ODPOWIEDZ
43 lat/a, 191 cm
pisarz, archeolog, wykładowca na The University of New Orleans
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
starożytny kosmita ⚱️
15
Lubił sobie zapisywać przeróżne rzeczy w kalendarzu w telefonie, żeby nie zapomnieć o istotnych sprawach i datach. Najważniejsze było dla niego zapisywanie dat urodzin bliskich mu osób, bo nie miał do tego pamięci. Miał tam zapisane urodziny rodziców, siostry, Cyrusa, a w końcu Bastiana, z którym przecież się przyjaźnił. I choć ostatnimi czasy coś innego zaprzątało mu głowę, bo sprawa z Cyrusem nadal była trudna, to gdy tylko dwa dni przed urodzinami Knoxa dostał powiadomienie, to od razu zaczął myśleć o tym, co mógłby mu sprezentować i czy wypadałoby przejść się do niego w ten dzień. Nie miał pojęcia, czy młodszy coś planował i czy nie przeszkodziłby mu w tych planach, ale postanowił, że coś dla niego kupi i mu to podrzuci. Jeśli będzie chciał, to spędzą razem trochę czasu, a jeśli nie, to da mu to, co dla niego miał i wróci do domu. Obie opcje były w porządku, choć wiadomo, że nie miałby nic przeciwko, żeby posiedzieli sobie przy drinku.
Trochę się głowił nad tym, co powinien mu kupić. Prezenty były jego piętą achillesową. Zawsze miał z tym ogromny problem. Ostatecznie zdecydował się na książkę (Jim Morrison: Life, Death, Legend), bo pomyślał, że skoro ostatnio Bastian puścił The Doors, to musiało to świadczyć o tym, że lubił ten zespół. Miał nadzieję, że prezent będzie udany. Oczywiście nie mógł postawić tylko na to i kiedy był na zakupach, to zajrzał do działu z alkoholami. Zdecydował się na whisky z wyższej półki, bo choć sam wolał raczej wino, to zdążył się zorientować, że Knox przepadał za tym trunkiem.
W dzień jego urodzin miał wolne, bo wypadały w sobotę. Od rana miał parę rzeczy do ogarnięcia, w tym mieszkanie. Niedługo też wychodziła jego nowa książka, więc z tym też było trochę zachodu. W końcu jednak co miał zrobić, to zrobił i uszykował się do wyjścia. Nie będąc pewnym, czy zostanie na dłużej, nie stawiał na jakieś bardzo formalne ciuchy. Poza tym szedł do kumpla, więc dlaczego miałby się stroić i wskakiwać w koszulę i spodnie od garniaka. Po wyjściu z mieszkania skierował się do windy, bo szkoda było z niej nie skorzystać, skoro stała akurat na jego piętrze, a gdy już się w niej znalazł, to wcisnął guzik z odpowiednim piętrem. Zaraz był pod drzwiami Bastiana i zadzwonił do drzwi dzwonkiem, licząc na to, że ten będzie w ogóle w mieszkaniu.
Jak się okazało, zaraz mu otworzył, na co na twarzy Mallowana pojawił się delikatny uśmiech. — Hej — przywitał się i wyciągnął w jego stronę torebkę prezentową, w której znajdowała się butelka alkoholu i książka. — Chciałem ci życzyć wszystkiego najlepszego z okazji urodzin — powiedział gwoli wyjaśnienia, ale tego, że przyszedł właśnie po to, mężczyzna raczej był w stanie się sam domyślić. — Nie byłem pewien, czy masz na dzisiaj jakieś plany i czy nie spędzacie twoich urodzin razem z Klausem, ale pomyślałem, że przyjdę dzisiaj, żeby złożyć ci życzenia osobiście. Skoro i tak blisko mieszkam, to co mi szkodziło przyjść w ciemno — wzruszył lekko ramionami. Tak naprawdę to nawet czułby się źle, nie przychodząc do niego osobiście. — Jeśli masz ochotę się napić, to mam czas, a jeśli nie, to możemy umówić się na inny dzień, żeby to opić — podsumował jeszcze. Nie chciał się wpraszać, ale chciał mu dać do zrozumienia, że chętnie będzie z nim świętować to, że zrobił się o rok starszy.
Miał jednak jakieś dziwne przeczucie. Jakby coś było nie tak. Nie wiedział, o co chodziło i dlaczego tak właściwie pojawiło się ono w jego głowie, ale nie zdziwiłby się, gdyby coś było na rzeczy. Zazwyczaj miał dobre oko do takich rzeczy i często jego podejrzenia się zgadzały. Miał tylko nadzieję, że to nie było coś tragicznego i że nie stało się nic, w czym nie będzie w stanie mu doradzić.

Bastian 🎵
34 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
Whispers of life
Obrazek
We’re born alone, we live alone, we die alone.
Only through our love and friendship can we create the illusion
for the moment that we’re not alone.

𝑂statnie tygodnie nauczyły go jednej rzeczy z brutalną, niemal obraźliwą konsekwencją: człowiek potrafił funkcjonować nawet wtedy, kiedy coś w nim ewidentnie przestawało nadawać się do użytku. Mógł wstawać, odbierać telefony, odpisywać na wiadomości, parzyć kawę, sprawdzać notatki, poprawiać cudze błędy w pracach i tłumaczyć ludziom teorię muzyki z takim spokojem, że nikt rozsądny nie miałby podstaw, by podejrzewać, że w środku od kilku tygodni nosi pustą, źle domkniętą przestrzeń po kimś, kto wyszedł z jego życia bez rozmowy. Klaus nie zrobił sceny. Nie trzasnął drzwiami, nie zostawił po sobie krzyku, nie dał mu nawet tej wygody, by mógł się wściec na coś konkretnego. Po prostu zniknął. Mieszkanie, do którego Bastian wrócił tamtego dnia, było zbyt ciche, zbyt uporządkowane w tych miejscach, gdzie wcześniej obecność drugiego człowieka robiła niewielki, domowy bałagan, a klucze znalezione w skrzynce na listy i kartka z krótkim Przepraszam miały w sobie więcej tchórzostwa niż jakikolwiek długi list wyjaśniający.
Od tamtej pory wypełniał sobie czas tak zachłannie, że chwilami wyglądało to niemal rozsądnie. Brał więcej korepetycji, niż powinien, dłubał przy materiałach dla studentów, których formalnie nie prowadził, wracał do nut, książek i wszystkich tych zajęć, które wymagały od niego uwagi na tyle konkretnej, by odciągnąć myśli od kuchni, kanapy, łóżka i drzwi, przez które blondyn już nie wchodził. Wiedział, co robi bezczynność. Znał jej ciężar zbyt dobrze, niemal fizycznie, pamiętał tamten okres po Dorze, gdy myślenie nie prowadziło do żadnego wniosku, tylko coraz głębiej pod wodę, aż w końcu zostało już tylko ostrze, łazienka i Lucien, który znalazł go wtedy wystarczająco wcześnie. Dlatego teraz uciekał w ruch, w pracę, w obowiązki, w cokolwiek, co można było odhaczyć, opisać, uporządkować. Nawet jeśli część tych działań była tylko elegancko nazwaną paniką.
Weekendy były najgorsze. Nie miały struktury, nie przynosiły ludzi, maili ani pilnych spraw, za którymi dało się schować. Dwudziesty piąty kwietnia wypadł w sobotę i od rana wydawał się dniem wymyślonym specjalnie po to, by przypomnieć mu o każdym braku naraz. Trzydzieści cztery lata brzmiały śmiesznie zwyczajnie, prawie technicznie, a jednak telefon od matki, z jej ciepłym głosem i zaproszeniem na ciasto, uderzył w niego mocniej, niż powinien. Odpowiadał spokojnie, nawet z lekkim uśmiechem w głosie, wykręcił się pracą, poprawkami, zaległościami, całym tym zestawem kłamstw, które miały brzmieć wiarygodnie głównie dlatego, że ludzie chcieli w nie wierzyć. Później zadzwoniła siostra, potem Julian z więzienia, i każde wszystkiego najlepszego zostawiało po sobie dziwny osad, bo trudno było przyjmować życzenia szczęścia, kiedy człowiek siedział w mieszkaniu, w którym niedawno ktoś zdążył go pokochać na tyle, by zostać, ale nie na tyle, by odejść uczciwie.
Ostatecznie odpalił konsolę nie dlatego, że miał ochotę grać, tylko dlatego, że potrzebował czegoś dla rąk i oczu. God of War działał wystarczająco dobrze: twardy rytm walki, fabuła o gniewie, ojcostwie, winie i rzeczach, które człowiek dźwiga nawet wtedy, gdy udaje przed sobą, że już je odłożył. Na stoliku stało otwarte piwo, drugie czekało obok, a Silas krążył leniwie między kanapą a fotelem, zirytowany tym, że jego człowiek nie poddawał się dzisiaj żadnemu stałemu schematowi. Na kanapie zwinął się w pozycji, która przy jego wzroście i długich nogach musiała być średnio wygodna, w czarnych dresowych spodniach i spranej koszulce, z ciemnymi włosami związanymi dość niedbale i zarostem odrobinę dłuższym niż zwykle. Podkrążone oczy zdradzały kilka nieprzespanych nocy, nawet jeśli usta uparcie próbowały trzymać się obojętnego grymasu, za którym łatwiej było schować wszystko, czego nie miał ochoty nazywać.
Dzwonek do drzwi przerwał mu w połowie walki. Spauzował grę odruchowo, odkładając pada na kanapę, a przez krótką chwilę naprawdę był przekonany, że to matka jednak uznała, iż ogrom pracy nie jest wystarczającym powodem, by zostawić syna samego w urodziny. Ta myśl wywołała w nim zmęczone, niemal czułe poirytowanie. Przeszedł przez salon, poprawiając koszulkę, choć nie miało to większego sensu, i otworzył drzwi z przygotowanym już półuśmiechem człowieka, który zaraz miał udawać, że wszystko jest pod kontrolą.
Zamiast matki zobaczył Alistaira.
Przez sekundę nie zrobił nic. Tylko patrzył na przyjaciela, na torebkę prezentową, na ten zwyczajny gest, który w innych okolicznościach byłby miły w sposób prosty i nienachalny, a teraz trafił w miejsce tak świeże, że aż musiał zacisnąć palce na krawędzi drzwi. Najgorsze okazało się nie samo pojawienie się Mallowana, tylko wzmianka o Klausie, wypowiedziana bez złej intencji, naturalna, oparta na założeniu, które jeszcze niedawno było prawdziwe. Bastian poczuł krótkie spięcie pod żebrami, tępy odruch obronny, po którym zwykle przychodził żart albo wulgaryzm.
Tym razem wybrał coś pomiędzy.
— Hej — odezwał się w końcu, głosem odrobinę niższym od zwykłego, ale stabilnym. Sięgnął po torebkę, zmuszając kącik ust do ruchu, który miał przypominać uśmiech. — Dzięki, stary. Serio.
Ciężar prezentu w dłoni był konkretny, przyjemnie zwyczajny. Butelka stuknęła cicho o książkę, a ten dźwięk wystarczył, by na moment oprzeć się na czymś prostym: ktoś pamiętał. Ktoś przyszedł. Bez wielkiej deklaracji, bez dramatu, bez wpychania palców w ranę celowo.
Na wzmiankę o planach przechylił lekko głowę, a uśmiech zbladł mu przy ustach, zanim zdążył go utrzymać.
— Klaus już tu nie mieszka — powiedział spokojnie, może nawet zbyt spokojnie. — Tak więc, nie spędzamy razem moich urodzin.
Nie rozwinął tego od razu. Nie dlatego, że chciał robić z tego tajemnicę, tylko dlatego, że słowa nadal miały paskudną właściwość: kiedy wypowiadało się je na głos, stawały się bardziej rzeczywiste. Cofnął się jednak od drzwi, robiąc przyjacielowi miejsce, bo mimo odruchowej potrzeby samotności coś w nim zareagowało ulgą na samą możliwość obecności drugiego człowieka w mieszkaniu. Własne myśli od rana chodziły zbyt blisko miejsc, do których nie powinny wracać bez nadzoru.
— Wejdź — dodał, unosząc lekko torebkę. — Skoro już przyniosłeś alkohol, to głupio byłoby cię wyrzucić. Poza tym mam dzisiaj wyjątkowo ambitne plany: piwo, konsola i udawanie, że trzydzieste czwarte urodziny to nie jest jakiś kiepski żart administracyjny organizmu.
Przesunął się głębiej do mieszkania, zostawiając drzwi otwarte jeszcze przez chwilę. W salonie ekran telewizora nadal świecił zatrzymaną sceną gry, na stoliku stało niedopite piwo, a w powietrzu wisiał zapach papierosów, kawy i czegoś cięższego, czego nie dało się wywietrzyć przez uchylone okno. Odstawił prezent na blat, zajrzał do środka i tym razem uśmiech pojawił się u niego prawdziwszy, choć krótki.
— Morrison? — mruknął, wyciągając książkę na tyle, by spojrzeć na okładkę. — No dobra, trafiłeś. I to całkiem porządnie.
Palcem przesunął po grzbiecie, z tą ostrożną uwagą, którą miał do książek, płyt i rzeczy wybranych z myślą o nim, nawet jeśli nie zamierzał tego przesadnie okazywać. Potem zerknął na butelkę i parsknął cicho.
— Whisky też przyjmuję bez reklamacji. Chociaż ostrzegam, że dzisiaj mogę być kiepskim towarzystwem. Takim z kategorii: trochę gada, trochę milczy, a potem odpala grę i morduje pół mitologii nordyckiej dla zdrowia psychicznego.
Nie powiedział zostań wprost. To słowo byłoby zbyt odsłonięte. Zamiast tego sięgnął po dwie szklanki z szafki, postawił je na blacie i dopiero wtedy spojrzał na przyjaciela z ukosa, z tym zmęczonym cieniem ironii, który zwykle ratował go przed kompletną szczerością.
— Ale napić się możesz. Tylko bez śpiewania sto lat, bo wypierdolę cię na korytarz razem z tą drogą whisky.

Alistair 👽
43 lat/a, 191 cm
pisarz, archeolog, wykładowca na The University of New Orleans
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
starożytny kosmita ⚱️
Na wieść o tym, że Klaus już z nim nie mieszkał, ściągnął lekko brwi, bo nie od razu domyślił się, co takiego Bastian miał na myśli. Zaraz jednak wszystko w jego głowie połączyło się w jedną całość — najwyraźniej nie byli już razem. Był tym zaskoczony, bo dopiero co rozmawiali na ten temat, a jego przyjaciel zdawał się brzmieć jak ktoś, kto był pewien tego związku, nawet pomimo różnicy wieku, jaka dzieliła jego i jego, zapewne byłego już, partnera. — Stąd ten... — urwał i zmierzył go od góry do dołu. Nie dlatego, że go oceniał, a dlatego, że dopiero teraz rzuciło mu się w oczy to, że Knox nie wyglądał zbyt dobrze. — Chaos — dodał, bo nie wiedział, jak miał to inaczej ubrać w słowa, a nie zabrzmieć jak stary, wyglądasz tragicznie.
Gdy tamten cofnął się od drzwi, wszedł do środka. Od razu uderzyły w niego te wszystkie zapachy unoszące się w powietrzu. Wyglądało na to, że Bastian miał dzisiaj w dupie to, co działo się wokół niego. I jeśli rzeczywiście się rozstali, to całkowicie to rozumiał. Nie był pewien, czy młodszy chciał, żeby mu towarzyszył, czy wpuścił go z czystej gościnności, ale nie miał zamiaru zostawiać go samego w takim stanie w jego urodziny, nawet jeśli miał się wpraszać. Nie potrafił tak po prostu przejść obok tego obojętnie. Za bardzo przejmował się tym, jak jego bliscy się czuli. — Brzmi naprawdę ambitnie — wysilił się na żartobliwy ton. — Uwierz mi, chciałbym kończyć w tym roku trzydzieści cztery lata. Doceń to, że jesteś jeszcze przed czterdziestką — dodał z krótkim westchnięciem. W tym roku jego urodziny jakoś bardziej w niego uderzyły. Był już dojrzałym mężczyzną i trochę go to przerażało, bo czuł się tak, jakby dopiero co studiował i wyjeżdżał na swoje pierwsze wykopaliska. I nawet jeśli w jego życiu pojawił się ktoś, kto tchnął w niego powiew młodości, to miewał dni, kiedy był o krok od zrobienia czegoś, co można by podciągnąć pod kryzys wieku średniego.
Przeszedł za przyjacielem w głąb mieszkania, rozglądając się subtelnie dookoła. Zaraz jednak wrócił wzrokiem do Bastiana, kiedy odpakowywał prezent. Miał nadzieję, że trafił, bo bardzo nie chciałby popełnić jakiejś gafy w tej kwestii. No, może nie gafy, bo zrobić to książką to byłby nie lada wyczyn, ale zależało mu na tym, żeby to było coś, co Knox rzeczywiście chciałby przeczytać, a nie tylko odłożyć na półkę. Po tym, jak powiedział, że trafił, odetchnął w duchu z ulgą. — Cieszę się — uśmiechnął się do niego delikatnie. — Pomyślałem sobie, że skoro ostatnio z takim uczuciem wypowiadałeś się na temat ich muzyki, to znaczy to tylko tyle, że za nimi przepadasz. Wybór wydał się dość prosty — dodał, choć w ogóle nie musiał się z tego tłumaczyć.
Myślę, że jakoś dam radę znieść takie towarzystwo, choć na mordowaniu połowy nordyckiej mitologii w ogóle się nie znam. Jak na samych grach zresztą — stwierdził. Nigdy nie był nerdem, jeśli chodziło o takie rzeczy jak gry wideo. — Moje jedyne doświadczenie z grami to papierowe RPG-i i planszówki, ale to lata temu, kiedy jeszcze byłem w liceum, a potem na studiach — dodał. Dobrze pamiętał te czasy i chętnie by do nich wrócił. Potrafił z kolegami przesiedzieć pół nocy, grając w takie klasyki jak Dungeons & Dragons. Niemniej, jeśli chodziło o gry wideo, to nigdy go do tego specjalnie nie ciągnęło. Nie znaczyło to jednak, że miał coś przeciwko temu, żeby popatrzeć, jak Bastian rzeczywiście morduje nordyckich bogów.
Wsparł się pośladkami o blat, obserwując przyjaciela, kiedy ten wyciągał z szafki dwie szklanki. Teraz tym bardziej utwierdził się w przekonaniu, że jest tutaj chcianym gościem i że może nie narzucał się aż tak bardzo, jak mu się wcześniej wydawało. — Nawet nie będę próbował śpiewać, bo pewnie byś ogłuchł — odparł. — Poza tym nie znam nikogo, kto lubiłby, jak śpiewa mu się sto lat — pokręcił lekko głową na boki. Jak jemu śpiewali, to nigdy nie wiedział, co ze sobą zrobić.

Bastian 🎵
34 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
Whispers of life
𝑇o prawda. Wyglądał i czuł się jak chaos, choć chaos w jego wydaniu rzadko miał w sobie coś widowiskowego. Nie był rozbitym szkłem na środku podłogi ani krzykiem, który odbijał się od ścian, raczej mieszkaniem, w którym za długo nie otwierano okien, niedopitą kawą zostawioną na blacie, ubraniem rzuconym na oparcie krzesła i człowiekiem, który funkcjonował z uporem graniczącym z bezczelnością, bo nie potrafił pozwolić sobie na luksus zatrzymania. Wszystko w jego życiu ostatnio składało się z elementów, które ktoś porozrzucał bez instrukcji: przymusowy urlop z uczelni, który w praktyce brzmiał jak elegancko ubrana sugestia, że może jednak nie nadawał się już do miejsca, w którym przez lata próbował być kimś więcej niż tylko sumą swoich błędów; Klaus, którego brak rozszedł się po mieszkaniu zbyt cicho i przez to znacznie gorzej niż jakakolwiek awantura; Julian za kratami, mama ze swoim ciastem i troską, siostra z życzeniami, których nie umiał przyjąć bez poczucia winy; oraz on sam, trzydziestoczteroletni mężczyzna w spranej koszulce, z podkrążonymi oczami i zbyt dobrze zapamiętanym ciężarem tamtego roku, tamtej łazienki, tamtej chwili, w której ból po Dorze zamienił się w przemożną ochotę, żeby po prostu przestać istnieć.
Słowa Alistaira były więc dobrane idealnie, może nawet zbyt celnie, ale Bastian nie miał w sobie dość siły, by się z nimi kłócić. Zwykle odbiłby to żartem, czymś cierpkim, może jakąś złośliwością o tym, że chaos to w jego przypadku stan skupienia, nie diagnoza, ale tym razem tylko parsknął cicho pod nosem, bez prawdziwego rozbawienia. Przyjaciel miał rację. Wyglądał źle. Czuł się jeszcze gorzej. A mimo to od tygodni próbował sprzedawać światu wersję, w której wszystko trzymało się kupy: odbierał telefony, mówił normalnym głosem, nie spóźniał się na korepetycje, nie odpisywał ludziom tonem człowieka, którego należałoby pilnie zabrać z dala od własnych myśli. Uporczywie pokazywał, że jest cały, bo wiedział, co mogłoby się stać, gdyby pozwolił sobie rozpaść się do końca.
I właśnie dlatego obecność Alistaira, choć w pierwszym odruchu niewygodna, była też czymś prawie ochronnym. Nie musiał dalej siedzieć sam w salonie i rozgrzebywać ran z dokładnością kogoś, kto niby chce sprawdzić, czy jeszcze bolą, choć doskonale zna odpowiedź.
— Chaos to chyba bardzo eleganckie określenie na ten stan — mruknął. — Ale doceniam, że nie powiedziałeś po prostu, że wyglądam jak trup po długim weekendzie.
Kącik ust drgnął mu krótko. Ten gest nie miał w sobie wiele lekkości, ale był przynajmniej próbą utrzymania rozmowy na powierzchni, zanim obaj zanurzą się w coś, czego nie da się już tak łatwo spłycić.
Przez chwilę przesuwał palcami po szyjce butelki, przyglądając się etykiecie z uwagą nieproporcjonalną do sytuacji. Whisky była dobra, zbyt dobra jak na szybkie, przypadkowe chlapnięcie do szklanki między jednym etapem gry a drugim, ale może właśnie dlatego pasowała do tego dnia. Do urodzin, które nie miały żadnej oprawy. Do prezentu przyniesionego przez kogoś, kto nie musiał pamiętać, a jednak pamiętał.
— Lubię The Doors — przyznał po chwili, sięgając po korkociąg odruchowo, zanim zorientował się, że wcale go nie potrzebuje, i tylko skrzywił się lekko na własną automatyczność. — Ogólnie mam dość zróżnicowany gust. Trochę wypada, skoro uczę historii muzyki. Klasyka, blues, jazz, metal, stary rock, jakieś dziwne rzeczy, których normalni ludzie nie puszczają sobie do śniadania. Ale The Doors mają w sobie coś brudnego i mądrego jednocześnie. Morrison był katastrofą w ludzkiej skórze, ale cholernie dobrze rozumiał, że muzyka nie zawsze ma być ładna. Czasem ma ci wejść pod żebra i tam zostać.
Odkręcił butelkę i nalał do obu szklanek, nie za dużo, lecz wystarczająco, by bursztynowy płyn ciężko osiadł na dnie. Jedną podsunął przyjacielowi po blacie, drugą zatrzymał dla siebie, przez moment trzymając ją nisko, luźno w palcach. Zapach alkoholu był ostry, ciepły, obiecująco prosty. W przeciwieństwie do ludzi nie wymagał interpretacji.
Uwagi o wieku wysłuchał z bladym rozbawieniem, po czym pokręcił głową.
— Przed czterdziestką, jasne. Brzmi prawie pocieszająco, dopóki człowiek nie przypomni sobie, że ciało już zaczyna mieć własne opinie, a kac przestaje być anegdotą i robi się wydarzeniem medycznym.
Upił niewielki łyk, pozwalając, by alkohol rozlał się ciepłem po gardle, a potem zerknął w stronę zatrzymanego ekranu. Kratos tkwił w bezruchu w samym środku brutalnej sceny, z toporem uniesionym w pół gestu, co nagle wydało się Bastianowi absurdalnie trafne. Zatrzymana przemoc, pauza w środku rozpadu, człowiek próbujący udawać, że kontroluje cokolwiek poza przyciskiem na padzie.
— Planszówki też ogarniam — powiedział, wracając spojrzeniem do Alistaira. — RPG-i też były. W szkole, potem trochę na studiach. Tylko wiesz, dorastałem w latach dziewięćdziesiątych, kiedy konsole zaczęły wyglądać jak obietnica przyszłości, a nie plastikowy grat podpięty do telewizora. Człowiek raz zobaczył, że może komuś spuścić wpierdol pikselowym wojownikiem, i przepadł.
W głowie od razu mignął mu Mortal Kombat, może nawet lepszy na ten wieczór niż God of War. Mniej fabuły, mniej ojcowskich traum, mniej boleśnie znajomych motywów o winie i rzeczach, których nie da się naprawić. Czysta, idiotyczna bijatyka, krew na ekranie, przesadzone ciosy i dwaj dorośli faceci udający, że wciskanie przycisków w odpowiedniej kolejności może być formą terapii.
— Mogę zaraz odpalić Mortal Kombat — rzucił po chwili, unosząc szklankę minimalnie wyżej. — To jest akurat bardzo demokratyczna gra. Nie musisz się znać. Wystarczy, że będziesz wciskał wszystko naraz i udawał, że to strategia. Czyli mniej więcej tak, jak większość ludzi prowadzi swoje życie uczuciowe.
Tym razem uśmiech wyszedł mu odrobinę wyraźniej, choć nadal miał pod spodem zmęczenie, którego nie dało się zetrzeć jednym żartem. Na komentarz o śpiewaniu sto lat skinął głową z pełną powagą, niemal uroczystą.
— Widzisz, i właśnie dlatego cię lubię. Masz instynkt samozachowawczy. Śpiewanie ludziom przy stole to jakaś społeczna tortura, którą ktoś wymyślił tylko po to, żeby jubilat nie wiedział, czy ma się uśmiechać, patrzeć w tort, czy udawać nagłą śmierć.
Przeszedł z powrotem do salonu, biorąc ze sobą szklankę i butelkę, którą postawił na stoliku obok niedopitego piwa. Przez moment zawahał się przy kanapie, nie dlatego, że nie chciał, by Alistair został, tylko dlatego, że samo zaproszenie kogokolwiek do tej nieuporządkowanej przestrzeni wydawało się zgodą na to, by zobaczył zbyt wiele. Pusty kąt po rzeczach Klausa. Za dużo ciszy. Za mało życia w miejscu, które jeszcze niedawno miało inny rytm.
— Siadaj gdzie chcesz — powiedział w końcu. — Tylko nie oceniaj bałaganu. Dzisiaj mieszkanie też ma urodziny depresyjnego burdelu.
Chwicił za pada i obrócił go między palcami. Sama obecność drugiego człowieka sprawiała, że ekran nie wyglądał już tak pustynnie, a dzień przestał być wyłącznie datą do przetrwania.
Nie rozwinął jednak tego. Jeszcze nie. Zamiast tego sięgnął po drugi pad, rzucił go lekko na wolne miejsce kanapy i zerknął w stronę Alistaira z cieniem zaczepności, który powoli wracał na znajome tory.
— To co, profesorze od starych kości? Chcesz dostać wpierdol od Sub-Zero czy wolisz najpierw udawać, że uczysz się zasad?
Spojrzał na niego z wyzwaniem, z tym ledwie widocznym błyskiem w podkrążonych oczach, który nie usuwał zmęczenia, ale na moment przebijał się przez nie czymś żywszym, bardziej znajomym, prawie bezczelnym. Palce zacisnęły się luźniej na padzie, a kącik ust uniósł mu się odrobinę, jakby ten jeden, głupi pojedynek na ekranie mógł przynajmniej na chwilę odsunąć od nich wszystko, czego nie chciał jeszcze wypowiadać na głos.

Alistair 👽
43 lat/a, 191 cm
pisarz, archeolog, wykładowca na The University of New Orleans
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
starożytny kosmita ⚱️
Nie chciałem być nieuprzejmy — powiedział, a kącik jego ust drgnął w uśmiechu. Nie powie mu przecież wprost, że wyglądał jak śmierć na chorągwi, bo to byłoby po prostu niegrzeczne, ale nie chciał też udawać, że wszystko było okej, kiedy widział, że tak nie było. Ale czy powinien się temu dziwić? Zostawiła go osoba, która była dla niego ważna i którą pewnie darzył uczuciami. Sam ostatnio w kwestii życia uczuciowego miał przejebane, więc dobrze wiedział, jak to było. Dzisiaj jednak nie przyszedł tutaj po to, żeby się żalić ze swoich problemów związkowych, a po to, żeby świętować urodziny przyjaciela.
Nie bez powodu odnieśli taki sukces — skwitował. Kiedyś oglądał film na temat Morrisona, więc wiedział, co takiego Knox miał na myśli. Znów jednak zaskoczyło go to, że młodszy wypowiadał się o muzyce w taki trafny sposób. Czy powinno go to na tym etapie zaskakiwać? Nie, bo zdążył go już dobrze poznać i dowiedzieć się o nim tego, że jeśli chodziło o muzykę, to trafnie potrafił wszystko określić. Gdy Bastian przesunął w jego stronę szklankę z whisky, sięgnął po nią i zajrzał do niej. Zamieszał jej zawartość ruchem nadgarstka, po czym upił mały łyk. Jeszcze do niedawna by odmówił, bo stronił od alkoholu, ale od jakiegoś czasu nauczył się pić i musiał przyznać, że w tym momencie zdecydowanie tego potrzebował.
Po czterdziestce kac niemal wymaga hospitalizacji, więc nie jesteś jeszcze w takim złym miejscu — zaśmiał się krótko, chcąc trochę rozluźnić atmosferę. — Nie wspominając o tym, że jak ukucniesz, to masz potem problem, żeby wstać, bo kolana odmawiają ci współpracy — dodał jeszcze. Co prawda, sam o siebie dbał, starał się sporo ruszać, ale nie zmieniało to faktu, że odczuwał skutki starzenia się na ten, czy inny sposób. Teraz tak sobie żartowali, ale miał wrażenie, że w przeciągu tych kilku lat postarzał się bardziej, niż w czasach, kiedy był młodszy. Może to przez traumę wywołaną nagłą i niepodziewaną śmiercią męża, a może była to kwestia biologii. Nie chciał dociekać.
Powiedziałbym, że za moich czasów takich rzeczy nie było, ale były. Tyle tylko, że jakoś nigdy mnie to nie rajcowało — wzruszył lekko ramionami. Wolał inne rozrywki. Takie, które prądu wymagały do tego, żeby nie robić tego w ciemności, kiedy zaszło słońce. Chociaż skłamałby, gdyby powiedział, że raz czy dwa nie kusiło go, żeby spróbować tych całych gier wideo. Może to kolejna rzecz, którą powinien zrobić w kryzysie wieku średniego? Kupić sobie konsolę.
W takim razie w tym mam ostatnio doświadczenie. Może sobie poradzę — westchnął bezgłośnie. Nie miał zamiaru mu odmawiać, bo nawet jeśli nigdy nie grał w gry, to Bastian miał urodziny i głupio by było mu powiedzieć, że ma spadać i że z nim nie zagra. Kto wie, może rzeczywiście tak się w to wciągnie, że będzie chciał kontynuować swoją przygodę z grami?
Doceniam, że lubisz mnie przez taką pierdołę — posłał mu zaczepny uśmiech. Niemniej, doskonale go rozumiał, bo kiedy ktoś śpiewał ci sto lat, to nigdy nie wiedziałeś, co ze sobą zrobić. Gapić się na innych trochę dziwnie, śpiewać z nimi przecież nie wypada, a gapiąc się w stół, masz wrażenie, że robisz coś niekulturalnego.
Przeszedł za Bastianem do salonu, samemu odstawiając swoją szklankę na stoliku, a gdy ten powiedział, że miał usiąść, gdzie chciał, posadził tyłek na kanapie, żeby być przodem do telewizora. — Nie śmiałbym tego robić. U mnie ostatnio niewiele lepiej. Nie mam czasu nic ogarnąć, bo mam trochę zamieszania z nową książką — odparł i uśmiechnął się do niego delikatnie. Nie wspominając o tym, że mentalnie średnio sobie radził i ostatnie, na co miał ochotę, to sprzątanie. Jak na kogoś, kto bardzo pilnował porządku, to sam stworzył wokół siebie spory chaos.
Jak udam, że wiem, kim jest Sub-Zero to wyjdę na bardziej młodzieżowego? — zapytał. — Myślę, że od razu chcę dostać wpierdol. Zobaczmy, jak to będzie — dodał i chwycił pada, o dziwo robiąc to tak, jak powinno się to robić.

Bastian 🎵
34 lat/a, 193 cm
Wykładowca historii muzyki w The University of New Orleans
Awatar użytkownika
Lost in my own nightmare
The devil cast a spell on me
Whispers of life
𝑀uzyka była jedną z niewielu rzeczy w jego życiu, które nigdy go naprawdę nie zdradziły. Ludzie odchodzili, zmieniali się, pękali pod ciężarem własnych decyzji albo cudzych oczekiwań, a ona zostawała — wierna, cierpliwa, gotowa przyjąć wszystko, czego nie umiał ubrać w słowa. Bywała ukojeniem, gdy myśli zaczynały gryźć się nawzajem aż do krwi, bywała podporą w tych dniach, kiedy człowiek funkcjonował już tylko siłą przyzwyczajenia, bywała też ucieczką, może nie zawsze zdrową, ale skuteczną. Nie został wykładowcą historii muzyki przypadkiem. To nie była droga wybrana z rozsądku czy dla stabilnego etatu, tylko konsekwencja czegoś znacznie głębszego, niemal organicznego. ADHD tylko to pogłębiło — hiperfiksacja na punkcie muzyki wciągnęła go kiedyś tak mocno, że zaczął chłonąć ją w całości: epoki, style, konteksty, nazwiska, powiązania, małe różnice w interpretacji, które dla większości ludzi nie miały żadnego znaczenia. Dla niego miały. Z tego wyrósł doktorat z muzykologii historycznej, z tego wyrósł zawód, z tego brała się też jego irytująca skłonność do gadania na wykładach jak nakręcony, co studenci akurat uwielbiali. Nie był wykładowcą gładkim ani ugrzecznionym, ale wiedział, o czym mówi. I mówił o tym tak, jakby od tego naprawdę coś zależało.
Dlatego, słysząc komentarz Alistaira o Morrisonie, uniósł kącik ust z czymś na kształt cichej satysfakcji.
— No widzisz — mruknął, już sięgając po pada. — Ty słyszysz po prostu dobry kawałek, a ja od razu zaczynam grzebać pod spodem. Taka choroba zawodowa. Jak ty rzucisz czymś z archeologii, to ja też będę udawał mądrego przez jakieś trzy sekundy, a potem wyjdzie, że chuja wiem.
Przełączył grę bez zbędnej celebry. Kratos zniknął z ekranu, zastąpiony przez agresywnie kolorowe menu Mortal Kombat, znacznie prostsze, głupsze i dzięki temu idealne na taki wieczór. Coś w tej brutalnej, przesadzonej bijatyce działało na niego oczyszczająco. Może dlatego, że niczego nie udawała.
Na uwagę o kolanach parsknął cicho, ale zaraz usta ściągnęły mu się odruchowo w cień grymasu.
— Moje kolano i tak jest już w opłakanym stanie — rzucił, zerkając krótko w dół, jakby samo wspomnienie mogło obudzić tępy ból. — Czasem odzywa się tak, że mam ochotę je odkręcić i wyrzucić przez okno.
Nie rozwinął tego od razu. Nie musiał. Wystarczyło jedno krótkie wspomnienie, które przemknęło przez głowę ostro i nieprzyjemnie — czerwiec zeszłego roku, brudna ulica, Ivan i jego ludzie, but wbity w bok, ciężar cudzego ciała i ten moment, w którym staw kolanowy przestał być czymś oczywistym, a zaczął być kolejnym miejscem, które pamiętało przemoc. Zacisnął szczękę, wcisnął kilka przycisków na padzie i pozwolił, żeby obraz zniknął równie szybko, jak się pojawił.
Na wyznanie, że gry nigdy go nie rajcowały, skinął tylko głową.
— Ja miałem odwrotnie — powiedział po chwili, wybierając postać. — Za dzieciaka to była trochę ucieczka. Jak w domu robiło się chujowo, to człowiek patrzył w ekran i przez godzinę udawał, że istnieje gdzie indziej. Dzisiaj działa to już inaczej. Bardziej mnie to odstresowuje niż wyciąga z rzeczywistości.
Nie dodał, że akurat dziś było w tym znowu coś z ucieczki. Od myśli. Od bólu, który siedział mu pod skórą od tygodni. Od tej cichej, parszywej pustki po Klausie, rozlanej po mieszkaniu zbyt równomiernie, żeby dało się ją wygonić jednym ruchem. Gry były proste. Człowiek naciskał przycisk i dostawał efekt. Życie tak nie działało.
Menu przewinęło się dalej. Zatrzymał kursor na znajomej postaci i spojrzał kątem oka na przyjaciela, który trzymał pada zaskakująco poprawnie jak na kogoś, kto właśnie deklarował kompletny brak doświadczenia.
— Dobra, to masz szybki kurs dla emerytowanego archeologa — rzucił z wyraźniejszym rozbawieniem. — Sub-Zero to ten niebieski gość, co wszystko zamraża. Rzuca lodem, robi z ludzi rzeźby, a potem je rozpierdala. Bardzo elegancki typ, jeśli lubisz przemoc z chłodnym wykończeniem.
Wybrał swoją postać, odchylił się minimalnie i pozwolił, żeby ekran zalały pierwsze animacje.
— A teraz gadaj — dodał, już z autentycznym zaciekawieniem, które oderwało go na moment od własnych spraw. — Co z tą nową książką? Bo brzmisz, jakbyś zaraz miał zakopać się żywcem pod stosem notatek i wykopalisk.

Alistair 👽
43 lat/a, 191 cm
pisarz, archeolog, wykładowca na The University of New Orleans
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
starożytny kosmita ⚱️
Nie chcesz słuchać o Zigguracie w Ur albo o wywózkach z Girsu? — zażartował. Zapewne Bastian miał rację i rzeczywiście jakby zaczął mu opowiadać o czymś związanym ze swoją profesją, to młodszy nie bardzo by wiedział, co miał na myśli. Każdy z nich był dobry w swojej dziedzinie i temu nie dało się zaprzeczyć, ale nie zmieniało to faktu, że w innych było już trochę gorzej, a przynajmniej w jego przypadku. Nie był głupi, miał wiedzę na wiele tematów, ale był z tych, którzy lubili wymaksować jeden konkretny temat. W jego przypadku była to historia, a szczególnie starożytność.
Domyślam się, że kontuzje bywają upierdliwe — stwierdził. Sam żadnej nie miał i nie cierpiał na żadne przewlekłe bóle, ale nie było tajemnicą, że jak człowieka coś bolało, to tylko się z tego powodu frustrował. Dlatego wcale nie zdziwił go ten komentarz o tym, że najchętniej wyrzuciłby tę nogę za okno.
Gdy Bastian zaczął wybierać postać, sam poszedł w jego ślady. Nie bardzo wiedział, kogo miał wybrać, więc wybrał jakąś cycatą kobitkę. — Ja jak potrzebowałem w coś uciec, to z reguły siedziałem w książkach historycznych, a uciekać musiałem dość często, kiedy wiecznie przyrównywali mnie do mojej siostry... Nic dziwnego, że tak mi już zostało — wzruszył lekko ramionami. Prawda była taka, że gdyby nie to, to pewnie nigdy nie zainteresowałby się archeologią i pewnie nie byłby teraz znanym w pewnych kręgach pisarzem.
Emerytowanego? Wypraszam sobie. Jeszcze nie mam zamiaru rezygnować z jeżdżenia na wykopaliska — wywrócił oczami. Co prawda, przez te wszystkie swoje prace nie miał za wiele czasu wolnego, ale nie zmieniało to faktu, że chciał to robić. No i to nie tak, że teraz miał dla kogo mieć ten wolny czas, bo po tym, jak Cyrus kopnął go w dupę, szukał sobie ciągle zajęć, żeby o tym nie myśleć. Zamrugał kilkukrotnie, kiedy opowiedział mu o tym całym Sub-Zero. Brzmiało to dość... brutalnie. W tamtym momencie jeszcze nie wiedział, jak bardzo ociekająca przemocą gra to była. — No jest to konkretna umiejętność — powiedział. — A ta moja baba co robi? — zapytał, bo nawet nie zauważył, jak miała na imię.
Wpatrywał się w ekran telewizora, dopóki Bastian się do niego nie zwrócił. Wtedy przeniósł na niego swoje spojrzenie. — A weź mi nic nie mów — westchnął ciężko. — Piszę teraz książkę na temat tego, że Hammurabi rzekomo kontaktował się z kosmitami, żeby spisać swoje prawa i żeby lepiej rządzić. Wiesz, taka fantastyka naukowa, choć dla moich czytelników to sama prawda — powiedział. — No i zasadniczo wszystko jest skończone, ale pojawił się problem, bo nagle właściciel zdjęć uznał, że chce za nie o wiele więcej pieniędzy, niż sobie pierwotnie zażyczył. Prawdopodobnie dowiedział się, że jestem jednym z najlepiej sprzedających się autorów w kategorii książek o UFO i chciał skorzystać z tej okazji — dodał i skrzywił się delikatnie. — Wkurzyło mnie to, bo cała książka jest już zredagowana i tak naprawdę czekała tylko na druk, a teraz nie wiadomo, czy nie będzie trzeba zmieniać tych zdjęć na coś innego, bo jak dalej będzie się upierał przy tej kwocie, to nie będzie się to nam opłacało — podsumował. Naprawdę go to frustrowało. — Jeszcze wiesz, to nie jest książka, którą przeczytasz podczas jednego posiedzenia. To ma prawie pięćset stron — wydał z siebie bliżej nieopisany dźwięk wywołany frustracją. — Do tego jeszcze... — urwał i odetchnął głębiej. — Nieważne. Ważne jest to, że jestem trochę w dupie — powiedział na sam koniec. Denerwowało go to, jak cholera, ale nie mógł nic na to poradzić. To, że gość nagle się ocknął i nie chciał podpisać z nimi umowy o wykorzystaniu jego zdjęć za takie pieniądze, na jakie się umawiali, to był cios poniżej pasa. Na samą myśl, że będzie musiał szukać nowych i je podmieniać, coś mu się robiło w środku.

Bastian 🎵
ODPOWIEDZ

Wróć do „303”