sięgnął po widelec, ale jeszcze nie zaczął jeść. Patrzył na pudełka, na parę okruszków przy blacie, na światło osiadające miękko na wnętrzu jej domu, i czuł pod skórą to stare, znajome przestawienie: z żartu w powagę, z wygłupu w coś, czego nie dało się już odzobaczyć. W jego przypadku granica między jednym a drugim od zawsze była cienka jak papier.
— Poza tym — dodał z cichym parsknięciem, wracając do niej wzrokiem — Trochę mnie obrażasz, jeśli myślisz, że po tych wszystkich latach nie jestem w stanie profesjonalnie odjebać czegoś głupiego...

Irma Quintana
Miejscow*
35 lat/a, 178 cm
pisarka sci-fi w NOLA
Awatar użytkownika
Whispers of life
Police and thieves in the street
Fighting the nation with their guns and ammunition
Śmieszki śmieszkami, ale powiedzmy sobie szczerze: falafel to zło. I żeby było jasne, ciecierzyca ma niski indeks glikemiczny i dużo błonnika, więc fajnie reguluje hormony, ale problem w tym, że w lokalach, w których serwują takie pyszności najczęściej smażą je na głębokim tłuszczu. Tłuszczu wielokrotnie podgrzewanym, trans, omega-6 i niech się jeszcze okaże, że ma on zbyt niską temperaturze dymienia! Pierożki, makaron - tu z kolei czyhają gluten, węglowodany...
Każdy jeden element posiłku miał swoje za uszami, a jednak w tym momencie wszystkie uśmiechały się do Irmy zachęcająco. Nabiła na widelec kosteczkę tofu. Jadała je na różne sposoby, ale zamawiając tofu w knajpie, unikała glazurowanego ze względu na wysoką zawartość cukru i sodu. To było naprawdę smaczne - bardzo umami, słodziutkie, a przede wszystkim chrupiące.
Parsknęła śmiechem, zasłaniając usta, by nie napluć do jedzenia.
- Nie no, nie wierzę - to akurat nie była prawda, wierzyła.
Za dnia wykładowca historii muzyki na uniwersytecie, w nocy zaś włamywacz. Łzy zostały już wypłakane, minął pierwszy szok, a on nadal był w jej kuchni i ze śmiertelną powagą kombinował, jak przegonić wszystkie jej aktualne smutki. Mimo wielu nieudanych spraw w życiu, Irma zawsze się podnosiła. Obecnie każda jej decyzja, każde zaniechanie, pomyłka, dary i kary od losu - wszystko zbiegało się w punkcie, w którym była dobrze prosperującą pisarką mieszkającą w ładnym domu we wspaniałej okolicy, dbała o zdrowie i otaczała się wspaniałymi ludźmi oraz zwierzętami... Oprócz tego jednego konkretnego kota. Choćby próbowała podejść do tego racjonalnie, to najlepszym rozwiązaniem na dziurę w sercu było według Irmy załatanie jej tym, co wcześniej stamtąd wyrwano. Czysta matematyka.
- Bastian, wiem, że jesteś gotów to zrobić, ale to nie jest takie chcieć to móc, jak to mawia moja matka. W ogóle nie powinnam wchodzić z tobą w dyskusję, ale jestem ciekawa, czy byłbyś w stanie wymyślić coś, co ma choć trochę sensu.
Rodzącą się złość przegryzła kikoma frytkami z batatów. Naprawdę nie chciała w to brnąć, ale jakaś część jej umysłu bardzo chciała usłyszeć plan, który brzmiałby jak coś realnego, a nie scena rodem z kreskówki. Mowa tu o bardzo poważnych kwestiach, a ta dwójka nie była już zbuntowanymi dzieciakami z osiedla.
Nagle na stół wskoczyła łysa Rozalia, by sprawdzić, co dobrego przyniósł im w darze szanownie pachnący gość. Ewidentnie kotka lubiła feromony bastianowego kota. Zaraz po skontrolowaniu podarunku podeszła do ulubionego człowieka i zaczęła się do niego łasić. Młody popędził w bliżej nieokreślonym kierunku, a najdzikszy z całej menażerii nadal nie zdradził miejsca swej kryjówki.
- Przypominam, że Richard mieszka w Nowym Jorku, a jeśli zaginie mu niewychodzący kot, to będę pierwsza na liście podejrzanych! - sprowadziła rozmówcę na ziemię, wbijając w niego świdrujące spojrzenie. Naprawdę miała tę kwestię przemyślaną. Czy Bastian był w stanie jej udowodnić, że przeoczyła jakąś lukę, w którą akurat mogliby wskoczyć?
Wypowiedziane na głos imię byłego męża przyprawiło Irmę o nieprzyjemny dreszcz. Tyle nadziei i wspólnych planów, a na koniec gorzki żal i zemsta. Richard lubił Syntaxa, ale gdyby rozstali się w zgodzie, bez problemu odstąpiłby go byłej żonie. Z jego strony to było to więc czyste skurwysyństwo. Ciekawe ile wydał kasy na łapówki! Byle ją ukarać. Brawo, udało się. Czyż nie, Richardzie? Czy podając kotu co rano śniadanie, myślisz o tym, że ja nie mogę tego już robić?
W klatce piersiowej Irmy znów pojawiło się nieprzyjemne napięcie. Tym razem szybko wytarła oczy i skupiła się na łączeniu falafela z różnymi sosami. Miała nadzieję, że nie są to jakieś gotowce z syropem glukozowo-fruktozowym i syntetycznymi fosforanami.
- Wróciłam do Nowego Orleanu dopiero, gdy straciłam nadzieję, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczę... Chcesz mi przywrócić tę nadzieję?
Starała się nie patrzeć świdrująco, choć miała to we krwi tak bardzo, że na pewno choć odrobinę przeszyła przyjaciela wzrokiem.

Bastian Knox
colored computer
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
33 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
𝐺dyby ktoś kiedyś próbował wmówić mu, że jest człowiekiem rozsądnym, pewnie roześmiałby mu się w twarz. Nie po tym wszystkim, w co zdążył się władować, nie po tych wszystkich decyzjach podejmowanych szybciej, niż powinien bić ludzki rozsądek. Już jako nastolatek miał talent do pakowania się tam, gdzie poważni ludzie nawet nie zaglądali — raz dlatego, że coś go wkurwiło, raz dlatego, że ktoś potrzebował wsparcia, a raz wyłącznie dlatego, że impuls okazywał się szybszy od myśli. Potem przyszły studia i ten nieszczęsny trójkąt, który z zewnątrz wyglądał jak emocjonalna katastrofa, a z perspektywy czasu okazał się jedną z tych rzeczy, po których człowiek długo zbiera zęby z podłogi, ale przynajmniej dowiaduje się o sobie czegoś ważnego. Bez tamtego bałaganu może dalej udawałby przed sobą, że pragnie tylko kobiet, że wszystko da się ładnie poukładać pod cudze oczekiwania. Nie udawał już od dawna. Teraz wracał do mieszkania, w którym czekał Klaus, i nawet jeśli ich wspólne życie nadal bywało bardziej improwizacją niż symfonią, to jednak było prawdziwe.
A potem była sprawa z Julianem, całe to bagno, w które wlazł po kostki, po kolana, po szyję, aż w końcu nie widział już, gdzie kończy się desperacja, a zaczyna obsesja. Ivan, z którym pobił się raz, potem drugi, nie był przecież tylko człowiekiem od jednego ciosu czy jednej zemsty, ale żywym dowodem na to, że Bastian od lat działał jak magnes na kłopoty. Chodzący chaos. Facet, który niby wiedział, czym jest konsekwencja, a i tak z uporem maniaka wybierał drogę prowadzącą przez środek pożaru. Nic więc dziwnego, że teraz, siedząc przy jej stole, z widokiem na tofu w lepkiej glazurze i temat kota wiszący między nimi jak coś zbyt czułego, żeby traktować to lekko, naprawdę rozważał lot do Nowego Jorku i odbicie zwierzaka. Dla bliskich był zdolny do rzeczy nieprzytomnych. W tym akurat niewiele się w nim zmieniło.
Sięgnął w końcu po jedzenie, bardziej po to, żeby dać rękom jakieś zadanie, niż z głodu. Chrupiąca kostka tofu pękła pod zębami z satysfakcjonującym trzaskiem, a on, żując, musiał w duchu przyznać, że to wszystko było wkurwiająco dobre. Jeszcze kilka miesięcy temu żywił się głównie mięsem, kawą, papierosami i przekonaniem, że organizm jakoś sobie poradzi. Teraz siedział z falafelem, sezamowym makaronem i frytkami z batatów, a do głowy przyszła mu nawet złośliwa myśl, że może jednak aorta nie zapcha mu się tak szybko i złośliwy los będzie musiał bardziej się postarać, jeśli zechce go wykończyć.
Właśnie wtedy usłyszał jej pytanie i teatralnie znieruchomiał z kawałkiem widelca uniesionym nad pudełkiem. Potem, z całym przerysowaniem, na jakie było go stać, złapał się za serce, odchylił lekko do tyłu i spojrzał na nią tak, jakby właśnie zadała mu najdotkliwszy cios wieczoru.
— Quintana, ty mnie normalnie zabijasz — rzucił z udawanym dramatem. — Po tylu latach przyjaźni, po tym wszystkim, co tu wnoszę, a ty sugerujesz, że moje plany mogą nie mieć sensu?
W środku, niestety, przyznawał jej rację. Dotychczasowe pomysły były idiotyczne. Uroczo idiotyczne, momentami zabawne, ale jednak zbudowane głównie z emocji, nie z logiki. Opuścił dłoń z piersi, westchnął pod nosem i właśnie wtedy jego uwagę przyciągnęła łysa kotka, która z absolutną bezczelnością wskoczyła na stół i zaczęła kontrolę terenu z powagą urzędnika sanepidu. Spojrzał na nią przez chwilę, obserwując, jak łasi się do swojej opiekunki, jak węszy przy jedzeniu, jak bez wstydu uznaje wszystko za swoje. W tej małej, bezwłosej kreaturze było coś rozbrajająco szczerego.
Słuchał dalej, już bez żartobliwego tonu, pozwalając jej słowom osiąść w nim głębiej. Nowy Jork. Niewychodzący kot. Były mąż, który nie tylko zabrał zwierzę, ale jeszcze zrobił to z wyrachowaniem, z tym chłodnym skurwysyństwem ludzi, którzy najlepiej wiedzą, gdzie uderzyć, żeby zostawić trwały ślad.
Szczęka minimalnie mu stwardniała.
— Twój były mąż jest spierdolonym człowiekiem — powiedział w końcu, spokojnie, bez podnoszenia głosu, a przez to może jeszcze ostrzej. — I zasłużył na wszystko, co najgorsze.
Zaraz po tym ściągnął usta, bo własne słowa odbiły się w nim nieprzyjemnym echem. Sam miał przecież za uszami wystarczająco dużo, żeby nie stawiać się za wysoko w moralnym szeregu. Zdrada Amary wracała czasem właśnie w takich chwilach — nie jako dramatyczna scena, tylko jako brud pod paznokciem, którego nie da się do końca wyskrobać. Nie był święty. Nigdy nie był. Dlatego chrząknął cicho i odsunął od siebie ten odruch łatwego osądu, zanim całkiem go poniesie.
— Dobra, nieważne — mruknął ciszej. — Sam też nie powinienem się bawić w wyrocznię.
Potarł kciukiem bok widelca, spojrzał jeszcze raz na kota, potem na stół, na nią, na resztki śmiechu, napięcia i straty, które krążyły po tej kuchni w równych proporcjach. Tym razem, gdy się odezwał, nie było już w tym farsy.
— Ale coś, co ma sens, da się wymyślić — powiedział już całkiem poważnie. — Nie trzeba się włamywać. Nie trzeba robić widowiska. Jeśli ten kot siedzi w domu cały czas, to klucz nie tkwi w nim, tylko w człowieku. Wystarczy sytuacja, która sprawi, że na chwilę zniknie kontrola. Otwarte okno. Niedomknięte drzwi balkonowe. Zamieszanie, przez które zwierzak wyjdzie i wszystko będzie wyglądało na zwykły przypadek. Nie porwanie. Nie akcję. Przypadek. Kot uciekł, bo właściciel nie dopilnował.
Uniósł wzrok znad stołu i utkwił go w niej już bez wygłupów, z tym swoim ciemnym, ciężkim skupieniem, które pojawiało się rzadziej, ale wtedy znaczyło więcej.
Zrobił krótką pauzę, bardziej po to, żeby uporządkować własne myśli, niż szukać odpowiednich słów.
— Tak — odpowiedział w końcu prosto. — Tylko nie po to, żeby nakręcać cię jakąś bajką. Jeśli mam ci cokolwiek przywracać, to wolałbym, żeby stało za tym coś więcej niż moje pojebane gadanie.
Potem zamilkł, a cisza, która między nimi zapadła, wcale nie była pustką.

Irma Quintana
Miejscow*
35 lat/a, 178 cm
pisarka sci-fi w NOLA
Awatar użytkownika
Whispers of life
Police and thieves in the street
Fighting the nation with their guns and ammunition
Irma niczego nie sugerowała, ona po prostu stwierdziła fakt - to wszystko nie miało sensu. Było jej nawet trochę szkoda Bastiana. Biedaczek zobaczył jakiegoś kota, w głowie odpaliło mu się potężne domino i bez żadnego konkretu przyjechał tu teraz przekonywać ją, jak to powinna w końcu coś zrobić. Przykre, bo to właśnie ona musiała zgasić jego entuzjazm, sprowadzając go ze świata fantazji do brutalnej rzeczywistości. Nie miała wyjścia.
Kiwnęła, wciąż jeszcze naznaczona widocznymi skutkami płaczu, gdy towarzysz rzucił to niewinnie brzmiące przekleństwo w stronę jej byłego. Jej nie chodziło o zemstę, zresztą porwanie kota wcale nie byłoby z jej strony odegraniem się. Była pewna, że on nie darzy zwierzaka aż takim uczuciem jak ona.
Tak naprawdę Irma wolałaby po prostu całkowicie zapomnieć o Richardzie, który - jak widać - zrósł się już z jej codziennością. To było silniejsze od niej. Czy to jej wina, że naprawdę zżyła się ze zwierzakiem? Matka zapewne wyśmiałaby tę jej słabość. To tylko kot, to nie człowiek. Pani Quintana owszem lubiła zwierzęta, ale zawsze stawiała wyraźną granicę, jakby homo sapiens wymagał szczególnego wywyższenia, bo podobno został stworzony na obraz boga. Jednak skoro tyle wysiłku trzeba włożyć w pilnowanie takiego porządku, to czy na pewno odwołuje się on do natury rzeczywistości? Jeśli Irma usycha z tęsknoty za istotą, którą szczerze pokochała i uznała za przyjaciela, to fakt, że ta istota jest kotem, kończy dyskusję i sprawia, że kobieta nie ma prawa czuć tego, co czuje?
Mimo całego rozgardiaszu i absurdu, mimo zerwanych strupów, ta rozmowa była niezwykle wartościowa, wręcz bezcenna. Oto w całym świecie znalazł się wreszcie ktoś, kto był gotowy na wielkie czyny. Najoczywistrzym sposobem na odebranie komuś czegoś jest dosłownie zabranie tego, a jednak mało kto z otoczenia Irmy Quintany byłby do tego zdolny!
Rozalia nieśpiesznie sprawdzała wszystko i wszystkich. Leniwie, ale całkowicie dostojnie w końcu zwinęła się w kłębek na kolanach gościa, o ile dał jej taką możliwość. Wystarczy sytuacja, która sprawi, że na chwilę zniknie kontrola. W ciszy unosiło się tysiące myśli. Irma wróciła na moment do jedzenia, by przekonać się, że makaron nie przypadł jej jednak do gustu. Przegryzła go szybko kilkoma frytkami.
- To by było w sumie cholernie śmieszne, jakby był przekonany, że Syntax od niego uciekł... - rzuciła w końcu, odsuwając opakowanie z niesmacznym daniem. Pomimo, że wszystko nadal wydawało jej się nierealne, wizja takiej scenki połaskotała ją przyjemnie. - Utrata kota go nie zaboli tak bardzo jak utrata kontroli. Nawet sobie nie wyobrażasz - ja zresztą też nie - ile on kurwa wydał na łapówki i prawników! Byle mnie zniszczyć na najgłębszym poziomie istnienia!
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w głowie Irmy zaczęły tworzyć się scenariusze - już nie slapstickowej komedii, lecz czegoś bardziej szpiegowskiego. Z przymrużeniem oka, ale klasą równą Neo i Trinity.
- Bastian, błagam, nie zrozum mnie źle, mimo że muszę odmówić, to mega doceniam twoją inicjatywę. Tyle, że z pewnymi rzeczami musimy się po prostu pogodzić, a ostatecznie przecież kotu krzywda się nie dzieje. A może zrobisz konkurs, kogo zwierzak kocha bardziej? - w jej głosie było coś z domieszką kpiny i bólu. - Przepraszam - zmieszała się - trochę mnie poniosło. Po prostu nie mam już piętnastu lat i chociaż serce każe mi już bookować bilety lotnicze, to rozum tym razem stoi na straży. Próby przekonywania mnie nie mają sensu, a twoja pełna gotowość tym bardziej mnie rani.
Napiła się tropikalnego soku, jakby go wycisnęła co najmniej z nootypowych gumigaód i pomyślała krótką modlitwę: Święta Katarzyno, nie pozwól mi ulec. Dobrze wiedziała, że jedyny brakujący element tej układanki to jej zgoda.

Bastian Knox
colored computer
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
33 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
𝑍amarł na tych kilka uderzeń serca, które zawsze ciągnęły się dłużej, niż powinny, i po prostu patrzył na nią w oczekiwaniu, z tym cięższym skupieniem, które pojawiało się u niego rzadko, ale za to bez reszty. Między jednym oddechem a drugim zdążył utknąć sam na sam z własnym chaosem, z myślami rozbieganymi jak stado szczurów po zalanym zaułku, każda w swoją stronę, każda równie natarczywa. Nie próbował ich nawet porządkować. Zbyt dobrze wiedział, że w takich chwilach to nie działa.
Dopiero miękki, ciepły ciężar na udach sprowadził go na chwilę do kuchni, do stołu, do światła rozlanego po blacie. Rozalia wgramoliła mu się na kolana z godnością stworzenia przekonanego, że wszystko dzieje się wyłącznie dla jej wygody, a on, nie widząc powodu, by protestować, odruchowo położył dłoń na jej nagim, ciepłym grzbiecie. Dotyk był dziwny, nadal trochę obcy; zupełnie inny od Silasa, od jego miękkiego futra, od tej znajomej puszystości, do której był przyzwyczajony. Tu pod palcami miał gładką, delikatnie pomarszczoną skórę, ciepło żywego ciała i coś osobliwie bezbronnego, choć sama kotka bezbronna nie była ani trochę. Przesunął kciukiem po jej karku i przez chwilę skupił się wyłącznie na tym, na tym osobliwym spokoju kota, który nie zadawał pytań, nie rozliczał, nie oczekiwał niczego poza miejscem do zalegania.
W końcu usłyszał jej głos i niemal od razu poczuł jednocześnie ulgę oraz ten niebezpieczny błysk ekscytacji, który pojawiał się zawsze, ilekroć dostrzegał w kimś choćby najmniejszą szczelinę gotowości. Pomyślał przez moment, że może jednak weszła w ten tok myślenia, że może zaczęła obracać jego pomysł w głowie, szukać wejść, przejść, pęknięć w całej tej absurdalnej konstrukcji. To wystarczyło, żeby coś w nim drgnęło żywiej.
A potem padło to jedno zdanie.
A może zrobisz konkurs, kogo zwierzak kocha bardziej?
— Auć — wyrwało mu się cicho, odruchowo, prawie pod nosem, zanim zdążył to zatrzymać.
Nie złościł się. Nie w ten prosty sposób. To było raczej coś krótszego i bardziej wstydliwego, coś pomiędzy ukłuciem a zawodem, bo jemu przecież kompletnie nie chodziło o żaden konkurs, o udowadnianie czegokolwiek, o stawianie siebie po którejkolwiek stronie tej historii. Chciał pomóc, zwyczajnie i głupio, tak jak zawsze próbował pomagać tym, których uznawał za swoich, nie oglądając się zanadto na koszty. A koszty, jak pokazywało życie, lubiły wracać z odsetkami.
Nagle jedzenie przestało mieć smak. Otarł usta serwetką spokojniej, niż się czuł, a potem, z ostrożnością większą, niż można by się po nim spodziewać, zsunął z kolan kotkę, odstawiając ją na na podłogę, byle bez pośpiechu. W środku już coś się zaciskało, ciasno i znajomo. Ta uwaga, choć rzucona w bólu, otworzyła w nim kilka drzwi naraz, a za żadnymi nie czekało nic dobrego.
Bo może znowu porywał się z motyką na słońce.
Może znowu właził tam, gdzie jego obecność przynosiła więcej zamieszania niż pożytku. Tak było przecież nie raz. Z Julianem chociażby. Oddał tej sprawie wszystko, co miał: czas, zdrowie, spokój, kawałki samego siebie, i co z tego wynikło? Brat nadal siedział w więzieniu, a on sam obijał się o ściany własnej obsesji, tłukł z Ivanem, rozrywał sobie ręce i sumienie, jakby samym uporem dało się zmusić świat do naprawienia niesprawiedliwości. Nie dało się. Z Amarą też zniszczył więcej, niż chciałby uczciwie policzyć. Był już przecież o włos od pożegnania się z tym całym syfem raz na zawsze, tak zmęczony sobą, że własne życie zaczęło mu ciążyć jak przemoknięty płaszcz.
A jednak, mimo to wszystko, pierwszy odruch nadal miał ten sam: działać.
— Muszę zapalić — rzucił tylko, krótko, bez ostrości, ale też bez miejsca na negocjacje.
Nie czekał, aż cokolwiek padnie w odpowiedzi. Wstał od stołu z tym kontrolowanym spokojem, który zawsze pojawiał się u niego wtedy, gdy w środku robiło się zbyt głośno. Przy drzwiach wciągnął glany niedbale, już bez sznurowania, bardziej wsuwając w nie stopy, niż naprawdę je zakładając. Z kurtki wyciągnął papierosy i zapalniczkę, te dwa małe, żałośnie skuteczne rekwizyty, które od lat obiecywały mu kilka minut ciszy, choć nigdy nie dawały niczego poza dymem.
Wyszedł na ganek i chłodniejsze powietrze przyjęło go od razu, wilgotne, surowe, nie do końca zimne, ale wystarczająco ostre, żeby przeciąć duszność kuchni. Usiadł na schodach ciężej, niż zamierzał, z łokciami opartymi o kolana i papierosem wsuniętym między wargi. Odpalił go dopiero po chwili, osłaniając płomień dłonią przed ruchem powietrza, a potem zaciągnął się głęboko, aż dym rozlał się po płucach znajomym pieczeniem.
Przed nim ulica trwała w swoim spokojnym rytmie, z tymi nielicznymi światłami, z wilgocią osiadającą na drewnie ganku, z cichym oddechem dzielnicy, która nie miała pojęcia, co właśnie rozgrzebało mu się pod skórą. Oparł kark o słupek przy schodach, wypuszczając dym powoli, i przez chwilę siedział bez ruchu, z papierosem w palcach, z rozchełstaną kurtką i rozsznurowanymi butami, wyglądając bardziej jak człowiek, który uciekł z własnej głowy, niż ktoś, kto przyszedł do przyjaciółki z jedzeniem.
Dopiero po kolejnym buchu odchrząknął cicho i, nie odwracając jeszcze głowy w stronę drzwi, rzucił w półmrok bardziej do siebie niż do kogokolwiek konkretnego:
— Ja pierdolę, Knox, naprawdę umiesz wszystko skomplikować.

Irma Quintana
Miejscow*
35 lat/a, 178 cm
pisarka sci-fi w NOLA
Awatar użytkownika
Whispers of life
Police and thieves in the street
Fighting the nation with their guns and ammunition
Konkurs, kogo zwierzak kocha bardziej już się odbył. Prawo w Nowym Jorku teoretycznie stało po stronie dobra kota, a argumenty sądu kręciły się wokół miejsca, do którego zwierzak się przyzwyczaił i wokół dokumentacji medycznej, w której Richard częściej figurował jako opiekun. Niestety nie zorganizowano konkurencji wyłaniającej, do kogo kot chętniej się przytula i za kim chodzi do toalety. Jednakże tak całkiem szczerze, Irma nie zamierzała umniejszać więzi Syntaxa z panem. To też trochę pomogło jej odzyskać choć trochę spokoju, gdy spojrzała prawdzie w oczy i przyznała przed samą sobą, że kot naprawdę nie jest w złych rękach. Były to ręce obślizgłe od dotyku obcych kobiet, z którymi ją zdradzał i skażone brudną forsą przekupiającą sędziego, ale także ręce potrafiące odpowiednio zadbać o zwierzątko. To była konstrukcja akceptacji w umyśle Irmy i to nie tak, że coś tylko w niej drgnęło, ona dosłownie zaczęła się walić.
Irma w milczeniu odprowadziła wzrokiem przyjaciela do wyjścia. Poszedł tylko zapalić po tym, gdy dała mu kosza, ale nie mogła pozbyć się myśli, że po papierosie już wcale nie wróci. Nie podejrzewała go o to, po prostu w głowie ułożyło jej się to w logiczny ciąg. Zresztą, o czym jeszcze mieliby rozmawiać? Bastian nie był idiotą ani desperatem. Przedstawił swój pomysł, a ona wyraźnie mu odmówiła. Był zły? A może po prostu smutny i bezsilny?
Bez życia sprzątnęła stół, sporą ilość resztek skompresowała w dwóch opakowaniach i odłożyła na kuchenny blat. Kilka razy ukradkiem spojrzała przez okno na pogrążonego w swoim świecie przyjaciela. Może aktualnie wytworzyło się między nimi nieprzyjemne napięcie, jednak nie przeszkadzało to Irmie czuć się bezpiecznie w relacji z tym szaleńcem. Był tam na ganku i odreagowywał na swój sposób. Póki nie wracał, Irma również postanowiła coś ze sobą zrobić. Usiadła na macie w pozycji kwiatu lotosu, zamknęła oczy i spróbowała skupić się na oddechu. Nie myśleć o Bastianie, ani o Syntaxie, ani o Richardzie... Nie było to proste, zwłaszcza że najmłodszy z jej kociaków od razu do niej podbiegł i zaczął zaczepiać. Musiała się opanować, by nie puścić znów strumienia łez. Może to by jej pomogło rozładować napięcie, ale bardzo, bardzo nie chciała, żeby przyjaciel zastał ją znów w stanie rozkładu. Jeszcze raz skupiła się na oddechu i tym, jaką temperaturę ma powietrze przepływające przez jej nos. Wsłuchała się w lecącą z głośnika etniczną muzykę i zaczęła delikatnie kiwać na boki w jej rytm. Na moment naprawdę udało jej się odciąć od tego, co było i będzie, zostając w tym spokoju, który został jej właśnie dany.
Nawet nie zauważyła, gdy znów skupiła się na rozpędzających się do pełnej gonitwy myślach. Słowo się rzekło, a Irma nawet nie zamierzała dłużej rozważać, czy zrealizować ten pomysł, czy nie. Tymczasem w jej głowie kwitły sceny przygotowań do kociego napadu. Była niemal pewna, że Richard mieszka dalej w swoim ukochanym apartamencie. Jakby zdecydowała się to zrobić, miałaby do rozważenia kilka sposobów - ale przecież zdecydowała się tego nie robić! Poczuła złość i wróciła do myślenia jedynie o swoim oddechu.
- Ommmm - zaintonowała, czując, jak serce bije jej za mocno. Nabrała w płuca dużo powietrza i bardzo powoli je wypuściła. - ooooommmmmmmmmm...
Irma i Basti byli przebojowymi nastolatkami. Im bardziej porąbany i ekscytujący pomysł, tym chętniej go realizowali. Gdy szło o walkę o czyjeś prawa, o sprawiedliwość, robili to. Teraz jednak byli dorosłymi ludźmi z karierami, kontami w bankach i walizkami pełnymi poważnych problemów. Bastian miał brata w więzieniu, a ostatnim idiotycznym pomysłem zrujnował sobie małżeństwo. Sprawiedliwości nie stała się zadość, dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Odzyskanie kota to by był szczyt szczęścia Irmy, ale co by było, gdyby wpadli na którymś etapie realizowania planu? Jeszcze tego by brakowało, żeby wylądowali w areszcie!
Jej twarz wykrzywiła się w nieładnym grymasie. Natychmiast otworzyła oczy i wstała jak oparzona.
- Kurwa! - rzuciła przez zęby i kopnęła stojący przy macie piankowy wałek, który poleciał w stronę okna tak niefortunnie, że akurat strącił niewielką doniczkę z sukulentem. - Aaa!
Pomyślała, jakie to było głupie, ale ta myśl nie sprawiła, że doniczka sama wróciła na miejsce. Natychmiast wzięła się za sprzątanie.

Bastian Knox
colored computer
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
33 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
𝐷ym nadal trzymał mu się pod językiem i w płucach, choć papieros zdążył już skrócić się do filtra. Knox siedział na ganku z łokciami opartymi o kolana, patrząc gdzieś przed siebie bez szczególnego celu, a jednak z tą ponurą uwagą człowieka, który niby gapi się na mokrawą ulicę i kilka przygaszonych świateł, a w rzeczywistości rozbiera na części samego siebie. Wilgoć lutowego wieczoru osiadała na drewnie, na kurtce, na karku, lecz nie przeszkadzała mu aż tak jak własne myśli. Te, jak zwykle, okazywały się bardziej natrętne od wszystkiego innego.
Niechętnie przyznawał przed sobą, że miał w sobie jakiś chory pociąg do kłopotów, zwłaszcza tych podejmowanych w imieniu ludzi, których uważał za własnych. Dla bliskich potrafił lecieć na złamanie karku bez oglądania się na to, gdzie kończy się odwaga, a zaczyna zwykła głupota. W takich momentach naprawdę nie patrzył na nic — nie na cenę, nie na ryzyko, nie na to, co może z tego zostać dla niego. I może właśnie to było najgorsze. Bo w tej całej szlachetnej, impulsywnej otoczce czaiło się coś mroczniejszego: potrzeba rzucenia siebie na pożar, zanim zdąży się pomyśleć, czy ktokolwiek go o to prosił.
Dawniej poszłoby to inaczej. Irma sprzed lat pewnie nie potrzebowałaby długiego namysłu; rzuciłaby mu jedno spojrzenie, prychnęła, że to pojebane, a chwilę później oboje byliby już w drodze, karmiąc się adrenaliną i przeświadczeniem, że świat należy rozszarpać zębami, jeśli stoi po złej stronie. Byli wtedy bezczelniejsi, bardziej głodni wrażeń, mniej świadomi, jak łatwo jeden durny ruch może przeciągnąć za sobą całe pasmo szkód. Teraz było inaczej. Dorosłość zrobiła swoje. Kobieta wykazała się rozsądkiem, którego kiedyś może by nie miała, a on — choć starszy, bardziej poobijany, teoretycznie mądrzejszy — wciąż reagował odruchem chłopaka gotowego wbiec w ścianę tylko dlatego, że ktoś po drugiej stronie płakał.
To chyba właśnie w nim zmieniło się najgorzej. Nie złagodniał. Nie nauczył się odpuszczać. Życie nie wyciszyło go, tylko przetarło ostrzej, zostawiając więcej rys, więcej gniewu, więcej desperacji pod skórą. Dawniej jego chaos bywał młodzieńczy, chwilami wręcz uroczy w swoim bezmyślnym pędzie; dziś ten sam chaos miał ciężar spraw, których nie dało się już zbyć śmiechem. Brat w więzieniu. Rozwalone małżeństwo. Przemoc, w którą właził z uporem człowieka nie do końca wierzącego, że zasługuje na spokojniejsze życie. Nawet jeśli dojrzeli oboje, to ona zrobiła to w stronę większej sterowności, a on jakby tylko nauczył się lepiej nazywać własne awarie.
Z wnętrza domu dobiegł go nagły hałas — coś lekkiego, a jednak wystarczająco wyraźnego, żeby od razu poderwać jego uwagę. Coś zniszcoznego przez kota? Nie zastanawiał się długo. Wcisnął niedopałek w krawędź schodka, zgasił go szybko i podniósł się z miejsca z tym natychmiastowym spięciem ciała, które wyprzedzało myśl. Pociągnął za klamkę i wrócił do środka.
Zapach kadzidła był nadal wyczuwalny, choć teraz mieszał się z wilgotną ziemią rozsypaną po podłodze. Wystarczyło jedno spojrzenie, by dodać dwa do dwóch. Piankowy wałek, przewrócona doniczka, sukulent i cały ten koci pierdolnik, który zawsze wyglądał niewinnie aż do chwili, w której coś lądowało na ziemi.
— Metatron albo ten drugi mały terrorysta — mruknął bardziej do siebie niż do niej, od razu kucając przy rozsypanej ziemi. — Rosalia wygląda na zbyt dumną na takie prymitywne akty wandalizmu.
Zaczął zbierać większe kawałki doniczki i zgarniać ziemię dłonią, potem sięgnął po coś, czym można było to sensownie ogarnąć. Ruchy miał spokojne, prawie automatyczne. Dobrze robiło mu zajęcie rąk czymś prostym, fizycznym, niewymagającym filozofii. Przez moment myślał nawet, że to śmieszne, jak łatwo wielkie dramaty schodzą na bok, gdy trzeba posprzątać syf po przewróconej roślinie.
— Nic się nie stało —
rzucił ciszej, nie podnosząc jeszcze wzroku. — To akurat da się naprawić bez sądu, lotu do Nowego Jorku i fałszywych tożsamości.
Kącik ust drgnął mu blado, ale nie pociągnął żartu dalej. Gdy ziemia zniknęła z podłogi, a rozbite elementy zostały odłożone na bok, wyprostował się i przez chwilę tylko patrzył na nią uważnie, jakby chciał powiedzieć coś więcej, a jednocześnie wiedział, że wszystko, co ważniejsze, już dziś między nimi wybrzmiało albo właśnie próbowało ucichnąć.
Sięgnął do kurtki, poprawił ją na ramionach i wreszcie zasznurował porządnie glany, tym razem bez pośpiechu.
— Będę się zbierał — powiedział, spokojnie, bez teatralnego ciężaru. — I tak już wystarczająco namieszałem ci w wieczorze.
Podszedł bliżej, zawahał się ledwie przez chwilę, po czym musnął dłonią jej ramię w tym prostym, starym geście, który nie potrzebował dopowiedzeń.
— Dbaj o siebie, dobra? — mruknął.
Potem ruszył do wyjścia, zgarniając po drodze torbę i kluczyki, ale już przy samych drzwiach zwolnił, jakby jakaś myśl dopiero teraz złapała go za kark. Odwrócił głowę tylko trochę, nie całkiem, z dłonią opartą o klamkę.
— A jakbyś jednak kiedyś chciała, żebym sprawdził jeden adres w Nowym Jorku... to wiesz, gdzie mnie znaleźć.
THE END <3

Irma Quintana
ODPOWIEDZ

Wróć do „226”