002
początek marca
Wstał z miejsca przy stole roboczym, żeby zapalić światło. O tej porze zatapiające się zwolna w półcieniu wnętrze sklepu chłonęło łapczywie ostatni blask, płynący jaskrawo od ulicy i z zaplecza. Strugi słońca nieprzechwycone przez wzrastające na baczność, grodzące aleję drzewa zaginały się na posadzce przed szerokim oknem wystawy; ich żyły złociły się torując sobie drogę między starymi półkami i uniesionym z nich kurzem. Z uchylonego na tyłach okna dobiegał pomruk ulicznego gwaru stępiony przez igrające z nim, błądzące między ścianami budynków echo.
Nie wrócił do swoich zajęć od razu. Pozwolił migotającym nerwowo lampom rozjarzyć się w pełni a myśli uciec ku regałowi ciągnącemu się po przeciwległej ścianie od drzwi aż do szafek za ladą.
Zegar stał wciśnięty w odległy kąt gabloty, pośród lśniących podobnie tarcz pokrewnych mechanizmów, spoglądających zza przemglonego smugami szkła, niby zwierzęce ślepia wychylające się z ciemności. Tkwił milczący na miejscu, w które go odstawił, a jednak Alcé w mimowolnym, uporczywym odruchu wędrował ku niemu wzrokiem sponad blatu, jak gdyby wątpił, że znów go tam zastanie. Jakkolwiek śmieszna nie byłaby to myśl, gryzł się z zaległym z tyłu głowy niepokojem – zawieszonym nad umysłem przeczuciem, że kiedy spojrzy ku niemu po raz kolejny, odkryje, że umykał mu dotąd jakiś szczegół, detal pozornie nieistotny jeszcze wczorajszego popołudnia a teraz świadczący o niekompletności pracy, brakującym elemencie, którego nie będzie miał już okazji uzupełnić.
Nie miewał podobnych wątpliwości od lat – odkąd narzędzia pewniej leżały mu w dłoniach, wyćwiczonych godzinami pieczołowitego skręcania i zestawiania części, odkąd spojrzenie nabrało zrozumienia dla ruchu przekładni, zaprawione w tej umiejętności każdą kolejną z prób, o których świadczyła dotąd kolekcja mechanizmów zepsutych i naprawionych. Z równie opornymi zegarami spotykał się od czasu do czasu, na ogół jednak drażniły go, gdy postawiwszy przed nim wyzwanie, rozpalały upór wobec majaczącej ledwie perspektywy, że mógłby im nie podołać. Ten irytował go na obcy sposób – bliższy zagadce, która chociaż została rozwiązana, nie przestawała poddawać pod rozważenie alternatywnych odpowiedzi. Kiedy odstawiał go na bok, mógł więc sądzić, że zrobił, co do niego należało, a jednocześnie świerzbiła go zaległa pod skórą ciekawość. Nawet jeśli dziwny pojawiający się i znikający niepokój byłby tylko przywidzeniem, pożółkła etykieta trzymająca się spodu drewnianej obudowy na stwardniałej warstwie starego kleju była aż nazbyt namacalna. Tak samo jak wypisane na niej jego własne nazwisko.
Nicaud nabrał po tym odkryciu przekonania, że historia zegara była częścią mechanizmu równorzędną przywróconym do sprawności trybikom. W chwili jednak, gdy tamte na nowo rozbrzmiewały miarowo w trzewiach przekładni, jedynym pewnym jej punktem, do którego udało mu się dojść, był niezaprzeczalny odcisk dłoni jego dziadka w poprzedniej renowacji. Miał wobec tego dopiero przełknąć poczucie, że wykonał jedynie połowę zadania.
Rozległ się dźwięk dzwonka i na moment w sklepie rozlało się ożywienie pobliskiej alei: niezrozumiałe słowa rozmowy toczonej podniesionym głosem, odgłos pary ciężkich butów na bruku przerwany ostrym piskiem klaksonu. Odwrócił się za siebie i skinął głową, gdy napotkał wzrok Amorego.
— Zaraz go przyniosę.
Zawias starych drzwi gabloty zaskrzypiał nisko, gdy je otwierał. Odpowiedziały mu chwilę później pociemniałe deski parkietu uginające się pod jego krokami, kiedy zbliżał się do lady. — Wymieniłem sprężynę — stwierdził, kładąc tykający cicho zegar przed Contim — i oczyściłem mechanizm. Jeśli chodzi o skrzynkę, jak już powiedziałem ostatnio, zrobiłem co się dało, żeby ją zabezpieczyć. — Cokolwiek spotkało zegar w przeszłości, drewno wyszło z tych perypetii naznaczone głębiej niż pośniedziały mosiądz.
Amore Conti



