Może i minęło parę dni od tej upojnej nocy spędzonej w towarzystwie Clarence'a, od kiedy dał jej 500 dolarów napiwku. Zupełnie... Zupełnie jakby.... Nie potrafiła zrozumieć, czemu ten debil pomyślał, że robi coś w porządku. Pewnie, dla niej to była olbrzymia kasa, takie kwoty zarabiała w ciągu kilku wieczorów, lub był sporą częścią jej wypłaty. Nie sądziła, że zasłużyła sobie za tamten wieczór, ani że ten był jej coś winny. Chciała się z nim rozmówić, ale powiedzmy, że ostatnie parę dni w połączeniu z nocnym nalotem policji na jej akademik, spowodowały, że nie bardzo miała jak rozmówić się z typem. Trochę nie wiedziała, jak się do tego zabrać, bo nie wiedziała gdzie ten mieszka, a spotkać go na szkolnych korytarzach również się nie spodziewała. No akurat Barclay regularnie pojawia się na wykładach. NA BANK.
Banknoty od niego miała wciąż w portfelu, bo trochę miała problem je wydać. Jakby nie były jej i lepiej było ich nie ruszać. Nie była przyzwyczajona do tego, żeby sobie sprawiać przyjemności i rozpieszczać, więc nie wiedziała jak to zrobić.
Gdy z ciężką torba przemierzała drogę od kafeterii w stronę sali wykładowej, dojrzała Clarence'a ze swoją świtą. Od razu miała ochotę tam podejść, z drugiej strony to jego towarzystwo, trochę ją odstraszało. W końcu jednak wzięła głęboki oddech i podeszła do nich.-Clarence, możemy pogadać?-zatrzepotała rzęsami jak na kretynkę, za którą ją ci wszyscy troglodyci mieli i poprawiła książki na ramieniu. Nie wiedziała, co inni sobie pomyślą, ale to nic. Prawdziwym problemem było to, co ona chciała powiedzieć. A raczej to, że nie miała zielonego pojęcia, co powiedzieć. Uwierał ją ten napiwek jak kamień w bucie, ale Blair chyba jeszcze nie wpadła na pomysł, jak to zrobić. No co, była blondynką. Pewne rzeczy przychodziły jej trudniej! Do takich rzeczy, już tak mówiąc na serio, zaliczało się rozmawianie z bogatymi, pewnymi siebie facetami. Nie robiła tego zbyt często, a jeśli już, to w trakcie pracy.
clarence j. barclay
-
Nie spodziewał się jej — nie w tym miejscu, nie w tej konfiguracji. Stał oparty o jeden z blatów w sali wykładowej, otoczony swoją stałą świtą, która wypełniała przestrzeń głośniej, niż powinna. Śmiechy, półsłówka, jakieś komentarze rzucane od niechcenia — wszystko to tworzyło znajomy szum, w którym Clarence funkcjonował bez wysiłku, jakby to była jego naturalna przestrzeń. I wtedy ją zobaczył. Nie dlatego, że się wyróżniała. Nie musiała. Wystarczyło, że była tą jedną twarzą, którą już wcześniej zapamiętał — nie przez przypadek, tylko przez wybór. Blond włosy, ta sama miękka linia rysów, która kilka dni temu próbowała udawać obojętność zza baru, a wyszła z tego coś znacznie bardziej interesującego. Zauważył moment, w którym podjęła decyzję, żeby podejść. To zawsze było widoczne. Ten krótki impuls — zanim jeszcze ciało ruszyło, zanim krok stał się faktem. Lubił to. Ten moment, w którym ktoś wybierał jego, nawet jeśli jeszcze nie do końca rozumiał dlaczego. Nie ruszył się. Nie przerwał rozmowy od razu. Pozwolił jej wejść w ich przestrzeń, przeciąć ją, zmusić resztę do krótkiego przesunięcia uwagi. Dopiero wtedy, z lekkim opóźnieniem, oderwał się od grupy — dokładnie na tyle, żeby to nadal wyglądało jak jego decyzja, nie reakcja. Reszta była już tylko formalnością.
— No proszę — rzucił lekko, z tym charakterystycznym spokojem, który nie był uprzejmością, tylko kontrolą. — Zaczynam się zastanawiać, czy to ja robię na tobie takie wrażenie, czy po prostu masz do mnie interes — nie było w tym ani krzty agresji. Tylko miękkie, pewne siebie uderzenie, które ustawiało rozmowę na jego warunkach, zanim jeszcze zdążyła się naprawdę zacząć. Przyglądał jej się uważnie. Nie nachalnie — to nigdy nie było jego styl — ale wystarczająco, żeby wyłapać każdy szczegół. Ciężar tej torby, sposób, w jaki ją trzymała. Napięcie w ramionach. Ten ledwo uchwytny dyskomfort, który próbowała przykryć czymś na kształt determinacji.
Pamiętał tamten dzień aż za dobrze. I napiwek. Oczywiście, że pamiętał. Co więcej — zakładał że to właśnie o nim będą rozmawiać. Dla niego to był ruch bez znaczenia. Mechaniczny. Naturalny. Dla niej — sądząc po tym, że stała teraz przed nim zamiast ignorować sprawę — najwyraźniej nie. Ciekawe. Przechylił lekko głowę, jakby dawał jej przestrzeń, ale w rzeczywistości tylko zawężał pole manewru. Nie uciekał spojrzeniem. Nie rozpraszał się. Był dokładnie tam, gdzie chciał być — skupiony, spokojny, w pełni obecny.
— Mów — dodał po chwili ciszy, ciszej, już bez tej lekkiej zaczepki, ale z czymś znacznie bardziej niebezpiecznym pod spodem. — O co chodzi? — nie pytał z ciekawości. Pytał, bo chciał wiedzieć, jaką decyzję podjęła. Czy przyszła oddać pieniądze. Czy się kłócić. Czy udowodnić coś sobie. A może — i to było zdecydowanie najciekawsze — żeby zobaczyć, czy to, co wydarzyło się wtedy, miało jakiekolwiek znaczenie poza jedną nocą i jedną cyfrą dopisaną na rachunku. Clarence nie ruszył się z miejsca. Nie musiał. Świat miał ten przyjemny zwyczaj, że prędzej czy później sam do niego podchodził.
Blair Russo
-
Byli na uczelni, w okolicy sal wykładowych. Jeśli dla któregoś z nich miało to być nieoczywiste miejsce na obecność, to zdecydowanie był to Clarence. Nie wyglądał na takiego, co pilnie chodzi na wszystkie zajęcia, nawet te, na których obecność nie jest obowiązkowa. Co innego w przypadku Blair, która była pilną uczennicą, której zależało na ocenach. Nie tylko na wiedzy, choć to było oczywiste, ale właśnie na ocenach, dzięki którym mogła otrzymać stypendium i mieć możliwość studiowania razem. Dlatego Barclay naprawdę nie powinien być zaskoczony, że tym samym korytarzem, na który on stał i bajerował znajomych, szła też blondynka. To, że do niego podeszła, że miała czelność to zrobić, to było coś innego. Widać było, że nie był jedynym zaskoczonym, jego świta również. Patrzyli się na nią, zarówno chłopacy, jak i dziewczyny. Wszyscy ją oceniali, z resztą.... słusznie. Co ta dwójka miała ze sobą wspólnego? Absolutnie nic.
-Możemy porozmawiać? Bez widowni-uniosła sugestywnie brew. Czy miała do niego interes? Coś od niego chciała? Wręcz przeciwnie, miała coś, co należało do niego, choć czy tak naprawdę chciała mu to oddawać? To było skomplikowane pytanie, natury filozoficznej. Te pięćset dolarów, które miała, mogłaby wykorzystać na wiele sensownych powodów, choć trochę te pieniądze paliły ją w kieszeni. W sensie, w portfelu, ale wiadomo o co chodzi. Faktycznie, czuła się nieswojo. Nie wiedziała jak to zrobić, ani co tak naprawdę chciała w związku z tym uzyskać.
-Wiesz, powinnam chyba dostać plakietkę najlepszy pracownik roku-zagadnęła, zastanawiając się jak Barclay na to zareaguje. Postanowiła z dalszą tyradą poczekać na to, jak młody mężczyzna zareaguje. Choć spodziewała się, że tylko uśmiechnie się głupkowato i będzie udawał, że nie wie o co chodzi. Albo będzie wyjątkowo dumny z siebie. W głębi gdzieś się bała, że Clarence uzna, że Russo nie nadaje się na prawo, bo nie jest taka jak on, a to był przecież elitarny kierunek, dla wybranych, nie dla każdego.
clarence j. barclay
-
Nie potrzebował wiele, żeby podjąć decyzję. Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno zdanie rzucone z jej strony i ta konkretna nuta w głosie, która jasno sugerowała, że to nie jest rozmowa na pokaz. Clarence nie był typem, który tłumaczył się komukolwiek ze swoich ruchów, więc nie zrobił z tego sceny. Nie rzucił nic do swoich ludzi, nie szukał aprobaty. Po prostu się odsunął. Płynnie, bez pośpiechu, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie — zostawić ich w pół zdania i przejść kilka kroków dalej, w stronę bardziej pustej części korytarza. Nawet nie sprawdził, czy idzie za nim. Zakładał, że tak będzie. I zwykle miał rację. Dopiero kiedy hałas rozmów przycichł, a obecność innych przestała mieć znaczenie, zatrzymał się. Oparł się lekko o ścianę, wsuwając dłonie do kieszeni, w tej swojej charakterystycznej, pozornie niedbałej pozie, która w rzeczywistości była wyuczoną formą kontroli. Patrzył na nią przez chwilę bez słowa. Nie w sposób nachalny, nie w sposób, który można by łatwo nazwać — raczej tak, jakby oceniał sytuację, nie osobę. Jakby układał sobie coś w głowie, co i tak już w dużej mierze było dla niego jasne. Była tutaj z powodu tamtego spotkania.
Oczywiste.
Ale to, co było ciekawsze, to fakt, że przyszła z tym tutaj. Na jego teren. W jego środowisko. Przed jego ludźmi. To wymagało czegoś więcej niż tylko potrzeby rozmowy. Wymagało decyzji. Kącik jego ust uniósł się minimalnie, kiedy w końcu się odezwał.
— Nie mam pojęcia, o czym mówisz — rzucił lekko, bez cienia zawahania, jakby naprawdę nie istniał żaden kontekst, do którego mogłaby się odnosić. Jakby wszystko, co wydarzyło się tamtego razy, było dla niego czymś absolutnie nieistotnym. I może właśnie to było w tym najbardziej prowokujące. Odchylił głowę od ściany, przyglądając się jej uważniej, już bez tej pierwszej, chłodnej analizy. Teraz było w tym coś bardziej… zainteresowanego. Nie nią jako taką. Tym, co reprezentowała w tej konkretnej chwili. — Ale lubię ludzi, którzy wiedzą, czego chcą — dodał spokojniej, ciszej, z tą miękką nutą, która w jego przypadku nigdy nie była przypadkowa. — I którzy mają odwagę po to sięgnąć — to nie był komplement. Nie do końca. Raczej obserwacja, ubrana w coś, co można było wziąć za uznanie. Clarence nie rozdawał ich za darmo. Nawet jeśli brzmiało, jakby właśnie to robił. Przesunął spojrzeniem po jej twarzy jeszcze raz, zatrzymując się na moment dłużej, niż było to konieczne. Nie dlatego, że musiał. Dlatego, że mógł. — Więc… — mruknął pod nosem, jakby bardziej do siebie niż do niej, choć oczywiście wiedział dokładnie, co robi. — aspiracje, plakietki i prywatne rozmowy na korytarzu — krótka pauza.
— Brzmi poważnie.
Blair Russo
-
To bardzo miłe z jego strony, że postanowił robić szopki z jej obecnością. I tak była pewna, że jego świata go ocenia - część męska pod względem czy jest do zaliczenia a część damska pod względem tego jak wygląda i jakie ma na sobie ciuchy. I szczerze? Blair absolutnie nie interesowało to, jak ją ocenią, bo swoje wiedziała. A to co wiedziała, mogło nie być wcale tak pozytywne. Nieważne. Nauczyła się, że nie pasuje do tego wielkomiejskiego obrazka, ani do wyższych sfer i nie, nie chciała tego zmieniać, nie sądziła, że to sprawi, że będzie się czuć lepiej i takie tam. Nieważne.
Oczywiście, że poszła za nim. W końcu chciała z nim porozmawiać, więc jeśli ten się gdzieś przemieszczał, to po to, aby z nią porozmawiać. Ponownie, to nie był JEGO teren. Może jego towarzystwo, ale nic więcej. I jeśli chciałaby spotkać go gdzieś bez żadnej obstawy... Droga do męskiej toalety mogłaby się również nie sprawdzić. Nieważne. Nie chciała śledzić go w drodze do męskiej toalety, umówmy się. Nie znała innego miejsca, gdzie ten mógł być samotnie, więc zagadała do niego na miarę neutralnym gruncie, prosząc o pójście na stronę.
-Bullshit-powiedziała gładko, niemal wesoło. Wiedziała, że ten ściemnia. Bo chyba nie był AŻ tak tępy, aby nie ogarnąć tego, że stwierdza, że musi być tak wspaniałym pracownikiem, że aż zasłużyła na aż tak wysoki napiwek.
-Wcale mnie to nie dziwi-weszła mu w słowo, po czym się uśmiechnęła lekko, może odrobinę prześmiewczo-Wiesz, dziwne by było, abyś nie lubił siebie-przyznała. Bo przecież ten opis osoby, którą lubił, która pasowała do niego i jego stylu życia, to był opis jego samego. Wiedział czego chce (wszystkiego, w tym ją?) i zdecydowanie miał odwagę po to sięgnąć (spędzał z nią cały tamten wieczór, dając jej dodatkowo wysoki napiwek).
-Czego ode mnie chcesz. Czego ode mnie oczekujesz?-zapytała wprost, zakładając ręce na piersi i spoglądając cały czas w twarz mężczyzny. Był przystojny, to prawda. Zauważyła to już bardzo dawno temu. Był też irytujący, głównie przez swoją nadmierną pewność siebie i myślenie, że jemu wolno absolutnie wszystko. Cóż, pewnie tak było, albo przynajmniej tak sądził. Dał jej pieniądze, więc pewnie sądził, że teraz, albo w przyszłości należy mu się coś w zamian. A Blair bardzo nie chciała być w tej sytuacji. Nie chciała być nikomu nic winna. Wiedziała, że to zrodzi tylko kłopoty dla niej. W którymś momencie.
clarence j. barclay
-
Clarence nawet nie drgnął, kiedy padło to pytanie. Nie cofnął się, nie zmienił pozycji, nie spuścił z niej spojrzenia — jakby sama jego obecność była wystarczającą odpowiedzią na większość rzeczy, które ludzie próbowali z niego wyciągnąć. To nie była pierwsza osoba, która próbowała ustawić rozmowę w ten sposób. Ustawić jego. I nigdy nie działało. Kącik jego ust uniósł się odrobinę wyżej, ale wciąż było w tym coś oszczędnego, kontrolowanego. Nie rozbawienie. Raczej aprobata dla samego faktu, że próbowała. Że nie uciekła w półśrodki, tylko uderzyła wprost. Lubił to bardziej, niż powinien. Przez chwilę nic nie mówił. Pozwolił, żeby cisza między nimi zawisła ciężej, niż było to komfortowe — dokładnie tak, jak lubił. Cisza była narzędziem. Większość ludzi nie potrafiła jej utrzymać. On potrafił. I wykorzystywał to bez skrupułów. Odepchnął się lekko od ściany, prostując się minimalnie, jakby zmiana kąta była jedyną rzeczą, na jaką miał ochotę. W rzeczywistości chodziło o coś innego — o przesunięcie ciężaru rozmowy. O to, żeby znowu to on był tym, który ją prowadzi.
— A mam czegoś chcieć vel oczekiwać boooo? — przeciągnął spokojnie, niemal leniwie, jakby testował smak tych słów, zanim odda je z powrotem. Nie odpowiedział od razu. Nie dlatego, że nie wiedział. Dlatego, że wiedział aż za dobrze.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy jeszcze raz, wolniej tym razem, bardziej świadomie. Nie było w tym pośpiechu. Nie było potrzeby. Clarence nigdy nie działał pod presją czasu, bo nigdy nie musiał. W jego świecie rzeczy przychodziły same.
— Nic — rzucił w końcu lekko, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. — To nie jest transakcja — i to była prawda. W jego rozumieniu. Dla niego tamten napiwek nie był żadną inwestycją, żadnym kontraktem, żadnym coś za coś. To był gest. Kaprys. Decyzja podjęta w sekundzie, bez potrzeby rozliczania kogokolwiek z czegokolwiek. Ale jednocześnie… obserwował. Zawsze obserwował. Oparł się z powrotem o ścianę, tym razem trochę bliżej niej niż wcześniej, choć wciąż z zachowaniem tej cienkiej granicy, której nie przekraczał bez powodu. Nie był nachalny. Nigdy nie musiał być.
— Gdybym czegoś chciał, wiedziałabyś — dodał ciszej, już bez tej lekkiej gry w głosie. Spokojnie. Pewnie. Tak, jakby to było oczywiste. I było. Nie spuszczał z niej wzroku. Nie dlatego, że musiał ją przekonać. Dlatego, że chciał zobaczyć, co zrobi z tą odpowiedzią.
Blair Russo
-
Blair nie wiedziała o czym Clarence rozmawia z innymi osobami i szczerze... Chyba nie chciała wiedzieć. Wciąż miała jakąś wizję tego chłopaka w swojej głowie i nie było to pozytywne dla niego. Choć go poznała odrobinkę w trakcie tamtego wieczoru, tak wciąż miała takie zdanie o nim, jakie miała. Czyli wcale nie najlepsze. Pewnie... Pewnie gadali o pierdołach, dziewczynach (w uwłaczający sposób), imprezach i drogich samochodach. Nic ciekawego. Nic, o czym ona chciałaby z nim rozmawiać, bo nie potrafiłaby się wypowiedzieć na ten temat.
Po wypowiedzeniu słów, które nie do końca były przygotowane - to znaczy, myślała o tym, co powie, jak do niego zagada i tak dalej, tak nie stworzyła żadnej wersji, aby móc ją teraz wyrecytować jak na akademii w szkole podstawowej, stojąc w białej bluzce i granatowej spódniczce. Wiedziała, że takie uczenie się na pamięć nie wyjdzie jej na dobre, z resztą w trakcie studiów mówili im, że to nie ma sensu. Lepiej przygotować sobie plan z kolejnymi punktami. Czekała na odpowiedź, nie mając zamiaru nic dodawać. Zadała mu konkretne, proste pytanie. Na pewno ją zrozumiał, jeśli cokolwiek miał między uszami. A coś musiał mieć, skoro nauczył się wiązać buty, a także zapinać rozporek tak, aby sobie nie przyciąć fiflaka.
Na jego pytanie, tylko uniosła brew. Na bank wiedział co zrobił. Tacy ludzie jak on, robili zawsze wszystko z premedytacją. Nie zapominali tego, co zrobili, czekali czy klocuszki się tak ułożą, jak oni sobie to zaplanowali. Czy Clarence oczekiwał, że blondynka rzuci mu się na szyję, że będzie mu dziękować, powie mu, że ten ma u niej przysługę, wisi mu coś? Nie, to nie z Blair. Nie czuła się dobrze dostając tyle pieniędzy za darmo. Za nic. Szanowała pieniądze i znała ich wartość.
-Bullshit. Wszystko jest transakcją. -odpowiedziała. Nie wierzyła w to, że ten powie, że to z dobrego serca, że miał po prostu taki kaprys, albo chciał odliczyć tą kwotę od podatku jako pomoc charytatywną, nawet jeśli Blair nie była żadną charity case z numerem identyfikacyjnym, który mógłby wpisać do rozliczenia podatkowego.
No, ale generalnie... Trochę ją to zaskoczyło. Była więcej niż przekonana, że chodzi o coś konkretnego. Jednak nie zamierzała pokazać tego po sobie, że cały jej plan na rozmowę spalił na panewce. -I wiem. Oczekujesz czegoś w zamian. A ja chcę wiedzieć co. -powtórzyła.
clarence j. barclay
-
Nie przerywał jej. Nie wchodził w słowo, nie kontrował od razu, choć aż się prosiło. Stał spokojnie z tym swoim charakterystycznym rozluźnieniem, które nie miało nic wspólnego z brakiem uwagi. Wręcz przeciwnie — był skupiony aż za bardzo. Słuchał. I widział więcej, niż powinna chcieć pokazać. To napięcie w jej postawie, sposób, w jaki stawiała słowa — jakby każde z nich było jednocześnie tarczą i prowokacją. Jakby próbowała go uprzedzić, zanim zdąży zrobić pierwszy ruch. Jakby chciała mieć kontrolę… w sytuacji, w której już dawno ją oddała samym faktem, że tu przyszła. To było niemal urocze. Kącik jego ust drgnął, ale tym razem wyraźniej. Już nie tak oszczędnie jak wcześniej. Coś w niej było — coś, co sprawiało, że nie miał ochoty kończyć tej rozmowy zbyt szybko. Zrobił pół kroku w jej stronę. Nie na tyle, żeby naruszyć przestrzeń, ale wystarczająco, żeby zmienić dynamikę. Żeby była bardziej świadoma jego obecności.
— Spokojnie — rzucił słowem wstępu, z lekkim rozbawieniem w głosie. — Złość naprawdę ci nie służy… zdecydowanie lepiej wyglądasz, kiedy próbujesz mnie przekonać, że masz rację — to nie był atak. To było przesunięcie ciężaru. Zdjęcie z niej tej ostrości, którą próbowała utrzymać, i zastąpienie jej czymś lżejszym. Bardziej jego.
Przez chwilę przyglądał jej się w ciszy, jakby rozważał coś jeszcze. A potem prychnął cicho, kręcąc głową, jakby właśnie doszedł do jakiegoś własnego, prywatnego wniosku.
— Czyli naprawdę o to chodzi — mruknął, już z wyraźniejszym uśmiechem. — Ten wielki, dramatyczny napiwek? — przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakby porządkował myśli, choć w rzeczywistości robił dokładnie to, co zawsze — dawkował tempo rozmowy. — Nie wiem czy spodziewasz się takiego rozwinięcia — podjął po chwili, spokojnie, z tą swoją lekko przeciągniętą manierą. — Ale przyszliśmy tam w dziesięciu, zamówiliśmy tyle, że spokojnie chemicy mogliby pisać o tym pracę zaliczeniową… a ty robisz z tego jakąś osobistą sprawę — zawiesił na niej spojrzenie, już bez tej wcześniejszej chłodnej kalkulacji. Teraz było w nim coś bardziej bezpośredniego. Bardziej świadomego. — Rozbij to sobie na części, jeśli tak lubisz liczby. Wiem, że te mendy nie dorzuciły ani grosza, więc rozbij na dziesięciu — dodał ciszej. — Jak będziesz hojna, podziel się z koleżanką ze zmiany. Wtedy wychodzi, że ode mnie dostałaś jakieś śmieszne grosze. Dwadzieścia kilka dolarów? Nie wiem nawet czy to kurtuazyjne dziesięć procent — krótka pauza. — A jeśli mimo to dalej uważasz, że coś mi za to przysługuje… — uniósł lekko brew, uśmiechając się pod nosem. — To zaczyna brzmieć jak dużo ciekawsza rozmowa, niż się spodziewałem i śmiało możemy uznać, że tych kilku poprzednich zdań nie było — ne odsunął się. Nie musiał. Stał dokładnie tam, gdzie chciał — o krok za blisko, o krok za swobodnie, z tą swoją pewnością, która nie potrzebowała potwierdzenia.
Blair Russo
-
Clarence był zbyt pewny siebie i przekonany o własnej zajebistości, niż było to potrzebne i nie oszukujmy się, niż było to w rzeczywistości. I to nie tak, że totalnie był to strzał łysego grzywką o kant koła, tylko lekka przesada. Obu tych cech Blair nie powiadała. Była na pewno wartościową podatniczką i miała swoje plusy, mogła się do czegoś przydać, ale jej pewność siebie? Była bardzo nikła, żeby nie powiedzieć, że wcale nie myślała. I to było widać w starciu Dawida z Goliatem. Ta jednak nie planowała się powstrzymywać, czy poddać na samym początku. Gdyby wychodziła z takiej filozofii, to nie było jej tutaj. I nie mowa o najbliższym (naprawdę najbliższym) otoczeniu panicza Barclay'a, ale ogólnie, o tej uczelni, mieście i tak dalej. Nie wierzyłaby w siebie, to nawet nie próbowałaby marnować dziesiątek tysięcy dolarów na studia prawnicze.
-Och, ja nie muszę Cię przekonywać. Ja ją mam, a że masz problem z tym, żeby przyjąć to do wiadomości...-wzruszyła ramionami. Wkurzył ją tą insynuacją, że nie pasuje do niej złość. Tylko brakowałoby, żeby rzucił, że złość piękności szkodzi. Chyba, że sugerował, że nie ma żadnej piękności, którą mogłaby stracić... Nie, już nie przesadzajmy, w tym momencie nie miała pola na overthinking każdego słowa, które powiedział. Na to przyjdzie czas później.
-A więc jednak sam go tak traktujesz-musiała mu to wytknąć, bo... Tak było. Może dramatyzm sami zbudowali wobec pięciuset dolarów (bo chyba nie istniał taki banknot, nie?), ale wielkość nie była czymś wymiernym. Wartość była jasno zdefiniowana.
-Z tego co mi wiadomo, to Twoi koledzy pili na osobny rachunek-rzuciła i kto inny ich obsługiwał, kelnerka. Ona nie wychodziła spoza baru, więc mogła im najwyżej napluć do szklanki, choć tego nie zrobiła, żeby było jasne. A czy kelnerka ogarniająca to zoo dostała napiwek, to zupełnie inny temat. I tak, nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Jednak nie da tak łatwo się zbić z tropu!
-Nie jestem dobra w liczbach, ale 500 dolarów do jednego drinka to nie jest dziesięć procent-powiedziała. Nie oszukujmy się, 500 dolarów nawet przy wieczorze 10 chłopa, to wciąż był spory napiwek. Przy imprezach zamkniętych rzadko dostawali coś takiego. A już na pewno ona nie dostawała, w końcu tylko nalewała piwo do szklanek.
-O nie nie, nie odwracaj kota ogonem-oburzyła się. Nie chciała, aby ten czegoś od niej oczekiwał, dlatego tu przyszła, a nie że informowała go, że nagrodę może wybrać sobie z katalogu nagród Vitay. Nie nie, to nie tak. -Po prostu...-zawahała się. Nie wiedziała co w takiej sytuacji.
clarence j. barclay



