43 lat/a, 165 cm
Właścicielka i łowca talentów w Atwood Talent & Development
Awatar użytkownika
A woman must be able to stand in the face of power, because ultimately some part of that power will become hers.
Whispers of life
Obrazek
Farewells can be shattering,
but returns are surely worse.

𝑁owy Orlean nigdy nie był dla niej domem w tym miękkim, sentymentalnym znaczeniu, którym ludzie lubili oblepiać miejsca, do których wracali po latach z westchnieniem i szklaną wilgocią w oczach; nie miał w sobie nic z bezpiecznej przystani, nic z ciepłego światła zostawionego w oknie dla spóźnionych, bo od początku pachniał raczej czymś rozgrzanym, nieczystym, wilgotnym od potu, alkoholu, błota i cudzych sekretów, a jednak właśnie przez to trzymał mocniej niż większość miast, w których przyszło jej później mieszkać. Wgryzał się pod skórę. Zostawiał ślad. Nie dawał o sobie zapomnieć. Był piękny w sposób bezwstydny, z tą całą swoją muzyką sączącą się z otwartych drzwi barów, z ciężkim powietrzem zwisającym nisko nad ulicami i z poczuciem, że pod każdą ładną fasadą coś gnije, coś się ukrywa, coś czeka, aż ktoś nierozsądny wsunie rękę za głęboko.
Dziesięć lat temu sama była jednym z tych ostrych, cienkich ostrzy wsuwanych między żebra tego miasta. Nie przyszła tu po życie, nie przyszła po miłość, nie przyszła nawet po sprawiedliwość w tym naiwnym, szkolnym znaczeniu. Przyszła po wynik. Po człowieka. Po strukturę. Po drogę prowadzącą wyżej, do większej ryby, do nazwiska, które od lat przewijało się w raportach, szeptach i martwych punktach śledztw jak choroba, której nikt nie umiał wyciąć do końca. Arthur McLean był celem, ale nie wszedłby w jej dłonie bez odpowiedniego klucza. Tym kluczem okazał się Reznikov — ambitny, wystarczająco blisko, wystarczająco użyteczny, wystarczająco nieostrożny, by uwierzyć w narrację, którą podała mu z taką precyzją, że sam zaczął ją uznawać za prawdę.
Pod przykrywką Acadii Atwood nie miała wtedy prawa do wahań, więc ich sobie nie dawała. Weszła w tamten świat gładko, bez teatralnych ruchów, bez zbędnych błędów. Otworzyła agencję, zbudowała sieć kontaktów, nauczyła się odpowiednio patrzeć, odpowiednio milczeć, odpowiednio kłamać. Wiedziała, kiedy być miękka, a kiedy chłodna. Wiedziała, które słowo podsunąć, a które zatrzymać za zębami. Wiedziała też, że jeśli w pewnym momencie będzie trzeba spalić człowieka, żeby dobrać się do większego pożaru, zrobi to bez drżenia ręki. I zrobiła. Ułożyła wszystko tak, żeby podejrzenia popłynęły w tamtą stronę, pozwoliła, by ciężar zdrady osiadł na niewłaściwych barkach, a potem zniknęła z miasta tak skutecznie, że przez długi czas sama niemal mogła uwierzyć, że naprawdę zostawiła je za sobą.
Później były inne miejsca. Inne nazwiska. Inne twarze zakładane jak dobrze skrojone płaszcze. Waszyngton ze swoją sterylną brutalnością, Chicago z zimnem, które nie miało nic wspólnego z pogodą, krótkie pobyty w miastach, których nie chciała pamiętać dłużej, niż wymagał raport. Hotele. Wynajęte mieszkania. Lotniska. Cudze łóżka, w których budziła się zawsze lekko napięta, z odruchem sięgania po broń albo telefon, zanim jeszcze zdążyła naprawdę otworzyć oczy. Praca nauczyła ją jednej rzeczy lepiej niż czegokolwiek innego — człowiek może przywyknąć do prawie wszystkiego, jeśli długo udaje, że sam to wybrał.
Mimo to są miejsca, których nie opuszcza się nigdy całkiem. Nowy Orlean należał właśnie do nich. Nawet z oddali siedział w niej cicho, ale uparcie, jak cierń wsunięty za głęboko, żeby go wyjąć bez rozrywania tkanki. Nie chodziło tylko o to, co tu zrobiła. Nie chodziło nawet wyłącznie o niego. Bardziej o pamięć własnej wersji z tamtych lat — tej, która była młodsza, bardziej bezwzględna, jeszcze mniej skłonna do tłumaczenia sobie kosztów. Ta kobieta wróciła teraz razem z nią, choć obecna wersja była cięższa od doświadczeń, ostrożniejsza, bardziej precyzyjna i znacznie mniej podatna na złudzenia.
Powrót nie miał nic wspólnego z nostalgią. Arthur McLean wyszedł za dobre sprawowanie, co samo w sobie brzmiało jak ponury dowcip, jeden z tych, które system opowiada ludziom z kamienną twarzą, licząc, że nikt nie prychnie. Informacja przyszła chłodno, służbowo, niemal beznamiętnie, ale pod skórą zostawiła natychmiastowe napięcie. Nie mogła pozwolić, żeby człowiek taki jak on znów zaczął oddychać pełną piersią w tym samym świecie co ona. Zbyt wiele krwi, zbyt wiele dziewczyn, zbyt wiele spraw zakopanych pod pieniądzem, strachem i wpływami. Powrót był koniecznością. Reszta stanowiła już tylko kwestię logistyki.
Najpierw hotel. Anonimowy, wygodny, bezosobowy. Dobre rozwiązanie na pierwsze dni, na czas rozpoznania, uporządkowania kanałów, wybadania terenu i przypomnienia sobie rytmu miasta, które przez dekadę zdążyło częściowo zmienić skórę, ale nie charakter. Potem Four Winds. Mid-City nie było wyborem estetycznym, choć budynek sam w sobie potrafił działać na wyobraźnię nawet kogoś, kto od dawna nie dawał się uwodzić wnętrzom. To nie był adres przypadkowy, tylko pozycja. Punkt widzenia. Dogodne miejsce do obserwacji, działania i — co najważniejsze — kontroli dystansu.
Od dwóch tygodni zajmowała apartament numer 2000 na dziesiątym piętrze. Przestrzeń była duża, ciemna i dopracowana z taką ostentacyjną pewnością siebie, na jaką pozwalają sobie wyłącznie ludzie przyzwyczajeni, że pieniądze rozwiązują większość problemów. Wysokie ściany tonęły w głębokiej czerni, nie tej płaskiej i taniej, lecz szlachetnej, z matowym połyskiem drewna i cieniami gromadzącymi się w zdobieniach. Złote żyrandole zwisały z sufitu niby splątane sieci światła, bardziej biżuteria niż oświetlenie, a pod nimi rozlewały się miękkie, ciężkie kanapy, połyskujące szkłem stoliki i dywan o gęstym runie, który tłumił kroki tak skutecznie, że całe wnętrze zdawało się istnieć w przyciszonej, kontrolowanej ciszy. Na antresoli sypialnia miała w sobie coś z dobrze zaprojektowanej kryjówki — ciemne panele, grube tkaniny, szerokie łóżko, widok na miasto i wystarczająco mało osobistych śladów, by nie sprawiać wrażenia prawdziwego domu. Łazienka, z panoramicznym oknem i wanną ustawioną tak, żeby można było patrzeć na nocne światła, była może zbyt teatralna, ale nie przeszkadzało jej to; teatralność bywała użyteczna, o ile człowiek nie zaczynał w nią wierzyć.
Właśnie dlatego wybrała to miejsce. Bo nic tu nie było przypadkowe. Ani układ pomieszczeń, ani piętro, ani widok, ani sąsiedztwo.
Pod numerem 2011 mieszkał Ivan Reznikov.
Ta informacja, sama w sobie chłodna i techniczna, miała ciężar znacznie większy niż jakikolwiek marmur w tym budynku. Wiedziała o tym, zanim podpisała papiery. Wiedziała o tym, zanim wniosła pierwszą walizkę. Wiedziała też, że prędzej czy później dojdzie do momentu, w którym przestanie obserwować z dystansu i stanie w jego polu widzenia naprawdę, bez pośredników, bez starych masek, bez komfortu cienia. Przez dwa tygodnie dawała sobie czas. Na osadzenie się. Na obejrzenie piętra. Na wychwycenie rytmu. Na upewnienie się, że nie działa pod wpływem impulsu, tylko zgodnie z planem.
Wieczór, który wybrała, był lepki od nowoorleańskiego ciepła, choć klimatyzacja odcinała apartament od zewnętrznego powietrza tak skutecznie, że można było zapomnieć, jak duszne robi się miasto po zmroku. Przez chwilę stała przy szerokim oknie, patrząc na światła rozlane poniżej, na znajomy zarys ulic i budynków, na tę całą miejską tkankę, która po zachodzie słońca wydawała się bardziej szczera niż za dnia. Miała na sobie krótką, czarną sukienkę opinającą ciało bez cienia pruderyjności, z cienkimi złotymi łańcuszkami przy ramionach i miękkim, opadającym dekoltem. Strój nie był prowokacją dla samej prowokacji. Był komunikatem. Starannie wymierzonym, chłodnym, prostym.
Rozpuściła włosy, poprawiła tylko jeden niesforny kosmyk przy skroni i przez moment przyglądała się sobie w lustrze bez czułości, ale też bez niechęci. Nie widziała tam kobiety, która przyjechała do miasta po zemstę. Widziała operatorkę wracającą do nierozliczonej sprawy, do starego błędu, do konsekwencji, które po latach znów zaczynały domagać się miejsca przy stole. To było uczciwsze. Mniej romantyczne. Bliższe prawdy.
Na blacie w kuchni stała butelka czerwonego wina. Wzięła ją dopiero po chwili, jakby chciała dać samej sobie ostatni moment na zmianę decyzji, choć obie dobrze wiedziały, że żadna zmiana nie nastąpi. Szkło było chłodne, ciężkie, przyjemnie konkretne w dłoni. Taki drobiazg potrafił nadać całej scenie pozór cywilizowanego gestu — wizyty sąsiedzkiej, uprzejmości, elegancji. Ten pozór ją bawił.
Wyszła z apartamentu bez pośpiechu, zamykając za sobą drzwi cicho, prawie delikatnie. Korytarz dziesiątego piętra tonął w stonowanym świetle; miękki dywan tłumił stuk obcasów, a powietrze miało tę charakterystyczną czystość drogich budynków, w których wszystko pachnie nowością, filtrowanym chłodem i pieniędzmi. Szła pewnie, z prostymi plecami, czując w karku znajome napięcie, to wąskie, precyzyjne skupienie, które zawsze pojawiało się tuż przed wejściem na scenę, choć tym razem nie było widowni, a stawką nie był cudzy zachwyt.
Zatrzymała się przed numerem 2011.
Przez ułamek sekundy po prostu patrzyła na drzwi, na metalowe cyfry, na drobny detal klamki, na zwyczajność czegoś, co w praktyce wcale zwyczajne nie było. Dziesięć lat potrafiło rozciągnąć się w człowieku cieniem dłuższym niż całe życie, a jednak w tej konkretnej chwili nie czuła ani wyrzutów sumienia, ani sentymentalnego drżenia. Czuła tylko świadomość ruchu, który wreszcie dochodzi do skutku.
Unosząc dłoń, przesunęła kciukiem po szyjce butelki, po czym zapukała.

papa bear
53 lat/a, 192 cm
gangus i prawa ręka Dimy
Awatar użytkownika
Beware of an old man in a profession where men usually die young
Whispers of life
Obrazek
— czterdzieści siedem —
Leave them at the bottom of the grave they dug for you

Gdyby spojrzeć z dalszej perspektywy na życie Reznikova w przeciągu ostatnich miesięcy i lat, dałoby się łatwo dostrzec pewien wzorzec. Jego życie dzieliło się bowiem na fazy.
Krąg zawsze rozpoczynała faza . n u d y ; . kiedy życie było ułożone, najgrubsze problemy względnie rozwiązane, bo nigdy nie dało się w tej branży rozwiązać wszystkich do końca — bo niestety nie dało się zamordować wszystkich skurwysynów kręcących się po Nowym Orleanie — kiedy wszystko toczyło się swoim rytmem, a jemu pozostawało jedynie na bieżąco gasić pożary w zarodku, jeśli już wybuchały w dokach czy na ulicach. Najczęściej była połączona ze zbieraniem się w całość, fizycznie i psychicznie, z odpoczynkiem, regeneracją albo cofaniem się do swojej jaskini, żeby jak niedźwiedź — którego przydomek miał nosić — przezimować najgorsze miesiące.
Po niej nachodziła nieuchronnie faza rozpierdalania wszystkiego na swojej drodze. Zawsze. Bez wyjątku. Tak jak po ciszy przychodziła burza, a po flaucie sztorm; ponieważ Ivan nie potrafił żyć odcięty od adrenaliny, a kiedy człowiek jego pokroju zaczynał się nudzić, ludzie w jego otoczeniu zazwyczaj zaczynali być w niebezpieczeństwie. I często, jeśli nie zawsze, on sam również zaczynał być w niebezpieczeństwie w związku z problemami ściąganymi na głowę tylko podświadomie z premedytacją. Żeby zabić ten duszący porządek świata, żeby poczuć cokolwiek, bo już od dekad jedyny moment, w którym Reznikov czuł, że żyje to ten, w którym jego świat drżał w posadach; kiedy rwało go każde ścięgno i kość; kiedy z precyzją masochisty pozwalał własnym demonom przeorać resztki przegniłej duszy. Ta faza naturalnie obejmowała ostre chlanie w klubach po nocach, pieprzenie przypadkowych, zbyt odważnych i głupich dziewczyn, często zajętych i takich, których pod żadnym pozorem nie należało dotykać, rozbijanie się samochodem pustymi, nocnymi ulicami miasta, rozboje, awantury, bójki i strzelaniny — w zależności od tego, jak bardzo znudzony był Reznikov przed jej rozpoczęciem. I co akurat działo się w mieście.
Ona zaś naturalnie ściągała za sobą kolejną, czyli fazę nawarstwiania się problemów i ich kulminacji. To wtedy był najbardziej . ż y w y ; . tylko wtedy był prawdziwie sobą, niezależnie od tego, jak jednocześnie wkurwiony był na swoją wcześniejszą wybiórczą ślepotę, która doprowadzała go do tonięcia w gównie. Ta faza obejmowała tortury, ocieranie się o więzienie, pistolet z jednym nabojem przystawiony do skroni, narażanie wszystkiego, co z Dimą budowali od lat w tym zjebanym mieście... Czyli ocieranie się o śmierć z błyskiem chorobliwej ekscytacji w oczach.
Kończyła się zwykle poturbowanym ciałem i złamaną psychiką, wycofaniem się i przejściem z powrotem do fazy pierwszej. Ten schemat powtarzał się wielokrotnie na przestrzeni dwóch ostatnich dekad, od kiedy Nowy Orlean — wbrew butnym zapewnieniom samego Rosjanina — stał się jego domem bardziej niż ojczysta Rosja, której wyidealizowane wspomnienia rozjeżdżały się w jego pamięci.
Prawie zawsze w którymś momencie pojawiała się w nim . k o b i e t a .
Czasem dwie kobiety.
Niekoniecznie w sensie erotycznym, niestety.
Obecnie zaś przebywał zawieszony gdzieś pomiędzy drugą a trzecią fazą, jedną kobietę już zaliczył i wyeliminował, nie bez przyjemności zresztą, zaś dwie pozostałe wciąż były pieprzonym problemem. Z córką sobie radził. Natasha, cóż, to była inna sprawa. W każdym razie problemy nawarstwiły się wystarczająco, żeby Reznikov przestał rozbijać się po barach, dlatego mimo że nadchodził zmierzch, on wciąż jeszcze nie opuścił mieszkania. Właśnie kończył rutynowe czyszczenie broni w sejfie i tej ulubionej, z którą się praktycznie nie rozstawał, kiedy usłyszał pukanie do drzwi.
A ten zwykły dla większości społeczeństwa dźwięk w jego życiu było głośniejszy i bardziej niepokojący niż wystrzał tuż przy uchu. Bo niewielu ludzi wiedziało, gdzie mieszka. I jeszcze mniej zdecydowałoby się mu narzucać. Dlatego Reznikov z przekleństwem na ustach pospiesznie wrzucił broń do sejfu w sypialni, odbezpieczył i ponownie zabezpieczył swój pistolet, a później wcisnął go za pasek spodni na lędźwiach i dopiero wtedy ruszył do drzwi wejściowych, stawiając kroki najciszej, jak to możliwe przy swojej wadze i posturze. Spojrzał przez wizjer.
Zamarł.
Całe ciało stężało, mięśnie napięły się jak zwierzęciu do skoku; nie był tylko pewien, czy szykowało się do uniku — czy raczej do ataku. A później, zanim zdążył się zastanowić, ręce zadziałały same, bez udziału mózgu. Impuls wziął górę nad rozsądkiem. Ivan gwałtownie przekręcił klucz w drzwiach. Niedawno wymieniony zamek szczęknął w proteście, ale zupełnie tego nie odnotowując, szarpnął za klamkę, żeby usunąć ostatnią przeszkodę dzielącą go od kobiety po drugiej stronie drzwi.
Imię przyszło nieproszone.
A c a d i a .
A wraz z nim jebane tsunami uczuć, z których żadne nawet nie otarło się o coś pozytywnego. Na chwilę ta fala go pochłonęła, przytłoczyła i nie pozwoliła nawet na oddech, ale Ivan szybko sobie z nią poradził.
Ja — kurwa — pierdolę — wycedził przez zaciśnięte zęby w ojczystym języku, jedynym, w jakim przekleństwa miały dla niego prawdziwy charakter i wagę. I to było na tyle z ambitnych powitań.
Żadnego: Ty żyjesz?
Ani tym bardziej: Co się z tobą działo?
A już na pewno nie: . D l a c z e g o ?
Z trudem graniczącym z niemożliwością oderwał spojrzenie od jej twarzy, żeby strzelić nim po załamaniach korytarza widocznych z progu jego mieszkania. Odruch — który zawsze był pierwszym, pozwalającym na przeżycie w zawodzie, w którym chłopaki giną, nie osiągnąwszy nawet dobrze pełnoletności — po zatrzymaniu się jego wzroku na tych oczach, których już nigdy nie spodziewał się zobaczyć, został brutalnie zepchnięty na drugi plan. A jednak w końcu Reznikov stwierdził, że nie widzi nikogo poza nią. Co nie znaczyło, rzecz jasna, że nikogo nie ma, ale było pierwszym znakiem ostrzegawczym, alarmem skrobiącym w potylicę. Jeszcze większego wysiłku siły woli Rosjanin potrzebował, żeby nie sięgnąć łapami do jej ciała; żeby się upewnić, że oto naprawdę stoi przed nim Acadia Atwood, z krwi i kości.
Krwi, którą można przelać i kości, które można metodycznie połamać.
Jesteś sama — stwierdził niskim, gardłowym warknięciem, który brzmiał jak wyrwany z gardła zwierzęcia. Z tymi słowami wbił krwiożerczy wzrok ponownie w jej oczy. — Popierdoliło cię do reszty?
Chociaż peryferie widzenia zachodziły mu czerwoną mgłą brutalnej żądzy zemsty, chociaż serce waliło jak młot w szerokiej klatce piersiowej, a żyły zalała adrenalina, jakimś cudem powstrzymał się od pchających się na dłonie gestów i zwierzęcych instynktów. Jednak nawet się przy tym nie starał nadać sobie wrażenia nonszalancji i nie oparł się ramieniem o framugę drzwi. Nie cofnął się również, żeby wpuścić ją do środka.
Dopiero wtedy przypomniał sobie, że przecież nie mieszka już sam — ale szczęśliwie Nikolevy akurat nie było w mieszkaniu. Zresztą Reznikov nie myślał o niej dłużej niż ułamek sekundy. Nie mógł myśleć o niczym innym niż Acadia; obrazy wspomnień wciskały mu się pod powieki i głęboko pod skórę, oddzierały mięśnie od kości w odległym echu fizycznych ran, które gorsi od niego zadali mu po jej rozpłynięciu się w powietrzu bez śladu i słowa pożegnania.
Nie chciał o tym myśleć — nie należał do sentymentalnych skurwysynów — ale to było silniejsze od niego. I karmiło jego furię.
Przeżyłaś dziesięć lat chuj wie gdzie i po co, żeby pewnej pięknej, kurwa, nocy przyjść tu jakby nigdy nic z jebaną butelką wina zupełnie . s a m a ? . — Pokręcił głowa na boki w wyrazie niedowierzania. I chociaż uśmiechnąłby się paskudnie, gdyby ktokolwiek inny stał w progu jego drzwi, tym razem jego ust nie rozciągnął nawet cień grymasu. — Jeśli nie masz pierdolonego snajpera na dachu sąsiedniego budynku, a ja nie jestem właśnie na linii jego strzału, Dia — urwał na imieniu, którego nie wypowiadał od przeszło dekady. A chociaż potężna sylwetka Ivana pozostawała nieruchoma, w jego głosie nie było nic spokojnego ani równego; szarpał go jego własny puls, wrzała w nim wściekłość, charczała żądza zemsty, wrażenie której dodatkowo podkręcał wyostrzony emocjami rosyjski akcent. Serce zdążyło uderzyć kilka razy, zanim dokończył: — To radzę uciekać. Dopóki masz serce pod mostkiem, bo do kurwy nędzy...
Dopiero z tymi słowami Reznikov się poruszył. Zrobił pół kroku i nachylił się nad nią, żeby kolejne słowa wycedzić spomiędzy zaciśniętych szczęk:
Nawet sobie nie wyobrażasz, ile razy ci je wyrywałem bez znieczulenia w jebanych fantazjach.
Na języku niemal poczuł fantomowy smak krwi — metaliczny, a jednak kurewsko słodki — kiedy na siatkówce oczu wyryło się wyobrażenie gonienia jej; polowania odbywającego się tylko po to, żeby na końcu pościgu zatopić kły w jej ciele.

torture sounds incredible
Ostatnio zmieniony pn 30 mar 2026, 17:09 przez Ivan Reznikov, łącznie zmieniany 1 raz.
43 lat/a, 165 cm
Właścicielka i łowca talentów w Atwood Talent & Development
Awatar użytkownika
A woman must be able to stand in the face of power, because ultimately some part of that power will become hers.
Whispers of life
𝑁apięcie przyszło pierwsze — cienkie, chłodne, wsuwające się pod skórę z tą samą cierpliwością, z jaką doświadczony nóż wchodzi między żebra, nie od razu przynosząc ból, lecz wyłącznie świadomość, że coś właśnie naruszyło granicę ciała. Stała przed jego drzwiami z butelką wina w dłoni, wyprostowana, z brodą uniesioną odrobinę wyżej, niż wymagałoby tego zwykłe sąsiedzkie odwiedziny, a jednak pod tą gładką powierzchnią wszystko miała spięte do granic. Nie dlatego, że nie umiała trzymać nerwów na krótkiej smyczy. Umiała aż za dobrze. Problem polegał na tym, że w przypadku Reznikova nie chodziło nigdy wyłącznie o rozsądek.
Przez dziesięć lat mogła sobie powtarzać, że zamknęła tamten rozdział, że zostawiła go w tyle razem z tym miastem, z jego mokrym od wilgoci brukiem, z zapachem rozlanej whisky i stęchlizny starych kamienic, z klubami, w których muzyka brzmiała tak, jakby rodziła się gdzieś w gardle samej nocy. Mogła też wmawiać sobie, że ten konkretny mężczyzna był tylko narzędziem, jednym z wielu elementów większej układanki, którą musiała ułożyć, żeby dobrać się do McLeana. Tyle że ciało rzadko dawało się przekonać do kłamstw równie łatwo jak umysł. Ono pamiętało po swojemu — przez napięcie karku, przez cięższy oddech, przez ten nieprzyzwoicie żywy błysk wspomnień, który potrafił wrócić bez zapowiedzi i zepsuć nawet najlepiej skrojony plan.
Pamiętała jego dłonie. Nie jako coś czułego, nie jako bezpieczny dotyk, tylko jako siłę, której nigdy nie dało się pomylić z niczym innym. Pamiętała, jak w stalowym uścisku zaciskały się na jej szyi. Pamiętała też zęby znaczące skórę tak, że lustro następnego ranka stawało się małym archiwum ich nocy. Pamiętała ciężar jego ciała, brutalną pewność ruchów, ten rodzaj bliskości, po której człowiek przez kilka kolejnych godzin chodził ostrożniej, wolniej, z rozdrażnionymi nerwami i dziwną mieszanką satysfakcji oraz gniewu. Nikt wcześniej ani później nie doprowadzał jej do tego miejsca równie skutecznie — do punktu, w którym przyjemność i wściekłość zlewały się w jedną, gęstą smugę. To wspomnienie nie miało w sobie nic miękkiego. Było brudne, niewygodne, uwłaczająco żywe. I właśnie dlatego tak trudno było je zabić.
A przecież mogła dziś skończyć w znacznie mniej zmysłowej scenerii. Zatrzaśnięte drzwi przed nosem byłyby wersją niemal elegancką. Znacznie mniej elegancka kończyłaby się ciszą, krwią i jakimś nowoorleańskim rowem, do którego zwozi się rzeczy, o których miasto woli później nie rozmawiać. Nie miała złudzeń co do jego charakteru. Znała zapędy Reznikova, znała jego fantazje, pamiętała tę dziką, ciemną energię, której nie dało się oswoić nawet przy najlepszych chęciach. Wiedziała, że potrafił być nieobliczalny, a ona dała mu dziesięć lat powodów, by pewnego dnia chcieć jej skręcić kark gołymi rękami.
Mimo to przyszła.
Bo był potrzebny. Do McLeana, do starych dróg, do tego całego gnijącego świata, który znów zaczął się otwierać niczym rana. I, co brzmiało bardziej żałośnie, niż chciałaby przyznać nawet przed samą sobą, był potrzebny także tej części jej, która przez lata nie znalazła nic równie intensywnego, równie niebezpiecznego, równie bezwstydnie żywego.
Za drzwiami coś drgnęło.
Nie od razu. Najpierw był ledwie wyczuwalny ruch, przesunięcie ciężaru, cichy znak, że po drugiej stronie istnieje ktoś realny, ktoś, kto usłyszał, zrozumiał, podjął decyzję. Potem cisza zrobiła się gęstsza. Rozciągnęła się między nią a zamkiem jak napięta struna. Kobieta nie poruszyła się ani o centymetr, tylko mocniej zacisnęła palce na szyjce butelki, czując chłód szkła, które nagle stało się jedyną zwyczajną rzeczą w tej chwili.
Szczęk zamka przeciął powietrze.
A zaraz po nim drzwi otworzyły się gwałtownie, bez uprzejmości, bez wahania, z siłą, która równie dobrze mogła być ostrzeżeniem.
Stał tam.
Wielki, masywny, szeroki w barkach do granic niemal absurdalnych, z tym rodzajem ciężkiej obecności, która potrafiła zdominować wąski próg i kawałek korytarza samym faktem istnienia. Nie zdziwiło jej, że wyglądał właśnie tak — bardziej jak zwierzę niż człowiek z luksusowego piętra w Four Winds, bardziej jak niedźwiedź wypłoszony z legowiska niż ktokolwiek, kto powinien mieszkać pośród miękkich dywanów i designerskich lamp. Tylko oczy miał dokładnie takie, jakich się spodziewała: dzikie, ostre, pełne furii, która nie potrzebowała żadnych ozdobników.
Jego rosyjskie przekleństwo spadło na nią ciężko, szorstko, prawie znajomo.
I właśnie ta znajomość rozciągnęła jej usta w śmiechu — cichym, niskim, bez cienia skrępowania.
— Tęskniłeś tatusiu niedźwiedziu za swoją mamusią niedźwiedzicą?
Bezczelność zabrzmiała dokładnie tak, jak miała zabrzmieć: lekko, prawie figlarnie, choć w środku wszystko miała wyostrzone do bólu. Nie spuściła wzroku. Przeciwnie, przyjęła go z tą samą chłodną ciekawością, z jaką bada się niebezpieczne zwierzę stojące o krok za blisko i jeszcze niezdecydowane, czy rzuci się do gardła, czy tylko ostrzegawczo obnaży kły.
Pytanie o to, czy jest sama, zawisło między nimi krótko, ale wyraźnie.
Unosząc butelkę odrobinę wyżej, poruszyła nią z pozorną nonszalancją.
— Nie, mam towarzystwo.
Dopiero po tej pauzie, specjalnie przeciągniętej odrobinę za długo, pozwoliła sobie na cień uśmiechu.
— Rocznik jest naprawdę dobry. Byłoby szkoda, gdyby jakiś snajper spudłował i wszystko poszłoby się jebać.
Słuchała jego kolejnych słów z twarzą tak spokojną, jakby mówił o pogodzie, a nie o rzeczach, które dla większości ludzi byłyby wystarczające, żeby się cofnąć. To nie znaczyło, że nic w niej nie drgnęło. Drgnęło aż za mocno. Zwłaszcza wtedy, gdy zmniejszył dystans nagle, brutalnie, bez ostrzeżenia. Odruchowo wstrzymała oddech, krócej, niż sama chciała to przyznać, i przez tę krótką sekundę cały świat skurczył się do kilku detali: ostrej linii jego szczęki, ciężkiego oddechu, rosyjskiego akcentu raniącego powietrze, wspomnienia starych nocy, które wróciły nieproszone i zbyt żywe.
Był starszy, twardszy, bardziej zużyty na twarzy, ale w gruncie rzeczy dokładnie tym samym przeklętym problemem, którego nigdy nie udało jej się naprawdę wymazać.
Przygryzła dolną wargę wolno, prowokująco, z rozmysłem, który był niemal bezczelniejszy niż same słowa.
— A więc goń mnie, miśku.
Zrobiła mały ruch w tył, ledwie zarysowany, bardziej jako obietnicę ucieczki niż rzeczywisty odwrót. Wysokie obcasy kliknęły cicho o posadzkę. W tej jednej chwili była boleśnie świadoma własnego ciała — długości nóg zamkniętych w czerni sukienki, odsłoniętej skóry, włosów opadających swobodnie na ramiona, butelki wina trzymanej w palcach tak, jakby cała ta scena była tylko nieco bardziej zepsutą wersją randki po latach.
Na końcu korytarza coś się poruszyło. Nie wyraźnie, raczej kątem oka — cień za drzwiami, ciekawość któregoś z sąsiadów, może tylko wścibska sylwetka wyczuwająca awanturę tam, gdzie luksusowe budynki zwykle sprzedają ciszę w pakiecie z czynszem. To wystarczyło, żeby uśmiech na jej ustach zrobił się ostrzejszy.
Przechyliła lekko głowę, nadal nie odrywając od niego wzroku.
— Chyba że wolisz zarżnąć mnie w zaciszu swojego mieszkania, bez gapiów? Albo zerżnąć?
Zdanie zawisło między nimi ciężko, zuchwale, z premedytacją podsuwając mu obraz, którego może nie powinna była podsuwać, jeśli zależało jej na przeżyciu tej nocy. Tyle że rozsądek, ten najnudniejszy i najbardziej potrzebny z instynktów, od samego początku nie był dziś głównym aktorem. Główną rolę grało coś znacznie bardziej brudnego: stara gra, nierozliczony gniew, pamięć jego rąk i świadomość, że nawet teraz, stojąc o krok od potencjalnej katastrofy, nie potrafiła wykrzesać z siebie ani grama prawdziwego strachu, który kazałby jej odejść.
Może właśnie to było w niej najbardziej chore.
Nie powrót do miasta. Nie McLean. Nie nawet fakt, że przyszła tu bez obstawy, z winem w dłoni i sukienką opinającą biodra tak, jakby chciała bardziej prowokować niż negocjować.
Najgorsze było to, że stojąc na tym korytarzu, przed rozwścieczonym Reznikovem, czuła się bardziej obudzona niż przez ostatnich kilka lat.

papa bear
53 lat/a, 192 cm
gangus i prawa ręka Dimy
Awatar użytkownika
Beware of an old man in a profession where men usually die young
Whispers of life
Brzmiała tak samo. Wyglądała tak samo. Nie; lepiej nawet niż wyglądała, kiedy widział ją ostatnim razem, jakby czas obszedł się z nią łagodniej, dodał rysom twarzy ostrości, a wycięciu warg niepodrabialnego charakteru. Zmiana była, oczywiście, ale subtelna, nieoczywista i Ivan nie potrafił ją wyłapać, zalany wrzącą furią i bulgoczącą na dnie żołądka żądzą zemsty.
Żyła na jego skroni wybrzuszyła się niebezpiecznie i zapulsowała mocniej, kiedy usłyszał jej głos; kilka ironicznych, bezczelnych słów wypowiedzianych tonem, którego nie spodziewał się już nigdy usłyszeć. Nie odpowiedział od razu; właściwie nie odezwał się ani nie poruszył, jakby faktycznie potrzebował przetrawić jej pytanie — chociaż w rzeczywistości odpowiedź była bardziej niż oczywista.
Na przestrzeni ostatniej dekady wiele uczuć budziło w nim choćby przelotne wspomnienie miesięcy spędzonych z Acadią, ale tęsknota nigdy do nich nie należała. I bynajmniej nie dlatego, że nie było . z a . c z y m . tęsknić. Wręcz przeciwnie, spędzony z nią czas wybuchał pod powiekami Reznikova eksplozją kolorów, wżerał się w tkanki miliardem doznań i rozlewał po języku tysiącem smaków w najlepszej kompozycji; jej obecność wbijała się nieproszona pod skórę i rozlewała trucizną po żyłach. Nie była z rodzaju tych kobiet, które dało się zapomnieć, nie w sposób, w jaki Ivan zapominał inne dziewczyny pojawiające się na dłużej lub krócej w jego życiu. A pozostawiona po Acadii nieobecność była gorsza niż pustka — bo pustka dawała komfort nieświadomości, że można tak czuć, a nieobecność codziennie przypominała o czymś, co było tam wcześniej.
Najsilniejszym z targającym nim uczuć z pewnością była nienawiść; och, jak on jej kurewsko nienawidził przez te wszystkie lata. Na początku szalał jak zwierzę w klatce, pazurami drapał pręty swojego więzienia, próbując ją znaleźć na całym kontynencie, ale kraty pozostały nieugięte i wszystko prowadziło do frustrującego wniosku; Acadia się rozpłynęła. Tak jakby nigdy nie istniała. Z czasem to uczucie wyblakło, chociaż nigdy nie zniknęło do końca. Była też żądza zemsty, pozostawało pożądanie, jakie kobieta w nim budziła i dziki sposób, w jaki go następnie gasiła, było obrzydzenie i fascynacja, żywa pamięć dłoni zaciskanej na krtani i zębów wbijanych w ciało, były frustracja, irytacja, wyparcie, wkurwienie, lekceważenie, pogarda, a ostatecznie nawet coś tak żałosnego jak żal.
Nie za obarczenie go winą, ale za . p o r z u c e n i e .
Bo w jego świecie to on zawsze był tym, który porzuca. Nigdy porzucanym.
Aż do Acadii Atwood.
To ona nauczyła go przyjemności porzucania kobiet jak zabawki wystarczająco szybko, żeby w ich głowach nie zdążyła pojawić się chociaż przelotna myśl o tym, że da się zostawić jego. Złamała go. Nauczyła, że są gorsze rzeczy niż pogruchotane kości i rany postrzałowe, niż rozległe poparzenia i wyrafinowane metody tortur stosowane w podziemiach lochów należących do FSB.
Wreszcie wolno pokręcił głową na boki i parsknął głuchym, złym śmiechem, kiedy potwierdziła, że nie ma wsparcia. Oczywiście nie wierzył w ani jedno jej słowo, a jednak sposób, w jaki prezentowała pewność siebie i swoje ciało w czymś, co z trudem można było nazwać sukienką… Ona pamiętała.
Pamiętała smak władzy, jaką nad nim miała.
Może wciąż ją czuła teraz, kiedy na niego patrzyła z progu drzwi.
On czuł kurewsko wyraźnie jej odległe echo.
Efekt tego polowania może ci nie przypaść do gustu, love — odparł nisko, warcząco, bez grama rozbawienia wyczuwalnego nie tylko w głosie kobiety, ale też wyraźnie widocznego w każdym jej wyważonym geście i celowym spojrzeniu. Zmrużył oczy, nie odrywając wzroku od tych jej; bladoniebieskich tęczówek otoczonych wachlarzem rzęs czarnych jak noc za oknami wieżowca.
Coś brudnego i oślizgłego poruszyło mu się na dnie trzewi, kiedy Acadia znów się odezwała, zgrabnie manipulując słowami. Coś jak wspomnienie. Pragnienie, którego nie potrafił powstrzymać, niezależnie od tego, jak bardzo chciałby je zdusić. A później ryk, którego echo wypełniło mu skronie z gwałtownym pulsem krwi.
NIE ULEGAJ JEJ.
Pod żadnym pozorem jej nie ulegaj, Reznikov.
Niezdecydowany, którą opcję powinien wybrać i co właściwie wolałby zrobić z nią bardziej, jeśli już znaleźliby się w prywatnej, bezpiecznej od obcych spojrzeń przestrzeni mieszkania, Ivan wreszcie drgnął. Najpierw wyprostował się powoli, jakby przeciągał się leniwie, chociaż w jego ciele nie było pojedynczego włókna mięśnia, które nie byłoby napięte do granicy absurdu, nic zrelaksowanego ani rozluźnionego. A jedyne, co zrobił w rzeczywistości, to przeniesienie ciężaru na zdrowszą nogę i ustawienie się w pozycji, z której nie dało się go łatwo wytrącić z równowagi. Ostatnie, o czym pomyślał, to jak łatwo byłoby rozedrzeć materiał jej sukienki i uwolnić jej boskie ciało z kajdan tych niepotrzebnych szmat.
Wiesz przecież, że lubię, jak patrzą — wychrypiał z krótkim przebłyskiem paskudnego uśmiechu.
Z tymi słowami Reznikov poruszył się naprawdę; najpierw złapał nadgarstek tej ręki, w której kobieta trzymała butelkę wina — potencjalną broń, Ivan nauczył się już nie dyskryminować ze względu na płeć i nie dawać oszukać na niewinne oczy żadnej suki — drugą położył na jej talii, nogę przesunął za jej kolano w ułamku sekundy, gestami wyćwiczonymi latami wprawy w powalaniu przeciwników na ulicy; takimi, które nie niosły w sobie nawet cienia wahania. Jego ciało rozpędziło się samo, właściwie wyłączył myślenie i przeszedł na autopilota, kiedy obrócił ich dwójkę wokół osi wyznaczanej przez styk ich ciał, a później wepchnął nogę między jej nagie uda i jednym brutalnym pchnięciem przyparł ją do ściany korytarza obok drzwi prowadzących do jego mieszkania. Kolano oparł na zimnym betonie pomiędzy jej nogami, przycisnął też do niej nadgarstek dłoni z winem. Wtedy palce drugiej dłoni zacisnął na wolnym dotąd nadgarstku Acadii, całkowicie unieruchamiając ją w swoim niedźwiedzim uścisku.
Dopiero kiedy się zatrzymał — a nie minęły nawet trzy pełne uderzenia serca od pierwszego gwałtownego ruchu — zdał sobie sprawę, jak ciężko oddycha. I nie miało to bynajmniej nic wspólnego ze zmęczeniem.
Pomyślał też, że nie może przypomnieć sobie tego ostatniego razu, kiedy dotykał Acadii w ten sposób; lata temu, z czysto erotycznym zabarwieniem, żeby do ucha szeptać jej to wszystko, co pragnął z nią zrobić, na chwilę przed tym jak faktycznie to zrobili.
Zanim przejdziemy do wymienionych przez ciebie przyjemności w zaciszu mojego mieszkania — wycedził przez szczęki zaciśnięte tak mocno, że zęby niemal trzeszczały mu w dziąsłach — zakładam, że nie będziesz miała nic przeciwko rutynowemu przeszukaniu? — zapytał tonem ociekającym sarkazmem i ze złym błyskiem w oczach, bo rzecz jasna było to pytanie czysto retoryczne.
Jej ciało i tak już było uwięzione między nim a ścianą korytarza, a on nie zamierzał bawić się w uprzejmości ani tym bardziej szanowanie jej przestrzeni osobistej. I miał doprawdy wyjebane w to, kto może ich teraz zobaczyć przez wizjer i który z żałosnej bandy jego sąsiadów sobie do tego obrazu zaraz zwali konia.
Nie czekając na jej odpowiedź, puścił wolną dłoń kobiety i przesunął swoją po materiale, mocno, palcami wyczuwając jedynie miękki kształt jej ciała; wcięcie w talii i zarys biodra, kiedy dłoń zsunęła się niebezpiecznie do krawędzi jej sukienki. Tam jednak Reznikov ją zatrzymał, zadziwiająco, bo faktycznie jedynym jego celem było sprawdzenie, czy nie wzięła ze sobą czegoś na wszelki wypadek. Ubranie, jakie Acadia wybrała na to urocze spotkanie po latach co prawda nie pozwalało na przeoczenie dużej broni na oko — a przyjrzał się jej kurewsko uważnie — ale dobrze wyryła mu się w pamięci jej przebiegłość i bezkompromisowość.
Zresztą nie mógł darować sobie tej przyjemności.

mommy bear
43 lat/a, 165 cm
Właścicielka i łowca talentów w Atwood Talent & Development
Awatar użytkownika
A woman must be able to stand in the face of power, because ultimately some part of that power will become hers.
Whispers of life
𝑊 skupieniu przyglądała się wszystkiemu. Nie tylko jego twarzy, choć to od niej najtrudniej było oderwać wzrok, ale też drobnym przesunięciom ciężaru, napięciu barków, układowi palców, sposobowi, w jaki stał w progu, jakby cały korytarz należał do niego i tylko od jego kaprysu zależało, czy pozwoli jej z niego wyjść żywej. Chłonęła każdy szczegół z tą chłodną uważnością, która przez lata nie raz ratowała jej skórę, a jednocześnie udawała kogoś rozbawionego, niemal znudzonego, jakby stała tu tylko dla własnej przyjemności i trochę dla sportu. Ta maska zawsze przychodziła jej przy nim najłatwiej. Była lekka, bezczelna, kusząca. Pod spodem pulsowało jednak coś zupełnie innego — ostrożność napięta do granic, strach wciśnięty głęboko pod żebra i świadomość, że Reznikov był jednym z niewielu ludzi na świecie, którzy potrafili ją naprawdę uszkodzić.
Nie mogła tego pokazać. Ani drgnieniem ust, ani niepotrzebnie gwałtownym oddechem, ani zbyt szybkim ruchem dłoni. W jego towarzystwie słabość zawsze pachniała krwią.
Na wzmiankę o polowaniu uniosła lekko brew, pozwalając, by uśmiech rozlał się po ustach wolno i prowokująco. Przesunęła palcami po szyjce butelki, a potem minimalnie zmieniła pozycję, bardziej podając mu linię szyi i gładki łuk obojczyka niż robiąc cokolwiek jawnego. W czarnej sukience, krótkiej i zbyt śmiałej na przypadek, wyglądała jak kłopot, który sam się prosił o ciąg dalszy.
— Och, nie bądź taki ponury — mruknęła, miękko, niemal figlarnie. — Może właśnie o to chodzi, żeby efekt był trochę nie po mojej myśli.
Powiedziała to tak, jakby bawiła ją ta gra, choć w środku już czuła, że grunt pod obcasami robi się zdradliwie cienki. Najgorsze było to, że właśnie ten rodzaj niebezpieczeństwa zawsze działał na nią bardziej, niż powinien. Rozum kazał liczyć wyjścia, oceniać dystans, przewidywać trajektorię ruchu, ale ciało, zdradzieckie i pamiętliwe, reagowało po swojemu. Na jego głos. Na to spojrzenie. Na brutalną, surową energię, którą niósł w sobie od zawsze.
A potem padły słowa o tym, że lubił, kiedy patrzą.
Uśmiechnęła się szerzej, choć coś ciasno ścisnęło ją pod mostkiem.
— Wiem — odpowiedziała ciszej. — Zawsze miałeś paskudne maniery.
Nie zdążyła zrobić nic więcej. Wszystko wydarzyło się błyskawicznie, z tą groźną precyzją, którą pamiętała aż za dobrze. Najpierw uchwyt na nadgarstku, twardy i pewny, potem druga dłoń na talii, ciężar jego ciała, obrót tak gwałtowny, że przez ułamek sekundy świat stracił pion, a zaraz potem plecy zetknęły się z chłodną ścianą korytarza. Z jej ust wyrwał się krótki, urwany oddech. Beton za łopatkami był zimny, jego uścisk przeciwnie — gorący, brutalny, zaborczy, niepozostawiający miejsca na złudzenia.
Nie walczyła. Nie dlatego, że nie mogła, ale dlatego, że od pierwszej sekundy wiedziała, iż ten pokaz siły jest częścią czegoś większego, czymś pomiędzy groźbą a demonstracją, pomiędzy kontrolą a przypomnieniem, że to on nadal potrafi zdominować przestrzeń, sytuację i jej ciało jednym serią ruchów. Strach przesunął się po kręgosłupie cienkim lodowatym językiem. Zaraz za nim, ku własnej odrazie, przyszło coś jeszcze. Coś gorętszego, bardziej wstydliwego. Pamięć zaklęta w nerwach. Wspomnienie dawnych nocy, które powinny były dawno zdechnąć, a zamiast tego odżyły w niej z całą swoją brudną intensywnością.
Przeklęła się za to w myślach natychmiast, ostro, bez litości.
Bo przecież nie powinna, przyciśnięta do ściany przez mężczyznę, który z równym prawdopodobieństwem mógł ją pocałować albo połamać, wracać myślami do dawnych obrazów. Nie powinna czuć tego nieprzyzwoitego ukłucia, tej fali gorąca rozlewającej się nisko i podstępnie. Nie powinna, a jednak przez kilka krótkich sekund jedyne, co przemknęło jej przez głowę z całą brutalną szczerością, to pragnienie, żeby materiał sukienki trzasnął pod jego palcami, żeby przestał się bawić w półśrodki i zrobił z nią przy tej ścianie coś głupiego, ryzykownego i kompletnie nie do obrony.
To było chore. I tym bardziej realne.
Słysząc pytanie o przeszukaniu, niemal parsknęła śmiechem, choć oddech nadal miała odrobinę płytszy niż zwykle. Sarkazm w jego tonie był ciężki, lepki, znajomy, a jego bliskość działała na nią bardziej, niż chciała dopuścić do świadomości. Gdy puścił jedną z jej dłoni i przesunął własną po materiale sukienki, każdy nerw pod skórą zareagował gwałtowniej, niż wypadało. Nie cofnęła się. Nie mogła. Ale nawet gdyby mogła, nie była pewna, czy naprawdę by to zrobiła.
Dotyk nie był czuły. Nie miał w sobie nic delikatnego, nic uspokajającego. Był rzeczowy tylko w teorii. W praktyce niósł całą dawną historię zapisaną pod skórą, a jej ciało rozpoznawało go z zawstydzającą łatwością. Czuła nacisk jego palców na talii, przesunięcie dłoni niżej, ciężar obecności tak bliskiej, że powietrze między nimi praktycznie przestało istnieć. Mięśnie napięły jej się mimowolnie, brzuch stwardniał, a usta rozchyliły odrobinę, zanim zdążyła zapanować nad oddechem.
Nie dała mu jednak tej satysfakcji, żeby zobaczył w niej coś więcej niż bezczelną pewność siebie.
Przechyliła głowę, muskając włosami ścianę, i spojrzała na niego spod rzęs z tą samą prowokującą lekkością, którą zawsze najłatwiej było pomylić z odwagą.
— Możesz poszukać też w majtkach, jeśli tak bardzo przykładasz się do roboty.
Słowa spłynęły miękko, niemal leniwie, choć w środku miała istny rozgardiasz. Świadomość własnej skóry zrobiła się nagle nieznośnie intensywna, każdy centymetr ciała pulsował od jego bliskości, a rozsądek przypominał się tylko po to, by nazwać ją idiotką.
Zawiesiła wzrok na jego ustach tylko na moment, potem wróciła do oczu. Uśmiech drgnął jej w kąciku warg, zbyt bezczelny, zbyt spokojny jak na sytuację, w której była praktycznie unieruchomiona na korytarzu przez rozwścieczonego Reznikova.
Nachyliła się odrobinę, na tyle, na ile pozwalał jego uścisk, i wyszeptała przy samym napiętym między nimi powietrzu:
— Ups. Ale chyba zapomniałam majtek.
Nie odwróciła wzroku. Nie rozluźniła się ani trochę. Stała w tym jego niedźwiedzim potrzasku z sercem bijącym odrobinę za szybko, ze skórą rozgrzaną pod warstwą czarnego materiału i z tym paskudnym przeczuciem, że za chwilę wydarzy się coś, czego żadne z nich nie będzie mogło już cofnąć.

papa bear
53 lat/a, 192 cm
gangus i prawa ręka Dimy
Awatar użytkownika
Beware of an old man in a profession where men usually die young
Whispers of life
Jej rozbawienie było tak wyraźne, że niemal mogłoby go zbić z tropu. Jej pewność siebie wbijała się w świadomość jak szpikulec do lodu. Jej lekceważące słowa zdawały się nie pasować do tej scenerii, do historii, do jebanej zdrady, za którą zapłatę Reznikov zwykł odliczać we krwi i połamanych kościach, maltretując ofiarę do czasu, aż zaczynała błagać o śmierć. Przecież o tym wiedziała. Musiała wiedzieć.
A jednak z jakiegoś powodu znowu tu stała, a on — starszy nie tylko o dziesięć lat, ale też bagaż zjebanych doświadczeń i wyleczony z resztek żałosnego zaufania — nie mógł tego nie uznać za podstęp. Tyle że wściekłość pulsująca pod skórą i dudniąca w uszach kurewsko mu utrudniała próby logicznego myślenia i sklejenia w sensowną całość czegoś, co wydarzyło się w ciągu ledwie kilku minut.
Właśnie tyle dzieliło go od zatartych wspomnień Acadii, a realnego, namacalnego dowodu na to, że ona wciąż żyje.
I chociaż wiedział to już od samego początku, jeszcze zanim położył łapy na jej ciele — w chuj ciężko byłoby coś schować pod tym strzępem materiału, ciasno przylegającym do skóry — to dopiero teraz, kiedy przesunął po nim dłońmi, Ivan z pewnym niedowierzaniem pozwolił sobie na myśl, że naprawdę pojawiła się u niego nieuzbrojona. A na tę konkluzję zwierzę drzemiące w jego klatce piersiowej otworzyło ślepia i przeciągnęło się leniwie, z uśmiechem — albo raczej agresywnie wyszczerzonymi kłami — w niewinnej formie nie przypominającej przygotowania do skoku, choć tym właśnie było. Ekscytacja wdarła się nieproszona, a adrenalina uderzyła mu do żył, kiedy za tym wnioskiem przyszedł kolejny: miał ją tutaj naprawdę. Po dziesięciu pierdolonych latach. Kurewsko realną. Ta myśl uderzyła go mocniej niż czysty alkohol wypity jednym haustem.
Nie była to ekscytacja w sensie romantycznym (jakby w ogóle znał pojęcie tego słowa) ani nawet erotycznym, ale jakaś jej brudna, zgniła odmiana. Paskudna, lepiąca się do skóry satysfakcja, za którą krok w krok szła napięta czujność, bo to wszystko wydawało się zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Oczywiście nie ufał żadnemu jej słowu i zakładał, że wcale nie była tu . s a m a , . ale mógł z tym pracować.
Wtedy nagle wypowiedziała słowa, na dźwięk których Reznikov mimowolnie zamarł. Na ułamek sekundy krótszy niż skurcz i rozkurcz serca wróciły do niego obrazy sprzed lat; te same, o których nie spodziewał się, że je przechowuje gdzieś na samym dnie świadomości, zakopane pod żywą urazą i nieodłącznym wkurwieniem. I przez dokładnie tyle samo czasu miał wrażenie, że im ulegnie. Bo przynajmniej pod tym jednym względem nigdy nie oszukiwał ani siebie, ani swojego otoczenia: kurewsko łatwo się poddawał, kiedy przychodziło do pożądania. Krótka sukienka opinająca ciasno kobiece ciało, odpowiednio dobrany ton głosu i powłóczyste spojrzenie z reguły wystarczały, żeby do głosu dochodziły w nim zdecydowanie żałosne, pierwotne instynkty.
Może gdyby kolano nie napierdalało go fantomowym bólem za każdym razem, kiedy pozwalał sobie choćby pomyśleć o takiej naiwności.
Może gdyby nie miał przed sobą twarzy kobiety, która wryła się w jego świadomość i nie chciała jej opuścić.
Może gdyby był o dziesięć lat młodszy i głupszy.
Teraz jednak zacisnął łapy na jej ciele, już właściwie na granicy sprawienia jej bólu, i przycisnął ją ciężarem swojego mocniej do ściany. Nie spuścił spojrzenia z jej oczu. Furia wyła mu w żyłach i dudniła w uszach, a bestie domagały się wypuszczenia na wolność.
Musisz mieć o mnie w chuj kiepskie mniemanie, jeśli uważasz, że to wystarczy, love — warknął jej w twarz, a w jego oczach zamiast pożądania — tego samego, które miał dla niej zarezerwowane lata temu — malowała się ponura, zła i śliska wściekłość. — Widzisz… Odrobiłem zadanie, które sama mi zadałaś, kiedy postanowiłaś zostawić mnie na lodzie bez słowa. Właściwie bardzo się do niego, kurwa, przyłożyłem.
Czy miał ochotę sprawdzić jej słowa; przesunąć dłoń niżej na jej gorące nagie udo, a później wedrzeć się palcami pod materiał sukienki i przekonać się na własnej skórze o przynajmniej części z jej kłamstw, tych, które akurat najłatwiej byłoby udowodnić, chociaż miały najmniejsze znaczenie?
Oczy - k u r w a - wiście.
Ale miał też paskudne wrażenie, że ona na to właśnie liczy; na jego żałosną, psią słabość.
Teraz się upewniam, że laski, które rucham, nie mają szans mnie później znaleźć i wyruchać w sposób, który nie kończy się orgazmem. Problemy z zaufaniem, sama rozumiesz — wycedził, wściekle mrużąc przy tym oczy, po czym niespodziewanie cofnął się o krok.
Tym samym dał jej przestrzeń do swobodniejszego oddechu, ale wciąż nie wypuścił z niedźwiedziego uścisku wielkiej łapy nadgarstka tej ręki, w której dłoni Acadia trzymała butelkę wina. A teraz, kiedy pomiędzy nich wrócił pozór dystansu, szarpnął ją za tę rękę, bez delikatności odrywając ją od ściany, żeby popchnąć kobietę w stronę drzwi jego mieszkania znajdujących się obok. Nie było w tym agresji — jeszcze nie — raczej milczący nakaz, który nie znosił sprzeciwu. A gdyby się uprzeć, można by to nazwać wręcz zaproszeniem, na które Acadia najwyraźniej czekała od momentu, w którym otworzył przed nią jebane drzwi. Do mieszkania wszedł za nią, bez odwracania się przez ramię, żeby rzucić spojrzenie w stronę wizjerów sąsiadów.
Pożegnał ich jedynie sugestywnie wystawionym w ich stronę środkowym palcem jednej uniesionej ręki, zanim zatrzasnął za sobą drzwi.
Klucz w zamku przekręcił automatycznie i natychmiast po tym płynnym ruchem wyszarpnął pistolet wciśnięty za pasek spodni na lędźwiach. Nie wycelował w jej stronę z . g r z e c z n o ś c i , . ale też nie zrobił ani jednego kroku w głąb mieszkania, dopóki ona tego nie zrobiła. Czuł, jak serce pracuje mu mocno i nierówno w klatce piersiowej, ale nie zastanawiał się już nad powodem.
W co ty grasz, co? — warknął, ale nie dał jej szansy na odpowiedź. Odbezpieczył pistolet z cichym kliknięciem. — Tylko bez pierdolenia, bo obudziłem się dzisiaj kurewsko niecierpliwy. Masz dziesięć minut, żeby mnie przekonać, że twoje życie jest warte więcej niż zachód pozbycia się twojego ciała — dodał lodowato, nie odrywając od niej spojrzenia nawet na ułamek sekundy.
Pistolet trzymany pewnie w prawej dłoni nie miał tłumika. Ten czekał na niego, zamknięty w bezpiecznym sejfie, a Ivan nie widział nawet pół cienia możliwości dostania się tam i zostawienia Acadii samej gdzieś za jego plecami; czyli w miejscu kurewsko dogodnym, żeby poprawić nóż wbity tam dekadę wcześniej.
Cóż. Trudno.
W ostateczności i tak myślał nad przeprowadzką w świetle ostatnich przykrych okoliczności. To byłby po prostu jeden powód więcej.

mommy bear
Ostatnio zmieniony czw 07 maja 2026, 17:27 przez Ivan Reznikov, łącznie zmieniany 1 raz.
43 lat/a, 165 cm
Właścicielka i łowca talentów w Atwood Talent & Development
Awatar użytkownika
A woman must be able to stand in the face of power, because ultimately some part of that power will become hers.
Whispers of life
Trigger Warning
ups :v
𝑁ie mogła wyjść z roli. Nie teraz, nie przy nim, nie w tej jednej chwili, od której mogło zależeć znacznie więcej niż tylko przebieg rozmowy o wspólnym znajomym i starych sprawach, których nigdy naprawdę nie zakopano. Tu stawką było również jej własne życie, a z tym od lat obchodziła się uważniej, nawet jeśli z zewnątrz potrafiła sprawiać wrażenie kobiety, która igra z losem wyłącznie dla przyjemności. Pod skórą buzowało w niej wszystko naraz — napięcie, zimna kalkulacja, paskudnie żywe wspomnienia, cienka smuga strachu i coś jeszcze, coś ciemniejszego, bardziej wstydliwego, co zawsze odzywało się przy Reznikovie w najmniej odpowiednich momentach. Patrząc w jego twarz, nie widziała tylko rozwścieczonego mężczyzny z bronią i historią przemocy wpisaną w dłonie. Widziała też echo nocy, w których jego zaborczość potrafiła przybierać formę równie podniecającą, co niebezpieczną, a każde odstępstwo od jego woli kończyło się gwałtowniej, ostrzej, z tym szczególnym błyskiem, który zapowiadał kłopoty.
Stąpała po kruchym lodzie i wiedziała o tym aż za dobrze. Jeden zły ruch, jedno źle dobrane słowo, nie ten grymas, nie ten oddech, a jego łapy mogły znaleźć się na jej karku w sposób już całkowicie pozbawiony gry. Właśnie ta wizja trzymała jej umysł w ryzach, pozwalała myśleć trzeźwo, liczyć gesty, wybierać spojrzenia z taką precyzją, z jaką ktoś wybiera narzędzia do operacji. Czy naprawdę liczyła na to, że mężczyzna wsunie dłoń wyżej, tam, gdzie prowokacyjnie go prowadziła? Być może. Tamten scenariusz dawałby jej kilka cennych sekund przewagi, szansę na zamącenie mu w głowie, odciągnięcie od pytań, których jeszcze nie chciała słyszeć. Najpierw planowała go pobudzić ciałem, wspomnieniem, tamtym starym, brudnym językiem, którym rozmawiali ze sobą najlepiej. Tego akurat nie przewidziała — że nie ulegnie, tylko odpowie większym naciskiem, cięższym uściskiem, demonstracją siły niemal brutalnie otrzeźwiającą.
Palce zacisnęły się mocniej, ciało zostało dociśnięte do ściany z siłą wystarczającą, by spod jej ust wyrwał się cichy syk. Natychmiast przykryła go uśmiechem, unosząc kącik ust dokładnie tak, jakby wszystko to mieściło się w granicach ich dawnego języka.
— Wciąż pamiętasz, co lubię, miśku.
Nie odpowiedziała na dalszy wywód. Słuchała uważnie, rozkładając jego słowa w głowie na części pierwsze, odkładając je do właściwych przegródek, odnotowując to, co najważniejsze, bez potrzeby wdawania się w polemikę już teraz. Nienawiść, uraza, zraniona duma, przemoc przykryta sarkazmem — znała ten alfabet. Zamiast mówić, wbijała w niego spokojne, prowokujące spojrzenie, takie, które z zewnątrz mogło wyglądać jak lekceważenie, choć w istocie było tarczą. Im mniej odda w słowach, tym mniej dostanie do użycia przeciw niej.
Szarpnięcie za rękę przyszło nagle, ale nie zaskoczyło jej całkiem. Oderwana od ściany bez delikatności, ruszyła ku drzwiom jego mieszkania posłusznie, bez stawiania oporu, bo ten akurat niczego by jej nie dał. Pozwoliła prowadzić się przodem, a świadomość, że ten znajduje się tuż za nią, była niemal fizyczna — ciężka, ciemna, drapiąca po karku. Skoro już weszli w tę grę, nie zamierzała oddać mu całej przewagi. Biodra więc poruszały się z przesadną miękkością, obcasy wybijały spokojny, równy rytm, a krótki materiał sukienki pracował na jej udach dokładnie tak, jak chciała. To było bezczelne. To było tanie. To było skuteczne.
Dźwięk zatrzaskiwanych drzwi rozciął powietrze ostrzej, niż się spodziewała.
Potem klucz.
A zaraz po nim ten drugi dźwięk — metaliczny, suchy, natychmiast rozpoznawalny. Odbezpieczana broń.
Serce zacisnęło się w niej gwałtownie, na krótki moment prawie zatrzymując rytm, ale twarz pozostała spokojna. Żadnego drgnięcia ramion, żadnego gwałtownego odwrócenia głowy. Żadnego przyspieszonego oddechu, którego nie dałoby się zatuszować.
Rzuciła tylko przez ramię, z tą samą niespiesznością, która mogła doprowadzać go do szału:
— Tak traktujesz damę?
Weszła głębiej w mieszkanie, w ciemną, chłodną przestrzeń, która od razu wydawała się na swój sposób bardzo jego. Czerń ścian i mebli nie była przypadkowa; miała w sobie coś z kontrolowanego mroku, z człowieka, który lubił otaczać się rzeczami nieodbijającymi zbyt wiele światła. Ogień w nowoczesnym kominku ciągnął się nisko i poziomo, pomarańczowa linia przecięta szkłem, bardziej dekoracyjna niż przytulna, ale wystarczająca, by rzucać ruchome refleksy na matowe powierzchnie. Na jednej ze ścian wisiał wielki, monochromatyczny widok miasta, surowy i chłodny, a całość sprawiała wrażenie miejsca urządzonego nie po to, by w nim odpoczywać, tylko by nad nim panować. Bardzo Reznikov. Bardzo bez złudzeń.
Potem usiadła na sofie. Powoli, z rozmysłem, który nie pozostawiał miejsca na przypadek. Najpierw odstawiła butelkę wina na stolik, a później obniżyła się na ciemne siedzisko z tą leniwą płynnością, od której wzrok sam mógł osunąć się niżej. Gdy zakładała nogę na nogę, zrobiła to odrobinę zbyt wolno, odrobinę zbyt śmiało, tak żeby nie miał najmniejszych wątpliwości, że wcześniej nie blefowała. Krótki materiał sukienki rozsunął się wystarczająco, by odsłonić więcej, niż wypadało, a spomiędzy gładkich ud przemknął wyraźny, bezczelny obraz nagiej kobiecości. Gest był czystą prowokacją — cichą, brudną, wymierzoną prosto w jego pamięć i instynkty.
Oparła się wygodniej, choć każdy mięsień miała wciąż czujny, i dopiero wtedy uniosła na niego wzrok. Ani trochę potulny. Ani trochę przepraszający.
— Nie gram w nic.
Słowa padły spokojnie, czysto, bez teatralnych ozdobników.
— Wróciłam do miasta. I chciałam przywitać się ze starym znajomym.
Krótka pauza przecięła zdanie dokładnie tam, gdzie powinna.
— Albo raczej kochankiem.
Nie spuszczała z niego oczu. Nawet broń nie odciągała uwagi tak bardzo, jak powinna, bo przy całej swojej rozsądnej ostrożności dobrze wiedziała, że w ich przypadku pistolet był tylko jednym z zagrożeń. Drugim była pamięć. Trzecim ciało. Czwartym wszystko to, czego żadne z nich nie wypowiedziało jeszcze na głos. Czuła, jak pod skórą znowu gromadzi się napięcie — teraz inne, bardziej zwarte, mniej rozproszone, gotowe zmienić kierunek w zależności od jego kolejnego ruchu.
Odwróciła lekko głowę ku linii ognia za szkłem, po czym wróciła wzrokiem do niego, z cieniem uśmiechu, który nie był ani ciepły, ani bezbronny.
— No dalej. Skoro już mnie tu wpuściłeś, to przynajmniej nie każ mi zgadywać, czy najpierw chcesz mnie przesłuchać, obrazić, przelecieć, czy po prostu wyrzucić przez okno.

papa bear
53 lat/a, 192 cm
gangus i prawa ręka Dimy
Awatar użytkownika
Beware of an old man in a profession where men usually die young
Whispers of life
Postanowienie było stalowe, ale ciało okazało się — jak zwykle — zaskakująco mało odporne, ba, podatne wręcz i żałośnie słabe. Dlatego nawet po tylu latach spojrzenie Reznikova uciekło w dół starą, dobrą, znajomą ścieżką, którą podążał tysiące razy wcześniej przy niezliczonych okazjach, żeby zatrzymać się na krzywiźnie jej bioder, które przy każdym jej kroku w głąb mieszkania kołysały się w rytmie zbyt idealnym, żeby to mogło być przypadkiem. Cholerna Acadia i jej cholerne sztuczki. Bo przecież nie jego słabość. Szczęśliwie zimna stal pistoletu w dłoni trzymała go skutecznie nisko przy ziemi, zanim zdążył odlecieć myślami za daleko.
Na dźwięk jej pytania zgrzytnął zębami z wściekłości. Chociaż same słowa nie były problemem; raczej jej swobodna nonszalancja, jakby to wszystko — jebany Reznikov z odbezpieczoną klamką w łapie — nie robiło na niej najmniejszego wrażenia, jakby nie mógł jej skrzywdzić, jakby te wszystkie lata w ogóle się nie liczyły ani jakby nie wbiła mu noża w plecy ostatnim razem kiedy się widzieli, żeby zniknąć bez słowa i zostawić w jego życiu wykopany dół, na którego dnie czekało na niego stado wygłodniałych psów.
Długo się wtedy zastanawiał, czy ktoś ją po cichu sprzątnął.
Jeszcze dłużej marzył, żeby zostawiono mu ten przywilej.
A teraz, kiedy naprawdę tu była, Ivan szedł za nią w głąb mieszkania i gapił się jej na tyłek.
Jebany ze mnie gentleman, kiedy faktycznie mam z jedną do czynienia, ale teraz żadnej nie widzę — odwarknął na jej uwagę, z jakiegoś (raczej żałosnego) powodu za zębami powstrzymując słowa o tym, że Acadia jest co najwyżej zdradliwą suką, bo z pewnością nie żadną pieprzoną . d a m ą .
Znajomy kształt pod palcami prawej dłoni jednocześnie dawał stabilną pewność i podjudzał szalone ryzykanctwo, ale najważniejsze było i tak niezdrowe poczucie kontroli nad sytuacją, w której każdy krok w głąb mieszkania mu ją odbierał. Z bronią Reznikov czuł się niezwyciężony; jednym strzałem mógł rozwiązać dziesiątki małych irytujących problemów albo pozbyć się jednego, który cały był w czerwonych flagach z napisem “kłopoty”. Sprawiała, że czuł się niezniszczalny.
Do momentu, w którym Acadia nie usiadła na kanapie, nawet z tego prostego gestu robiąc z tego jebane przedstawienie, a on z odległości dzielącej ich wciąż połowy salonu mógł przekonać się na własne oczy, że w jednym przynajmniej nie kłamała: naprawdę nie miała na sobie bielizny.
Szalejącą w żyłach furię gwałtownie zaburzyło obrzydliwie słabe pożądanie. Duszne pragnienie na moment przesłaniające widok przed oczami; obrazy, o których sądził, że dawno już je zapomniał — ale najwyraźniej jedynie wyblakły na tak długo, jak długo ich główna bohaterka zniknęła mu z radaru. Bo teraz wróciły, żeby uderzyć w niego z siłą rozjuszonego niedźwiedzia syberyjskiego i Ivan zatrzymał się w połowie kroku, ze wzrokiem uktwionym dokładnie tam, gdzie Acadia tego chciała; między jej udami. Musiał zagryźć zęby, żeby nie warknąć i spiąć mięśnie karku aż do bólu, żeby się nie poruszyć. Palce zastygły na rękojeści, nigdy na spuście, chociaż miały do niego ułamki cala. A w tyle świadomości zaczęły gwałtownie pulsować wszystkie ostrzeżenia podsyłane przez zdrowy rozsądek:
Ona chce właśnie tego, Reznikov. Nie ulegaj jej. Nie waż się jej, kurwa, ulec po tym wszystkim. Już raz to zrobiłeś i skończyłeś z raną postrzałową.
Niestety Reznikov nigdy nie był orłem, jeśli chodziło o słuchanie się rozsądku.
I może wcale się tak wiele nie nauczył przez te dziesięć lat, skoro rok temu skończył w piwnicy Rothsteina z tego samego powodu, a kolano napierdalało bólem do dnia dzisiejszego, jeśli źle stanął.
Jej słowa padły w ciszy, Ivan nie zdążył na nie nawet zareagować, bo ułożyły się idealnie w tym miejscu, w jakie Acadia chciała, żeby trafiły i zajęły całą przestrzeń. Nagle odniósł kurewsko niekomfortowe wrażenie, że to jest polowanie, a on jest zwierzyną. W swoim parszywym życiu zdążył przywyknąć do odwróconych roli i ta bynajmniej mu się nie spodobała.
Musiał uważać. Acadia była dokładnie taka sama, jak wtedy.
Nie, była . l e p s z a .
Jej następne słowa wyrwały go z tego idiotycznego otępienia. Ivan wreszcie zrobił kilka kolejnych, nonszalanckich, chociaż długich kroków, dzięki którym znalazł się przy kanapie. Usiadł ciężko dokładnie na wprost kobiety, a w jego oczach już błyszczało coś złowieszczego, jeszcze zanim faktycznie odpowiedział. Oparł pistolet płasko na udzie, z lufą skierowaną w bok, nie wypuszczając go z dłoni ani nawet odrobinę nie luzując uchwytu palców na rękojeści. Nie tylko po to, żeby Acadia go widziała — raczej po to, żeby samemu go czuć, bo stal nagle urosła do rangi jedynej kotwicy, która mogła zatrzymać go w brutalnej rzeczywistości.
Wpuściłem? — powtórzył po niej z sarkazmem, który aż się kleił do tego słowa, i uśmiechnął się paskudnie. — Coś ci się pojebało, love. Ja cię tutaj . z a m k n ą ł e m . — dodał z naciskiem, znacząco przeciągając sylaby ostatniego słowa.
Albo może raczej zamknął tu siebie z nią?
Kurwa mać.
Wróciłaś do miasta — odezwał się, zanim zdążyła wtrącić jakąś celną uwagę, która pozwoliłaby jej odwrócić jego słowa przeciwko niemu — i przychodzisz do mnie w ramach czego, kurwa? Starej, dobrej znajomości? Chciałaś być uprzejma i odnowić kontakty czy potrzebujesz nowej tarczy strzeleckiej do ćwiczeń? A może chciałaś tylko sprawdzić, czy dalej mam ochotę się z tobą pieprzyć po całym tym gównie, jakie mi zostawiłaś? A przecież prosiłem grzecznie, Dia: bez pierdolenia. — Chociaż zadając kolejne pytania, Ivan brzmiał niemal na rozbawionego przedstawioną perspektywą tak absurdalną, że aż śmieszną, to przy ostatnich słowach w jego głosie dźwięczała stal. Zachrzęściło coś nieprzyjemnego, gorszego od groźby.
Po tych słowach Reznikov nachylił się w przód, oparł łokcie na udach, pozwolił dłoni z pistoletem zawisnąć luźno za kolanem, w przestrzeni między nim a stolikiem do kawy, na którym wciąż stała nietknięta butelka wina. Wzrok wbił w oczy Acadii, a w tych jego buzowała wściekłość, którą chwilowo hamował resztkami samokontroli. Mimo wszystko, po tych latach, po tym, jak miesiącami wylizywał się z rany po nożu wbitym w plecy i szalał z czegoś tak absurdalnego jak . t ę s k n o t a , . nie był wcale pewien, czy naprawdę mógłby ją zastrzelić.
Co innego — postrzelić.
Echo tej myśli rozlało się przyjemnym ciepłem po ciele.
Wiedziałaś, że mnie oskarżą — stwierdził, nie zapytał. — Wystawiłaś mnie tamtej bandzie skurwysynów i zniknęłaś bez słowa, a teraz pojawiasz się tu, jakby to nic nie znaczyło. Zapomniałaś? Bo ja na przykład jestem kurewsko pamiętliwy, a dziesięć lat to w chuj czasu na zaostrzenie apetytu na zemstę. Tobie natomiast zostało ci jakieś osiem minut, więc dobrze ci radzę — zrobił nieznaczną pauzę, ale nawet na sekundę nie spuścił wzroku w dół, ani na zegarek, bo rzeczywisty czas nie miał żadnego znaczenia, ani na pistolet trzymany w dłoni, bo to byłoby zbyt oczywiste — przekonaj mnie.

mommy bear
43 lat/a, 165 cm
Właścicielka i łowca talentów w Atwood Talent & Development
Awatar użytkownika
A woman must be able to stand in the face of power, because ultimately some part of that power will become hers.
Whispers of life
𝐵yła czystą, żywą prowokacją — i nie tylko w jego obecności, choć przy Reznikovie ten rys stawał się ostrzejszy, bardziej świadomy, niemal bezwstydnie wyostrzony. Przez lata nauczyła się robić z własnego ciała narzędzie równie skuteczne jak dobrze dobrane nazwisko, odpowiednio podana informacja czy broń ukryta tam, gdzie nikt nie wpadłby na to, aby szukać. Mężczyźni w starciu z kobietą dostatecznie pewną swojej urody i wystarczająco swobodną, by użyć jej bez cienia zawahania, tracili czujność szybciej, niż chcieli przyznać. Wystarczała kusa sukienka, odrobina odsłoniętej skóry, ten jeden ruch ramienia, przy którym dekolt układał się odrobinę głębiej, a myśli zaczynały dryfować w rejony znacznie mniej przydatne w rozmowie o zdradzie, zemście i starych trupach.
Dokładnie tak było teraz.
Nie umknęło jej spojrzenie Rosjanina. To krótkie, instynktowne, stare jak ich historia — zboczenie wzroku w dół, tam, gdzie sama go poprowadziła bez jednego słowa. Dostrzegła ten moment z niemal zawodową satysfakcją; drobny sukces, niewielkie pęknięcie w murze, który próbował utrzymać między nimi. Zadziałało. Bingo. Nie oznaczało to jeszcze zwycięstwa, ale dawało punkt zaczepienia, a dziś potrzebowała każdego.
Zamarła niby w oczekiwaniu, ale to bezruch tylko pozorny. Powoli, niemal leniwie, przesunęła dłonią po własnym udzie, od kolana ku górze, z tą miękką, rozmyślną płynnością, która nie mogła zostać uznana za przypadek. Opuszki sunęły po skórze i po materiale, lekko, prawie czule, aż przy końcu ruchu podciągnęły sukienkę odrobinę wyżej, ledwie o kilka centymetrów, jednak wystarczająco, by gest nabrał znaczenia. Wszystko było tu wyważone — tempo, kąt dłoni, sposób, w jaki palce na sekundę zatrzymały się wyżej, niż powinny. Bez pośpiechu. Bez fałszywego wstydu. Tylko zaproszenie podsunięte pod nos człowiekowi, który od lat powinien już wiedzieć, że w jej wykonaniu każde zaproszenie miało drugie dno.
Później usiadł naprzeciwko, ciężko, z tym rodzajem obecności, który nawet w spoczynku potrafił ciążyć na całym pomieszczeniu. Pistolet nadal miał przy sobie, w dłoni, na widoku, jakby nie ufał ani jej, ani sobie. Ten detal wcale jej nie ucieszył. W żołądku zawiązał się ciasny supeł, cienki i zimny, ale twarz pozostała spokojna. Nie zamierzała oddawać mu nawet okruszka tej satysfakcji.
Na jego słowa o zamknięciu roześmiała się perliście, lekko odchylając głowę. Śmiech zabrzmiał miękko, niemal uroczo, tylko oczy miała odrobinę zbyt czujne.
— W każdym razie jesteśmy tu zamknięci razem.
Ostatnie słowo zaakcentowała wyraźniej, z tą intencjonalną miękkością, która z pozoru mogła brzmieć niewinnie, lecz w ich przypadku niosła więcej znaczeń, niż wypadałoby wypowiadać na głos. Razem. W jednym mieszkaniu. Po dziesięciu latach. Z bronią, urazą i pamięcią, która nie chciała zdechnąć nawet wtedy, gdy powinna.
Potem słuchała. Nie przerywała. Nie dlatego, że zamierzała mu oddać przestrzeń bez walki, lecz dlatego, że ten wywód, przesiąknięty urazą, gniewem i brutalnie prostą potrzebą rozliczenia, mówił jej więcej niż jakiekolwiek pytanie. Rozkładała jego słowa na czynniki pierwsze, ważyła je w głowie, odsuwała od siebie to, co było czystym wkurwem, a wyławiała to, co mogło się przydać. W którym miejscu blefował, w którym odsłaniał prawdziwą ranę, gdzie próbował ją tylko zastraszyć, a gdzie rzeczywiście domagał się odpowiedzi.
Gdy wreszcie uznała, że ma już dość materiału, powoli zwilżyła usta czubkiem języka, nieśpiesznie, z rozmysłem, a potem pochyliła się lekko do przodu. Materiał czarnej sukienki poddał się bez oporu; dekolt rozsunął się odrobinę bardziej, ukazując więcej jasnej skóry i miękki cień pomiędzy piersiami. Każdy ten ruch był policzony. Każde przesunięcie ciężaru ciała miało cel. Nie odrywała przy tym wzroku od jego oczu, bo właśnie tam chciała dotrzeć — nie do dłoni zaciśniętej na pistolecie, nie do odruchu, nie do gniewu, tylko do tej części niego, która mimo wszystko wciąż reagowała na nią po staremu.
— Jesteś dużym, silnym chłopcem — powiedziała spokojnie, z cieniem tej drażniącej, niemal czułej ironii, którą zawsze umiała go podrażnić najskuteczniej. — Byłam pewna, że jak cię znajdą i spróbują obarczyć całym tym syfem, to się z tego wyliżesz.
Zatrzymała na moment dłoń na własnym obojczyku, potem przesunęła nią niżej, ku piersi, aż wreszcie wskazała na siebie krótkim, wymownym gestem.
— A ja?
To krótkie pytanie nie było wcale pytaniem. Raczej sugestią. Przypomnieniem, że wtedy, w tamtym układzie, nie ona była tą stroną z przewagą mięśni, nazwiska, ludzi i możliwości. Że choć potrafiła manipulować, kłamać i znikać, istniały sytuacje, w których sama również musiała wybrać własne przeżycie.
Uniosła lekko brodę.
— Pozbyłam się problemu, który wisiał nad nami. Nie oszukuj samego siebie, Reznikov. Miałeś z tego korzyści.
Tu zrobiła krótką pauzę, specjalnie zostawiając między nimi tę myśl w surowej, niewygodnej formie. Chciała zobaczyć, czy cokolwiek drgnie — nie w twarzy, bo tego czytać nie zamierzała za niego, ale w atmosferze, w sposobie, w jaki napięcie w pokoju zmieni ciężar. To było ryzykowne. Wystawiała się na jego wściekłość, podsuwając mu wersję wydarzeń, która godziła prosto w dumę, ale inaczej nie miała jak przesunąć rozmowy dalej.
Ogień w kominku poruszał się nisko i równo za szkłem, rzucając ciepłe refleksy na matowe czernie wnętrza. Po jej lewej butelka wina stała nadal nietknięta, absurdalnie elegancka pośród całego tego napięcia, jak rekwizyt z innego świata. Acadia oparła łokieć o bok kanapy i nieco przechyliła głowę, nadal patrząc na niego prosto, bez uciekania wzrokiem.
— Nasz wspólny kolega wrócił do miasta — dodała w końcu, już bez tej lekkiej drwiny, ciszej i konkretniej. — A ptaszki ćwierkają, że jest bardzo zły. I że już podpytuje tu i ówdzie o potężnego Rosjanina.
Ostatnie dwa słowa wypowiedziała niemal miękko, ale nie było w tym ciepła. Raczej przynęta. Albo ostrzeżenie podane w formie, która miała mniejsze szanse zostać natychmiast odrzucona. Przez ułamek sekundy przesunęła wzrokiem ku pistoletowi spoczywającemu przy jego dłoni, potem wróciła do jego twarzy.
— Więc możesz mnie dalej nienawidzić, jasne. Możesz też postrzelić mnie w dupę, żeby poprawić sobie humor, skoro najwyraźniej kusi cię ta opcja. Ale dobrze by było, gdybyś najpierw pomyślał, czy bardziej opłaca ci się trup na własnym dywanie, czy kobieta, która przyszła do ciebie z informacją, zanim tamten skurwysyn zdąży zapukać pierwszy.
Zostawiła tę myśl między nimi z pełną premedytacją, nie próbując jej łagodzić ani dopowiadać czegokolwiek ponad to. Wystarczyło. Karta została rzucona, a dalszy bieg tej partii zależał już wyłącznie od niego.

papa bear
53 lat/a, 192 cm
gangus i prawa ręka Dimy
Awatar użytkownika
Beware of an old man in a profession where men usually die young
Whispers of life
Zachowywała się tak, że Reznikov powoli przestawał ufać samemu sobie, zaczął kwestionować najbardziej podstawowe aspekty ich znajomości. Czy naprawdę nie widział jej dziesięć lat? Bo jej pewność siebie i zimne opanowanie, a także kontrastujący z nimi uśmiech i miękkie gesty sprawiały paskudne wrażenie, że nie istniała żadna dekada przerwy; a nawet jeśli, to że w ogóle się nie liczyła. Sprawiał to sposób, w jaki przesuwała dłonią po udzie, kontrolowała materiał kiecki zbyt krótkiej, żeby nie nazwać ją po prostu kawałkiem szmaty do jak najszybszego zerwania z ciała i jak subtelnie zmieniała jego środek ciężkości, opanowując przestrzeń wokół siebie z mistrzowską precyzją. Reznikov widział tylko efekt, nie zastanawiał się nad wysiłkiem wkładanym w to, żeby go uzyskać.
A na ten efekt nie pozostawał obojętny. Niezależnie od tego, jak bardzo wkurwiony na nią był i jak namacalnie tętniła w jego ciele żądza zemsty. Ani jak przez lata wydawało mu się, że rozszarpie ją na strzępy w pierwszej chwili, w której dorwie ją w swoje łapy — chociaż jednocześnie był całkowicie wyzuty z przekonania, że to jeszcze się stanie.
Parsknął śmiechem, kiedy jednak się wtrąciła. Razem. Dobre, kurwa, sobie. Od chuja lat nie byli już razem, a może nigdy, nawet jeśli kiedyś wydawało mu się inaczej. A teraz Acadia wpadła do jego mieszkania z całym wachlarzem swoich intryg i chciała rozgrywać go jak dawniej. Z tym że on już nie był tak samo ślepy. Przynajmniej, cóż, nie do końca.
Może i tak — odparł beznamiętnie, chociaż wyraźnie czuł pulsowanie furii wraz z tętnem, które chciało rozerwać go od środka — ale tylko ja mam klucze i broń — uzupełnił, odbierając znaczenia słowu, które wypowiedziała z tym szczególnym naciskiem, jakby ono cokolwiek jeszcze znaczyło. Jakby kiedykolwiek coś znaczyło.
Obserwował ją z czujnością, napięciem i gotowością na wszystko. A kiedy znów się odezwała, dostał pierdoloną logikę, której jak na ironię spodziewał się najmniej. Bo oczywiście, że miał z tego korzyści. Całą jebaną górę korzyści, zaczynając od tych najprostszych i najbardziej oczywistych, jakim była ich relacja; ich dzika namiętność, brutalny seks, perfidne kłamstwa i nadające pikanterii awantury. Miał też korzyść — kurewsko dobrze ukrytą, zważywszy na okoliczności i sposób, w jaki to zrobiła — z faktu, że Dia ostatecznie pozbyła się McLeana. Co prawda opłaconą kilkoma złamaniami, licznymi przypaleniami i ranami kłutymi, a później miesiącami rekonwalescencji i żmudnego sprzątania pierdolnika, jaki spowodowało pozbycie się go przez kobietę.
Jednak w tym przypadku trafność jej spostrzeżenia tylko jeszcze bardziej go wkurwiła, zamiast ochłodzić żądzę zemsty. Jakby ta żelazna logika zamknięta w kilku nonszalanckich słowach odejmowała wagę i znaczenie jej późniejszej . z d r a d z i e . . Jedynej, która naprawdę się liczyła — bo Reznikov miał w dupie tych żałosnych skurwysynów, jakich Acadia pod wpływem kaprysu wpuszczała między nogi i te naiwne idiotki, które zaliczał w międzyczasie, w przerwach od zaliczania jej, bo ta definicja zdrady przyjmowana przez ogół społeczeństwa nie miała dla niego absolutnie żadnego ciężaru — czyli braku lojalności. Jej zniknięcia bez słowa, jej problemów, które po sobie zostawiła w miejscu, w którym wcześniej było wyzywające spojrzenie, wyrachowane uśmiechy i poczucie niebezpieczeństwa, które Reznikova zawsze wyłącznie nakręcało, zamiast wzbudzać w nim czujność i wymuszać zachowanie dystansu.
Może dostał to, co sygnalizowała mu od samego początku. Wiedział, jak niebezpieczna jest, czuł to pod skórą za każdym razem, kiedy na siebie wpadali z impetem dwóch rozpędzonych ciał, a mimo to brnął w to dalej i kurewsko go to jarało.
Teraz nie zamierzał tego odpuścić tak po prostu.
Powiedz mi w takim razie: skoro wyświadczyłaś mi wtedy taką kurewską przysługę — odparł powoli, z naciskiem, przechylając się jeszcze mocniej do przodu i nie odrywając spojrzenia od jej twarzy — to czemu potem spierdoliłaś bez słowa, co, love? Mogłaś przecież przyjść, żeby się ze mną odpowiednio pożegnać, zanim postanowiłaś wywołać pożar. Wiesz — podjął po krótkiej pauzie, już wtedy z cieniem uśmiechu, który nie mógł sugerować niczego dobrego — kurewsko mnie to zabolało. Pamiętasz na pewno, że ze mnie kawał sentymentalnego skurwysyna — dokończył głosem ociekającym sarkazmem, uśmiechając się przy tym w pełni po raz pierwszy w ten szczególny, typowy dla siebie sposób, który każe człowiekowi zastanowić się dwa razy, czy jego życie nie jest właśnie w niebezpieczeństwie. Jego oczy błyszczały niezdrowo, nadając mu więcej z psychopaty; więc może tylko odsłaniając jego prawdziwą naturę. Następne słowa wypowiedział jednak zimno: — No, chyba że to jednak była po chuju przysługa z twojej strony. Chyba że się bałaś.
Reznikov nie potrzebował żadnego potwierdzenia dla całej tej jadowitej uwagi, wypowiedzianej głosem ociekającym sarkazmem. Wiedział, że to prawda. Co więcej, oboje musieli to wiedzieć: gdyby nie to, że wepchnęła go w kurewskie problemy — z których sam ledwie uszedł z życiem, nie bez szkody dla interesów — nie byłoby powodu, żeby uciekać.
Nie: wyjeżdżać.
I nie: odchodzić.
U c i e k a ć .
Nie istniała bowiem żadna rzeczywistość, w której Reznikov mógłby na tę sprawę spojrzeć inaczej ani żadne okoliczności łagodzące dla tego stanu rzeczy. Pewnie dlatego, że chociaż chełpił się z arogancką butą przed samym sobą, że tak dobrze zna Acadię Atwood, w rzeczywistości nie poznał nawet jej prawdziwego imienia. Ba; nie przeszło mu przelotnie przez myśl, że nie zna jej w ogóle.
Zanim zdążył się nad tym zastanowić, gęste od napięcia powietrze w salonie przecięły jej miękkie, ciche, niemal czułe słowa, których sens irracjonalnie kontrastował ze sposobem, w jaki Acadia je wypowiedziała. Zrozumiał je od razu, tylko nie natychmiast przyswoił. Zmieniła wreszcie ciężar rozmowy, dała mu konkret, którego się domagał, prawdziwy powód pojawienia się i opłacalność swojego życia. Jeszcze nie rozgryzł, jakie to ma dla niego konsekwencje — jakie ma je dla nich. Zmierzał przemyśleć to później albo (co bardziej prawdopodobne) nie myśleć o tym zbyt wiele, a teraz skupił się na suchym fakcie: Arthur McLean wyszedł z więzienia? Jakim cudem i dlaczego on nic o tym nie słyszał?
Ivan odniósł wrażenie, że ta informacja uderza go prostym ciosem w splot słoneczny, ale lata praktyki na ulicach i tysiące bójek bez powodu już dawno nauczyły go trzymać gardę. Dlatego tym razem nie zdradziło go żadne żachnięcie się, żaden tik ani spojrzenie uciekające w nieodpowiednie rejony — w końcu tutaj chodziło o prawdziwe interesy, a nie o słabość, której nigdy nie nauczył się wytępić z potężnego cielska.
Wyprostował się powoli na kanapie, odchylił się do tyłu, aż plecy trafiły na miękkie oparcie, ale nie oderwał od niej wzroku. W wyrazie jego twarzy coś się zmieniło, stwardniało albo spoważniało; jakby Reznikov dopiero teraz zaczął traktować sprawę serio.
Co o nim wiesz? — zapytał tylko krótko, niemal wojskowo, z dłonią wciąż zaciśniętą na rękojeści pistoletu. To pytanie zawisło ciężko między nimi, w wyraźnej kontrze do swojej wcześniejszej gwałtownej wylewności podszytej furią. Teraz Ivan wydał się spokojniejszy, choć najpewniej to było wyłącznie złudzenie.
Nie dało się jednak zaprzeczyć, że dopiero w tym momencie Acadia przeniosła ciężar rozmowy, zmieniła jej kierunek i zasady, na jakich się odbywała. Z zaskoczeniem Ivan pierwszy raz pomyślał, że być może ta kobieta naprawdę przyda mu się . ż y w a , . a on naprawdę nie będzie musiał teraz decydować między dwoma równie obrzydliwymi opcjami. Na jak długo taki stan rzeczy się utrzyma, tego Ivan nie potrafił oszacować.

mommy bear
43 lat/a, 165 cm
Właścicielka i łowca talentów w Atwood Talent & Development
Awatar użytkownika
A woman must be able to stand in the face of power, because ultimately some part of that power will become hers.
Whispers of life
𝑊iedziała, że ma rację. Wiedziała to z tą nieprzyjemną, lodowatą pewnością, która nie potrzebowała potwierdzenia wypowiedzianego na głos, bo wystarczały jej drobiazgi — ciężar ciszy, zmiana temperatury rozmowy, to krótkie, niemal niewidzialne przesunięcie, które następowało zawsze wtedy, gdy trafiało się komuś prosto w miejsce, którego sam wolał nie dotykać. Reznikov miał z tego pieprzone korzyści. Ogromne. Brudne. Może okupione bólem, może wściekłością, może kosztowniejsze, niż zakładał, ale wciąż realne. Widziała to. Nawet teraz. Nawet po tylu latach. A choć odcięła się od tamtego świata dawno temu, nie żyła przecież pod kamieniem; wiedziała, co się dzieje, które nazwiska wracają do obiegu, kto wypadł z gry, kto się wyślizgnął, kto zdążył wrosnąć głębiej w bagno, zanim ktokolwiek próbował go stamtąd wyrwać.
Krótki impuls satysfakcji uderzył w nią czysto i ostro. Na ustach pojawił się lekki uśmiech, cienki jak rysa na szkle, ale nic nie powiedziała. Zostawiła to jemu. Niech sam przełyka własną świadomość, niech sam waży, ile w jej słowach było bezczelności, a ile zwykłego faktu. Czasem milczenie działało lepiej niż najlepiej wymierzona riposta.
Dopiero jego kolejne słowa — te o zniknięciu, o spierdoleniu bez pożegnania, o tym, że mogła chociaż przyjść i domknąć tamten etap w sposób mniej brutalny — wywołały następny uśmiech. Inny. Mniej drapieżny. Prawie miękki. Tu nie było sensu dalej igrać wyłącznie ciałem i półsłówkami. Nie przy tym pytaniu. Nie przy tej urazie, która, choć oblepiona sarkazmem i złością, miała w sobie coś znacznie bardziej nagiego.
Bezpieczniejsza opcja. Tak właśnie było.
Bezpieczniejsza dla nich obojga.
Przez krótką chwilę patrzyła na niego w ciszy, układając w głowie odpowiedź z większą starannością, niż mogłoby się wydawać po jej wcześniejszych prowokacjach. Nie mogła powiedzieć prawdy. Nie całej. Nawet gdyby chciała, nawet gdyby nagle ogarnęła ją jakaś idiotyczna potrzeba spowiedzi, pewnych rzeczy nie wolno było wypowiadać. Operacja pod przykrywką, jej prawdziwy cel, prawdziwe powody zniknięcia — to należało do tego rodzaju sekretów, które gniją razem z człowiekiem, nie wychodząc na światło dzienne. Nigdy. Przenigdy. Sama ta myśl rozbawiła ją gorzko.
— To była bezpieczniejsza opcja — powiedziała w końcu spokojnie, bez przeciągania sylab, bez tej drażniącej lekkości, którą zwykle go karmiła. — Dla nas obojga.
Odchyliła się minimalnie, ale nie dlatego, by zwiększyć dystans. Raczej po to, żeby spojrzeć na niego odrobinę pełniej, jakby szukała w jego twarzy czegoś, czego i tak nie zamierzała dostać.
— Nikt nie próbował mnie szukać. Mogłam zniknąć. Uciec. Ktoś mógł mnie sprzątnąć. Było kilka wersji, a każda lepsza od tej, w której pojawiam się jeszcze raz i robię większy syf.
Urwała na sekundę, po czym prychnęła cicho pod nosem, z tym swoim cieniem ironii, który potrafił przykleić się nawet do rzeczy poważnych.
— I tak, wiem. Kurewsko cię to zabolało. Na pewno.
Nie powiedziała tego z czułością. Ale też nie z pogardą. Raczej z dziwną trzeźwością kogoś, kto znał tę cechę od dawna i nigdy nie umiał do końca zdecydować, czy uważa ją za słabość, czy za najniebezpieczniejszy element całej układanki.
Potem zamilkła znowu i przyjrzała mu się uważniej przy wzmiance o McLeanie. Szukała czegokolwiek. Nie wielkiej reakcji, nie teatralnego spięcia, nie czegoś łatwego do odczytania. Wystarczyłby jej tik przy ustach, jeden zbyt gwałtowny oddech, jedno mgnienie nieprzygotowania. Nic takiego nie dostała. Reznikov maskował się zbyt dobrze, a jednak przedłużająca się cisza powiedziała jej wystarczająco wiele. Nie wiedział. Oczywiście, że nie wiedział. I właśnie to przesunęło ciężar rozmowy jeszcze wyraźniej na jej stronę. Przyszła z informacją, której nie miał. To nie była już tylko dawna kochanka w kusej sukience i z bezczelnym uśmiechem, tylko kobieta, która trzymała kartę, jakiej akurat potrzebował.
Na pytanie, co o nim wie, nie odpowiedziała od razu.
Zamiast tego uniosła się z sofy płynnie, bez pośpiechu, z tą samą opanowaną pewnością ruchów, którą potrafiła ludzi wyprowadzać z równowagi skuteczniej niż krzykiem. Obcasy stuknęły o podłogę miękko, ale wyraźnie, gdy zrobiła kilka kroków przez salon. Nie odwracała wzroku, nawet przesuwając się bliżej. Świadomie zmniejszyła dystans. Celowo. Przysiadła na stoliku tuż przed nim, nie za blisko, żeby wyglądało to na desperację, ale też nie na tyle daleko, by zostawić mu komfort oddychania własnym gniewem bez jej obecności wciskającej się pod skórę.
Blat pod nią był twardy, chłodny. Sukienka przesunęła się na udach odrobinę wyżej, ale tym razem nie chodziło o tani efekt. Teraz liczyła się uwaga.
— Tyle, żeby wiedzieć, że sytuacja jest zjebana — odpowiedziała cicho. — Wyszedł, choć nie powinien. To już samo w sobie śmierdzi tak mocno, że aż dziwne, że nikt się jeszcze nie porzygał.
Splotła na moment dłonie na kolanie, potem rozluźniła je równie szybko. Niepotrzebny ślad napięcia. Natychmiast skasowany.
— Nie wiem, jakim cudem dokładnie przeciął sobie drogę na zewnątrz. Jeszcze nie. Ale ktoś mu to załatwił albo ktoś zadbał, żeby odpowiednie papiery wylądowały tam, gdzie trzeba. Tacy ludzie nie wychodzą tylko dlatego, że ładnie proszą i dobrze się sprawują.
Pochyliła się lekko, mówiąc teraz niżej, konkretniej.
— Pod jego nieobecność ktoś prowadził interesy. Nie rozsypały się. Nie przycichły. Dziewczyny dalej znikały. Towar nadal krążył. Pieniądze też. To znaczy, że siatka nie padła, tylko działała ciszej i mądrzej. A skoro wrócił i od razu zaczyna grzebać, pytać, szarpać za stare nitki, to znaczy, że albo coś mu się nie zgadza, albo ktoś mu coś powiedział.
Uniosła lekko brodę.
— I jest wściekły.
To ostatnie zabrzmiało inaczej. Nie ostrzej, tylko pewniej. Jak suchy fakt, którego nie trzeba ubierać w dramatyzm.
— Nie wrócił tu po sentymentalną wycieczkę. Wrócił po kontrolę. Po rozliczenia. Może po ludzi, którzy mu się wymknęli. Może po tych, których uważa za winnych. A twoje nazwisko najwyraźniej znowu zaczęło krążyć tam, gdzie nie powinno.
Przez krótką chwilę pozwoliła, by między nimi zawisła cisza, ale tym razem nie była to cisza prowokacji. Raczej miejsce na przetrawienie konkretu.
Palcami przesunęła po krawędzi stolika, powoli, od niechcenia, po czym dodała już ciszej:
— Nie przyszłam tu po to, żeby rozdrapywać ci stare rany dla sportu. Gdyby chodziło tylko o to, mogłabym wysłać ci pieprzoną kartkę z pozdrowieniami i butelkę czegoś mocniejszego. Przyszłam, bo on znowu jest w grze, a to zmienia układ.
Podniosła na niego wzrok. Stabilny. Niezmiękczony. Uważny.
— I zanim zapytasz, skąd to wiem — nie ze wszystkich źródeł mogę cię grzecznie spowiadać. Ale wiem wystarczająco dużo, żeby przyjść tu osobiście, zamiast załatwiać to przez pośredników.
Przesunęła się na blacie odrobinę bliżej, tylko o ten jeden niewielki ruch, który mógł nic nie znaczyć albo znaczyć aż za dużo.
— Więc teraz ty mi powiedz, miśku... chcesz dalej pastwić się nad przeszłością, czy w końcu pogadamy o tym, kto przez te wszystkie lata trzymał jego interesy za mordę i komu właśnie zaczyna palić się grunt pod nogami?

papa bear
53 lat/a, 192 cm
gangus i prawa ręka Dimy
Awatar użytkownika
Beware of an old man in a profession where men usually die young
Whispers of life
Trigger Warning
reznikov
Dla ciebie — poprawił ją nonszalancko, ale odruchowo, jeszcze zanim w cichym salonie zdążyło wybrzmieć echo jej jebanego kłamstwa; jakby naprawdę robiła to dla nich obojga.
Następne słowa Acadii przyjął z dziwnym spokojem, chociaż nawet na ułamek sekundy nie spuszczał z niej czujnego spojrzenia. Jego prowokację — coś, czemu człowiek pokroju Reznikova nigdy by się nie oparł i co wykorzystałby jako okazję do rozjątrzenia furii — zignorowała z taką łatwością, jakby w ogóle między nimi nie padła. Chociaż jej brak komentarza sam w sobie był odpowiedzią, tylko Ivan nie był pewien, czy potrafi ją właściwie rozszyfrować.
Nie łudził się — z ich dwójki to ona zawsze była tą, która planowała o dwa kroki w przód, tą inteligentniejszą, sprytniejszą i bardziej wysublimowaną. On był raczej narzędziem w dłoniach Dimitriego. Był . e g z e k u t o r e m ; . żywą energią napędzaną wkurwieniem albo żądzą, rozpędzonym taranem, który wyszarpywał sobie siłą wszystko to, na czym mu zależało, bez pierdolenia się w subtelności. Musiał działać, bo stagnacja była dla niego wyrokiem gorszym niż śmierć w męczarniach. Dlatego gdziekolwiek wchodził, robił to tak, żeby go było widać i słychać, rzucał światu wyzwanie prosto w twarz i czekał na coś, co chociaż częściowo zaspokoi jego nienażartą potrzebę adrenaliny. Te wszystkie finezyjne aluzje niemiłosiernie go wkurwiały, natomiast siedzenie godzinami nad planszą i przesuwanie pionków na szachownicy — nudziło do tego stopnia, że zmuszony, wybrałby prędzej kulkę w skroń. Działał, zanim zdążył pomyśleć i mówił, zanim zastanowił się nad sensem potoku własnych słów.
A Reznikov działał i mówił zajebiście dużo.
Dlatego tak osobliwa była teraz jego cisza, która zapadła po ostatnim pytaniu. Jego bezruch i pozorny spokój. Tylko palec wskazujący uderzał niespiesznie, choć rytmicznie o rękojeść pistoletu. Tak cicho, że gdyby nie ciężar stali, w którą stukał, byłby to dźwięk zupełnie pomijalny.
Ivan spiął się, chociaż nie poruszył ani nie przestał wystukiwać niecierpliwego rytmu, kiedy kobieta podniosła się z miejsca, żeby obejść stolik kawowy, na którym leżała zapomniana butelka wina i usiąść na jego blacie po drugiej stronie, tuż przed nim. A później wreszcie zaczęła mówić. Wyrzucała z siebie kolejne słowa, a Ivan chłonął je z uwagą, w głębokim poważaniu mając zarówno znaczący nacisk na poszczególne słowa, jak i celowe przerwy, które pewnie robiła po coś, chociaż Reznikov miał wyjebane jaki właściwie chce uzyskać efekt. Nie; on skupił się na samym sensie, na faktach — jednocześnie rzecz jasna nie biorąc ani jednego jej słowa za pewnik, kwestionując każdy niuans i rzucony nawet od niechcenia komentarz. A informacji było zadziwiająco dużo. Wszystko wskazywało na to, że nie rzuciła mu ochłapu, którym miałby się zapchać, dawała mu coś prawdziwego. Coś, co mógł łatwo sprawdzić i szybko zweryfikować, co jego ludzie mogli mu potwierdzić w przeciągu doby. Bo jeśli McLean zaczął być aktywny, to ktoś na mieście musiał, do kurwy nędzy, już o tym usłyszeć.
I być może ten fakt budził jego największą nieufność. Bo Acadia Atwood była najbardziej niebezpieczna, kiedy była szczera.
Cóż, może tylko nie bardziej niż wtedy, kiedy była naga.
Kiedy skończyła mówić, Reznikov nie potrzebował nawet dziesięciu sekund, żeby zebrać myśli. Zamierzał od razu uderzyć w najsłabsze punkty, przyprzeć ją mocniej do muru, nawet jeśli chwilowo tylko — niestety — w przenośni. Chwilowo zignorował jej ostatnie pytanie rzucone jakby od niechcenia i skupił się na faktach. Coś mu w tym wszystkim nie pasowało; w jej słowach kryła się jakaś niezrozumiała niewłaściwość albo może wręcz przeciwnie, jakiś głęboko rozumiany sens, który pozwoliłby ułożyć te rzucone mu do stóp ochłapy w logiczną całość. Coś błyszczało mu ostrzegawczo na peryferiach widzenia, ale uciekało za każdym razem, kiedy Reznikov próbował odwrócić wzrok w tamtą stronę. I tak za każdą próbą zostawał z niczym ponad to irytujące wrażenie swędzenia w miejscu, w którym za chuja nie dało się podrapać.
Ktoś prowadził jego interesy przez dziesięć lat? — powtórzył po niej wolno i parsknął krótkim, wyjątkowo ponurym śmiechem. Jednocześnie odepchnął się od oparcia kanapy i przechylił ciężar ciała lekko do przodu, ze swojej strony również skracając dzielący ich dystans, choć Acadia wciąż była na wyciągnięcie ręki, nie bliżej. Zrobił to tak nonszalancko, że niemal nie dało się wyczuć groźby w tym geście. A jednak była tam; w jego wściekłym spojrzeniu, zaciśniętych szczękach, napiętym ciele i wciąż trzymanej broni. — Zgrabnie, muszę przyznać. Informacja właściwie nie do sprawdzenia i nie da ci się zarzucić kłamstwa. Tylko widzisz, love, tak się składa, że znam każdego skurwysyna z tej branży w Nowym Orleanie i wszystkich tych pozostałych, żałosnych kutasów, którzy nieudolnie do niej aspirują. Widziałem się z każdym osobiście w tym samym czasie, który ty poświęciłaś na grzanie się na jakiejś pierdolonej tropikalnej wyspie — wtrącił z przekąsem. — Więc gdyby naprawdę ktoś przejął po nim stery, gdyby naprawdę pilnował jego interesów do czasu, aż spierdoli z więzienia, to nie ma chuja, żeby jakieś zgrabne ptaszyny mi tego nie wyćwierkały — dokończył grobowym tonem, te dwa szczególne słowa wtrącając w ojczystym języku między angielski łamany ciężkim, wschodnim akcentem. Oczywiście chodziło mu o te dziewczyny, które od siebie uzależniał i z których zawodowo robił dziwki donoszące mu o wszystkim, co dzieje się w mieście.
Na ustalenie tego, co się z nią działo w ostatniej dekadzie będzie miał jeszcze czas, tego akurat był pewien. Drzwi były zamknięte, a on nie zamierzał jej wypuścić, zanim nie dowie się absolutnie wszystkiego, co go interesowało… Chociaż nie był wcale przekonany, czy nawet wtedy zrobiłby to bez oporu. Z tą myślą jego spojrzenie ponownie zsunęło się na jej nagie, zgrabne nogi tylko po to, żeby później wspiął się po nich wyżej, na zbyt krótką sukienkę. Wtedy mózg przypomniał mu dosadnie o tym, że Acadia nie ma nic pod nią.
Poczuł wyraźny zgrzyt w ciele; echo dysonansu między tym, co powinien i co podpowiadał rozsądek, a tym czego pragnął i co nie leżało nawet blisko rozwagi. Oczywiście wybrał to drugie. Rozsądek rzadko kiedy dochodził do głosu w przypadku Reznikova — a przy kobietach jej pokroju praktycznie nigdy.
Niezależnie od tego, co ich łączyło. Albo właśnie przez to.
Mówisz, że skurwiel szuka winnych. Właściwie jego prawo, a mi chuj do tego — kontynuował lekceważąco, tak jak tylko może człowiek zbyt pewny siebie, żeby obawiać się o swoje życie albo zbyt kochający ryzyko, żeby się przejąć jego wizją na horyzoncie. A później zawiesił głos i podniósł wzrok na jej twarz, żeby mogła zobaczyć zamiar w jego oczach. — Ale jak sądzisz, z czyjego powodu uważa . m n i e . za jednego z nich?
Z tymi słowami Ivan gwałtownie podniósł rękę z pistoletem i nachylił się jeszcze mocniej na kanapie, żeby lufą dosięgnąć jej łydki. Przesunął stalą po jej odsłoniętej nodze, obojętnie wyminął kolano i zwolnił, dopiero kiedy pistolet swobodnie wędrował po wierzchu jej odsłoniętego prowokacyjnie uda. W górę. Daleko, aż do krawędzi podciągniętego materiału. Z arogancją, na jaką stać było jedynie człowieka, który całe dekady temu pozbył się zarówno skrupułów, jak i hamulców.
Jak to było, co, love? — zapytał, z tymi słowami bezczelne spojrzenie wbijając jej prosto w oczy i nieznacznie zwiększając nacisk stali na jej miękkie ciało. Dreszcz ekscytacji spłynął mu wzdłuż kręgosłupa, a przed oczami mu pobielało od dzikiej, chorej satysfakcji. I wtedy Reznikov uśmiechnął się szeroko, odsłaniając rząd zębów, a grymas ten odbił się blaskiem w jego ciemnych oczach. Zsunął stal do wnętrza jej uda, tym razem niemożliwie wolno, nadając temu gestowi zabarwienia czysto erotycznego i oparł wierzch szorstkiej dłoni o nagą skórę nogi Acadii, nie przerywając przy tym kontaktu wzrokowego, żeby spojrzeć w dół. — Bezpieczniejsza opcja?
Mało rzeczy jarało go równie mocno, jak patrzenie w oczy ludziom, którym przystawiał broń do ciała. Chociaż w tym wypadku oboje wiedzieli, że Ivan nie pociągnie za spust, to wciąż była zimna, ciężka stal przy rozgrzanej skórze. Duszne poczucie niebezpieczeństwa i władzy splotło się w jedno i naelektryzowało nieruchome powietrze wypełniające pustą, nagle ciasną przestrzeń między nimi. Wystarczył jeden gwałtowniejszy ruch, żeby przypadkowo wystrzelić. I taki sam, żeby stalą dosięgnąć ją w tym miejscu, w którym Reznikov był dziesiątki, nie, raczej setki razy przed dziesięcioma laty.
Twoja wizja pojawienia się w mieście, żeby uratować mi tyłek brzmi tak przekonująco, że prawie w nią uwierzyłem.. P r a w i e , . dobre sobie. Ivan nie wierzył w żaden pierdolony altruizm, a już szczególnie w jej wykonaniu. — Dlaczego tak ci na nim zależy? — zapytał wreszcie i tym razem jego głos był bardziej chrapliwy, niespokojny, wypełniony poczuciem władzy, które było jedyną miłością Reznikova, bo adrenalina była przy nim co najwyżej kochanką.
W jego głosie było także odległe echo czegoś jeszcze, do czego w życiu by się nie przyznał.

mommy bear
43 lat/a, 165 cm
Właścicielka i łowca talentów w Atwood Talent & Development
Awatar użytkownika
A woman must be able to stand in the face of power, because ultimately some part of that power will become hers.
Whispers of life
Trigger Warning
:hot:
𝑃o własnych słowach zamilkła i na krótką, napiętą chwilę cała jej uwaga zwęziła się do niego. Śledziła każdy drobiazg — rytm stukającego palca o rękojeść pistoletu, sposób, w jaki przesunął ciężar ciała, tę osobliwą ciszę, która u człowieka takiego jak Reznikov była bardziej wymowna od wrzasku. Miała go przed sobą bardzo blisko, bliżej, niż było rozsądnie, z bronią w dłoni i wściekłością czającą się tuż pod skórą. Jeden nieostrożny ruch, jedno źle dobrane słowo, jeden ton za wysoko albo za nisko i cała ta noc mogła skręcić w stronę, z której nie ma już eleganckiego odwrotu. Rozumiała to aż za dobrze. Mimo wszystko jakaś uparta, głupia część jej wciąż szeptała, że krzywdy jej nie zrobi. Nastraszy, owszem. Przyciśnie. Zaznaczy przewagę, odbierze powietrze i przestrzeń, przypomni, kto tutaj trzyma stal, a kto tylko uśmiech. Ale nie skrzywdzi jej naprawdę. Nie dziś. Nie w taki sposób.
To przekonanie było być może najgłupszą rzeczą, jaką wnosiła do tego mieszkania poza własnym ciałem i nazwiskiem, którego i tak nigdy mu nie oddała w całości. A jednak siedziało w niej twardo, niewygodnie, jak drzazga, której nie dało się wyjąć bez rozcinania skóry.
Na powtórzone przez niego pytanie o to, że ktoś przez dziesięć lat prowadził interesy McLeana, uśmiechnęła się wolno, trumfalnie, bez pośpiechu. Wystarczyło kilka następnych zdań z jego strony, ten cały gniewny popis wszechwiedzy, pewności siebie i znajomości każdego skurwysyna w branży, żeby utwierdzić ją w tym, co wyczuła już wcześniej. Nie wiedział. Naprawdę nie wiedział. I to z kolei oznaczało, że wciąż miała asa wsuniętego głęboko w rękaw.
Odchyliła lekko głowę, a w spojrzeniu rozbłysło coś chłodnego, prawie rozbawionego.
— Widocznie nie jesteś taki wszechwiedzący, za jakiego lubisz się uważać.
Pozwoliła tym słowom opaść między nich miękko, niemal od niechcenia, po czym dodała, już celniej:
— Skoro umknął ci fakt, że jego interesy prowadził Rothstein.
Po tym nazwisku zrobiła krótką pauzę. Celowo. Nie po to, żeby się nim delektować, tylko żeby zostawić mu miejsce na przyjęcie ciosu. Nie potrzebowała nawet natychmiastowej odpowiedzi. Wystarczała jej sama obecność tej informacji w pokoju, ciężkiej i nieprzyjemnej jak dym, który wżera się w zasłony.
Dopiero potem poruszyła się minimalnie na blacie stolika, wygodniej układając nogi, choć w tej wygodzie było więcej wyrachowania niż rozluźnienia.
— Pilnował sektora dziewczyn. Żywego towaru. Brudnej kasy. Tego wszystkiego, co trzeba było utrzymać w ruchu pod nieobecność Arthura, żeby po wyjściu nie wracał do pustych rąk. Oficjalnie potem mu się wszystko posypało. Oskarżenia, proces, wyrok. Nieoficjalnie ktoś go sprzątnął z planszy, zanim zdążył jeszcze coś odzyskać.
Mówiła spokojnie, prawie rzeczowo, ale wzrok miała wbity w niego z uporem człowieka, który nie zamierza zgubić ani jednego detalu. To nie była już wyłącznie gra na napięciu. To była informacja podana w sam środek jego samozadowolenia, tak żeby zostawiła po sobie ślad.
Dalszy ruch przyszedł z jego strony gwałtownie, choć nie zaskoczył jej do końca. Podniesiona broń sunąca ku jej nodze nie wywołała szarpnięcia ani odskoku. Zamiast tego przez jej ciało przeszedł krótki, ostry impuls, zbyt niejednoznaczny, by uczciwie nazwać go wyłącznie strachem. Zimno stali przy rozgrzanej skórze miało w sobie coś obcego i jednocześnie niepokojąco intymnego. Nie podniecał jej sam pistolet, nie to było sednem, lecz ta cała gęsta mieszanina zagrożenia, bliskości i świadomości, że znów narzucał tempo, a ona — zamiast się cofnąć — pozwalała mu prowadzić ten rytm, bo lepiej od wielu rzeczy rozumiała, że czasem trzeba wejść drapieżnikowi pod zęby, by sprawdzić, czy jeszcze odróżnia zdobycz od wspólnika.
Lufa przesuwająca się po łydce, potem wyżej, po udzie, ściągnęła z jej gardła oddech nieco płytszy, ale nie na tyle, by mogła nazwać to utratą kontroli. Tego by mu nie dała. Czuła każdy centymetr tej drogi z przesadną wyrazistością, a ciało, przeklęcie pamiętliwe, reagowało szybciej, niż powinno. Nie na broń. Na niego. Na ciężar jego uwagi. Na szorstkość dłoni, która za chwilę wsparła się o jej nogę. Na tamten dawny alfabet bliskości, zawsze balansujący w ich przypadku na granicy bólu, prowokacji i czegoś znacznie mniej przyzwoitego.
W jej ustach pojawił się smak własnego oddechu, cieplejszy, cięższy. Uniosła na niego spojrzenie bez cienia wstydu, świadoma każdego miejsca, w którym stal stykała się ze skórą. Zamiast spiąć uda, zamiast zareagować instynktem wycofania, rozchyliła je odrobinę bardziej, ledwie o ten jeden ruch za dużo, wystarczający, by podsunąć mu pod oczy znowu własną nagą kobiecość. Bez rumieńca. Bez udawanego skrępowania. Bez taniej kokieterii. Tylko z tym bezczelnym, ciemnym spokojem kobiety, która wiedziała, że nawet teraz potrafi obrócić jego przewagę w coś, co wcale nie należy wyłącznie do niego.
Na pytanie o bezpieczniejszą opcję nie odpowiedziała od razu. Przez sekundę pozwoliła, by jej wzrok osunął się ku jego dłoni, potem wrócił wyżej, do twarzy, do oczu. Podobało jej się to bardziej, niż było to rozsądne. Nie sama groźba, nie ta tandetna wizja przypadkowego strzału, ale fakt, że wciąż potrafili doprowadzać powietrze między sobą do takiego stanu, w którym wszystko stawało się ostrzejsze — słowa, oddech, puls, świadomość skóry.
Na jego ostatnie pytanie uśmiechnęła się inaczej. Mniej kpiąco.
— Bo zależy mi na zajebaniu McLeana.
Powiedziała to cicho, ale bez żadnego zawahania, z tą surową prostotą, której nie dało się pomylić z pozą. Przesunęła palcami po krawędzi stolika, aż knykcie zbielały od nieznacznego nacisku, po czym rozluźniła dłoń.
— A tobie chyba też.
Zawiesiła głos, po czym pochyliła się odrobinę ku niemu, zbyt blisko jak na dwójkę ludzi rozmawiających o trupach, dawnych zdradach i otwartej wojnie.
— Nie przyszłam tu, bo nagle obudziło się we mnie sumienie. Nie przyszłam ratować ci tyłka z dobroci serca. Przyszłam, bo ten skurwiel znowu oddycha, znowu grzebie rękami w tym samym bagnie i znowu chce odzyskać kontrolę. A jeśli zacznie po nas iść, to nie będzie się pierdolił w półśrodki.
W końcu uniosła jedną rękę i bardzo powoli, ostrożnie, tak żeby nie wyglądało to na gwałtowny ruch, przesunęła palcami po własnym kolanie, wyżej, po udzie, tam gdzie materiał sukienki już i tak zostawiał niewiele wyobraźni. Nie po to, by go kusić dla samego kuszenia. Bardziej po to, by przypomnieć mu, że Acadia Atwood nigdy nie przychodziła do mężczyzn z pustymi rękami. Nawet gdy wyglądało, że ma przy sobie wyłącznie ciało i stare grzechy.
— Więc możesz dalej przykładać mi broń do nogi i pytać, co knuję — mruknęła, nadal patrząc mu prosto w oczy. — Albo wreszcie przyjąć do wiadomości, że mamy wspólny problem. I że tym razem ja przyszłam pierwsza.
Urwała w tym miejscu, zostawiając między nimi nie tylko własne słowa, ale też to ciężkie, elektryczne napięcie, które nie miało już wiele wspólnego z dawną grą o przewagę, a coraz więcej z czymś znacznie brudniejszym — z układem, który dopiero zaczynał się formować i który mógł skończyć się równie dobrze sojuszem, co kolejną katastrofą.

papa bear
53 lat/a, 192 cm
gangus i prawa ręka Dimy
Awatar użytkownika
Beware of an old man in a profession where men usually die young
Whispers of life
Rothstein.
Sylaby tego nazwiska natychmiast gwałtownie spęczniały między nimi i brutalnie rozepchały się po salonie, tym samym zaborczo odbierając miejsce dotąd przeznaczone powietrzu. Reznikov zamarł z ręką opartą o jej udo, z dłonią wciąż pewnie zaciśniętą na rękojeści, a jednak jego wcześniejsza wulgarna swoboda rozpierzchła się w jednym uderzeniu serca. Pękła jak tafla lustra pod naporem wspomnienia osoby, o której nie tylko nie spodziewał się usłyszeć z jej ust — nie po wszystkim, co zrobił, żeby pozbyć się skurwiela na dobre — ale o której w ogóle nie zamierzał usłyszeć już nigdy od nikogo. A z pewnością nie w tym kontekście, w którym przywołała go Acadia.
Słyszał jej następne słowa — o procesie, o plotkach dotyczących jego śmierci, co do rozsiania których sam się przecież aktywnie przyczynił — ale ledwie je rejestrował, zupełnie jakby padały gdzieś obok niego. Tak samo wciąż patrzył jej prosto w twarz, ale już jej nie widział; a przynajmniej nie tylko ją, w tej swojej obcisłej sukience, odchylonej lekko głowie i rozbawieniu błyszczącym w oczach. Wspomnienia wcisnęły mu się pod powieki przy pierwszym mrugnięciu zupełnie nieproszone, ale wciąż cholernie żywe, w przejaskrawionych barwach i o ostro zarysowanych konturach. Tak jakby minął nie rok, a ledwie kilka dni. Pojawiły się twarze innych kobiet i dziewczyn; tych, które były tylko ofiarami i tej, którą z żałosnej ofiary własnoręcznie przekształcił w drapieżnika polującego po zmierzchu. A później wspomnienie własnej słabości, która zaprowadziła go do tamtej piwnicy. I to wszystko na tle kobiety, która nauczyła go, że nie istnieje coś takiego jak przywiązanie.
Cóż za jebana ironia losu.
Następnie jego dawno rozpierdolone kolano zapłonęło żywym ogniem, chociaż nawet nim nie poruszył. Dopiero po tym wszystkim przyszło zrozumienie; kiedy przetoczyła się pierwsza fala zaskoczenia i szoku, kiedy Ivan połączył kropki i dodał dwa do dwóch. To wszystko razem zabrało nie więcej niż kilka przyspieszonych uderzeń serca, wybijających o żebra mocny rytm. Chwila zawahania, której Acadia — tego był pewien — i tak nie przeoczy. Czuł na sobie ciężar jej spojrzenia, kiedy jedno nazwisko zabrało go w przejażdżkę po znienawidzonych miesiącach swojego życia.
A jednak dłoń mu przy tym nie zadrżała. Zęby nie zgrzytnęły o siebie teatralnie. Ivan nie spiął się, nie żachnął gwałtownie ani nie zaklął. Mimo to efekt wywołany dwoma zdaniami z ust kobiety był niezaprzeczalny. I wiedział, że ona go dostrzeże.
Nie chodziło o sentyment, o stare długi, wkurwiający brak lojalności i zepsutą krew, nawet nie o widok jego poturbowanego ciała przed śmiercią ani o kobietę, która stała wtedy obok niego i tak samo jak on, patrzyła na błagające o litość ciało gnijące jeszcze za życia. Chodziło o coś więcej: o to, że przez cały ten czas Rothstein bawił się z nim, trzymając te informacje nie tylko na widoku, ale wręcz machając nimi przed samym pyskiem Ivana — a on tego, do kurwy nędzy, . n i e . z a u w a ż y ł . . Upokorzenie smakowało gorzko na języku i Reznikov miał kurewską nadzieję, że Acadia nie wie nic więcej na ten temat; że nie jest to tylko blef, którego używa, żeby okrutnie się nim zabawić. Nie miał jednak pewności. I nie wykluczał już żadnej możliwości, jeśli chodziło o nią.
Zrozumiał, że od teraz musi uważać na słowa.
Co było kurewsko ciężkim zadaniem, kiedy tak go rozpraszała. Jej reakcja na nacisk stali między nogami była jak jebane zaproszenie w tym miejscu, w którym każda inna normalna kobieta gwałtownie by się wycofała. Jednak to normalność nudziła Reznikova, a każda oznaka szaleństwa tylko go nakręcała. O czym Acadia, rzecz jasna, wiedziała. Zrozumiał to, przetrawił, doszedł do wniosku: była jeszcze lepsza niż wtedy, kiedy zabawiła się jego dumą. Była kurewsko niebezpieczna.
Słuchał jej kolejnych słów w milczeniu, kątem oka obserwował gesty, ale czujnego spojrzenia nie odwracał od jej twarzy; ostatecznie właśnie tam było to, co liczyło się najbardziej. Cała reszta była tylko wkurwiająco skutecznym rozpraszaczem. Nie uwierzył w ani jedno jej słowo dotyczące motywu, ale nie było też sensu w dalszym jego drążeniu, bo nie spodziewał się usłyszeć z jej ust całej prawdy — jedynie ten jej wygodny wycinek, który akurat opłacało jej się pokazać.
I dobrze. Pod tym względem byli dokładnie tacy sami.
Dlatego wreszcie zdecydował się cofnąć broń. Zrobił to jednak niespiesznie, niemal teatralnie leniwie, nie odmawiając sobie przy okazji przesunięcia wierzchem szorstkiej dłoni po jej nagim udzie; tym razem od krawędzi sukienki w dół, do kolana, zanim z ociąganiem przerwał jedyny kontakt fizyczny z Acadią. Ta chwila dała mu czas na — zupełnie do siebie niepodobne — przemyślenie tego, co chce i co powinien powiedzieć.
Tylko sobie, kurwa, przypadkiem nie wyobrażaj, że to znaczy, że jesteśmy kwita — zaczął powoli, opanowanym i noszącym znamiona wprawy gestem zabezpieczając broń. Stal pistoletu kliknęła satysfakcjonująco w jego wielkich łapach niczym podkreślenie tych słów. Miałby jej tak po prostu wybaczyć tylko dlatego, że pojawiła się w jego progu z tym swoim zajebiście kuszącym ciałem w zbyt oczywistej sukience, z zimną pewnością siebie wypisaną w oczach i kilkoma niepotwierdzonymi informacjami w zębach? Nigdy w życiu. Nie za to, co mu zrobiła. Tego miał nie zapomnieć jej . n i g d y . .Możesz to potraktować jako zawieszenie broni, odroczenie kary albo cokolwiek innego, chuj mnie to obchodzi. Będzie trwało do czasu, aż nasz wspólny problem nie zniknie.Kłamstwo; Reznikov zamierzał ją dorwać wcześniej, w tej samej chwili, w której przestanie mu być potrzebna. Mimo to z tymi słowami wcisnął broń za pasek spodni na lędźwiach, a następnie nachylił się w jej kierunku i oparł przedramiona na kolanach. Dopiero wtedy dokończył ciszej, w ciasnej przestrzeni dzielącej ich ciała: — W każdym razie nie łudź się, że tym razem znowu uda ci się zniknąć bez słowa, kiedy tylko stwierdzisz, że zrobiło się dla ciebie zbyt niebezpiecznie, love.
Ostatnie słowo Reznikov wypowiedział w subtelnym naciskiem; to angielskie pieszczotliwe określenie bliskiej osoby, pokracznie zniekształcone rosyjskim akcentem i tonem pobłażliwości, z jakim zwykle je wypowiadał. To była otwarta groźba i sprawa postawiona jasno; tak samo, jak przed miesiącami stawiał ją jasno innej blondynce. Wiedział jednak, że kobietę przed nim od tamtej dzieli nie tylko przepaść inteligencji, sprytu i wyrachowania, ale przede wszystkim otchłań doświadczenia. Szczęśliwie: im większe wyzwanie, tym bardziej był nim podjarany.
Widzisz, w międzyczasie nauczyłem się też, żeby największe zagrożenie trzymać zawsze jak najbliżej — dokończył, bez cienia skrępowania kładąc wolną już dłoń na jej udzie. Nie przeszkodziła mu wcześniej, kiedy wepchnął jej zimną stal lufy między nogi. Był więc kurewsko ciekawy, czy powstrzyma go, kiedy to jego szorstka dłoń przesunęła się wyżej tą samą ścieżką. Właśnie z tym niemym pytaniem i wyzwaniem błyszczącym w oczach poderwał wzrok na jej twarz.
Nawet na pół sekundy nie porzucił myśli o tym, żeby się na niej zemścić w nieco bardziej wyrafinowany sposób niż zwykłym postrzałem. Bo postrzały się goją. A Reznikov chciał jej zostawić po sobie taki ślad, który nie zagoi się nigdy — taki sam, jaki ona zostawiła w jego życiu, kiedy paznokciami rozorała przerośnięte ego Rosjanina i wbiła nóż w plecy.
Zatrzymał dłoń gdzieś na wysokości połowy jej uda.
Znałem Rothsteina — podjął beznamiętnie, z wprawą zawodowego kłamcy, jedynie lekko się przy tym krzywiąc, jakby chodziło tylko o to, że Acadia przyłapała go na rażącym braku informacji, chociaż jeszcze chwilę temu przechwalał się swoim zorientowaniem. Jakby to ociąganie się w cedzeniu sylab wynikało wyłącznie z faktu, że była lepiej poinformowana, chociaż nie było jej nawet w mieście. — I faktycznie coś mi się obiło o uszy o tym, jak skończył. Było mi to zresztą wtedy bardzo na rękę, wyobraź sobie. Zresztą pewnie o tym też już słyszałaś na mieście? — zapytał czysto retorycznie. Acadia była wręcz podejrzanie dobrze poinformowana. — Był konkurencją, to jasne, ale poza tym mieliśmy trochę… niewyrównanych rachunków.
Pauza.
Dopiero po niej na usta Ivana wreszcie wślizgnął się paskudny uśmiech sadysty. Bo tylko sadysta mógłby się cieszyć z takich informacji, a on nigdy się ze swoimi preferencjami nie krył.
Doprawdy przykra sprawa — skwitował głosem wręcz ociekającym sarkazmem, chociaż Acadia nie mogła przecież zrozumieć ogromu jego ciężaru. A później dokończył niemal obojętnie: — Ale takie już ryzyko zawodowe. Jakby się zdecydował na balet, to jedynym jego problemem byłyby zwyrodnienia stawów i artretyzm na starość.
Przesunął dłoń powoli do wnętrza jej uda, do krawędzi sukienki z uśmiechem, który nabrał innego ciężaru. Dotykał ją w ten czysto erotyczny sposób w dusznej bliskości po dziesięciu latach przekonania, że nie żyje, jednocześnie szukając w jej twarzy jakiegokolwiek potwierdzenia, że to wciąż jeszcze działa — że ta broń, z którą tu przyszła, jest obosieczna — i mówiąc o morderstwach. Nie potrafił stwierdzić, co właściwie podnieca go bardziej.
McLean nie ma do czego wracać — stwierdził leniwie, wciąż z tym uśmiechem, który bynajmniej nie dotyczył już tragedii biednego Rothsteina. — A ty i tak tu jesteś.

mommy bear
43 lat/a, 165 cm
Właścicielka i łowca talentów w Atwood Talent & Development
Awatar użytkownika
A woman must be able to stand in the face of power, because ultimately some part of that power will become hers.
Whispers of life
Trigger Warning
trochę hot :hot:
𝐶isza, która zapadła po nazwisku Rothstein, była wymowna w sposób niemal elegancki. Nie potrzebowała krzyku, gwałtownego ruchu ani przekleństwa wyrzuconego przez zęby, żeby powiedzieć jej wszystko, co chciała wiedzieć. Wystarczyło to krótkie spięcie atmosfery, ta jedna sekunda, w której powietrze między nimi zgęstniało i stało się cięższe od dymu, choć w salonie palił się wyłącznie kontrolowany, zamknięty za szkłem ogień. Wiedziała, jakie wrażenie zrobi na nim to nazwisko. Przewidziała gniew, niedowierzanie, może nawet irytację podszytą upokorzeniem, bo przecież Ivan Reznikov nie znosił dowiadywać się, że cokolwiek istotnego umknęło jego uwadze. A to umknęło. Oczywiście, że umknęło. Rothstein nie miał być widoczny jako człowiek McLeana, nie wprost, nie dla takich ludzi jak Ivan, którzy patrzyli na miasto oczami drapieżnika i przez to czasem przeoczali cienkie nici prowadzące pod podłogą.
Punkt dla niej. Nie wojna. Nie jeszcze. Co najwyżej jedna wygrana potyczka w bitwie, która dopiero zaczynała odsłaniać prawdziwy teren. Mimo to pozwoliła sobie na odrobinę satysfakcji, chłodnej i krótkiej, ledwie cień uśmiechu w kąciku ust. Nie powiedziała nic. Patrzyła. Obserwowała jego twarz, dłonie, napięcie uwięzione w barkach, tę ponurą koncentrację, która przyszła po pierwszym uderzeniu zaskoczenia. Wciąż miała na udzie ślad zimnej stali, jeszcze przed chwilą prowadzony przez niego z tą bezczelną, świadomą powolnością, która miała być jednocześnie groźbą i testem. Czuła, że teraz cofa broń. Nie gwałtownie, nie z rezygnacją, raczej z ociąganiem, które samo w sobie było kolejnym komunikatem. Stal zniknęła z jej skóry, ale miejsce po niej pozostało drażniąco żywe, chłodne wspomnienie po dotyku, który wcale nie powinien był zostawić w niej gorąca.
Klik zabezpieczanej broni zabrzmiał niemal ceremonialnie.
Na wzmiankę o zawieszeniu broni zaśmiała się cicho, perliście, z nutą rozbawienia tak lekką, że mogła wydawać się nie na miejscu tylko komuś, kto nie rozumiał, iż w jej świecie śmiech bywał często ostrzejszy od noża. Przechyliła głowę, patrząc na niego spod rzęs, z tą samą ironią, którą od początku próbowała utrzymać pomiędzy nimi zamiast bezbronnego milczenia.
— Oczywiście, że nie jesteśmy kwita.
Brzmiało prawie pogodnie, ale pod spodem nie było ani przeprosin, ani obietnicy skruchy. Tylko uznanie faktu. Proste, suche, pozbawione ozdobników.
— Nie przyszłam tu po przebaczenie, Ivan. Nie mam zamiaru padać na kolana i błagać, żebyś łaskawie odpuścił mi stare grzechy. Przyszłam, bo to jest dobre dla naszych interesów.
Pauza była krótka, lecz wystarczająca, by zmienić ciężar zdania.
— I może trochę z sentymentu. Ale błagać nie będę.
Patrzyła, jak wciska broń za pasek, i coś w niej natychmiast odnotowało zmianę układu sił. Nie był już stalą skierowaną w jej ciało, ale samym sobą, co w praktyce wcale nie oznaczało większego bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie. Broń miała swoje zasady, zimne i jednoznaczne, natomiast Reznikov był dużo trudniejszy do przewidzenia, szczególnie wtedy, gdy pochylał się w jej kierunku, opierał przedramiona na kolanach i wypełniał przestrzeń pomiędzy nimi obecnością cięższą niż meble, ogień i noc za oknami razem wzięte.
Wtedy znowu zaczęło budować się napięcie, wolniej tym razem, bardziej gęsto, bez nagłego uderzenia, za to z nieprzyjemnie skuteczną świadomością bliskości. Ciało reagowało, zanim zdążyła je skarcić. Oddech spłycił się minimalnie, palce na krawędzi stolika rozluźniły tylko po to, by zaraz znów odzyskać kontrolę. Oczywiście, że słyszała groźbę w jego głosie. Oczywiście, że rozumiała znaczenie każdego słowa. Tym razem nie znikniesz. Tym razem będę patrzył. Tym razem nie wypuszczę.
— Możemy nawet złożyć przysięgę na mały paluszek, jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej — odparła ciszej, z bezczelną miękkością w głosie. — Tym razem nie zamierzam zniknąć.
Nie dodała: dopóki nie będę musiała. Nie była idiotką.
Słuchała dalej, pozwalając mu mówić, a jednocześnie czuła jego dłoń na udzie z przesadną wyrazistością. Najpierw ciężar, potem przesunięcie, szorstkość skóry na jej skórze, ciepło palców idących wyżej tą samą drogą, którą wcześniej wyznaczyła stal. Zatrzymał się gdzieś w połowie uda, ale samo to zatrzymanie było niemal gorsze od dalszego ruchu, bo zawieszało ciało w oczekiwaniu. Jej mięśnie napięły się nieznacznie, nie w odruchu sprzeciwu, tylko w reakcji na dobrze znaną obecność. Ta bliskość miała w sobie coś upokarzająco skutecznego. Dziesięć lat powinno było wystarczyć, by wyleczyć ją z jego dłoni, z jego głosu, z tej chorej, niebezpiecznej energii, która sprawiała, że wszystko wokół traciło wyraźne kontury.
Nie wystarczyło. Ani trochę.
Mówił o Rothsteinie, a ona układała sobie jego słowa w głowie błyskawicznie, warstwa po warstwie. Znał go. Było mu na rękę. Niewyrównane rachunki. Ten lekki grymas, ta pauza, a potem uśmiech — paskudny, sadystyczny, znajomy aż do kości. Znała ten wyraz. Widziała go już przy innych okazjach, w innych pokojach, przy innych sprawach, których rozsądni ludzie nie wspominaliby później przy winie. I nagle właściwa myśl weszła na miejsce z cichym, precyzyjnym kliknięciem.
To on.
To Ivan sprzątnął Rothsteina.
Nie wiedziała jeszcze jak. Nie znała szczegółów, nie miała daty, miejsca, narzędzia ani pełnej sekwencji wydarzeń, ale nie potrzebowała ich, by zrozumieć sedno. Oficjalne informacje urywały się w miejscu wygodnym dla ludzi, którzy lubią wierzyć w sądy, transporty i więzienne procedury. Prawda najwyraźniej poszła inną drogą — brudniejszą, cichszą, zapewne bliższą bagnom niż aktom sprawy.
A potem jego dłoń przesunęła się wyżej.
Krótki impuls przeszył ją od uda po podbrzusze, tak nagły i bezczelny, że przez sekundę musiała skupić się wyłącznie na twarzy, aby nic nie wymknęło się spod kontroli w sposób zbyt oczywisty. Ciepło rozlało się nisko, miękko, zdradliwie. Zrobiła się wilgotna, zanim zdążyła nawet uczciwie się za to znienawidzić, a ciało przyjęło jego dotyk z pamięcią o wiele starszą niż rozsądek. Rozchyliła uda trochę bardziej, zapraszająco, bez cienia wstydu, znów odsłaniając przed nim nagą kobiecość nie tyle jako obietnicę, ile jako wyzwanie. Nie była już tamtą kobietą sprzed dziesięciu lat, a jednak jego szaleństwo nadal ją pociągało. Ta brutalna pewność. Ten brak normalnych granic. To, że potrafił rozmawiać o morderstwie z dłonią na jej udzie i uśmiechem człowieka, który w podobnych rzeczach nie widzi przepaści, tylko naturalny krajobraz.
To powinno ją odrzucać. Zamiast tego przypominało jej, że nigdy nie lubiła bezpiecznych mężczyzn.
Patrzyła mu prosto w oczy, pozwalając, by dostrzegł dokładnie tyle, ile chciała mu pokazać — nie całą reakcję, nie miękkość, nie ten zdradliwy głód, który odzywał się w niej coraz wyraźniej, lecz wystarczająco dużo, by wiedział, że jego broń nadal działa. I że jej własna też.
Na jego stwierdzenie, że McLean nie ma do czego wracać, uśmiechnęła się powoli. Tym razem bez rozbawienia. Bardziej ostro, chłodno, z tą świeżą wiedzą, która jeszcze przed chwilą była tylko podejrzeniem, a teraz zaczynała mieć zęby.
— Ma po co wracać — powiedziała cicho. — Skoro zabiłeś jego człowieka.
Nie podniosła głosu. Nie cofnęła się. Nawet nie zabrała nogi spod jego dłoni.
— I dlatego jest taki wściekły.
Pozwoliła tym słowom opaść pomiędzy nimi spokojnie, bez triumfu, choć jej serce biło odrobinę szybciej. Teraz już nie chodziło tylko o McLeana, nie tylko o Rothsteina, nie tylko o dawne interesy i układ, który rozpadł się za kulisami. Chodziło też o tę nową prawdę, którą właśnie wydobyła z jego uśmiechu i niedopowiedzeń, o fakt, że Ivan był głębiej w tej wojnie, niż wcześniej zakładała.
Przesunęła dłonią po własnym udzie, zatrzymując palce niedaleko jego ręki, ale nie dotykając jej jeszcze.
— Pytanie brzmi, miśku — dodała niżej, prawie miękko — Czy wolisz udawać, że to dalej tylko mój problem, czy zaczniemy mówić sobie rzeczy, które naprawdę mają znaczenie?

papa bear
ODPOWIEDZ

Wróć do „2011”