ODPOWIEDZ
Przyjezdn*
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Whispers of life
Dancers don’t need wings to fly.
#7
30/01/2026 || Redemption is for the weak. The strong keep sinning.

Elijah pojawił się w tej części miasta w środku dnia, choć słońce już dawno straciło poranną ostrość. Było jasno, ale światło miało w sobie coś przytłumionego, jakby nawet ono nie chciało zapuszczać się głębiej w tę dzielnicę. Jak na styczeń temperatura była zaskakująco przyjemna. Miał na sobie tylko dwie warstwy – zwykły T-shirt i kurtkę motocyklową – i ani przez moment nie poczuł chłodu. Silnik mruczał pod nim jednostajnie, gdy powoli przetaczał się przez ulice, które wyglądały, jakby ktoś zapomniał o nich lata temu.
Opuszczona dzielnica miała swój ciężar. Puste magazyny ciągnęły się wzdłuż drogi jak martwe szkielety, z wybitymi oknami i blachą falującą na wietrze. Stare kamienice z odpadającym tynkiem zdawały się obserwować każdego obcego, kto odważył się tu wjechać. Azjata mijał przygasłe latarnie, z których część nawet za dnia świeciła bladym, żółtawym światłem. Nikt o nie nie dbał. Nikt nie wymieniał żarówek. Chodniki porastały chwasty, a asfalt był popękany, jakby miasto samo próbowało pozbyć się tej przestrzeni i zwrócić ją naturze. Przejeżdżając, miał wrażenie, że dźwięk motocykla niesie się zbyt daleko, odbija od pustych ścian i wraca do niego echem.

Zjechał z głównej drogi i zatrzymał się nieco dalej, poza bezpośrednim widokiem magazynów. Jego motocykl był zadbany i zdecydowanie zbyt drogi jak na tę okolicę. Zostawił go więc tam, gdzie nie rzucał się w oczy, między dwoma zardzewiałymi kontenerami. W tej dzielnicy nikt, kto bał się kradzieży, nie pojawiał się z czymś wartościowym. A on nie zamierzał testować czyjejś ciekawości. Zgasił silnik, zdjął kask i przez chwilę stał bez ruchu, rozglądając się dookoła. Wiatr przemykał między budynkami, niosąc ze sobą zapach rdzy i wilgoci.
Zgarnął dwie torby i przewiesił je sobie przez ramię. Były pokaźne, wypchane po brzegi. Ciążyły mu przy każdym kroku. To nie były wszystkie fanty, które udało im się zgarnąć tamtego feralnego grudniowego dnia, ale te najbardziej problematyczne. Przez ostatnie tygodnie sprzedali sporo rzeczy – mniej personalnych, łatwiejszych do upłynnienia. Elektronika, biżuteria, drobnica. Te, które mogły kogoś do nich doprowadzić albo które zbyt łatwo dało się rozpoznać, czekały właśnie na ten dzień. Na ten magazyn. Na ludzi, którzy nie zadawali zbędnych pytań.
Dopiero wtedy ruszył pieszo w stronę miejsca spotkania.
Idąc, czuł lekki ucisk w żołądku. To nie był strach. Raczej napięcie. Wiedział, z kim mają do czynienia. Grupa, która miała odkupić fanty, nie była im znana osobiście, ale funkcjonowała w tym samym układzie. Skorpiony miały z nimi poprawne relacje, a to wystarczało. Lynskey był młody, butny i zazwyczaj wchodził w takie sytuacje z podniesioną głową. Teraz jednak był ostrożniejszy. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak.

Gdy dotarł w pobliże opuszczonego magazynu, zwolnił kroku. Metalowy kolos stał na uboczu, z wyłamanymi drzwiami i bramą, która wisiała krzywo na jednym zawiasie. Zanim wszedł do środka, zatrzymał się, a myśli – jak zawsze, gdy się czeka w samotności – uciekły tam, gdzie nie powinny.
Do tamtego dnia.
Do ucieczki, deszczu i świateł wstecznych. Do głosu dziecka, który rozbrzmiewał mu w głowie znacznie częściej, niż chciałby się przyznać. Przez tygodnie po akcji przeglądał wiadomości, lokalne portale, nawet włączał telewizję w tle do mycia garów, udając przed samym sobą, że robi to bez powodu. Szukał jednego nagłówka. Jednej wzmianki. Informacji o martwym dziecku, o tragedii na podjeździe w bogatej dzielnicy, o sprawcy, którego policja nie mogła znaleźć.
Nic takiego się nie pojawiło.
Z każdym kolejnym dniem, kiedy temat nie wypływał, robiło mu się lżej. Wmawiał sobie, że dzieciak musiał skończyć co najwyżej z siniakiem albo złamaniem. Że ktoś mu pomógł. Że nikt nie połączył tego z włamaniem. Nie był naiwny – wiedział, że takie rzeczy czasem wypływają po miesiącach – ale cisza działała kojąco. Pozwalała mu spać. Pozwalała mu funkcjonować.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk kroków.
Spodziewał się ich. I dokładnie wiedział, czyje powinny być. Odwrócił głowę w tamtą stronę, czując, jak mimowolnie prostuje się w ramionach. Colette. Kobieta, z którą jeszcze niedawno rozmawiał normalnie, a teraz wymieniali głównie krótkie, rzeczowe zdania. Od tamtego dnia w mieszkaniu panowała cisza pełna niedopowiedzeń. Nie miał do niej pretensji – wręcz przeciwnie – był jej wdzięczny. Dzięki niej wyszli z tego z torbami pełnymi towaru, a nie w kajdankach.
Ale najpierw sam musiał to sobie wszystko poukładać.
Nie był jeszcze gotowy, by wrócić do dawnego siebie. Do tej wersji Eliego, który rzucał żartami w każdej sytuacji i pchał się do przodu bez oglądania się za siebie. Na razie wystarczało, że tu był. Że zrobi to, co trzeba. Sprzeda fanty. Zamknie ten piekielny rozdział. A potem… potem zobaczy, co dalej.

Colette Marchand
Miejscow*
25 lat/a, 175 cm
kasjerka w City Donuts & Café
Awatar użytkownika
Whispers of life
Sprzedam donuty, coś ukradnę z mieszkania, ale dalej będę zadłużona...
Wiedziała, gdzie ma się zjawić.
Jeszcze przez chwilę przeglądała zawartość torby, w której trzymała fanty z tamtego domu. Błyskotki, zgarniane w pośpiechu, nie przyciągały jej uwagi tak mocno jak broń ze startymi numerami seryjnymi. I paczka nabojów.
Czy naprawdę chciała trzymać to tutaj? Czy byłaby gotowa chwycić za pistolet, nacisnąć spust i ponieść konsekwencje? Dlaczego w ogóle go zabrała? Wtedy działała jak automat - brała wszystko, byle szybciej zniknąć z miejsca.
Stała przed lustrem w bluzie z kapturem i szarych dresach. W odbiciu widziała broń, którą trzymała w dłoni. Plastikowy chwyt, zimny, obcy. Lufa skierowana w stronę lustra, jakby celowała w samą siebie.
Strzeliłaby?
Nie. Nawet nie drgnęła.
Schowała broń do torby, zatrzasnęła ją i poczuła, jak serce przyspiesza. Od kilku dni napięcie w mieszkaniu rosło - razem z nimi. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, niedopalonego papierosa i strachu, którego żadne okno nie potrafiło wywietrzyć. Nie rozmawiali o łupach, ale wystarczyły wzmianki o tamtym domu, o dziecku, by atmosfera gęstniała.
Kiedy zasypiała, widziała w lusterku odbicie chłopca, jak upada po uderzeniu, a obok niego pojawia się cienka strużka krwi. Wciąż widziała siebie uciekającą przed kolejnym problemem, kolejną śmiercią. Auto było kradzione, więc miała nadzieję, że nikt nie trafi na ich trop.
Miasto nocą było jak żywy organizm - pełne oczu, które patrzą, i ust, które milczą.
Elijah był tylko świadkiem. Nie miała jednak pewności, czy będzie ją krył. Jej poprzedni gang pokazał, ile warta jest lojalność - po pierwszym przesłuchaniu wystawili ją bez mrugnięcia okiem. Wtedy nie mieli dowodów, więc sprawę umorzono.
A teraz? Nie wiedziała. Wolała żyć złudzeniem, że i tym razem uda się to ukryć. Sprzeda fanty, pozbędzie się broni i spróbuje odetchnąć, choćby na chwilę.

Nie widziała żadnych nagłówków, nie szukała drobnych artykułów. Nie było wezwań na przesłuchania, policja nie pukała do drzwi. To dodało jej odwagi. Ruszyła w stronę alejki bez kamer i zwinęła stare auto, które odpaliło dopiero za drugim razem. Torbę rzuciła na fotel pasażera. Nie patrzyła w lusterka - wcisnęła gaz i ruszyła przed siebie, mijając neonowe odbicia w kałużach, które wyglądały jak rozlane farby.
Po kilku przecznicach zaparkowała na poboczu, z dala od miejsc publicznych. Zgasiła silnik, zostawiła drzwi otwarte. Jeśli ktoś ukradnie auto, tym lepiej - pójdzie dalej, ale już z innym złodziejem. Przerzuciła torbę przez ramię i szybkim krokiem ruszyła na spotkanie z Elijahem.

Zobaczyła go od razu - stał pod migającą latarnią, zamyślony, czekając. Światło rzucało na jego twarz ostre cienie, jakby ktoś pociął ją nożem. Nie naciskała na niego w mieszkaniu, bo sama potrzebowała czasu, by dojść do siebie. Gdy tylko padło hasło „sprzedaż”, zgodziła się bez wahania. Chciała pozbyć się broni - największego dowodu łączącego ją z tamtym włamaniem i tamtą dzielnicą. Wiedziała, jak niebezpieczne jest handlowanie bronią o startych numerach. W półświatku takie rzeczy rozchodzą się szybciej niż plotki w nocnym klubie.
Najgorsze było to, że nie wiedziała, czy paser ma jakiekolwiek kontakty z tamtym człowiekiem. Czy wie o zniknięciu broni z okolicy.
Czy ktoś już jej szuka.

Z pewnością widział, jak podchodzi - spięta, nerwowa. Nie ukrywała tego. Rozpoznał to po jej kroku, po minie. Spojrzała na niego, po czym szybko odwróciła głowę, upewniając się, że nikt ich nie obserwuje. W oddali przejechał autobus, zostawiając za sobą smugę światła i zapach spalin.
- Mam wszystko. Możesz prowadzić - powiedziała, starając się uspokoić oddech. Myśli krążyły szybciej, niż chciała. - Przyjechałeś motocyklem? - rzuciła krótko, jakby dla podtrzymania rozmowy. W rzeczywistości oboje badali granice - ile mogą sobie pozwolić w nowej sytuacji.
Jedno było pewne: nie chciała wracać do tematu tamtego dziecka. Nie tutaj. Nie na ulicy, gdzie każdy mógłby ich podsłuchać. Nie w miejscu, gdzie mogliby zostać zgarnieni i przesłuchani.
Strefa przestępczów nie dawała nikomu bezpieczeństwa.
Absolutnie nikomu.

Elijah Nguyen-Lynskey
polej
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Przyjezdn*
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Whispers of life
Dancers don’t need wings to fly.
Gdy tylko ją zobaczył, wiedział już, że była spięta. Nie musiała nic mówić – zdradzał ją sposób, w jaki stawiała kroki, to krótkie zawahanie po pierwszych słowach, szybkie odwrócenie wzroku, jakby bała się, że ktoś zajrzy jej prosto w oczy i odczyta jej prawdziwe emocje. Elijah nie miał wątpliwości, że wciąż nie pogodziła się z tym, co wydarzyło się tamtej nocy. Nie mógł jej za to winić. Też nie był od tego wolny. Nikt nie planował tego, co się stało. Mimo to miało miejsce i musieli z tym żyć, czy im się to podobało, czy nie.
Nie zamierzał jednak do tego wracać. Przynajmniej nie teraz. A już na pewno nie wtedy, gdy szli ubić interes, który wymagał zachowania zimnej krwi. Roztrząsanie przeszłości w takim momencie było najgorszą z możliwych decyzji. Strach miał to do siebie, że potrafił przejąć kontrolę nad człowiekiem i kompletnie pokrzyżować mu plan.
Hej – odburknął do niej, tonem bardziej neutralnym niż serdecznym, ale dalekim od chłodu, czy zagniewania. Nie był zdenerwowany. Nie miał jej za złe tej grobowej ciszy, która panowała między nimi przez ostatnie tygodnie. – Też mam wszystko. Podążaj za mną. I postaraj się nie rozglądać. Są dosyć drażliwi, gdy ktoś jest ciekawski.
Zgarnął torby, które tu wcześniej przytargał i położył na oponach, by nie zamokły. Ruszył pierwszy, nadając tempo. Magazyn nie znajdował się daleko – może długość jednego boiska – ale ta krótka droga dziwnie się dłużyła. Z jednej strony chciał mieć to już za sobą, z drugiej wiedział, że każdy krok przybliża ich do ludzi, którzy nie tolerowali potknięć. To jednak dawało im też chwilę na rozmowę. Na rozluźnienie tej ciężkiej, dusznej atmosfery, która ciągnęła się za nimi od grudnia.

Szli przez teren, który wyglądał jak zapomniany plac zabaw dla szczurów i wysypisko wszechobecnego złomu. Po drodze kopnął niechcący metalowy pręt, który z przeraźliwym trzaskiem uderzył o kamienną posadzkę. Momentalnie zesztywniał, ale zaraz ruszył dalej, jakby nic się nie stało. Chyba bardziej obawiał się narobić hałasu niż samego głośnego dźwięku.
Tak – odpowiedział w końcu na jej pytanie, krótko, bez rozwodzenia się. – Ale nie wiem, czy to był najlepszy pomysł. Szemrani ludzie kręcą się po okolicy. Zostawiłem go w ukryciu. Mam nadzieję, że jak po niego wrócę, to będę w stanie nim odjechać.
Przez głowę przemknął mu obraz motocykla stojącego na cegłach, bez kół, albo z przeciętymi przewodami hamulcowymi. Wizja tego, jak kończy w rowie albo na czyimś zderzaku, nie była szczególnie krzepiąca. W tym momencie cieszył się, że znał swój sprzęt na tyle, by zauważyć, jeśli coś będzie nie tak. A jeśli będzie bardzo źle – zawsze mógł odejść kawałek dalej i wezwać Ubera. To był plan B, który dawał mu poczucie bezpieczeństwa, bardziej, niż chciałby przyznać.

Pokonali mniej więcej połowę drogi. Azjata starał się nie rozglądać na boki, choć instynkt kazał mu kontrolować każdy cień. Zamiast tego zerkał czasem na Colette, szukając w jej twarzy czegoś, co pozwoliłoby mu ocenić, jak bardzo jest źle. Niewiele czasu zostało, by rozbić to napięcie i wejść do magazynu z pewnością siebie, a nie jak dwójka zmarnowanych ludzi, którym życie trochę się rozjechało.
I wtedy do głowy wpadł mu pomysł. Głupi. Nieco nie w jego stylu. Być może kompletnie nie na miejscu – a może właśnie dlatego idealny. W końcu walentynki zbliżały się wielkimi krokami.
Masz jakieś plany walentynkowe? – zapytał nagle, wyraźnie weselej niż wcześniej, jakby temat w ogóle go bawił. – Ja nigdy nie rozumiałem założenia. Dlaczego ludzie tak się starają o swoją drugą połówkę akurat w ten jeden dzień w roku? Pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni nie są już ważne?
Mówił dalej, jakby sam do siebie, wzruszając ramionami. Nigdy nie był romantycznym typem. Nigdy też nie był z nikim wystarczająco długo, żeby celebrować ten wyjątkowy dzień. Jak na złość, większość jego krótkich relacji kończyła się gdzieś po świętach, zanim zdążyły na dobre nabrać kształtów i wyczekać na luty. Zresztą na co dzień wystarczały mu proste gesty – wspólne jedzenie na mieście, wieczory przy przydługim serialu, czyjeś towarzystwo bez zbędnych deklaracji. Walentynki były mu obojętne, ale ciekawiło go, co na ten temat myślała kobieta. Z reguły nie wchodził ludziom butami w życie prywatne. Nie interesował się czyimś światem. Nawet jeśli wspólnie napadali na domy i handlowali łupami z tych skoków.

Byli już niemal pod wejściem.
Dwóch dryblasów stało przed magazynem jak żywe barykady. Napompowani sterydami, szerocy w barach, z twarzami, które nie zdradzały żadnych emocji. Dwie rosłe góry, które nawet doświadczony trekker obawiałby się zdobyć. Lynskey wiedział, że gdyby coś poszło nie tak, ci dwaj rozsmarowaliby ich po ścianach bez mrugnięcia okiem. W okolicy kręciło się więcej towarzystwa – gorzej zbudowanych, ale uzbrojonych i to nie tylko w kije bejsbolowe. Przełknął ślinę, nie pozwalając jednak, by cokolwiek z tego niepokoju odbiło się na jego twarzy. Słabość musiała pozostać zamknięta w szafie.
Nie musieli się nawet odzywać. Ekipa wiedziała, z czym i po co przyszli.
Zaczęli od niego. Przeszukanie było szybkie i bezceremonialne. Był czysty. Skinęli głową i pozwolili mu przejść przez prowizoryczną bramę z blachy i siatki. Zatrzymał się po drugiej stronie i odwrócił głowę.
Teraz przyszła kolej na jego współlokatorkę.

Colette Marchand
Miejscow*
25 lat/a, 175 cm
kasjerka w City Donuts & Café
Awatar użytkownika
Whispers of life
Sprzedam donuty, coś ukradnę z mieszkania, ale dalej będę zadłużona...
Jego krótkie „hej” nie było ani ciepłe, ani chłodne. Brzmiało jak coś, co człowiek mówi, kiedy nie ma siły na uprzejmości, ale nie chce też nikogo odpychać. Colette odpowiedziała mu tylko lekkim skinieniem głowy. Nie czuła potrzeby mówić nic więcej. I tak była zdana na niego. On znał tę okolice, tych ludzi do których idą.
Szli obok siebie przez teren, który wyglądał jak zapomniany plac zabaw dla szczurów. Zardzewiałe pręty sterczały z ziemi jak kości, a kałuże odbijały światła latarni w sposób, który sprawiał, że wszystko wyglądało jak rozlane farby. Powietrze było ciężkie, wilgotne, pachniało starym olejem, mokrym betonem i czymś jeszcze – czymś, co przypominało jej tamten dom.
Skinęła głową, bez komentarza przyjmując informację o pozostawionym nieopodal motocyklu. Będzie się kradło, jak zniknie. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Z tą myślą spojrzała na swoją torbę. Torba z bronią ciążyła jej na ramieniu jak wyrok. Jak dowód rzeczowy, który mógł ich oboje pogrzebać. Nie patrzyła na boki – nie dlatego, że Elijah ją o to prosił, ale dlatego, że każdy cień wyglądał jak ktoś, kto już zna jej twarz.
Czuła na sobie jego wzrok. Nie mówiła, nie reagowała zbytnio, tylko czasem spoglądała na niego z powrotem ze smutnym spojrzeniem. Czasem spojrzenia wystarczą, niż tysiąc słów, prawda? Tak tu mogło być w ich przypadku.
Kiedy zapytał o walentynki, prawie się zaśmiała. Prawie – bo śmiech w takich miejscach brzmiał jak prośba o kłopoty.
– Jeśli wszystko pójdzie gładko, kupię sobie pączka i wino – powiedziała, tonem bardziej zmęczonym niż żartobliwym. – Najtańsze, jakie znajdę. To będzie mój romans roku. - Przesunęła dłonią po pasku torby, jakby upewniała się, że wciąż ją ma. – A co, dołączasz się do kanapy? – dodała po chwili, po raz pierwszy od paru dni nieco luźniejszym tonem. Ciągle była spięta, lecz pytanie o walentynki sprawiło, że na chwilę próbowała pomyśleć o czymś prozaicznym. Czymś prostym, co było jej potrzebne w tym popierdolonym życiu. Może tego właśnie potrzebowała – nie wiedziała. Na pewno miała wyrąbane na to, że może to być jakiś wyjątkowy dzień.
Chuja prawda.

Gdy zbliżyli się do magazynu, światło latarni migotało jak neon w barze, który dawno powinien zostać zamknięty. Dwóch dryblasów stało przed wejściem jak żywe barykady – szerocy w barach, z twarzami, które wyglądały jakby ktoś wyrzeźbił je z betonu. Za nimi majaczyły sylwetki innych ludzi, poruszających się w półmroku jak cienie, które zapomniały, że kiedyś były ludźmi.
Elijah przeszedł pierwszy. Ona czekała, aż skiną głową.
Kiedy kazali jej podejść, zrobiła krok naprzód – powoli, ostrożnie, jak ktoś, kto wie, że w tym miejscu nawet oddech może być użyty przeciwko niej.
– Torba – warknął jeden z nich.
Oddała ją bez słowa. Nie miała wyboru. Widać na jej twarzy było napięcie, kiedy wpatrywała się w swoją torbę.
Drugi otworzył ją szeroko, wsunął rękę do środka i zaczął grzebać w zawartości. Błyskotki zabrzęczały o siebie. Paczka nabojów zaszeleściła. A potem – zatrzymał się.
Wyciągnął broń.
Cisza, która zapadła, była ciężka jak mokry beton. Strażnik uniósł pistolet na wysokość oczu, obracając go w dłoni jak ktoś, kto widział już zbyt wiele takich rzeczy, żeby się nimi przejmować – ale wystarczająco dużo, by wiedzieć, kiedy coś mu nie pasuje. Światło latarni odbiło się od lufy, rzucając na jego twarz zimny, metaliczny błysk.
– Ten model… – mruknął, bardziej do siebie niż do niej. – Rzadko kto takie nosi. I rzadko kto oddaje. - mężczyzna mówiąc to cicho, badał wzrokiem broń. Zerkał, obracał ją we wszystkie strony, a nawet palcem przejechał po startych numerach seryjnych.
Colette poczuła, jak jej ciało sztywnieje. Nie drgnęła. Nie mrugnęła. Każdy mięsień trzymała w ryzach, jakby od tego zależało, czy przeżyje kolejne pięć sekund.
– Skąd to masz? – zapytał w końcu, tonem ostrym jak szkło. Przełknęła ślinę czując, jak jej serce przyśpiesza bicie.
– Przyniosłam to na sprzedaż – odpowiedziała spokojnie, choć serce tłukło jej się jak oszalałe. – Po to tu przyszliśmy.
Strażnik nie odrywał od niej wzroku. Drugą ręką przesunął po lufie, jakby sprawdzał, czy broń nie jest jeszcze ciepła. Jakby szukał śladów, historii, której nie powinna opowiadać.
– Numery starte dawno – mruknął. – Ale ktoś ostatnio pytał o podobną sztukę. I nie wyglądał na kogoś, kto lubi, kiedy mu coś ginie.
To zdanie zawisło w powietrzu jak dym papierosowy.
Colette poczuła, jak jej żołądek zaciska się w supeł. Nie wiedziała, czy mówi o okolicy. O tamtym domu. O tamtym człowieku.
Strażnik spojrzał na Elijaha. Krótko. Oceniająco. Jakby sprawdzał, czy oboje kłamią w tym samym rytmie.
Potem z powrotem na nią.
– Jeśli to gorący towar, to nie wejdziecie – powiedział cicho, ale ostro. – A jeśli ktoś go szuka… to nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Colette poczuła, jak jej oddech przyspiesza, ale twarz pozostała nieruchoma. Wiedziała, że musi pozbyć się tej broni, zwłaszcza jeśli ktoś ją zaczyna szukać. Nie miała wiele czasu, więc musiała znów zaryzykować.
– Nie jest gorący – skłamała gładko. – Chcę się go pozbyć. Tyle. - dodała, chcąc wyjść na wiarygodną. Strażnik patrzył jeszcze chwilę. Za długo. Zbyt długo. Jakby ważył w głowie, czy bardziej opłaca mu się ich wpuścić, czy od razu zakopać. Wyjął z broni naboje, wyciągnął też paczkę z torby. Wszystko to schował do swojej kieszeni, a na koniec przeszył ostrym wzrokiem Colette jak i Elijaha.
W końcu wsunął broń z powrotem do torby i zatrzasnął ją jednym ruchem.
– Wchodzisz – rzucił, ale jego ton nie był już obojętny. Był ostrzeżeniem.
Colette odebrała torbę, czując, jak jej ręce lekko drżą. Nie od strachu – od ulgi, która była równie niebezpieczna. A potem przekroczyła próg magazynu, trzymając torbę blisko siebie, jakby była jedyną rzeczą, która trzyma ją jeszcze w pionie.

Elijah Nguyen-Lynskey
polej
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Przyjezdn*
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Whispers of life
Dancers don’t need wings to fly.
Delikatny i ledwo dostrzegalny uśmiech przemknął po jego twarzy. Może i nie rozluźniło to atmosfery na dobre, ale jakakolwiek rozmowa, która nie polegała tylko na kilku mruknięciach i skinieniach głową, była czymś, co przyjął teraz bez zastrzeżeń. Zdecydowanie wolał rozmawiać o bzdurach, niż kroczyć ku niepewnemu w całkowitej ciszy.
Kanapa to świetny pomysł, ale nie licz na Netflix & Chill – dodał po chwili z tym swoim zadziornym spojrzeniem i obniżonym głosem. Nigdy współlokatorki nie traktował w ten sposób i chyba nawet nie potrafił tak myśleć. Była dla niego bardziej jak ta średnio lubiana starsza o zaledwie rok siostra, która zawsze próbuje być dojrzalsza i inteligentniejsza niż on. Co prawda czasem trudno było się z tym nie zgodzić w ich duecie, bo on raczej preferował działać niż myśleć, ale nie był skończonym idiotą i zachowywał się dużo dojrzalej, niż sugerowałby jego wiek czy cięty język.

Uśmiech jednak zniknął niemal natychmiast, gdy dotarli pod magazyn.

Gdy kobieta zaczęła być przeszukiwana i następnie ochroniarz wyciągnął spluwę, zamarł na chwilę, nie wiedząc, co go bardziej zaskoczyło – posiadana klamka, czy to, że była unikatowa. Niemal natychmiast połączył kropki i już wiedział, że należała do gościa, którego niedawno ograbili. W środku jednocześnie gotował się ze złości, bo ta jedna zabrana rzecz mogła spierdolić im życie do końca ich dni, z drugiej zaś strony martwił się, czy cała ta sytuacja nie skończy się zaraz jakąś rzezią.
Chciał wtrącić się w rozmowę już na początku, ale zaczekał na pierwsze słowa Colette. Chciał się dowiedzieć, czym kobieta zamierzała się wybronić. Jej twarz była napięta, ale spokojna. Jego własne dłonie lekko drżały, choć trzymał je głęboko w kieszeniach kurtki.
Gorący czy nie, nie musicie go kupować – rzucił do typa przed sobą. W końcu, jeśli był to fant poszukiwany lub na tyle charakterystyczny, że bandziory nie chciały mieć z nim nic wspólnego, to przecież nie muszą podejmować się tego ryzyka. – Mamy dużo innego towaru, którym będziecie zainteresowani. Nierozsądnie byłoby nas nie wpuszczać. W końcu jesteśmy tutaj na zaproszenie.
Zaraz po tym odetchnął z ulgą. Nie miał problemu, z tym że dryblas zabrał amunicję. W końcu nawet nie powinni mieć ze sobą żadnej broni, a Marchand naraziła ich bez potrzeby. Co ona sobie myślała?

W końcu wpuścili ich do środka, ale atmosfera zrobiła się ciężka jak smog w azjatyckim mieście. Magazyn od środka wyglądał jeszcze gorzej niż z zewnątrz – wysokie, stalowe sklepienie, porozstawiane lampy warsztatowe rzucające ostre, zimne światło, zapach rdzy, smaru i papierosowego dymu. Wzdłuż ścian stały porozrzucane palety, skrzynie i metalowe regały, na których leżały rzeczy niewiadomego pochodzenia. W tle ktoś się śmiał, ktoś inny kłócił przez telefon. Tu i tam przemykały sylwetki ludzi, którzy udawali, że nie patrzą, ale obserwowali każdy ich ruch.
Dopiero gdy odeszli kawałek od ochroniarzy, gwałtownie odwrócił się do kobiety z nietęgą miną i wypalił na jednym oddechu:
Czy ciebie kurwa do reszty pojebało?! – nie oszczędzał na słowach. Cała zgromadzona złość, którą trzymał w sobie podczas przeszukiwania, znalazła ujście. – Już pal licho, że zabrałaś coś tak zajebiście rozpoznawalnego z tamtego domu, ale po jakiego chuja wzięłaś ze sobą amunicję? Liczyłaś, że cię z nią wpuszczą? Ja pierdolę. Myślałem, że masz trochę więcej rozumu.
Jego głos poniósł się po hali, przyciągając kilka spojrzeń. Ktoś odwrócił głowę, ktoś uniósł brew, ale nikt się nie wtrącił. W takich miejscach ludzie mieli własne problemy i wiedzieli, kiedy lepiej trzymać się z dala od cudzych spięć. Poczuł, jak serce bije mu mocniej – nie tylko ze złości, ale też z adrenaliny. Sam nie lubił tracić kontroli, a właśnie to się stało.
Odwrócił się na pięcie i ruszył dalej. Chciał mieć to już za sobą.

Szli przez kolejne korytarze magazynu, mijając prowizoryczne stanowiska handlowe, gdzie ludzie oglądali zegarki, telefony, części samochodowe, a nawet kartony z elektroniką. W końcu dotarli do głównego pomieszczenia – największej hali, gdzie odbywał się właściwy handel. W centrum stał stół z metalową lampą zwisającą nisko nad blatem. Za nim siedział mężczyzna z twarzą pokerzysty, który wyglądał, jakby widział już wszystko.
Bez słowa rzucił torby na blat. Materiał uderzył głucho o metal. Facet zaczął wyciągać kolejne fanty, oglądać je pod światło, ważyć w dłoniach, rzucać krótkie komentarze pod nosem. Azjata całkowicie zignorował Colette. Całą uwagę skupił na rzeczoznawcy – na ruchach rąk, na tonie głosu, na tym, jakie liczby padały.
Negocjacje zaczęły się szybko. Każdy przedmiot miał swoją cenę, każda cena była wyjściem do targów. Pochylał się lekko nad stołem, odpowiadał krótko, twardo, bez zbędnych emocji. Teraz liczyło się tylko jedno – zamknąć ten interes i wyjść stąd z pieniędzmi, zanim cokolwiek jeszcze zdąży się posypać.

Colette Marchand
Miejscow*
25 lat/a, 175 cm
kasjerka w City Donuts & Café
Awatar użytkownika
Whispers of life
Sprzedam donuty, coś ukradnę z mieszkania, ale dalej będę zadłużona...
Nie zatrzymała się od razu, kiedy Elijah wybuchł. Najpierw poczuła, jak coś w niej twardnieje, jakby ktoś wlał w żyły zimny beton. Dopiero po kilku krokach stanęła, ale nie odwróciła się do niego. Patrzyła przed siebie, w głąb hali, na ludzi, którzy udawali, że nie słyszą, choć każde jego słowo odbijało się od metalowych ścian jak metaliczny trzask.
Jej twarz pozostała nieruchoma. Ani brwi, ani usta, ani mięśnie szczęki nie zdradzały najmniejszej reakcji. Tylko dłoń zacisnęła się mocniej na pasku torby, aż zbielały jej knykcie — jedyny znak, że cokolwiek w niej drgnęło.
Nie odpowiedziała. Nie miała jak. Nie miała czym.
Każde zdanie, które przychodziło jej do głowy, brzmiało jak tłumaczenie, lecz widząc, jak ten się odwraca, to zdołała jedynie otworzyć usta bez wypowiedzenia ani jednego słowa.
Więc milczała.
Stała, słuchając jego słów — każde ostrzejsze od poprzedniego, każde trafiające w miejsce, którego nie chciała dotykać. Nie odwróciła głowy, kiedy ludzie zaczęli zerkać. Nie cofnęła się, kiedy jego głos podniósł się jeszcze bardziej. Nie próbowała go uciszyć ani uspokoić.
Pozwoliła, żeby to przeszło przez nią jak fala, która i tak nie ma gdzie uderzyć. W końcu nie cofnie czasu, a jedyne, co na razie straciła, to jebane naboje, o które on teraz robi jej awanturę.
Kiedy skończył, ruszyła dalej — bez słowa, bez spojrzenia, bez najmniejszego gestu, który mógłby wyglądać jak obrona. Jej krok był szybki, równy, jakby cała ta scena tylko utwardziła ją jeszcze bardziej. W środku jednak coś w niej drżało, jak cienka blacha pod uderzeniem wiatru.
Dogoniła go dopiero przy stole, gdzie rzeczoznawca kończył oglądać kolejne fanty. Stanęła obok, milcząca jak cień. Nie patrzyła ani na Elijaha, ani na mężczyznę za stołem — wbiła wzrok w jeden punkt na blacie, jakby próbowała utrzymać w ryzach coś, co chciało się wyrwać.
Elijah negocjował szybko, pewnie, jakby przed chwilą nie wydarzyło się absolutnie nic. Rzeczoznawca wyciągał kolejne przedmioty, oglądał je pod światło, obracał w dłoniach, czasem coś mruknął, czasem tylko skinął głową. Colette obserwowała ich obu, nie odzywając się ani słowem.

Kiedy mężczyzna sięgnął do jej torby i natrafił na broń, jej ciało zesztywniało. Nie tak, by ktoś z zewnątrz to zauważył — tylko tyle, by Elijah, gdyby spojrzał, wiedział, że to moment, którego się obawiała. Rzeczoznawca zatrzymał się na dłużej niż przy reszcie rzeczy. Nie podniósł broni od razu. Najpierw przyjrzał się jej uważnie, jakby próbował dopasować ją do jakiegoś obrazu w pamięci.

– Skąd to? – zapytał, patrząc prosto na nią. Colette uniósła wzrok, ale tylko na sekundę.
– Z domu – odpowiedziała krótko. Dostrzegła, że zmrużył oczy, niemalże świdrując ją swoim wzrokiem.
– Z którego domu? - usłyszała kolejne jego pytanie. Poczuła, jak w gardle zaschło, jak nie była w stanie znaleźć dobrego tłumaczenia. Nie odpowiedziała. Nie potrafiła. Nie miała żadnej wersji, którą mogłaby sprzedać. Jej milczenie było odpowiedzią samo w sobie.
Rzeczoznawca westchnął cicho, jak ktoś, kto właśnie potwierdził swoje podejrzenia.
– Ktoś pytał ostatnio o podobną sztukę – mruknął, bardziej do siebie niż do nich. – I nie wyglądał na człowieka, który lubi, kiedy mu coś ginie.
Poczuła, jak jej żołądek zaciska się w supeł. Nie drgnęła, nie mrugnęła — tylko patrzyła na blat stołu, jakby mogła w nim znaleźć jakąś odpowiedź. Czy to oznaczało, że kolejny dłużnik będzie ją szukać? Musi czym prędzej pozbyć się broni, ale teraz pojawił się kolejny problem. Ten człowiek wiedział, że ona go miała. I próbowała sprzedać.
Szlag.
Mężczyzna odłożył broń na bok, osobno, z wyraźnym dystansem. Nie włączył jej do stosu. Nie wycenił. Nie dotknął jej drugi raz.
– To zostaje – powiedział krótko. Skinęła głową, choć nikt o to nie prosił. To był jedyny ruch, na jaki mogła sobie pozwolić. Dostrzegła tylko, że jak zakończył przeglądanie jej fantów, zwrócił się do jednego z obecnych mężczyzn i coś mu szepnął. Widziała, jak przez moment ich spojrzenia się spotykają. Zerknęła na Eliaha krótko, ale czuła w myślach, że to nie jest nic dobrego. Niepewnie wzięła broń i szybko schowała do torby.

Elijah negocjował dalej, twardo, konsekwentnie, aż w końcu obaj doszli do kwoty dalekiej od idealnej, ale wystarczającej, by nie wyjść stąd z pustymi rękami. Przynajmniej tak słyszała, choć nie wiedziała, czy to były jej marzenia. Rzeczoznawca wsunął pieniądze w kopertę i położył ją na stole.
Colette nie dotknęła koperty nawet wzrokiem.
Wyszli z hali powoli, w milczeniu, mijając kolejne stanowiska, ludzi, skrzynie, lampy rzucające ostre światło. Atmosfera między nimi była ciężka jak powietrze przed burzą. Colette szła za Elijahem, nie chcąc iść pierwsza z tego magazynu. I tak czuła za sobą cudzy wzrok, który spoczywał na jej plecach.
Colette trzymała się kilka kroków za nim. Nie dlatego, że bała się iść obok. Dlatego, że nie wiedziała, co powiedzieć. A każde słowo, które przychodziło jej do głowy, brzmiało jak coś, co tylko pogorszyłoby sytuację.
Kiedy wyszli na zewnątrz, chłodne powietrze uderzyło ją w twarz. Zatrzymała się na moment, jakby potrzebowała sekundy, żeby złapać oddech.
Nie patrzyła mu w oczy — wzrok miała wbity w mokry asfalt, w odbicia świateł drżące przy każdym jej oddechu.
– Elijah… – zaczęła cicho, głosem, który brzmiał obco nawet dla niej. Przełknęła ślinę, czując, jak gardło ma suche jak papier.
– Mówiłeś że handluje, więc przygotowałam wszystko pod to. - To było wszystko, co była w stanie z siebie wydobyć. Może i była jej wina, że nic o broni nie wspomniała, ale teraz ona jakby wydawała się być czymś błahym. Zacisnęła palce na pasku torby, jakby to mogło ją ustabilizować.
– Po prostu… – zaczęła, ale słowa znów ugrzęzły jej w gardle. Zamilkła. Nie dlatego, że nie chciała mówić. Dlatego, że nie potrafiła powiedzieć nic więcej, co nie brzmiałoby jak kłamstwo.
Stała obok niego, wciąż z opuszczonym wzrokiem, z tą samą twardą twarzą, która nie pozwalała zajrzeć do środka. Ale jej głos — ten jeden, krótki, urwany — zdradził więcej, niż chciała.
A w środku…
W środku wszystko dudniło.

Elijah Nguyen-Lynskey
polej
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Przyjezdn*
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Whispers of life
Dancers don’t need wings to fly.
Choć nigdy nie był rekinem biznesu, poznał kryminał od backstage'u. Doskonale wiedział, że musiał twardo trzymać się swoich postanowień, nie wycofywać się, czy nie godzić się za łatwo na zaproponowaną cenę za towar. Wszystko to było widziane jako słabość, taką, którą najłatwiej wykorzystać. Jeśli mieli zarobić na zagrabionych fantach, musieli wycisnąć z handlarza jak najwięcej. To, ile uda im się zgarnąć, przy dobrych wiatrach, wystarczy na pokrycie długu i solidną sumkę do wpłacenia na konto oszczędnościowe.

Nie wtrącał się w negocjacje Colette z drugim bandziorem. Zaciekawił się tylko, gdy ten, jak ochroniarz wcześniej, zainteresował się bronią. Pokręcił tylko głową, wiedząc, jak bardzo jego współlokatorka dzisiaj utrudniła sobie życie. Wrócił szybko wzrokiem do kupca, z którym walczył o jak najlepszą cenę za drobną biżuterię, która, choć nie wyglądała okazale, była ładna i kolekcjonerska. Na pewno któraś dama chciałaby ją nosić na imprezach dla snobów.
Stał pochylony nad stołem, gdy facet wyciągał kolejne elementy świecidełek z worka – bransoletki, kolczyki, kilka pierścionków, łańcuszki. Niby drobnica, niby nic wielkiego, ale Elijah wiedział, że kolekcjonerskie sztuki potrafią kosztować więcej niż przeciętna miesięczna pensja mieszkańca tego miasta.
Złoto nie pierwszej próby – mruknął handlarz, ważąc w dłoni cienki łańcuszek. – I to stare zapięcie. Nikt tego nie będzie chciał.
Prychnął pod nosem.
Nie pierwszej próby, ale wciąż złoto. A zapięcie jest vintage – poprawił go chłodno. – Twoje klientki je uwielbiają. Zwłaszcza te, które udają, że mają gust.
Facet uniósł brew, jakby go to rozbawiło.
Dwa tysiące za całość.
Azjata parsknął cicho śmiechem.
Chyba żartujesz. Za sam ten pierścionek dostaniesz połowę tej kwoty. Trzy i pół.
Dwa i pół.
Trzy dwieście i nawet nie będę się kłócił o procent przy dalszej odsprzedaży – rzucił twardo, nie odrywając wzroku od mężczyzny.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. W magazynie gwar nieco przycichł, jakby ktoś podkręcił napięcie. Handlarz w końcu wzruszył ramionami.
Trzy tysiące.
Zawahał się teatralnie, jakby naprawdę kalkulował, choć w głowie już wiedział, że to uczciwa cena. Zamierzał jednak docisnąć mocniej.
Trzy tysiące sto i zamykamy temat.
Krótka pauza. Chwila zwątpienia. Na szczęście niepotrzebna.
Dobra.
Skinął głową, jakby to on robił mu łaskę. Gdy pieniądze wylądowały na blacie, przeliczył je szybko, mechanicznie. Gdy już zarobił, ile chciał, z lekką nadwyżką, podziękował mężczyźnie. Wrzucił gotówkę do jednej torby, a następnie przykrył ją drugą. Na górę wpakował jakieś bibeloty, by nikt nie podejrzewał niczego, gdyby gdziekolwiek musiał ją otworzyć.

Gdy oboje dobili targu i opchnęli większość przytarganych dobroci, ruszył do wyjścia pierwszy. Opanowany, stonowany, a przede wszystkim wkurwiony. Nie chciał rozmawiać z Marchand i nie zamierzał się odezwać pierwszy. Podkopała jego zaufanie do niej, co znaczyło dla niego więcej niż honor, czy przyjaźń. Będąc bandziorem, który musiał uważać na każdego w swoim życiu, zawsze zerkając przez ramię, czy ktoś nie chce wbić mu noża w plecy, cenił ludzi za szczerość i za wykładanie kart na stół. Ukrywanie czegokolwiek przed nim i to jeszcze tak istotnego, wiedząc, że wyjdzie to na jaw prędzej czy później, było dla niego jak siarczysty policzek.
Wyjście z magazynu ciągnęło się jak droga przez labirynt. Mijali te same skrzynie, te same palety, te same spojrzenia. Ktoś splunął na beton, ktoś inny rzucił im krótkie, oceniające spojrzenie. Drzwi z blachy zaskrzypiały, gdy je pchnął, a chłodne powietrze uderzyło w twarz jak kubeł zimnej wody wylany na głowę.
Po wyjściu z magazynu odetchnął z ulgą. Nabrał powietrza w płuca, jakby przez cały czas znajdując się w środku, wstrzymywał oddech. Oparł się nonszalancko o już od dawno niedziałającą latarnię i wyjął paczkę fajek. Nie palił za często. Prawie nigdy. Teraz jednak musiał się uspokoić. Wyciągnął ładnie grawerowaną zapalniczkę, wcisnął papierosa między zęby i zgrabnie go odpalił. Zaciągnął się mocniej, po czym wypuścił dym przez lekko zaciśnięte usta.

Wysłuchał jej. Niekoniecznie z uwagą, ale dał jej sposobność na wytłumaczenie się. Nie wykorzystała jej. Próbowała go wziąć na litość, czego nie znosił bardziej niż czarnej kawy.
Po prostu nie myślałaś – zaczął spokojnie, nie podnosząc jeszcze głosu. – Zabieranie tej spluwy z jego domu było głupim pomysłem, a przytarganie jej tutaj, wiedząc, że przykuje uwagę, kretyńskim.
Spojrzał na nią, zaciskając usta mocniej na filtrze od papierosa. Chciał wybuchnąć, ale jeszcze się powstrzymywał.
Do tej pory typ nie miał pojęcia, kto gwizdnął jego zabawkę i gdzie może ją znaleźć – zaczął powoli, tłumacząc jej sytuację, w jakiej się znalazła na własne życzenie. – Wystawiłaś mu się przepięknie. Nawet jeśli bandziory z tej meliny nas nie wkopią, a już na pewno nie podniosą na nas ręki, bo nie będą chcieli zadzierać ze Skorpionami, to anonimowy telefon nasz okradziony przyjaciel na pewno otrzyma.
Skończył palić szluga szybciej, niż by chciał. Zdeptał go energicznie przednią częścią buta, po czym ruszył w stronę Colette. Zatrzymał się może metr od niej.
Ja jestem czysty, bo tylko ściągałem z niego dług – pozostawał spokojny, ale w jego głosie można było wyczuć żal do kobiety. – Ty byłaś bezpieczna do czasu, gdy mi pomagałaś i kradłaś to, za czym rozpaczać nie będzie. Gang nie da ci ochrony. Będziesz miała kurewsko trudno pozbyć się tego gnata, a ja jestem za małym knypkiem w Skorpionach, by ci z tym pomóc. Zostałaś z tym sama.
Nie chciał owijać w bawełnę. Nie chciał dawać jej złudzeń, że to wszystko rozejdzie się po kościach. Prawda była brutalna – właściciel broni nie odważy się zadzierać z gangiem. To on zawalił, unikając spłaty, więc włamanie paradoksalnie wyszło mu na rękę. Zgłosi straty, pociągnie coś z ubezpieczenia i zamknie temat. Wilk syty, owca cała.
Ale z tą spluwą to była inna historia. Zbyt charakterystyczna, zbyt rzadka, by ktoś rozsądny chciał ją kupić bez zadawania pytań. A teraz jej właściciel wiedział już jedno – przez czyje ręce przeszła. I tego akurat tak łatwo nie odpuści.
Stał przed nią, w półmroku opuszczonej dzielnicy, z twarzą napiętą, ze spojrzeniem ostrzejszym niż zwykle. W jego głosie nie było już tylko złości. Było coś gorszego – rozczarowanie.

Colette Marchand
Miejscow*
25 lat/a, 175 cm
kasjerka w City Donuts & Café
Awatar użytkownika
Whispers of life
Sprzedam donuty, coś ukradnę z mieszkania, ale dalej będę zadłużona...
Stała naprzeciw niego, słuchając do końca. Nie odwracała wzroku, nie szukała ucieczki. Przyjmowała każde jego słowo jak raport z pola bitwy, w którym to ona była stroną winną. Nie próbowała się bronić — wiedziała, że nie ma czym.
– Wiem. Spieprzyłam to – powiedziała w końcu, głosem pozbawionym drżenia. Nie było w tym ani prośby, ani tłumaczenia. Tylko fakt.
Zacisnęła dłoń na pasku torby. Broń w środku ciążyła jej jak dowód rzeczowy, którego nie da się zignorować. Wiedziała, że to ona sprowadziła na siebie kłopoty. Wiedziała też, że Elijah miał pełne prawo być wściekły.
– Nie zrobiłam tego przeciwko tobie
– dodała po chwili. – Nie chciałam cię w to wciągać. Wzięłam, schowałam. Moja decyzja — mój problem, jak zauważyłeś. - Powiedziała to spokojnie, rzeczowo. Bez emocjonalnych ozdobników. Jeśli miał ją zrozumieć, to tylko w takiej formie.
Zapadła krótka cisza. Colette nie ruszyła się z miejsca. Zbierała myśli jak ktoś, kto musi podjąć decyzję operacyjną, a nie osobistą.
– Musimy stąd iść – powiedziała w końcu. – Nie ma sensu stać tu dłużej. - oznajmiła. Byli po spotkaniu, teraz nie wiadomo, ile mogli mieć obserwatorów przez jej wybryk.
To nie była ucieczka. To była ocena sytuacji: miejsce było odsłonięte, zimne, pełne oczu, które mogły patrzeć z okien lub zza kontenerów. Lepiej było ruszyć.
Zrobiła krok w bok, wskazując kierunek, ale nie odchodząc. Czekała, aż on ruszy pierwszy.
– A broni się pozbędę – dodała twardo, jakby składała raport. – Sama. Tak, żeby nikt nie mógł tego połączyć z tobą. - Jej ton pozostał rzeczowy, konkretny, jakby mówiła o czymś, co już zaplanowała.
To nie była propozycja.
To była decyzja.

- Chcesz, wlicz to w raty, które spłacam. Dziś i tak tej broni tu nie sprzedam. Za duży chaos w mieście, żeby cnotliwe dusze przetrwały dłużej niż kilka godzin. I tak… – spojrzała na niego twardo, bez uciekania wzrokiem. – Może będę na ich świeczniku. Nie wiem. Nie dasz rady pomóc — okej. Coś będę kombinować. To nie pierwszy raz, kiedy zostaję sama. - Pokręciła głową, bardziej z niedowierzaniem niż żalem. Sytuacja znów obracała się przeciwko niej. Znów zrobiła coś wbrew sygnałom, znów grupa się wycofywała, znów zostawała sama z konsekwencjami. I znów ktoś pewnie zacznie jej szukać — żeby odzyskać, a może i dobić.
– Fantastycznie – mruknęła pod nosem. – Może od razu powinnam sobie przygotować stryczek, kurwa... - Dopiero teraz zaczynało do niej docierać, w jak popierdolonej sytuacji się znalazła.
Bez wyjścia, bez wsparcia.
Może Isobel coś wymyśli. Może da się ukryć pewne detale. Może.
– Te pierdolone miasto nigdy nie da spokoju… – dodała, już ciszej, ale wystarczająco głośno, by Elijah to usłyszał. Stała obok niego, gotowa ruszyć, ale nie odchodząc ani o krok bez jego sygnału. Nie uciekła. Nie próbowała się wymknąć z sytuacji.

Elijah Nguyen-Lynskey
polej
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Przyjezdn*
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Whispers of life
Dancers don’t need wings to fly.
Nie wierzył w jej słowa. Nie po tym, jak zabrała gnata na handel, wiedząc, że to będą kłopoty. Już mniej się martwił samym właścicielem oraz unikatowością pistoletu, ale zabranie pestek ze sobą, gdy handlujesz z kimś niebezpiecznym, to była zwykła głupota. Błąd kogoś, kto dopiero zaczynał w tym biznesie, okradł pierwsze miejsce w jego życiu. Colette nie była świeżakiem. Miała łeb na karku, a mimo to zrobiła coś tak głupiego. Teraz gdy już nie było jak uratować sytuacji, próbowała przepraszać i się kajać. Jaki w tym miała cel? Nie dało się już odkręcić tego burdelu.
Stał naprzeciw niej, z ramionami skrzyżowanymi na klatce piersiowej, jakby fizycznie chciał odgrodzić się od tej popapranej sytuacji. Słyszał w jej głosie rzeczowość, chłód, ten specyficzny ton raportu, który tak często przybierała, kiedy emocje zaczynały wymykać się spod kontroli. I może właśnie to go wkurwiało najbardziej. Że mówiła o tym, jakby chodziło o źle wyliczoną kasę, a nie o coś, co mogło im rozjebać życie.
Przyjechałaś tu ze mną. Wciągnęłaś mnie w to świadomie, pakując tę spluwę do torby i wychodząc z nią z mieszkania – warknął z żalem.
Nie podnosił głosu, ale był na granicy. Nie mogła być przecież na tyle naiwna, by tego nie łapać. Przyszła razem z nim i trzymali się razem. Wiadomo, że od razu każdy ją z nim połączył. Nawet jeśli nie wiedział o klamce i wyglądał na zaskoczonego, nie pomagało mu to w tej sytuacji. Może nawet gorzej – stawiało go to w niezręcznej sytuacji, w której musiał przyznać przed wszystkimi, że nie zna za dobrze ludzi, z którymi pracuje i nie może im ufać. A zaufanie było w ich świecie walutą cenniejszą niż gotówka, którą przed chwilą schował do torby.

Gdy wspomniała, że muszą się stąd zmywać, miał już zrobić krok w stronę szopy, gdzie zostawił motocykl. Zimne powietrze wdzierało się pod kurtkę. Miał dość tego miejsca, tych spojrzeń, tego uczucia, że ktoś zza brudnej szyby notuje każdy ich ruch. Ale oczywiście musiała jeszcze coś dodać.
Zatrzymał się w pół kroku. Przymknął na moment oczy i wziął głęboki wdech. Powietrze było ciężkie, wilgotne, pachniało rdzą i starym olejem. Kopnął leżącą przy krawężniku deskę tak mocno, że odbiła się z głuchym trzaskiem od metalowego kontenera.
Na to chyba jest już za późno, nie uważasz? Na plecach wisi mi tabliczka: ten frajer, który przylazł tu z tą głupią, co próbowała wnieść poszukiwaną spluwę i to jeszcze naładowaną ostrą amunicją – był cyniczny i szorstki.
Nie potrafił w słowach wyrazić swojego żalu. Potrzebował się wyładować. Najlepiej na parkiecie. W jakiejś piekielnie trudnej choreografii, która zmęczy go tak, że gdy runie na łóżko, to zaśnie w pięć minut. Czuł, jak adrenalina krąży mu w żyłach, jak mięśnie napinają się niepotrzebnie, jakby szykował się do bójki.
Nie zamierzał komentować tematu rat. W dupie miał, jak sobie z nimi poradzi. Musi zapłacić. Inaczej sprzeda jej dług komuś znacznie gorszemu, kto nie będzie tolerował żadnych opóźnień. To nie była groźba, tylko brutalny fakt rzucony w twarz.
Prychnął tylko na komentarz o tym, że została sama. Nie zamierzał ryzykować swoją bezpieczną pozycją w gangu ani życiem, by jej pomagać. Deal mieli prosty – ona mu pomaga się włamać, a w zamian może złapać tyle fantów, by starczyło jej na ratę i jeszcze sporo do kieszeni. Jeśli zamiast zgarniania prostego łupu skupiła się na zawłaszczeniu sobie czegoś, co spierdoli jej życie, to był tylko i wyłącznie jej problem.
Nowy Orlean to gówniane miejsce do życia, szczególnie dla takich ludzi jak my. Tym razem jednak sama przystawiłaś sobie spluwę do skroni – celowo rzucił tym porównaniem. Nie zamierzał być pobłażliwy ani współczujący. Chciał jej dojebać. Zasłużyła sobie na to. – Zmywajmy się. Chcę mieć ten dzień już za sobą.

Ruszył pierwszy. Szybkim krokiem, bez oglądania się, czy nadąża. Cisza między nimi była gęsta, ciężka, pełna niewypowiedzianych pretensji. Odprowadził ją do punktu, przy którym się spotkali. Wtedy spojrzał na nią raz jeszcze, z miną krzyczącą o braku zrozumienia dla jej czynów. Nie było w tym ciepła. Nie było pobłażliwości. Było zmęczenie i zawód.
Odwrócił się i ruszył w stronę swojej maszyny. Motocykl stał w półmroku szopy, jakby cudem uniknął rozebrania na części pierwsze przez miejscowych amatorów cudzej własności. Przesunął dłonią po baku, jakby sprawdzał, czy wciąż jest cały. Metal był wyczuwalnie zimny pod palcami.
Założył kask, wsunął kluczyk do stacyjki i przekręcił go zdecydowanym ruchem. Silnik zaryczał, najpierw nisko, potem coraz głośniej, aż wibracje przeszły mu przez ramiona. Opona zapiszczała krótko na mokrym asfalcie, a potem ruszył. Nie zamierzał wracać jeszcze do mieszkania. Postanowił od razu skierować się w stronę meliny. Może nawet spotka w niej kogoś, kto pomoże mu obalić kilka butelek taniego piwa, by choć na moment zapomnieć o tym dniu pełnym niepotrzebnych wrażeń.

z/t x2
Colette Marchand
ODPOWIEDZ

Wróć do „Gauche Crescent”