Blake nie należał do imprezowiczów, a raczej do ludzi, po których widać, że lubią imprezować. Jeśli już to robił, to zazwyczaj odbywało się to w skromnym gronie najbliższych mu osób, bo nie przepadał za tłumem i tłokiem. Od czasu do czasu odczuwał jednak potrzebę zsocjalizowania się. Potrzebował chwili, by wyrwać się z laboratorium i pobyć z ludźmi. Czasami bowiem zapominał o tym, że był człowiekiem, a ludzie potrzebują kontaktu z czymś, co jest w stanie im odpowiedzieć, pośmiać się i pożartować. W ciągu dnia, Blake był otoczony książkami, artykułami i liniami komórkowymi, na których obecnie prowadził swoje badania. Wszystkie te rzeczy, chociaż były jednymi z jego ulubionych, nie były w stanie zagwarantować mu rozrywki.
O ile myśl na temat zabawy mu nie przeszkadzała, to nie miał zamiaru zajmować się organizacją tego przedsięwzięcia. Do takich rzeczy nie miał głowy, więc zrzucił to na barki swoich asystentów, którzy o dziwo ucieszyli się z powierzonego im zadania. Jak się bowiem okazało, wiele osób lubiło wydawać czyjeś pieniądze. Carringtonowi rozrzutność nie przeszkadzała. Z uwagi na odniesiony sukces swojej firmy, pieniądze wpływały na konto niemal każdego dnia. Wszystkie swoje wymagania i zachcianki zapisał i przedyskutował z asystentami, by wiedzieli dokładnie, czego oczekiwał. Nie był trudnym człowiekiem, więc nie miał wygórowanych zachcianek, a jedynie odpowiednie wymagania. Oczekiwał bowiem, że impreza będzie spełniała odpowiedni standard. Wychował się w domu dziecka i został adoptowany przez Carringtonów dość późno, bo w wieku trzynastu lat, jednak dość szybko przesiąkł ich stylem życia, więc nabrał zamiłowania do rzeczy wyższej jakości, a zwykłe, tanie rzeczy raczej przestawały go interesować. Zmienił się w snoba i nic nie mógł na to poradzić.
W dzień imprezy postanowił odpoczywać. Nie pojawił się w laboratorium, nie chciało mu się nawet wychodzić z mieszkania, bo pragnął nabrać sił. Jedyne co zrobił, to odpisał na kilka ważniejszych maili, po czym zamknął laptopa i zasiadł przed telewizorem, by obejrzeć jakiś serial, który już od dawna miał zamiar. I właśnie tak minął mu niemalże cały dzień.
Na miejscu imprezy pojawił się później niż było jej oficjalne rozpoczęcie. Chciał uniknąć początkowego tłumu i chaosu, który na pewno miał miejsce. Gdy się pojawił, większość z bawiących się była już zajęta swoimi sprawami i towarzystwem, by zwrócić na niego swoją uwagę. Rozejrzał się dookoła, by w końcu znaleźć odpowiednią i pustą lożę, w której mógł się zaszyć na chwilę.
James Bright
-
#2
Głowa Jamesa dźwigała gęste zaplecze myśli, wplątane w chaos ostatnich dni, w nierówno rozłożoną sprawiedliwość losu, i w jego własne emocje, które jak ściśnięte pod gniewnymi dłońmi, pulsowały w nim niezmiennie od miesięcy.
Nie był zazdrosny o zdrowie innych osób, ani o śpiącą u nich życiową czujność, której zdaje się, że niektórzy ludzie wcale nie musieli w sobie uruchamiać, bo żyli jak pączki w maśle. Był jednak może nieco tylko rozczarowany tym, jak wyglądało jego teraźniejsze życie w porównaniu do tych szczęśliwie urodzonych w czepku. W przeciwieństwie do nich, życie Brighta wymagało od niego pewnych wyrzeczeń i pewnych poświęceń już od szkolnych lat. Przede wszystkim jednak od dnia wypadku domagało się też sporej dozy cierpliwości, której – warto zaznaczyć – James w sobie nie nosił. Dlatego tak ciężko znosił niektóre dni, szczególnie weekendy, które z jednej strony pragnął zapełnić dobrą rozrywką, a z drugiej zupełnie nie miał na nią nastroju.
Frustracja, jak kometa leciała wprost na niego dzień za dniem, a jej ogon, czasem przelatujący obok o ledwie centymetry, a czasem muskający go boleśnie w ego, rozgrzewał membranę skóry od pierwszego naskórka, aż po głębsze tkanki. Czuł wyraźnie, jak w liniach żył płonie złość, jak wtapia się w niego skutecznie i jak obejmuje ciało drażniącym mrowieniem.
Nawet, gdy próbował pozbyć się ciężaru frustracji z ramion zawsze kończył z inną, równie niebezpieczną emocją —
z bezmyślnym pożądaniem, które pakowało go w niejednoznaczne relacje;
z tęsknotą za siłą, niezmąconą przez własną niedyspozycję;
z lękiem przed tym, do czego mógłby się posunąć, gdyby tylko ktoś w zamian oddał mu to, co z dawna stracił.
Samo myślenie o tym – o utracie ojca, traumach z życia na froncie, czy o ułomności wzroku – było wyniszczające, i wymagało odpowiednich środków działania, które odwodziłyby Jamesa od straty. Ratunkiem od tego stawały się więc wizyty w klubach, czy pubach, które zapewniały wystarczająco dużo bodźców, by rozproszyć w locie gniewne ptaki jego myśli. Nie spodziewał się tylko, że gdy dzisiejszego dnia stanie w progu dobrze znanej sobie miejscówki, tj. Bad Wolf, przeszkodą do wejścia stanie się rosły ochroniarz, tłumaczący brak wstępu imprezą okolicznościową Carringtonów.
— Carrington… Blake? — powtórzył za mężczyzną płasko, jakby treść ta nie miała żadnego znaczenia, poza zwykłym daniem mu czasu na przetworzenie informacji.'
— Znamy się, szkoliłem też Twoich kolegów z zakresu bezpieczeństwa. Jestem ostatnią osobą, której chcesz odmówić wejścia.
W odpowiedzi na te słowa sceptyczne spojrzenie ochroniarza błąkało się od ciężkich, wojskowych butów Jamesa po guziki koszuli i napiętą linię szczęki. Sam Bright stał jednak niewzruszony, poprawiając rękawy spodniej bluzy, by następnie przeszyć wzrokiem pracownika. Ostatecznie ten machnął ręką zbywająco, mrucząc coś w niezadowoleniu, ale cofając się o krok, by ułatwić mu przejście w drzwiach.
Skorzystał, już na samym wejściu słysząc strzęp muzyki i czując na ciele jaskrawe światło jarzeniówek. Zmrużył oczy nieznacznie, przez uszkodzenie rogówki zbyt uwrażliwiony na podobne, ostre promienie światła. Dopiero ucieczka w przyciemnioną lożę poskutkowała ulgą.
— Blake… — zawiesił na moment głos w powitaniu, z szyderczym rozbawieniem stwierdzając, że los naprawdę lubił dorzucać do ognia, prowadząc go do loży samego właściciela imprezy — Właśnie o Tobie rozmawiałem — ostatnie ze słów nabrało dziwnej miękkości, jakby słowo to zaraz miało zniknąć, i szczerze powiedziawszy, gdyby tylko znalazł lepszy zamiennik, James wymazałby je z rejestru. Rozmowa brzmiała o ton zbyt zobowiązująco, ale Właśnie o Tobie wspomniałem brzmiało z kolei sentymentalnie, niemal ckliwie, na co nie mógł sobie pozwolić. Zaraz zresztą zepchnął podobne dylematy doboru słownictwa w czeluść głowy, obejmując Blake’a w koleżeńskim uścisku. Wzrok uchwycił przy tym rozmyty obraz kształtów twarzy Blake’a, upewniając się co do tego, czy dobrze ocenił tożsamość towarzysza. Kolor włosów i ogólne rysy twarzy, które nieco zamazywały mu się w detalach, ale jednak pozostawały w znanej mu kanwie ogółu, wskazywały na to, że się nie pomylił. Osobą przy nim był Blake Carrington.
— Tęskniłeś? — z ustami przy cudzym uchu, uniósł kącik warg przy końcu wypowiedzi, nie darując sobie drobnej prowokacji.
Takie tam podszczypnięcie do żywszej rozmowy.
Blake CarringtonOstatnio zmieniony czw 12 mar 2026, 09:28 przez James Bright, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Spodobał mu się ten brak kontroli. Nie odczuwał presji, że musiał wszystko wiedzieć i myśleć o każdym, nawet najmniejszym szczególe. Chciał odpocząć. Dlatego też pozwolił innym zajmować się rzeczami takimi jak organizacja, muzyka czy lista gości. Nie spodziewał się, że do środka zostanie wpuszczony każdy, kto zakręci się przy wejściu. Ochroniarze doskonale wiedzieli, na jakich ludzi zwracać uwagę, bo przecież musieli oni zachować jakiś standard i bezpieczeństwo. Ostatnie czego potrzebowali to ludzie, którzy nie potrafili zachować się odpowiednio. Blake wiedział, że na wszystko był odpowiedni czas i miejsce, ale na jego imprezie nie chciał żadnych konfliktów i nieprzyjemności. Był więc spokojny.
Właśnie w takim stanie błogiego spokoju, rozsiadł się wygodnie w swojej loży, z której rozciągał się widok na parkiet i bawiących się gości. Był to jego bufor, który aktualnie traktował jako pewnego rodzaju oazę, zapewniającą mu odpowiednią aklimatyzację do obcego dla niego środowiska. Imprezowanie, chociaż przyjemne, było dalekie od zajęć, którym lubił się oddawać Carrington, a jeśli już to robił, to odbywało się to znacznie mniejszym i bardziej kameralnym gronie i otoczeniu. Migające światło przeszkadzało mu, głośna muzyka ogłuszała… czuł się, jakby miejsce to powoli wyłączało wszystkie jego zmysły po kolei, jednak uczucie to wcale nie było nieprzyjemne. Co więcej, Blake w pełni chciał się temu oddać.
Basy wprowadzały jego ciało w drżenie, jego żołądek wibrował, a mózg zdawał się rezonować w rytm muzyki. Wydawało mu się, jakby znajdował się na cienkiej granicy jawy i marzeń sennych, której nie chciał przekraczać, nie dlatego, że bał się to zrobić, ale dlatego, że podobało mu się balansowanie na niej. Uśmiech sam wkroczył na jego usta i zapewne pozostałby tam jeszcze na długo, gdyby nie męski głoś, który rozbrzmiał w jego uchu.
Odwrócił się w stronę mężczyzny, który znalazł się w jego loży. Zlustrował go spojrzeniem, po czym przeniósł je ponownie na parkiet.
– Mam nadzieję, że była to bardzo przyjemna rozmowa – skwitował jego słowa. Nie wiedział, co James chciał ugrać, mówiąc te słowa, ale znał go już wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że wszystko co mówił, miało w sobie jakiś ukryty cel. Przynajmniej w głowie Carringtona właśnie taka opinia o mężczyźnie pojawiała się za każdym razem, gdy tylko go widział. Uśmiechnął się lekko. O dziwo obecność Jamesa mu nie przeszkadzała, lecz jego naruszanie przestrzeni osobistej – owszem.
– Wydaje mi się, że posiadam za dużo spraw na głowie, by znaleźć w niej miejsce na tęsknotę za kimkolwiek – stwierdził szczerze. Prawdą było, że chociaż James czasami pojawiał się w jego myślach, to nie gościł w nich zbyt długo. Nie wynikało to z braku sympatii do mężczyzny, ale z faktu, że Blake rzeczywiście często nie miał czasu zajmowanie się czymś innym niż praca i nauka. Czasami brakowało mu czasu na to, by porządnie zająć się sobą i pewnie gdyby nie asystenci, to pogubiłby się we wszystkim. – Nie będę jednak udawać, że twoje towarzystwo nie jest teraz najprzyjemniejszą rzeczą tego wieczoru – przyznał, zwracając się już bezpośrednio do swojego rozmówcy.
James Bright
-
Dźwięki muzyki pulsowały między nimi, unosząc się brzmieniem od półmroku loży aż do ciepłych świateł widzianych nad parkietem, gdzie poruszające się żywo w tańcu sylwetki przewijały się tłumnie, tworząc wrażenie, jakby w świetle i w obliczu zmieniających się wciąż cieni, przemykały w przestrzeni niczym niespokojne płomienie. Takie przynajmniej odniósł wrażenie, gdy na moment przeciągnął spojrzeniem wzdłuż pasów parkietu. Zaraz jednak, niezainteresowany tym, co dzieje się wśród tańczących, powrócił wzrokiem do rozmówcy, swobodnie, chociaż skąpo udzielając się w temacie.
— Krótka — skorygował przypuszczenia Blake'a odnośnie jego rozmowy z ochroniarzem.
Nic, poza jego naturalną potrzebą zaspokajania własnych, egoistycznych potrzeb, nie wskazywało na to, by tym razem pod tą wypowiedzią kryła się jakaś niecna intencja. Za to całkiem pewne było, że James polegał w ich spotkaniu na prostych impulsach. Na tym, co ciało chciało, i tym gdzie go ciągnęło. Tuż po przywitaniu się z Carringtonem w naturalnej potrzebie odpoczynku usiadł bowiem obok niego, opierając się wygodnie w obiciu loży.
— Touché — pomimo doboru słownictwa, wskazującego na uznanie słów Blake'a za ripostę, głos Jamesa przeszedł gładko ponad tą niewygodną mu wypowiedzią, jakby brak tęsknoty ze strony mężczyzny go nie bolał. Nie dotykał serca i nie stanowił większej przeszkody.
— Myślałem, że lubimy się odrobinę bardziej — dokończył z nutą rozbawienia, która rozlała się po zdaniu wraz z towarzyszącą mu przekorą. Nie był urażony, nie był nawet pewien, czy w kontekście ich relacji, która orbitowała chwilami wokół intensywnego, acz krótkiego romansu, przysługiwało mu prawo do bycia złym za brak zaangażowania. Założeniem ich relacji przy ostatnim kontakcie z nim była przecież swoboda i niezobowiązujący ton spotkania. Ten miękki grunt intymności, na którego podłożu odnaleźli drogę do siebie przez bliskość.
Wciąż pamiętał jego język: ruchliwy, wilgotny, łaskoczący znienacka podczas namiętnego pocałunku. Nadchodzące od frontu dłonie, jak zbliżone do skóry odznaczały się pewnością ruchu i w szkwale gorących emocji zachodziły falą pożądania w głąb jego ciała, tuż przy podbrzuszu.
Nosił w sobie ciepło gorączki zadanej przez jego dotyk, jego palce. To właśnie przy ostatnim spotkaniu wzrastało w nim napięcie i tlił się drobny promyk sympatii dla tego rodzaju bliskości: szybkiej, nieplanowanej. Zamkniętej w obopólnej aprobacie.
Nie był pewien, czy jest w stanie ten stan powtórzyć: był jednak całkiem skłonny wierzyć w to, że mógłby spróbować. Patrzył więc na Blake'a z nienachalną, acz wyraźną intensywnością, pomimo rozmycia własnego spojrzenia, doskonale wiedząc, gdzie zaczepić wzrok, by odnalazł on drogę do znanej już sobie twarzy i sylwetki.
— Posyłasz mi sprzeczne sygnały, Blake. Jestem Ci obojętny, czy jestem „najmilszą częścią wieczoru”? Wybierz mądrze. Od tego zależy dalszy przebieg spotkania.
Choć rozumiał rozpiętość ich relacji, sam bowiem widział ją nie jako stałe uczucie, a raczej jako piętra różnych emocji, po które sięgali zależnie od kontekstu – nie przeszkadzało mu to w domaganiu się od Carringtona pewnych deklaracji.
Nie na stałe, tylko na dziś.
Potrzebował, by Blake określił się, czy chce obok siebie Jamesa mentora, Jamesa kolegę, czy może Jamesa kochanka. W jego pamięci oblicze Carringtona od dawna istniało w kilku wersjach naraz – złożone z ich nauk obrony, ale również z przelotnych dotknięć i z tych wszystkich grzesznych momentów, które przemilczali, a które z uporem wracały w przedsionek głowy Jamesa nieproszone, gdy traktując myśli zbyt pobłażliwie, spuszczał je ze smyczy.
Blake Carrington
-
Muzyka rozbrzmiewała zarówno w klubie, jak i w całym jego ciele. Blake lubił otaczać się dźwiękami muzyki, zarówno wtedy, gdy pracował, jak i w chwilach wolnych. Zazwyczaj jednak dźwięki te nie były zbyt głośne. Carrington lubił bowiem słyszeć to, co myślał. Tutaj w klubie było to jednak niemożliwe i w sumie, Blake mógł zrozumieć, jak to się działo, że niektórzy ludzie tracili w takich miejscach zdrowy rozsądek. Głośna muzyka, mocne basy i mieszanka alkoholu w żołądku i żyłach mogła ogłupić. Starał się więc nie przesadzać z alkoholem, który pił, jednak martini, które aktualnie stało przed nim na stoliku, przyjemnie tańczyło również na jego języku.
Uśmiechnął się, spoglądając na niego.
– Szkoda, myślałem, że możesz mieć o mnie więcej do powiedzenia – powiedział z udawanym rozczarowaniem. Z jego doświadczenia wiedział jednak, że James nie należał do ludzi wylewnych. Dlatego właśnie tak dobrze mu się z nim rozmawiało. Blake nie należał do osób rozmownych. Był towarzyski, to oczywiste, ale raczej wypowiadał się w sposób rzeczowy i stronił od pięknych słówek. Lubił przekazywać informacje prosto i rzeczowo, nie lejąc mleka. Bright należał do tego samego typu ludzi, jednak zapewne jego zamiłowanie do lakonicznych wypowiedzi wynikało z zupełnie innych powodów.
Przeleciał wzrokiem po jego sylwetce i chociaż ludzkie ciało nigdy nie sprawiało na nim większego wrażenia, co uważał za efekt wieloletniego studiowania ludzkiej anatomii, to jednak lubił wyobrażać sobie, jakie rzeczy skrywa jego rozmówca pod warstwami materiału. Można było powiedzieć, że Blake znał topografię mężczyzny niemal na pamięć. Pamiętał każdy szczegół – idealny lub nie. James był bowiem atrakcyjnym mężczyzną i niejednokrotnie jedynym, którego Carrington potrzebował. Nawet jeśli nie chciał się do tego przyznać przed kimś, czy też przed samym sobą.
– Oczywiście, że cię lubię… inaczej byś tutaj nie siedział – odpowiedział, rozluźniając się lekko. Ich relacja nigdy nie należała do najłatwiejszych do zdefiniowania. Blake nie wiedział, jak miał określać Jamesa, bo nie dało się go zamknąć w żadne konkretne ramy. Carrington lubił porządek, a mężczyzna, z którym właśnie rozmawiał wybijał się z tego, stając się niedoskonałością w jego idealnie uporządkowanym świecie. Nie przeszkadzało mu to. Cenił sobie również jego charakter, bo w środowisku i otoczeniu Blake’a pojawiało się wiele osób, które chciało się mu przypodobać i robiło dokładnie to, co ten sobie zażyczył. Z Jamesem było inaczej, zupełnie jakby mężczyzna nie potrzebował przypodobywać się nikomu.
– Nie przypominam sobie, żebym mówił kiedykolwiek, że jesteś mi obojętny – zastanowił się przez chwilę, ale był przekonany, że nigdy nie mówił takich słów. Był przekonany, że gdyby kiedykolwiek poczuł, że Blake zaczyna być mu obojętny, to zapewne przestałby się nim interesować i chcieć spędzać z nim czas. Owszem, nigdy aktywnie nie szukał jego towarzystwa, ale nie wynikało to nigdy z niechęci, a z prostej przyczyny – często nie miał czasu. Jego życie kręciło się wokół nauki i to właśnie jej był oddany. Bright był jednak niezwykle przyjemną odskocznią, gdy już pojawiał się na jego drodze.
– Zjawiłeś się tutaj z konkretnego powodu? Na bramce z pewnością powiedzieli ci, co się tutaj dzieje i nie zdecydowałeś się iść gdzieś indziej – zauważył, odwracając się całkowicie w jego stronę. Szybko dopił swojego drinka, odstawiając pustą szklankę na stolik, który się przed nimi znajdował. Rozejrzał się po parkiecie, obserwując bawiących się ludzi, zastanawiając się jednocześnie kim byli i czy faktycznie ich znał.
– Poprosimy o coś dobrego do picia – zwrócił się do kelnera, który właśnie przemknął gdzieś niedaleko ich. Był całkowicie zaskoczony, że mężczyzna był w stanie go usłyszeć, biorąc pod uwagę, jak głośno było w klubie.
– Może ty mi powiesz, kim dla ciebie jestem? – odwrócił kota ogonem, chcąc poznać jego spojrzenie na tę całą ich relację.
James Bright
-
Zasłyszany sens otarł się o świadomość z upiorną niemal małostkowością, gdy podniósł nieco brwi, wciąż na fali wcześniejszego rozbawienia. Procenty nie musiały biegnąć przez siatkę naczyń krwionośnych, by ośmielić go do słownej zaczepki. Wystarczyła do tego naturalna bezpośredniość Jamesa, której nawet przy większych chęciach, nie potrafił dławić w sobie zbyt długo.
— Ochroniarzowi? — spytał lekko w teatralnie zaprezentowanej naiwności, prawdopodobnie zresztą stojącej na tych samych deskach przedstawienia, co wcześniejsze „sztuczne” rozczarowanie, zaprezentowane przez Blake'a. Oboje grali, oboje niepoważnie, gdy naigrywali się z rozmowy z ochroniarzem słowo po słowie. Temat jednak z każdą głoską się zawężał i wyciszał, w końcu również zamykał. Nie mogli długo mówić o jednym bez ryzyka znudzenia.
Tymczasem uśmiechnął się przekornie, choć gest ten równie szybko się ujawnił, co ginął w ciepłym światłe pomieszczenia, nieco zbyt skąpo obrastającego przestrzeń, by można było widzieć towarzystwo w detalach.
— Jesteś pewien, Blake, że chcesz, żebym mówił o Tobie więcej przy ochroniarzu?
Nawiązał do tego ostatni raz.
W dalszej perspektywie miał już znacznie ciekawsze plany. W trakcie kiedy cudzy wzrok ciężarem oceny osiadł na jego sylwetce (czego James nie dostrzegł), on sam oparł się ramieniem o Carringtona, pozwalając, by tkanina jego grubego jeansu przy katanie starła się głębiej z wierzchnim odzieniem mężczyzny przy nim. Nie potrzebował pozwolenia, by z minuty na minutę ograniczać jego przestrzeń coraz bardziej i bardziej. Szczególnie, że żadne „nie”, nie padło z ust rozmówcy w stosunku do łamania sfery osobistej.
Słowa może nie były największą jego formą wylewności, za to gesty... zawsze nadrabiały wszystkie luki, miękko osiadając w przerwach między wypowiedziami. Również teraz, gdy pochylony nieco w kierunku Blake'a kontynuował zaczepkę, choć w zupełnie innym kierunku, bardziej teoretycznym i prowokacyjnym:
— Co dokładnie miałbym mu powiedzieć? Może to, że... dobrze się całujesz?
Choć słowa wypowiadał odpowiednio głośno, zaśmiał się przy tym gardłowo. Nie staraął się przy tym przebić przez brzmienie muzyki, choć przy odrobinie skupienia Blake miał okazję bez wysiłku zrozumieć kontekst wypowiedzi i jej ton. Niewątpliwie jednak grająca muzyka wciąż utrudniała sprawne porozumienie się z kimkolwiek bez konieczności ciągłego podnoszenia głosu, co nie uszło uwadze Jamesa. Usta szybko odnalazły więc wygodne na to rozwiązanie: nachyliły się do uszu Carringtona, resztę wypowiedzi kończąc szeptem:
— Czy to, że dobrze się Ciebie pieprzy? — wplecionym w słowa wulgaryzmem z łatwością zrzucał z siebie karb pruderii, gdy odnosząc się bezpośrednio do natury ich niedawnych kontaktów, wyprał się przy tym ze Wstydu, czy Nieśmiałości. Te dwie emocje uznawał za kiepskich orędowników.
— Przyszedłem oczyścić głowę i przypadkiem okazało się, że to impreza zamknięta — skwitował z charakterystycznym sobie minimalizmem, dopiero po tej wypowiedzi odrywając się od ciała Blake'a. Korpus Jamesa odchylił się do przodu, w oddaleniu od oparcia i ramienia towarzysza, za to odrobinę bliżej kelnera, któremu zdążył jeszcze machnąć ręką i tym samym zakomunikować mu chęć zamówienia czegoś jeszcze:
— Dla mnie woda — dopowiedział odpowiednio głośno, powracając plecami do kanapy. Tym razem w przyzwoitej odległości od Blake'a, choć dzieliły ich ledwie centymetry.
— Blake Carrington. Pracodawca. Podopieczny w naukach. Kochanek. Bufor wieczoru — ostatniego określenia nie starał się wyjaśniać, sięgnął jedynie po doniesioną przez kelnera szklankę wody, upijając jej zawartość — Dokładnie w tej kolejności.
Blake Carrington
-
Słowne zaczepki i gry, które prowadził z Brighem były jednym z przyjemniejszych elementów jego kontaktów z mężczyzną. Blake traktował to nieco jak grę wstępną, zwłaszcza że niewiele osób z jego towarzystwa było w stanie znieść zaczepki i udawane nieprzyjemności. Carrington uwielbiał drażnić i pozwalać drażnić siebie, jeśli nie miało to śladów złośliwości, ale, jak już zdążył to wielokrotnie zauważyć, niewiele ludzi potrafiło balansować na tej cienkiej granicy i często niewłaściwie odbierało jego słowa. I owszem, był to większy problem u niego, bo to on powinien wiedzieć, co powiedzieć, a nie ludzi, bo nie oni powinni interpretować jego słowa w taki sposób, w jaki on by sobie tego życzył. Jak dla niego był to jeden wielki bullshit którym karmili się ludzie nieznoszący jakichkolwiek nieprzyjemności. Blake wielokrotnie zastanawiał się, jak tacy ludzi żyją we współczesnym świecie, który daleko był od przyjemnego. Rzeczywistość była suką, która nie cackała się z nikim. Jedyne co mógł zrobić, to udawać skruchę i współczucie faktem, że ktoś poczuł się urażony tym, że ktoś inny powiedział mu, że grubo wyglądał w zielonym sweterku podczas gdy na usta cisnęło mu się znane z memów the people are dying, Kim. Jak dla niego Kardashianie byli pełni ukrytych mądrości. James był cyniczny, ale jednocześnie szczery i prawdziwy w swoim zachowaniu. Nie udawał człowieka lepszego, niż był. A taki rodzaj szczerości i prawdziwości Blake był w stanie docenić.
– Oczywiście, że tak… w końcu lubię, jak się o mnie mówi – przyznał. Oczywiście kto go znał, wiedział, że nie do końca była to prawda. Blake był człowiekiem, który cenił swoją prywatność, niemniej jednak wiedział też, że ze względu na przynależność do jednej z bardziej znanych rodzin, nie tylko w Nowym Orleanie ale i w kraju, to bywał na językach. No i nie miał wpływu na to, co o nim mówili ludzie. A plotki były różne i docierały one do jego uszu. Czasami miał ochotę krzyczeć i próbować zmienić poglądy na swój temat w opinii publicznej, ale była to walka z wiatrakami w tym momencie.
– Myślę, że tak długo, jak im płacę, to nie obchodzi ich, jaki jestem – zastanowił się, chociaż pewnie nie była to prawda. Siłą rzeczy on sam również nie interesował się tym, kim dokładnie byli ludzie, którzy dla niego pracowali, tak długo, jak dobrze wykonywali swoją pracę. Oczywiście ważne dla niego było to, by sprawdzić dokładnie wszystkich, bo nie mógł pozwolić sobie na ryzyko, że osobami w jego otoczeniu będą podejrzani ludzie. Musiał dbać również o swoje bezpieczeństwo. Dlatego też poza background check zdecydował się na wzięcie lekcji samoobrony, gdzie zresztą poznał Brighta.
Obecność mężczyzny była wielką przyjemnością i Blake był przekonany, że nawet jeśli nie chciał tego przyznać, to było to widoczne. Nigdy też temu nie zaprzeczał. Blake nie lubił spędzać swojego czasu w towarzystwie osób, których nie lubił i które nie miały dla niego większego znaczenia. Obserwował mężczyznę i sposób, w jaki zmieniała się jego sylwetka. I chociaż jego obecność oddziaływała na Carringtona, to blondyn musiał pamiętać, że byli w miejscu publicznym, więc należało uważać.
Przez chwilę siedzieli w ciszy, każdy zajęty studiowaniem otoczenia i siebie nawzajem. Nie wiedział, co czaiło się w głowie jego rozmówcy. Mógł się jedynie tego domyślać, ale w domysły lubił bawić się tylko w laboratorium. Kiwnął głową w stronę kelnera, gdy ten położył przed nim butelkę jakiegoś alkoholu i wyszedł zostawiając ich samych. Przeciągnął się i pochylił w stronę mężczyzny, opierając dłoń na jego udzie. Ciepło jego ciała uderzyło go niemal natychmiast.
– Masz o mnie bardzo dobre zdanie – zaśmiał się, pocierając nosem jego ucho. Napił się przyniesionego alkoholu, pozwalając by ten zapiekł go w język i rozgrzał jego twarz. Zrobiło mu się gorąco, jednak nie był w stanie stwierdzić, co dokładnie wywołało taką reakcję jego organizmu. Wiedział tylko, czego teraz potrzebował. Miał wrażenie, że James był bardziej niż chętny spełnić jego potrzeby. Zacisnął dłoń mocniej na jego nodze. – Chodź ze mną – powiedział mu do ucha.
James Bright
-
Słowa zaczepki lub flirtu, choć częściowo zamknięte w kanwie niezobowiązującej gry, miały w sobie więcej znaczenia, niż był skłonny przyznać. Przypominały łapanie równowagi na linie, na której ciało samo poruszało się w instynkcie do przodu. Głównie dlatego, że James doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że pasywność była najszybszą drogą do upadku, a na to zwyczajnie nie mógł sobie pozwolić. Lubił wygrywać. Tym chętniej, gdy chodziło o cudze względy. Jego instynkt podpowiadał mu tym samym, że warto zachować pewną ostrożność w ruchach i decyzjach względem ich relacji. Nie chciał odkrywać wszystkich swoich kart od startu, podobnie jak nie chciał zarzucać mężczyzny własną obecnością. Nachalność była najmniej atrakcyjną z cech, do której James wolał się nie posuwać. Znając zresztą (nie)towarzyskość Blake'a polegał w zamian na niuansach i subtelnych prowokacjach, by to raczej Carrington zechciał dobrowolnie zbliżyć się do niego o kolejne centymetry. Tylko w ten sposób miał pewność, że ich relacja zaogni się, dając mu coś, czego pragnął:Trigger Warninglekka erotyka
Cudzą bliskość.
Podejście to owocowało czymś s o c z y s t y m – wiedział o tym już w momencie pierwszej luźniejszej odpowiedzi Blake'a. Ten bowiem odpowiadał mu z podobnym miłym ciału napięciem i charakterystyczną przewrotnością, najwyraźniej bawiąc się zarówno formą ich dialogu, jak i zaognioną przyjemnością, do której zbliżali się konsekwentnie małymi kroczkami.
— Mnie obchodzi jaki jesteś, a też na pewnym etapie znajomości mi płaciłeś — zdołał zauważyć, ale nie pochylał się długo nad tą kwestią. Dziś nie miało to najmniejszego znaczenia. Znacznie bardziej interesował go układ między nimi.
Choć grali role dalekodystansowe, nigdy nie będąc tak naprawdę w jednym środowisku (żyli w dwóch różnych bańkach społecznych), w te pojedyncze dni, jak dziś, mieli okazję stanąć na tej samej płaszczyźnie czasu i przestrzeni. W tym samym zniecierpliwieniu zrzucali również z siebie balast emocji, wyciągając z ciała niedosyt i ukryte pragnienia. Takie przynajmniej odnosił wrażenie, gdy obserwując reakcje Blake'a, nie dostrzegł w nich znużenia, czy apatii. Przeciwnie nawet:
Ręka Carringtona na jego własnym udzie w natężonym dotyku zdawała się konsekwentnie oddawać swoje ciepło i poziom uwagi, jaki dostawał od mężczyzny. Który wzrastał wraz zacieśniającą się między nimi bliskością.
Poczuł to wyraźnie.
Krótki impuls pożądania przebiegł mu po ciele, gdy z ust Blake'a dobiegła go zdawkowość wypowiedzi, przyozdobionej muśnięciem gorącego oddechu na szyi i nosa przy uchu. Wraz z zaciśnięciem palców Carringtona na twardych mięśniach uda rozsmakował się natomiast w tej właśnie chwili, oblizując krótko i podświadomie wargi. Jakby cichy, ukryty głos w jego głowie już przygotowywał go do ewentualnych namiętności.
— No nie wiem...
Puls pod skórą, nieznacznie przyspieszony, mógł zdradzić jego prawdziwe emocje i wyjawić, niezwykłą otwartość na dalsze, tego rodzaju grzeszne zaczepki. Z dłonią na udzie, nosem w jego szyi. Głos nie robił tego nigdy. Brzmiał stonowanie i mgliście, jakby James naprawdę zastanawiał się nad tym, co zrobić, mimo że jeśli chodziło o flirt i bliskość, nie potrzebował żadnej formy perswazji, by podążyć w tym kierunku.Blake Carringtonrozwiń
— Przekonaj mnie, Blake.
Słowa nie żądały, w leniwym ujęciu smagały jednak przestrzeń miękką prowokacją, gdy pokrywając cudzą dłoń swoją własną, posunął ją znacząco w górę, do własnego krocza. Pozostawił jednak ten gest do dowolnej interpretacji Blake'owi, gdy sam palcami drugiej, wolnej ręki ujął cudzy podbródek i korzystając z nachylenia Carringtona ku niemu, po prostu wpił się w jego usta.
Przyspieszenie tempa w narzuconej pieszczocie w myślach zrzucił z łatwością na karb wzmożonego napięcia, które był pewien, że czuli oboje. Znacznie pełniej zresztą, gdy roztarł wargi Blake'a między własnymi i zahaczył językiem o szczelinę jego ust, wślizgując się do środka bezwstydnie. Zsunął przy tym palce z podbródka za kark, przytrzymując przy sobie mężczyznę.
-
Każdy, kto go znał, wiedział, że nie był łatwą osobą, z którą się przebywało. On sam nie przepadał też za towarzystwem ludzi, nawet jeśli był dość towarzyski, jeśli już musiał się zintegrować. Prawdą jednak było to, że Blake nigdy nie starał się o przychylność ludzi, jeśli oni sami nic dla niego nie znaczyli. Lubił otaczać się ludźmi, którzy mogli się mu przydać, a wszyscy pozostali byli dla niego nieistotni. Na całe szczęcie Carringtn nie miał zbyt wielu problemów z tym, by odstraszać od siebie innych, gdyż w gronie znajomych (ale i nie tylko), uchodził za osobę dość oschłą i zdystansowaną i nie dziwiło go to, bo wiedział doskonale, że nie łatwo się było z nim dogadać, nawet jeśli starał się to zmienić. Miał niewielką garstkę osób, z którymi jednak potrafił przyjemniej spędzać czas. James należał właśnie do tej grupy i chociaż ich początki nie należały do najłatwiejszych, to ociepliły się one, gdy tylko obaj przekonali się, że mogą spełnić swoje potrzeby.
Bliskość Jamesa była tym, czego potrzebował. Nie miał pojęcia, dlaczego właśnie tak było, zwłaszcza że przy żadnym innym mężczyźnie nie czuł tego samego. Bright był typem faceta, który najbardziej mu odpowiadał, zwłaszcza pod względem fizycznym. Pod względem charakteru również był tym, czego potrzebował. James nie był ckliwy, nie był niezdecydowany oraz nie wymagał od niego wyłączności i zaangażowania, a przynajmniej tak mu się właśnie wydawało. Spełniali swoje potrzeby, wtedy, gdy obaj mieli na to ochotę, bez większego wchodzenia sobie w życie. Nie była to jednak zdrowa relacja, ale spełniała swoją rolę idealnie, sprawiając, że przynajmniej przez krótką chwilę zapominali o troskach tego świata.
– Naprawdę? – zapytał zaskoczony, bo chyba wcześniej niczego podobnego nie usłyszał z ust mężczyzny. Nigdy jednak go o to nie pytał. Znał Brighta na tyle dobrze, a przynajmniej tak mu się wydawało, że wiedział doskonale, że ten nie miałby problemów z tym, by urwać kontakt. Obu ta relacja pasowała i póki co żaden z nich nie chciał się z niej wycofywać. Nie dochodziło jednak między nimi do żadnych deklaracji, dlatego też słowa blondyna zaskoczyły go tak mocno, że nie był w stanie pokusić się o żaden komentarz. Zamiast tego skupił się więc na swojej dłoni zaciśniętej na udzie mężczyzny. Było to przyjemne uczucie, bo chociaż udo mężczyzny skryte było pod szorstkim materiałem jego spodni, to Blake mógł poczuć znajdujące się tam napięte mięśnie. Znał je niemalże na pamięć i chociaż nie chciałby się do tego przyznać, to właśnie w tym momencie w swojej głowie układał sobie widok nagiego ciała mężczyzny, zdając sobie sprawę z tego, że właśnie tego w tym momencie potrzebował. Zacisnął dłoń mocniej, jakby starał się sprawdzić limity, zarówno swojej jak i Jamesa wytrzymałości.
– Nie jestem dobry w negocjacjach – mruknął mu do ucha. – Zazwyczaj dostaję to, co chcę bez większego wysiłku – przyznał, przesuwając swoją dłoń na krocze mężczyzny, wzmagając w tym miejscu swój uścisk. Był bezpośredni nie tylko w swoich słowach, ale też tym, co robił. Miał nadzieję, że gest ten dał Jamesowi jasny znak, czego od niego oczekiwał w tym momencie. Jego usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu, jednak nie na długo, gdyż szybko złączyły się w pocałunku z wargami jego rozmówcy. Wilgotne od wody, którą James wypił, spowodowały, że ogarnęła go fala pożądania. Wolną dłoń zacisnął na materiale koszulki, którą miał pod kurtką, przyciągając mężczyznę do siebie bliżej. W tej chwili wszystko, co działo się dookoła nich przestało mieć dla niego znaczenie. Nie interesowało go również to, czy ich działania śledziły jakieś ciekawskie oczy.
– Masz na mnie zły wpływ – powiedział, gdy oderwał na chwilę usta od pocałunku. Przyjrzał się mężczyźnie, by następnie zsunąć spojrzenie na jego usta, a później linię szczęki, która teraz była wyraźnie zarysowana kolorowym, neonowym światłem, które dostało się do środka ich budki. – Nie narzekam jednak – dodał po chwili, przysuwając się do niego jeszcze bliżej, zaczynając składać lekkie pocałunki na szyi swojego towarzysza.
James Bright
-
Pytanie Blake’a, okraszone zaskoczeniem, przez krótki moment przyszpiliło Jamesa do ściany rozmyślań, z której zwykle się odpychał, by nie wgłębiać się specjalnie w cudze emocje. Tym razem jednak, szept instynktu, obudzony w tyle głowy za sprawą wyraźnie wyczulonego w powietrzu napięcia, uruchomił w nim wojskową wręcz czujność, której nie potrafił w sobie zignorować.
To wtedy dotarła do niego dwuznaczność własnych słów. Nie była planowana i nie starał się nadawać własnej wypowiedzi dodatkowych warstw emocji, to opatrzność losu obudowała ją w zbędną dekorację wyznania, które w mniemaniu Jamesa w ogóle nie padło.
— Powinienem raczej powiedzieć obchodzi mnie, jaki NIE JESTEŚ — poprawił się, zanim ktokolwiek posądziłby go o przywiązanie (co byłoby absurdem). Ciepło cudzych palców opadło przy tym na jego jeans wyjątkowo gładko i przebiegło wzdłuż umięśnionego uda przy towarzyszącym temu krótkim impulsie aprobaty. Pomimo drobnego nieporozumienia nie czuł potrzeby odsuwać się od Carringtona. Nie czuł niezręczności, łatwo odnajdując drogę do bezpośredniości. Bliskość, jaką kawałek po kawałku budowali oboje za sprawą zdecydowanych, ale drobnych gestów, stawiała zresztą pod nimi silny fundament rosnących w nich żądz, z których on nie miał ochoty rezygnować.
— Chodziło mi wyłącznie o to, że nie jesteś irytujący. Gdybyś był, nie wytrzymałbym z Tobą pięciu minut — James doprecyzował to, co według niego wymagało wyjaśnienia, mimo że wciąż nie miał pojęcia, co w zasadzie pomyślał o nim Blake po poprzednich wypowiedziach. Przyjrzał się więc przez chwilę kształtom jego twarzy, w tym rozmytemu zarysowi szczęki i oczu Carringtona, doszukując się w nich pęknięć, czy uchybień, które pomogłyby mu określić stosunek mężczyzny do niego. Wszelkie wątpliwości rozwiały dalsze ich decyzje: napór palców, przesuwających się od uda Jamesa do krocza i chętne na niego usta kochanka, które we własnej zapalczywości smakował z całym natręctwem nieprzyzwoitości.
— Jeśli w ramach negocjacji chcesz go dostać...— dłoń Blake’a na jego męskości jasno wskazywała na to, o czym mówią oboje — ...z przyjemnością wepchnę Ci go, gdzie tylko chcesz — mruknął w odpowiedzi, czując, jak sam wulgarny charakter ich petraktacji wznieca w nim ogień podniecenia. Skóra mrowiła go od pierwszego dreszczu pożądania, a biodra, podatne na dotyk, przesunęły się nieznacznie ku niemu, gdy otarł się o jego palce chętnie. Nie był zachłanny, był jednak łasy na wszelkiego typu namiętności, którymi ktoś na pewnym etapie znajomości decydował się go karmić.
— Naprawdę? — słowa, wypowiadane z ironią i przekorą, były idealną równoważnią dla wcześniejszego zaskoczenia Blake’a. James zdawał sobie sprawę z tego, że w pewnym sensie może mieć na niego “zły wpływ”. Co za tym idzie, wiedział dokładnie, kto z nich dwóch był bardziej zepsuty i kto potrafił dorzucić do ognia w odpowiednim momencie, by spalić w kochanku wszelkie zahamowania.
Jeśli miał określić, kto z nich dwóch uwiódł drugiego: zdecydowanie postawiłby na siebie. Co wcale nie kłóciło się z tym, że przy okazji Blake Carrington, jak zawsze, zyskiwał to, czego chciał - w tym zestawieniu nagrodą było ciało Jamesa i jego wprawny język, a także chętne na cielesne potyczki palce.
Pełen inwentarz charakteru Brighta, w tym zdolność do przekraczania zasad etyki i moralności, Blake znał od podszewki. Sam pozwalał mu wchodzić z buciorami w pielesze jego łóżka, i z tego zaproszenia James zawsze z przyjemnością korzystał.
— Świetnie się składa, bo ja też nie narzekam na taki rodzaj odpowiedzi — głos ginął nieco w przestrzeni, gubiąc się pomiędzy kolejnymi bisami muzyki, najlepszym jednak świadectwem reakcji Jamesa było odsłonięcie przez niego szyi i przyjęcie kilku niewinnych wręcz pocałunków. Drażniąco lekkich, które nie tylko łaskotały go po skórze, ale również po niezaspokojonym wciąż ego.
Może jednak miał ochotę ponarzekać nieco… na zbyt subtelne tempo i nacisk.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Blake Carrington
-
James źle na niego działał i Blake zdawał sobie z tego doskonale sprawę. W całej ich relacji najgorsze było to, że Carrington doskonale wiedział, że obecność przy jego boku mężczyzny nie prowadzi do niczego dobrego, a i tak pozwalał sobie na to, by przy nim być i cieszyć jego towarzystwem. Bright był bowiem przyjemnym odciągnięciem od codzienności. Sprawiał, że Blake przez krótką chwilę zapominał o tym, co robił i wokół czego kręcił się jego prywatny świat. Nie chciał się do tego przyznawać, ale czasami pojawiały się dni, w których potrzebował mężczyzny, by ten odwrócił jego uwagę od pracy i eksperymentów oraz zaspokoił najbardziej prymitywne potrzeby.
Nie chciał nazywać tego, jaka relacja ich łączyła, bo nie uważał, żeby było to konieczne. Spotykali się od czasu do czasu i spędzali ze sobą kilka miłych chwil, jednak brakowało z ich strony jakichkolwiek oświadczeń. Żaden z nich nie był typem osoby, która się przywiązywała. Obaj brali z tej relacji to, czego chcieli, a druga strona nie odmawiała niczego. I to im pasowało, bez zbędnych słów czy zapewnień. Blake nie chciał wchodzić mężczyźnie w życie, bo w całości wystarczyło mu wchodzenie z nim do łóżka, czy jakiegokolwiek innego miejsca, w którym się akurat znaleźli.
– Jesteś chyba jedyną osobą, która nie uważa mnie za irytującego – przyznał, odrywając się na chwilę od ust mężczyzny. Były one szorstkie i w połączeniu z zarostem na jego twarzy, drapały go w jego własne wargi. Uczucie to było jednak przyjemnie prawdziwe i zdecydowanie inne, niż to, co przeżywał z mężczyznami, którzy bliżsi byli jego światu. Nigdy jednak nie narzekał, bo lubił towarzystwo mężczyzn każdego rodzaju. Prawdą jednak było to, że w oczach wielu ludzi bywał irytujący. Zdawał sobie sprawę ze specyficzności swojego charakteru i tego, że nie każdy był w stanie go znieść, nawet w tych chwilach, w których nie starał się być nieznośny. Cieszył się, chociaż nigdy się do tego nie przyzna, że Bright należał do bardziej wytrwałych i odporniejszych osób.
Prawdę powiedziawszy, to gdy tylko dłoń Carringtona znalazła się na udzie mężczyzny, to blondyn przestał słuchać cokolwiek ten do niego mówił. Większość z jego reakcji była automatyczna i instynktowna. Sam skupiony był jedynie na doznaniach dotykowych, które w tym momencie czuł. Lubił jego mięśnie. Lubił czuć opinającą się na nich skórę, nawet jeśli ona sama ukryta była pod materiałem grubego jeansu. W tym momencie mu to nie przeszkadzało. Podobało mu się takie drażnienie zmysłami. Obaj doskonale wiedzieli, gdzie to się skończy, jednak żaden z nich nie chciał tego pospieszać. W ich spotkaniach, chociaż polegały one na zaspokajaniu potrzeb, to nie polegały na szybkości czynów. Mruknął cicho, gdy jego dłoń zacisnęła się na twardniejącej już męskości. Było to właśnie to, czego teraz chciał najbardziej. Oderwał swoje usta od warg kochanka, przyglądając mu się i analizując jego słowa.
– W to nie wątpię – wymruczał mu do ucha. Doskonale wiedział, jak ochoczo James godził się na seks. Nie chciał nazywać go łatwym, ale był pewien, że Bright nie potrzebował wiele do tego, by być w pełni gotowym na zaspokajanie swoich seksualnych rządz. Nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie, czasami cieszył się, że sprawy rozwijają się właśnie w tym kierunku.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
James Bright



