ODPOWIEDZ
Miejscow*
27 lat/a, 181 cm
czeladnik zegarmistrza w Nicaud Clocks&Watches
Awatar użytkownika
Whispers of life
They were all enamoured with the idea of progress and believed that whatever was new must be superior to what was old. As if merit was a function of chronology! ~ Piranesi, S. Clarke
002
początek marca

Wstał z miejsca przy stole roboczym, żeby zapalić światło. O tej porze zatapiające się zwolna w półcieniu wnętrze sklepu chłonęło łapczywie ostatni blask, płynący jaskrawo od ulicy i z zaplecza. Strugi słońca nieprzechwycone przez wzrastające na baczność, grodzące aleję drzewa zaginały się na posadzce przed szerokim oknem wystawy; ich żyły złociły się torując sobie drogę między starymi półkami i uniesionym z nich kurzem. Z uchylonego na tyłach okna dobiegał pomruk ulicznego gwaru stępiony przez igrające z nim, błądzące między ścianami budynków echo.
Nie wrócił do swoich zajęć od razu. Pozwolił migotającym nerwowo lampom rozjarzyć się w pełni a myśli uciec ku regałowi ciągnącemu się po przeciwległej ścianie od drzwi aż do szafek za ladą.
Zegar stał wciśnięty w odległy kąt gabloty, pośród lśniących podobnie tarcz pokrewnych mechanizmów, spoglądających zza przemglonego smugami szkła, niby zwierzęce ślepia wychylające się z ciemności. Tkwił milczący na miejscu, w które go odstawił, a jednak Alcé w mimowolnym, uporczywym odruchu wędrował ku niemu wzrokiem sponad blatu, jak gdyby wątpił, że znów go tam zastanie. Jakkolwiek śmieszna nie byłaby to myśl, gryzł się z zaległym z tyłu głowy niepokojem – zawieszonym nad umysłem przeczuciem, że kiedy spojrzy ku niemu po raz kolejny, odkryje, że umykał mu dotąd jakiś szczegół, detal pozornie nieistotny jeszcze wczorajszego popołudnia a teraz świadczący o niekompletności pracy, brakującym elemencie, którego nie będzie miał już okazji uzupełnić.
Nie miewał podobnych wątpliwości od lat – odkąd narzędzia pewniej leżały mu w dłoniach, wyćwiczonych godzinami pieczołowitego skręcania i zestawiania części, odkąd spojrzenie nabrało zrozumienia dla ruchu przekładni, zaprawione w tej umiejętności każdą kolejną z prób, o których świadczyła dotąd kolekcja mechanizmów zepsutych i naprawionych. Z równie opornymi zegarami spotykał się od czasu do czasu, na ogół jednak drażniły go, gdy postawiwszy przed nim wyzwanie, rozpalały upór wobec majaczącej ledwie perspektywy, że mógłby im nie podołać. Ten irytował go na obcy sposób – bliższy zagadce, która chociaż została rozwiązana, nie przestawała poddawać pod rozważenie alternatywnych odpowiedzi. Kiedy odstawiał go na bok, mógł więc sądzić, że zrobił, co do niego należało, a jednocześnie świerzbiła go zaległa pod skórą ciekawość. Nawet jeśli dziwny pojawiający się i znikający niepokój byłby tylko przywidzeniem, pożółkła etykieta trzymająca się spodu drewnianej obudowy na stwardniałej warstwie starego kleju była aż nazbyt namacalna. Tak samo jak wypisane na niej jego własne nazwisko.
Nicaud nabrał po tym odkryciu przekonania, że historia zegara była częścią mechanizmu równorzędną przywróconym do sprawności trybikom. W chwili jednak, gdy tamte na nowo rozbrzmiewały miarowo w trzewiach przekładni, jedynym pewnym jej punktem, do którego udało mu się dojść, był niezaprzeczalny odcisk dłoni jego dziadka w poprzedniej renowacji. Miał wobec tego dopiero przełknąć poczucie, że wykonał jedynie połowę zadania.
Rozległ się dźwięk dzwonka i na moment w sklepie rozlało się ożywienie pobliskiej alei: niezrozumiałe słowa rozmowy toczonej podniesionym głosem, odgłos pary ciężkich butów na bruku przerwany ostrym piskiem klaksonu. Odwrócił się za siebie i skinął głową, gdy napotkał wzrok Amorego.
Zaraz go przyniosę.
Zawias starych drzwi gabloty zaskrzypiał nisko, gdy je otwierał. Odpowiedziały mu chwilę później pociemniałe deski parkietu uginające się pod jego krokami, kiedy zbliżał się do lady. — Wymieniłem sprężynę — stwierdził, kładąc tykający cicho zegar przed Contim — i oczyściłem mechanizm. Jeśli chodzi o skrzynkę, jak już powiedziałem ostatnio, zrobiłem co się dało, żeby ją zabezpieczyć. — Cokolwiek spotkało zegar w przeszłości, drewno wyszło z tych perypetii naznaczone głębiej niż pośniedziały mosiądz.
Amore Conti
Ostatnio zmieniony sob 07 mar 2026, 23:43 przez Alcé Nicaud, łącznie zmieniany 1 raz.
pseudo_swetoniusz
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
23 lat/a, 173 cm
pielęgniarz w Univ Medical Centre
Awatar użytkownika
Whispers of life
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
   Lubił słuchać opowieści babki. Kobieta miała niesamowity talent, do snucia historii w taki sposób, że chciało się jej słuchać. Nawet najbardziej banalne opowieści potrafiły przykuć uwagę Amore, jednak najbardziej lubił słuchać o tym, co działo się z miastem na przestrzeni dekad. Przemiany społeczne i ekonomiczne były czymś, co interesowało chłopaka, bo wiedział doskonale, że wpływały one na wszystko i na rozwój miasta. A Amore kochał Nowy Orlean i wszystko, co było z nim związane, chociaż jego historia nie zawsze była piękna.
   Pomieszkując z babką, był przyzwyczajony do jej gawędzenia i rozpamiętywania przeszłości. Z pozoru staruszka mogła wydawać się słabowitą i ekscentryczną osobą, bo taka właśnie była. Interesowała się wszystkim, co ją otaczało i niemal każdego miesiąca znajdowała kolejną rzecz, nad którą mogłaby się pogłowić. Amore czasami uważał, że wynikało to z tego, że była samotna i nie miała co robić ze swoim życiem, bo tego jej nie brakowało. Pojawiały się wiec kolejne hobby, kolejne umiejętności, które zaczynała, ale nie potrafiła dokończyć. Uwielbiał w kobiecie jej słomiany zapał, bo dzięki temu niemal zawsze zachowywała się jak mała dziewczynka, która znalazła nową zabawkę. Istniało jednak coś, czego babka chłopaka pilnowała i trzymała blisko, nie przestając się tym interesować – magia i historia. Prowadziła swoje dzienniki, w których zapisywała obserwacje i przemyślenia, i które Conti czytywał, gdy ta mu pozwoliła. Babcia stała się dla chłopaka mentorką, gdy on sam rozpoczął swoją podróż w odkrywanie paranormalnej strony życia. I wydawało mu się również, że była ona jedyną osobą, do której mógł udać się po pomoc w sprawie związanych z jego przypadłością, chociaż sama nie posiadała podobnego daru. Wystarczyło mu, że starała się być dla niego wsparciem. Dlatego on również chciał w jakiś sposób wesprzeć staruszkę. I właśnie dlatego zdecydował się wziąć na siebie naprawę starego zegara, który posiadała.
   U zegarmistrza pojawił się tuż po zakończeniu pracy. Delikatnie otworzył drzwi, przypominając sobie, że poprzednim razem, gdy się tutaj pojawił, otworzył drzwi zbyt mocno, co spowodowało, że zaczął się bać, że dzwonek odpadnie.
   Pomieszczenie przywitało go przyjemnym półmrokiem. Zachodzące Słońce wpuszczało przez okna pomarańczowe promienie, które w swoim ślimaczym tempie przesuwały się po zgromadzonych wewnątrz rzeczach. Pielęgniarz rozejrzał się dookoła, szybko słysząc zbliżające się kroki, w których kierunku się odwrócił. Poczekał chwilę, aż krokom zacznie towarzyszyć sylwetka mężczyzny. Uśmiechnął się do niego przyjaźnie i kiwnął lekko głową na powitanie.
    – Nie ma pośpiechu – powiedział, zamykając drzwi, ucinając tym samym odgłosy ulicy. Nowy Orlean tętnił życiem i życie to starało się wedrzeć w każdą przestrzeń, w której go nie było. – Nie chcę, żeby wyglądał jak nowy, więc nie przeszkadza mi to – przyznał. Zegar był stary, więc Amore nie chciał nawet słuchać o przywracaniu zegara do pierwotnego czasu. Otworzył usta, chcąc dodać coś jeszcze, lecz właśnie w tej chwili dostrzegł dziwne zafalowanie powietrza przy ramieniu mężczyzny, z którym rozmawiał. Zjawisko optyczne przypominało to, co działo się z rozgrzanym powietrzem, unoszącym się nad asfaltem w bardzo upalny dzień – wibrowało i falowało. Przeciągnął spojrzeniem w tamtą stronę, a powietrze zaczęło stawać się coraz bardziej widzialne, niemalże namacalne, by w końcu przybrać postać lekko opalizującej sylwetki, która pozbawiona była wyraźniejszych detali, ale bez wątpienia była ludzką.
    Zamurowało go. Widok ducha nie powinien zrobić na nim wrażenia, jednak nie spodziewał się, że napotka jakiegoś w tym miejscu. Nie był specjalistą, jeśli chodzi o bycie medium, bo nowych rzeczy uczył się niemal każdego dnia. Zdążył już jednak zauważyć, że duchy nie pojawiały się od tak, jeśli nie miały ku temu powodu. Zazwyczaj były one związane z osobami, miejscami lub przedmiotami. Problem polegał jednak na tym, że duch, który teraz się pojawił, nie był uprzednio związany z nikim i niczym, co znajdowało się w tym miejscu, bo przecież Amore by go zauważył. Duchy lubiły być zauważane, chociaż nie zawsze tego chciały. Wziął głęboki wdech, starając się zignorować zjawę, więc przeniósł wzrok na zegar, na którym oprócz dłoni Alcé spoczywała również kolejna, półprzezroczysta.
    – Można powiedzieć, że taki zegar ma duszę – zaśmiał się, ale śmiech szybko ugrzązł mu w gardle. Odchrząknął więc i potarł kark, co robił zawsze, gdy czuł obecność ducha. – Podczas pracy na nim, zauważyłeś coś dziwnego, co przykuło twoją uwagę? – starał się go wypytać. – Moja babka nigdy o nim nie mówiła, ale wiem, że jest dla niej bardzo ważny, więc trochę mnie to zdziwiło, że nie słyszałem o nim żadnej historii.

Alcé Nicaud
Miejscow*
27 lat/a, 181 cm
czeladnik zegarmistrza w Nicaud Clocks&Watches
Awatar użytkownika
Whispers of life
They were all enamoured with the idea of progress and believed that whatever was new must be superior to what was old. As if merit was a function of chronology! ~ Piranesi, S. Clarke
Dziadek był kolekcjonerem; zbieractwo zdawało się odciskać w jego naturze wyraźniej, niż oczekiwałby od niego obrany fach, mocniej z pewnością niż znaczyło się w rozbrzmiewającej żywym tembrem radości ojca, gdy ten wracał do warsztatu z kasetką pełną stłoczonych w połyskliwym nieładzie części mechanicznych i krzesał z siebie zapał, by opowiadać o nich, jak gdyby były żywymi istotami, okrytymi tylko pancerzem z mosiądzu. Zbieractwo nie wymagało od dziadka podobnego wysiłku, przytrafiało mu się raczej niż stanowiło umyślne zamierzenie. Kiedy siadali przy kuchennym stole – jak zdarzało się często, gdy był dzieckiem, i jak bywało do teraz – a Stary Nicaud pochwycił już pierwszy pretekst do snucia gawędy, Alcé wyobrażał sobie, że roztaczająca się powoli między ich dwójką opowieść była wobec tego dla mężczyzny koniecznym zwieńczeniem tamtego zajęcia – porządkowaniem kolekcji miejsc, twarzy i historii.
Dziadkowe katalogi rządziły się przy tym własnymi prawami – pamiętał o tym lepiej, gdy był chłopcem i chłonął podobne historie z przebłyskiem łapczywej ciekawości uczepionym u źrenic – płynęły własnym rytmem i nie dawały się pogonić. Gdy pytał go o zegar, okazał się zbyt niecierpliwy. Patrzył na myślącego nad odpowiedzią starca z natarczywym wyczekiwaniem, jak gdyby obawiał się, że w przeciwnym razie pamięć o renowacji sprzed lat wymknie się im, nie pozostawiając za sobą tropów. Jak na kogoś, kto pracuje z zegarami, łatwo zapominasz, że pewne kwestie wymagają czasu, odpowiedział mu Stary Nicaud – tuż przed tym, jak kolejne wspomnienie przesłoniło mu wzrok i pokierowało dalej opowieścią – i na moment jego głos nabrał uszczypliwej złośliwości. Wystarczyła, by Alcé zapomniał o formułującym się dopiero na języku pytaniu.
Nie dowiedział się tego, co chciał odkryć najbardziej. Rozmowa z dziadkiem zostawiła go z rozproszonymi urywkami obrazów z przeszłości: farbą schnącą dopiero na szyldzie warsztatu, pustą przestrzenią między oknem a zapleczem, w której zatańczyć miał dopiero kurz, targiem staroci sprzed lat. Nie potrafił rozpoznać w nich całości, jedynie pojedyncze zarysy, niewiele wyraźniejsze niż zacienione kontury po przeciwnej stronie ulicy, gdy wyszedł tamtego wieczora na ganek i stał wsparty o ścianę aż zmierzch ustąpił granatowej nocy. Dziadek stwierdził, że w końcu sobie przypomni. Alcè próbował zrozumieć, dlaczego wydawało mu się to tak żywotnie istotne.
Kiedy Amore przekraczał po raz kolejny próg sklepu, Nicaud nie mógł powiedzieć, że zbliżył się do sensownych wniosków. W ostateczności myślał jednak o rozmowie, jak o pożegnaniu – z pytaniami, z łamigłówką pochodzenia zegara, rozpoczynającą się gdzieś na pchlim targu, z palącą ciekawością, której nie potrafił z siebie zrzucić.
Możesz uznać to za rodzaj środka ostrożności — odparł, wspierając się na blacie. Krążył wzrokiem wokół detali, w które ktoś kiedyś pieczołowicie ukształtował drewno i wyobrażał sobie, jak wyglądały wówczas. — Ludzie czasem oczekują, że na koniec nie da się poznać odciśniętego w drewnie czasu. — Wiedział, że istniał w jego pracy balans, proporcja między tym, co nowe a tym, co pozostawili po sobie jego poprzednicy. Równowagi nie dało się jednak wpisać w kodeks zasad, zawrzeć w zgrabnych wartościach liczbowych. Leżała gdzieś między wiedzą a intuicją w oczach i w dłoniach. — Nie mam nic przeciwko patynie tak długo, jak nie wpływa na funkcjonowanie mechanizmu.
W spojrzeniu mężczyzny – odległym nagle, zawieszonym gdzieś w przestrzeni za jego plecami – dostrzegł odbicie własnego niepokoju, który rozszedł się teraz po karku i w dół kręgosłupa. Czuł jak w mięśniach tężeje impuls, by zwrócić się do tyłu, jak staje się ciężki, zawisa nad ramionami i szyją. Nie odwrócił się. Nie znalazłby tam niczego nieznajomego: ani wśród starych półek, ani na tarczy dużego ściennego zegara, którego wskazówki wskazać miały niedługo zapowiedziany już przez uciekające dzienne światło koniec pracy.
Tak — odparł powoli, przeciągając głoski, jakby usiłował ukryć własne zamyślenie. Mechanizm niewiele różnił się od tysięcy innych, jego naprawa podążała szeregiem kroków znanej mu dobrze rutyny. Odczuwał wiercącą irytację nie dlatego, że cokolwiek poszło nie po jego myśli, a dlatego, że wciąż spodziewał się, że pójdzie. Nie wiedział, jak miałby to wyjaśnić Contiemu. — Wszystkie zegary mają duszę — dodał po chwili, odzyskując trochę z wcześniejszej żywiołowości. Skupił uwagę na porastających boki zegara prostych drewnianych zdobieniach, ukrywających w meandrującym detalu ślady uszkodzeń. Przez środek korony przechodziła twarda linia załamania między dwoma kawałkami drewna – celowo odróżniająca pierwotny materiał skrzynki od późniejszej renowacji. — Mój dziadek próbował odtworzyć uszkodzony fragment zwieńczenia… ale nie jestem pewien, czy miał on być symetryczny. — Przez moment zawahał się, potem odtrącił irracjonalność przeczucia i jakąkolwiek próbę zamknięcia go w słowa. — Podejrzewam, że nie to miałeś na myśli.

Amore Conti
pseudo_swetoniusz
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
23 lat/a, 173 cm
pielęgniarz w Univ Medical Centre
Awatar użytkownika
Whispers of life
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
   We wnętrzu spokojnego dotąd pomieszczenia, nagle zrobiło się ciaśniej. Amore poczuł się, jakby powietrze zaczynało gęstnieć i oblepiać go. Było to dziwne uczucie, którego wcześniej nie czuł nigdy podczas kontaktu z duchami. Wiedział jednak, że każdy duch niósł ze sobą swoje własne odczucia i emocje. Zdążył nauczyć się, że duchy były nieprzewidywalne i że nie kierowały się żadnymi konkretnymi zasadami. Owszem, można było rozpoznać kilka schematów, które wydawały się mieć sens, jednak trzeba było nabyć odpowiedniego doświadczenia, by to wszystko zrozumieć i nauczyć się rozpoznawać. I nie, nie było to jak w filmach, że z duchami można było porozmawiać, jak z normalnymi, żywymi ludźmi. Amore czasami tylko słyszał głosy i zawsze należały one do duchów, które towarzyszyły mu od dłuższego czasu – duch dziadka, który zawsze pojawiał się w fotelu, gdy tylko słońce chyliło się ku zachodowi albo duch ojca, który manifestował się przy grobie, w którym zostały złożone jego szczątki. Oni rozmawiali, co Amore odbierał jako znak, że mężczyźni, którzy nie mogli już pełnić roli opiekunów w ziemskim życiu, starali się mu pomagać zza drugiej strony. Conti nie był wierzący, więc to właśnie dusze dziadka i ojczyma uważał za swoich aniołów stróżów. Zazwyczaj jednak duchy pojawiały się, robiły dziwne rzeczy, których znaczenia trzeba było się domyślić (chociaż rzadko się to udawało zrobić), poruszały bezdźwięcznie ustami albo wpatrywali się w niego, jakby chcieli, by Conti wyczytał z ich myśli, o co im chodzi. Duchy były w jego opinii najlepszymi mistrzami zagadek, jakich tylko można było znaleźć.
   Próbował kiedyś to wszystko zrozumieć i poukładać. Prowadził swoje notatki na temat kontaktów z duchami, z myślą, że dzięki temu będzie mu łatwiej się we wszystkim odnaleźć. Szybko jednak zauważył, że nie miało to sensu. Każdy duch był inny i kierował się innymi rzeczami i motywacjami. Najgorsze było to, że znaczna większość duchów była pozbawiona jakichkolwiek emocji. Nie było w nich miłości, rozpaczy ani złości. Trwały uczepione jednej myśli, gestu lub rzeczy, która nie pozwalała im zaznać spokoju. Być może miały jakieś pragnienia, jednak nie zawsze chciały o tym rozmawiać. Amore miał czasami wrażenie, że duchy to telefony tylko w jedną stronę – przekazywały informacje jemu, ale nie słuchały i nie reagowały na to, co mówił do nich on. I, wbrew opinii, to właśnie z tymi duchami chciał pracować. Pozostałe, które skrywały w sobie jakieś emocje były niebezpieczne i wolał się od nich trzymać z daleka.
   Będąc nastolatkiem rozmawiał z egzorcystą, który wyjaśnił mu, że po śmierci ludzie trafiają do miejsca, w którym panuje wieczne szczęście i wszystkie ziemskie rzeczy przestają mieć znaczenie po śmierci. Nie ma rzeczy, która zaprzątałaby głowę normalnym duchom, więc jeśli już trafia się dusza, która emocje posiada, to musi być ona na tyle silna, by tą duszą zawładnąć. I wtedy właśnie można było wpaść w poważniejsze problemy, jeśli nie było się wystarczająco uważnym.
    – Jest coś przyjemnego w tym starym wyglądzie, muszę przyznać – powiedział, początkowo nie spuszczając wzroku z duszy, która zaczęła manifestować się za jego rozmówcą. Przyłapał się jednak na tym, że wgapia się w to miejsce zbyt długo. Przeniósł więc spojrzenie z głębi pomieszczenia, powili przesuwając je na ramię mężczyzny, jego szyję, linię szczęki i w końcu skupił się na jego oczach. Była to krótka wędrówka, jednak dla Amore wydawała się trwać w nieskończoność, jakby jego oczy nie chciały uciekać od tego, co pojawiło się i zechciało im towarzyszyć.
    – Nie do końca… – przyznał, powracając myślami do zegara, po który tutaj przyszedł. Chciał usłyszeć coś innego. Miał nadzieję, że Alcé powie mu, że czuł dziwne dreszcze, które nie mogły być wywołane chorobą lub przeciągiem. Pytania cisnęły mu się na usta, jednak nie wiedział, jak miałby o to zapytać, nie wychodząc przy tym na wariata. Bo czy Nicaud wiedział o jego przypadłości? Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek o tym wspominał, ale niewykluczone, że jego babka rozmawiała o tym z dziadkiem Alcé.
    Duch stawał się wyraźniejszy. Jego forma, chociaż dalej przezroczysta, nikła w ciemnym pomieszczeniu, to teraz Amore był w stanie dokładniej dostrzec pewne szczegóły. Była to kobieta w ciemnej sukni, sięgającej za kolana. Na głowie miała kapelusz, a dłonie ukryte były w rękawiczkach. O niczym to jednak nie znaczyło, bo duchy mogły wyglądać tak, jak chciały, niekoniecznie musiały nosić to, w czym umarły. Było to jedno z nielicznych pocieszających wiadomości, jakie Amore wyciągnął ze swojej umiejętności. W końcu on sam też chciałby wyglądać dobrze po śmierci, bo nigdy nie było wiadomo, w jakich warunkach przyjdzie mu zginąć.
    – Jak myślisz, jak stary może być ten zegar? – zapytał, chcąc się dowiedzieć, w jakim okresie umieścić obiekt, co być może pozwoliłby na wskazanie z jakim duchem miał do czynienia.

Alcé Nicaud
Miejscow*
27 lat/a, 181 cm
czeladnik zegarmistrza w Nicaud Clocks&Watches
Awatar użytkownika
Whispers of life
They were all enamoured with the idea of progress and believed that whatever was new must be superior to what was old. As if merit was a function of chronology! ~ Piranesi, S. Clarke
Przeniósł spojrzenie z zegara na klienta i ściągnął brwi. Przyglądał się mu w sposób, w który malarz postąpiwszy dwa kroki do tyłu, przypatruje się nieukończonemu dziełu, wypatruje detalu, który tłumaczyłby drażniące wzrok choć wciąż nieuchwytne poczucie błędu proporcji albo pomyłki w kompozycji – tak samo Alcé usiłował odnaleźć w rozproszonej, niechętnie przeniesionej znów na niego uwadze Contiego źródło zawisłego w powietrzu, gęstego niepokoju – lgnącego łatwo do myśli i zwracającego je na powrót zegarowi. Zabrakło mu wprawnego oka – zawiodło go mniemanie, że dobrze znał grymasy wyryte w twarzach przewijających się przez sklep i drobne zmiany światłocienia kładące się na błądzących w przestrzeni między wejściem a ladą obliczach; cokolwiek rozgrywało się przed Amorem pozostało dla niego ukryte. Tymczasem podskórne wcześniej przeczucie, że z końcem dnia coś miało pójść wbrew jego planom, wypływało powoli na wierzch, dając pierwszy objaw w postaci rytmu wybijanego palcami jednej dłoni na stole. Drugą trzymał wciąż u podstawy zegara, z palcami na lakierowanej skrzyni kryjącej wewnątrz bijący w rezonujących poprzez drewno interwałach mechanizm.
Z pewnością nie znajdziesz drugiego takiego samego — dodał z bladym uśmiechem. Mówił, że zegary były żywe i choć nie posunąłby się nigdy do stwierdzenia, że powtarzał zwykły frazes, rzadko potrafił wtłoczyć w słowa podobną żarliwość. Tkwiła w nich zarazem pewność i wahanie, które odczuwał już w trakcie pracy, gdy pieczołowicie rozkładał mechanizm na części, czyścił splamiony śniedzią mosiądz i dziwnie łatwo ulegał odwodzącej go od powtarzanych rutynowo czynności refleksji nad wszystkimi miejscami, w które zegar trafił, zanim znalazł się w sklepie po raz pierwszy i zanim powrócił do niego po latach.
I przyniósł ze sobą własny, charakterystyczny zapach starości.
Łatwo gubiło się zdolność dostrzegania tego, co szczególne w znajomym krajobrazie, w miejscu, które zawisło nad życiem, jak niepodlegająca zmianom scenografia – zdążył przywyknąć do woni, która unosiła się ze starych drewnianych mebli razem z drobinami kurzu, do szczypiącego najpierw i blednącego potem chemicznego odoru roztartego na polerowanym metalu. Odstępstwo znaczyło się tym mocniej, jak gdyby było intruzem w ustalonym wcześniej porządku. Przez moment zawahania rozważał, czy nie to usiłował wydobyć z niego Amore – pół zdania o wilgoci, która niosła się od drewna, którą chwilami zdawał się mu przeżarty mechanizm. Zwłaszcza teraz, gdy odżywszy, podjął na nowo rytm swojej pracy.
Zanim jednak zdecydował się zadać pytanie, Conti podjął nową myśl i postawiony przed o wiele łatwiejszą zagadką Nicaud, szarpnął za uchwyt szuflady, która wysunęła się z nierównym zgrzytem spod blatu. — Z lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku. — Z szuflady wyciągnął książkę, rozmiaru dużego albumu, której pozbawiona tytułu oprawa przeszła już w przeszłości przez ręce introligatora. Gdy dopiero wprawiał się w rzemiośle, przesiadywał z nią na zapleczu, wertując noszące znaki twórców strony, i myślał o wijących się liniach grawerów jak o części własnej, bardzo osobistej historii; miał widywać je każdego dnia, odnajdywać w trzewiach zegarów rozwieranych w poszukiwaniu usterki, źródła choroby, która zabrała im dech i głos niosący dalej mechaniczny terkot. Teraz powiódł wzrokiem do konkretnego ustępu, oznaczonego zakładką symbolu i położył go przed Amorem. — Mogę być pewny przynajmniej dekady i zegarmistrza, który stworzył mechanizm. — Odstąpił na krok od lady, stojącego wciąż na nim i wygrywającego swoją melodię zegara oraz katalogu zegarmistrzowskich znaków. — Zgodzisz się na pytanie w zamian za pytanie? — Przyglądał się przez moment mężczyźnie, później zdecydował kontynuować. — Gdzie trzymaliście ten zegar? Wydaje się, że musiał być kiedyś wystawiony na wilgoć.
Amore Conti
pseudo_swetoniusz
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
23 lat/a, 173 cm
pielęgniarz w Univ Medical Centre
Awatar użytkownika
Whispers of life
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
   Atmosfera w pomieszczeniu gęstniała, ale nie było to wywołane dyskomfortem ani żadnym podobnym odczuciem. Wbrew wszelkim pozorom, Amore czuł się tutaj całkiem dobrze. Lubił ten zakład i darzył go sentymentem, bo jego babka lubiła przychodzić tutaj i rozmawiać ze starszym Nicaudem, a gdy oboje się spotykali Amore mógł się porozglądać i po dotykać różne rzeczy. I chociaż nigdy nie interesował się zegarami jako przedmiotami, to ich symbolika i historie, które do nich przylgnęły, czasami potrafiły go zająć na kilka chwil. Czasami, przychodząc tutaj, i rozglądając się dookoła, napotykał wpatrujące się w niego twarze, skryte w cieniu i niespodziewające się, że ktoś będzie w stanie je dostrzec. Zawsze były to dziwne spotkania, bo zarówno młody Amore, jak i duchy nie wiedziały zbytnio, jak postępować. Dla Contiego widok zjaw wszelkiego rodzaju było normalne, bo napotykał na nie niemal na każdym kroku, był więc przyzwyczajony. Jednak dla duchów, które były ukryte dla znacznej większości ludzi, spotkanie kogoś, kto je widział, było całkowitym zaskoczeniem, na które większość nie była gotowa. Dlatego też w ogromnej liczbie przypadków po prostu stali i wpatrywali się w siebie, by dopiero po jakimś czasie coś zrobić. Zjawy machały, uśmiechały się czasami też opuszczały miejsce w którym przebywały, by zbliżyć się do Amore i przekonać, czy na pewno je widzi. Chłopak był przyzwyczajony do takiego zachowania, więc nie reagował na to zbyt silnie. Duchy tego miejsca pojawiały się i znikały, a z czasem przestały się pojawiać w ogóle. Amore też zaprzestał przychodzenia tutaj, bo wraz z momentem, gdy jego babka nie była już w stanie na długie spacery, zaprzestała ona załatwiać sprawy w mieście i ucinania gawęd z innymi, lokalnymi gadułami. Amore miał też swoje własne sprawy na głowie. Wydawać by się mogło, że duchy w jakiś sposób to wyczuwały i najzwyczajniej w świecie przestały się pojawiać, skoro nie miał ich kto oglądać. Dlatego właśnie przywitały go pustki, gdy pojawił się w zakładzie zegarmistrza, gdy przynosił zepsuty zegar.
    – Moja babcia mówiła mi, że był to prezent, ale nie wiem o nim za wiele – dodał. Przypomniał sobie, moment w którym znalazł zegar. Zapytał babkę o niego i o to, skąd go miała, jednak ta albo zapomniała, albo celowo nie chciała mu powiedzieć, skąd go ma. Trochę go to zaskoczyła, bo jego babka należała do osób zorganizowanych, które rzadko o czymś zapominają oraz do tych, którzy uwielbiają rozmawiać i rozpływać się w potoku słów. Zakładał więc, że gdyby kobieta chciała, to byłaby w stanie opowiedzieć mu historię tego przedmiotu nawet jeśli w osiemdziesięciu procentach była ona wymyślona przez nią. Tym razem jednak zdecydowała się milczeć. I Amore powinien domyślić się, że miała ona ku temu powody i że nie powinien drążyć tematu.
    – Wow… jest stary – rzucił tylko. Wiedział, że był to antyk, ale nie spodziewał się, że mógłby mieć prawie dwieście lat. Takie rzeczy z pewnością nosiły w sobie wiele historii. Z resztą duch, który przyczepił się tego zegara był tego najlepszym dowodem. Zjawa unosiła się w powietrzu tuż za plecami zegarmistrza, jednak nie skupiała na nim swojego wzroku. Wpatrywała się w zegar, jakby był to przedmiot, który utraciła dawno temu i teraz mogła zobaczyć go po raz kolejny, niczym matka wpatrująca się w twarz dziecka, które wyjechało na roczną podróż dookoła świata. Zegar był więc czymś ważnym, a sam fakt tego, że znów działał, sprawił, że kobieta obudziła się. Zrobiła się wyraźniejsza, gdy Alcé przysunął zegar bliżej zjawy. Amore mógł więc przyjrzeć się duchowi nieco lepiej i zaskoczony dostrzegł, że kobieta nie przypominała osoby żyjącej w dziewiętnastym wieku… była znacznie bardziej współczesna. Włosy miała upięte w niedbały kok, przypominający te, które nosiły kobiety podczas pandemii. Ubrana była w dżinsowe ogrodniczki i zapinaną na guziki koszulę w kratę pod spodem. Strój ten nie przypominał niczego, co mogła nosić w dziewiętnastym wieku. A więc kobieta musiała pochodzić z czasów bliższych współczesnym. Zjawa zniknęła na chwilę, gdy Alcé przeszedł przez nią, gdy się odwracał. Amore zawsze zastanawiał się, czy zwykli ludzie byli w jakiś sposób w stanie poczuć obecność ducha albo to, jak przechodzą przez jego niematerialną formę. Zawsze głupio mu było jednak zapytać. Dla niego kontakt z duchem zawsze był nieprzyjemny, jednak wynikało to głównie z faktu, że jego umysł rejestrował to, jak wpada w coś, co teoretycznie powinno stawiać opór, ale tego nie robiło. Jego umysł nie był w stanie tego zrozumieć i przetworzyć, a to powodowało pewnego rodzaju dyskomfort – bardziej psychiczny, niż fizyczny.
    – Był w pudełku, więc nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ale to Nowy Orlean… często jest tutaj wilgotno. Chyba, że pytasz o to, czy wpadł do wody… – zastanowił się. Nie miał okazji, by zastanowić się nad tym, gdy miał zegar w swoich dłoniach. Głupio mu było się teraz do tego przyznać, ale był dość dużym ignorantem, bo nie interesowała go historia zegara. A przynajmniej nie w momencie, w którym zanosił go do naprawy. Oczywiście chciał namówić babcię do tego, by powiedziała mu o nim więcej i miał nadzieję, że kobieta się otworzy, gdy tylko zobaczy, że zegar działa.
    – Mogę mieć do ciebie kolejne pytanie? – zapytał, jednak nie czekał na odpowiedź. – Wierzysz w duchy? Nasi dziadkowie nieźle się znają, my też za dzieciaka bawiliśmy się wspólnie kilka razy… ale chyba nigdy nie mieliśmy okazji, żeby porozmawiać o tym i nie wiem, czy twój dziadek ci o tym wspominał, ale od małego widzę duchy i jeden z nich zdaje się interesować tym zegarem – powiedział w końcu. W jego przypadku wyłożenie kawy na ławę zawsze było najlepszym posunięciem. Należało postąpić szybko, jak z zerwaniem plastra a nie zastanawiać się nad doborem odpowiednich słów, bo te nigdy nie były odpowiednie.

Alcé Nicaud
Miejscow*
27 lat/a, 181 cm
czeladnik zegarmistrza w Nicaud Clocks&Watches
Awatar użytkownika
Whispers of life
They were all enamoured with the idea of progress and believed that whatever was new must be superior to what was old. As if merit was a function of chronology! ~ Piranesi, S. Clarke
Zapominał się ostatnio. Gdy słuchał dziadka opisującego tamte poszukiwania – ustawione na straganach w szeregi, wyszczerbione antyki prezentujące swoje zadrapania i ubytki, jak dumne świadectwa wieloletniej służby – nie oponował wobec hiperboli, nie marszczył czoła w niedowierzaniu; przynajmniej od momentu, gdy pozwolił opowieści uwieść myśl. Jego racjonalizm cechowała pewna powierzchowność: jego twarda skra błyszcząca czasem na skraju źrenicy była w istocie krucha, wzniesiona brew opadała szybko pod własnym ciężarem, a krzywy grymas rozpięty na twarzy opierał się częstokroć raczej na uporze niż braku wątpliwości. Wiedział – przeczuwał podskórnie – że często wystarczyłoby niewiele, by zmazać go z umysłu, zedrzeć jego maskę z twarzy. Gdy dziadek opowiadał o ulicach Nowego Orleanu, te zdawały się zawsze wygięte, oświetlone ciemnym światłem płynącym od grafitu burzowego nieba. W scenerii, którą malował wciąż i rzeźbił słowem, groteskowość wychylała się zza rogu, czasem w postaci kiczu, czasem paradoksu, zawsze wydarzeń, które trudno było rozpatrywać w kategoriach prawdopodobieństw i ciągów przyczynowych. Rzadko to przyznawał, przystawał jednak w progu pokoju dziadka i słuchał, ponieważ zdawało mu się, że w zabarwionych klechdą zdaniach kryła się prawda o Nowym Orleanie, której nie odnalazłby nigdzie indziej. — Mój dziadek wspomniał coś o targu staroci, ale nie powiedział wiele o sprzedawcy, od którego go kupił — stwierdził, czując się w obowiązku odwdzięczyć informacją za informację, jak gdyby ich rozmowa miała charakter wymiany, dążącej do zaspokojenia każdej z ciekawości z osobna. Sądził dotąd, że zegar został po renowacji przez dziadka sprzedany i Stary Nicaud nie wyprowadził go z błędnego założenia. Zamiast tego użył wielu słów, by przedstawić tamten dzień i melancholijne nieco przygnębienie spływające z twarzy siedzącego za straganem mężczyzny. Detal, który wydał się Alcé nieistotny, ale musiał utkwić głęboko w dziadkowej pamięci, by przetrwać tam półwiecze.
Skinął głową, wznosząc spojrzenie z książki i stłoczonych na jej stronach symboli na Contiego. Przyjął wcześniej, że to wiek przyciągnął do niego dziadka i to zupełnie mu znajome, świerzbiące pytanie, co kryło się wewnątrz trybików nakręcanych wciąż i wygrywających swoją melodię od tylu lat. Z rozmysłem uciekł od odpowiedzi najbardziej oczywistej: kolekcjonerstwa, zbierania nawet tych historii, które rozgrywały się tylko na ludzkich twarzach. Uciekł, tak samo jak oddalał się przez ostatnie tygodnie, ilekroć głos Starego Nicauda nabierał ciężkości, przygnieciony u kresu pamięcią minionych wydarzeń.
Mieszkam tu całe życie, nie miałem na myśli przeciętnego lipcowego popołudnia — odparł, po czasie spostrzegłszy, że humor wyciekł z jego słów i pozostało poznane już wcześniej, wijące się wzdłuż karku i wilgotne zimno, pozostał zmieszany z metaliczną wonią zapach wody, spływającej ulicami po deszczu, przetkanej brunatnymi wstęgami osadu, przenikającej przez niezabezpieczone dosyć konstrukcje budynków. Skupił się – z pewnym wysiłkiem – na innym obrazie: starego strychu, chowającego w ciemności zapomniane na pokolenia starocie, szopy upchniętej na tyłach ogródka i otwieranej tylko z rzadka. — Prędzej przeciekający dach. — Próbował jeszcze skonstruować z nich wyjaśnienie, gdy kolejne słowa Amorego zmusiły go do zatrzymania się w pół toku myśli. — Duchy? — spytał, ściągając brwi, ale nie odwracając wzroku ku mężczyźnie. — Tego samego gatunku, co te zamieszkujące połowę okolicznych legend? — Starał się uciec od wydawania oceny, ale niedowierzanie nie dało się oddzielić od słów, okalając głos tonem retorycznego jedynie pytania. — I sądzisz, że jeden z nich jest teraz tutaj?
Amore Conti
pseudo_swetoniusz
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
23 lat/a, 173 cm
pielęgniarz w Univ Medical Centre
Awatar użytkownika
Whispers of life
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
   Wychowywał się w bogactwie. Jego matka miała wyjątkową zdolność znajdowania sobie mężczyzn, którzy posiadali całkiem niezłe majątki. Dla Amore, uczucia, którymi darzyła tych mężczyzn były szczere, to zawsze los miał dla niej inne plany i wszystkie związki nie trwały zbyt długo. Pozostawiały jednak kobietę z majątkiem, dzięki któremu zarówno ona, jak i jej syn, mogli się utrzymać i żyć wygodnie. Conti wątpił, by jego własna matka celowo niszczyła swoje relacje, by się na nich wzbogacić, uważał po prostu, że ta nie miała w życiu szczęścia i że los postanowił sobie z niej zakpić. Pomimo majątku, jakim dysponowali, Amore od zawsze cenił sobie czas, jaki spędzał u babki w jej chatce na bagnach. Nie miał pojęcia, dlaczego staruszka tak bardzo upodobała sobie mieszkanie w tamtym miejscu, bo przecież mogła żyć komfortowo gdzieś indziej. Zrozumiał jednak, że jego babka nie należała do osób, które postrzegają wygodę jako konsekwencję luksusu. Dla niej prawdziwą przyjemnością było obcowanie z nowoorleańską przyrodą i oddawanie się temu, co natura miała dla niej przygotowane. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Babka Amore nie była bowiem szaloną kobietą lecz urokliwie ekscentryczną i każdy, kto ją znał, wiedział doskonale, co pielęgniarz miał na myśli.
   Jednym z jego ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu, było przesiadywanie na rozklekotanym tarasie babcinej chatki. Siadał na lekko spróchniałych deskach i zanurzał stopy w mętnej i nieco śmierdzącej wodzie. Nigdy nie bał się, że może go coś zaatakować albo zacząć podgryzać. O dziwo miejsce, w którym stał ten drewniany budynek, pozbawione było wszelkich niebezpieczeństw. Amore zawsze czuł się tam pewnie i komfortowo. Oczywiście widział kręcące się dookoła stworzenia, jednak żadne z nich nie podchodziło zbyt blisko, jakby respektowało granice, które stworzyła kobieta. Conti niejednokrotnie żartował z tego, że staruszka i natura miały swoje granice, które obie strony szanowały. Na próżno było więc szukać jakichkolwiek śladów dzikich zwierząt, poobgryzanych roślin czy chociażby latających komarów. Amore czuł się tam więc spokojnie i rozkoszował babcinymi opowieściami.
    – Czasami mam wrażenie, że dziadkowie znajdują sens w rzeczach najmniej istotnych – zaśmiał się, przypominając sobie szereg opowieści, którymi raczyła go babka i które najczęściej sprowadzały się do faktów, które według Amore nie miały większego sensu. Być może wynikało to z jego dociekliwości i ciekawości. Niejednokrotnie wydawało mu się, ze babka zachowuje pewne fakty dla siebie, nie chcąc się nimi dzielić albo chcąc, by jej wnuk sam odkrywał prawdę. Być może chciała uczynić z niego poszukiwacza, jakim sama uznawała siebie? – Albo chcą, żebyśmy sami dokopali się prawdy – dodał cicho, jakby chciał zdradzić, o czym teraz myślał i do jakich wniosków doszedł. Spojrzał na ducha kobiety, uśmiechając się lekko.
    Zjawa nie wyglądała na złą. Nie sprawiała wrażenia, jakby miała jakiś ukryty motyw w tym, że tak nagle zdecydowała się pojawić. Amore domyślił się jednak, że miała związek z zegarem, bo jej wzrok utkwiony był właśnie w ten przedmiot, a nie w żadnego z obecnych tutaj mężczyzn. Cięzko było jednak odgadnąć, o co mogło chodzić. Tak jednak wyglądała większość jego spotkań z duchami. Były one zawieszone w swojej własnej rzeczywistości, skupione na swoim zadaniu jakby od niego zależało całe ich istnienie. Czego jednak miałaby chcieć?
    – Moja babka mieszka na bagnach, jednak pudełko w którym ten zegar był, nie wyglądało na doświadczone wilgocią – powiedział. No ale skłamałby, jeśli przyznałby się, że kiedykolwiek przyglądał się temu pudłu. Dla niego sam zegar był w idealnym stanie i pewnie gdyby nie zegarmistrz, to Conti nie wpadłby na to, że mógłby mieć kontakt z wodą. Teraz jednak, spoglądając na przedmiot, mógł niemal poczuć zapach wilgoci i stojącej wody, całkiem jednak inny od zapachu, którym przesiąknięte były spróchniałe i butwiejące deski chaty jego babki.
    Spojrzał na mężczyznę, próbując wyczytać z jego reakcji jakiekolwiek informacje. Musiał przyznać, że spodziewał się, jak zawsze zresztą, nieco bardziej dramatycznych reakcji. Zupełnie jakby ludzie spodziewali się usłyszeć coś takiego. No ale mieszkali w Nowym Orleanie, a w tym mieście działy się różne rzeczy.
    – Owszem, czarnoskóra kobieta, ubrana bardziej współcześnie… trzyma dłoń na zegarze – wyjaśnił pospiesznie, spoglądając na mężczyznę, jednak jego wzrok szybko uciekł na stojącą zjawę. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, jaki związek mogła mieć z przedmiotem, na którym nieprzerwanie skupiała swoją uwagę. Duchy czasami przywiązywały się do przedmiotów, które z jakiegoś powodu były dla nich ważne.

Alcé Nicaud
Miejscow*
27 lat/a, 181 cm
czeladnik zegarmistrza w Nicaud Clocks&Watches
Awatar użytkownika
Whispers of life
They were all enamoured with the idea of progress and believed that whatever was new must be superior to what was old. As if merit was a function of chronology! ~ Piranesi, S. Clarke
Uśmiechnął się szerzej, tylko po to, by wkrótce pozwolić wesołości pobladnąć i rozmyć się w towarzyszącym nowej myśli, majaczącym w rozproszonym wzroku roztargnieniu. — To i tak kwestia względna. — Nie potrafił powiedzieć, co tkwiło w źrenicach sprzedawcy, ani jak głęboko wyryte zostało w jego twarzy. Uchwyciło jednak jego dziadka, szarpnęło nim dosyć, by przekuć efemeryczność odruchowego niemal wrażenia we wspomnienie twardsze niż te, którym – niczym antykom z tamtego straganu – lata przyniosły rozkład i rdzę. — To, co uznamy za istotne.
Gdy spoglądał na zegar, pochłaniała go potrzeba poszukiwania niedostrzeżonej dotąd niedoskonałości, własnego błędu, który sprawiłby, że w jego rezonujący przez drewno głos wdarł się dysonans. Nie zapomniał o własnym pytaniu; odczuwał wciąż ciążący u krańca zmysłów, granicy tego co odczuwalne, ulotny chłód wilgoci. Rozchodził się od palców, wisiał w powietrzu, jak skraplająca się zwolna mgła. Nie powiedział jednak nic więcej, chociaż wcześniej w jego grymas wdarł się przebłysk takiego zamiaru.
Nagle nie dostrzegał takiej potrzeby.
Nasłuchał się już kiedyś o duchach i poltergeistach. Z anegdot powtarzanych wciąż, czasem z zawieszoną pod nosem uszczypliwością, czasem z żartobliwą puentą. Za pośrednictwem przewodników unoszących głos ponad grupy turystów i przekonujących, że były godziny, gdy wystarczyło tylko wytężyć wzrok. Od rówieśników, chłopców prześcigających się w opowiadaniu historii nieprawdopodobnych i równie prędkich do wyszczerzenia rzędów nierównych zębów i obrzucenia kłującym uszy śmiechem kogokolwiek, kto uwierzyłby w podobne bzdury. Usłyszał, jak sądził, wszystko – w te z popołudni, które jego dziadek wybrał na przesiadywanie w barze i grę w karty, a Alcé stawał się nieproszonym gościem wśród rozmów rozgrywających partię sąsiadów. Pamiętał niecierpliwość własnej babki, objawiającą się w żwawszym, brzmiącym głośno na kuchennych płytkach kroku i w ostrzącym się głosie, z którym posyłała go po Starego Nicauda, chociaż musiała wiedzieć, że poniesie porażkę. W tamtych latach jego wyobraźnię wciąż zbyt łatwo uwodziły opowieści. Nie musieli zbytnio się do nich przykładać; oszczędność ich słów oraz rytm poddany raczej potrzebom talii kart niż narracji sam łatwo ubarwiał, gdy przed oczami stawały mu weduty miejskie i wzrok sięgał do majaczących w szczelinach murów widziadeł, a słuch uczył się świstów, które tylko pozornie należały do zagubionego tchnienia bryzy. Nie starali się więc przesadnie; stał jednak przy zajmowanym przez nich stoliku i nie liczył upływających minut ani nie przestępował nerwowo z nogi na nogę. Do domu wracali razem z dziadkiem nieśpiesznie. Przed powrotem musieli jeszcze domknąć wszystkie niedokończone wątki.
Później zgubił gdzieś umiejętność zawieszenia niewiary na tyle, by na wspomnienie obskurnej lokalnej legendy w wzniesionym nieznacznie kącie uśmiechu nie zagościł sceptycyzm szarpiący się na zewnątrz, niedający się utrzymać w środku. Przynajmniej na ogół i w pierwszym odruchu, bo choć jego racjonalizm lubił chodzić na kompromisy, Alcé wolał nie dawać tego po sobie poznać.
Słuchaj... — zaczął i mówienie okazało się obarczone wysiłkiem, którego nie nosiło ze sobą w innych okolicznościach. Cedził więc głoski, odważając na języku komunikat z apteczną niemal starannością, by w końcu przypomnieć sobie pierwotne pytanie i jego pozbawiony podobnych ceregieli ton. — Nie wierzę. — Zastanawiał się jeszcze, czy dawał się wplątać w jakiś rodzaj żartu, nie precyzował więc od razu, wyczekiwał, że coś w twarzy Contiego pęknie, odsłaniając przeoczoną wcześniej nieszczerość. — W duchy, a w każdym razie nie te dające się poczuć, zobaczyć. — Dopuszczał, że ludzie nie odchodzą całkowicie. Wszyscy wokół niego zdawali się o tym przekonani na ten dogłębny, pozornie przynajmniej pozbawiony niepokoju wniesionego przez wątpliwości sposób. Jakiekolwiek okruchy pozostawialiby po sobie, budziła w nim sprzeciw możliwość, by te miały kształt zjawy, czy choćby zapomnianego nieopatrznie za oddzielającymi życie od śmierci drzwiami cienia.

Amore Conti
pseudo_swetoniusz
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
23 lat/a, 173 cm
pielęgniarz w Univ Medical Centre
Awatar użytkownika
Whispers of life
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
   Uwielbiał spędzać czas ze swoją babką. Uwielbiał przesiadywać w jej chatce i zaciągać się zapachem wilgoci i spróchniałych desek. Zapach ten zawsze kojarzył mu się ze spokojem i bezpieczeństwem, chociaż każdy kto odwiedzał staruszkę, odnosił zapewne wrażenie, że jej dom nie należy do najbezpieczniejszych. I owszem, ciężko było przyznać, że budynek nadawał się do zamieszkiwania. Nawet teraz, pomimo wielu remontów dało się znaleźć kolejne rzeczy, które mogłyby zostać poprawione. Babka Amore była jednak głęboko związana z tamtym miejscem i nie chciała się przeprowadzić, nawet gdy jej córka przeniosła się do centrum miasta. Staruszka uparcie trwała przy swoim, jakby zakorzeniona była w tej rozmokniętej ziemi.
   Pielęgniarz podziwiał jej upór, wiedząc, że on sam zapewne nie zdecydowałby się na takie życie. Spędzanie czasu z babką było przyjemne, ale nie dałby rady być zdanym na łaskę nieprzewidywalnej natury. Staruszka jednak zawsze powtarzała mu, że mieszka na bagnach już tak długo, że stała się ich częścią. Nie wyobrażała sobie życia w innym miejscu, twierdząc, że wytworzyła z naturą relację polegającą na czystej symbiozie, z której to relacji korzystała zarówno ona, jak i przyroda żyjąca wokół. Amore nie wiedział tylko ile było w tym czczego bajania, a ile prawdziwości, miał jednak pewność, że kobieta odejdzie z bagien jedynie wtedy, gdy dosięgną ją kojące ramiona śmierci.
   Powietrze w sklepiku zegarmistrza zrobiło się gęste. Amore niemal czuł, jak napierało ono na jego klatkę piersiową, sprawiając, że trudniej mu się oddychało. Nie wiedział, czym mogło być to wywołane, bo jeszcze przed chwilą czuł się wyśmienicie i był tylko trochę zmęczony, co zrzucał na barki przepracowania, bo ostatnio dyżury w szpitalu dawały mu się ostro we znaki. Nie chciał narzekać… wybierając karierę pielęgniarza doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie mu łatwo i że będzie musiał przygotować się na serię poświęceń. Już pierwszego dnia jego pracy okazało się, że nie pomylił się, bo przywitał go szesnastogodzinny dyżur, po którym wrócił do domu i zaczął się zastanawiać, czy zdecydował się na właściwą dla siebie ścieżkę kariery. Doskonale pamiętał tamten dzień, gdy zmęczony do granic możliwości i sfrustrowany rzucił się na łóżko i długo wpatrywał w sufit. Paradoksalnie był tak zmęczony, że nie był w stanie zasnąć, jednak jego myśli krążyły, rozmyślając o tym, jak mogłoby potoczyć się jego życie i czy przypadkiem nie jest jeszcze za późno, by je zmienić. Jak można się domyśleć, swojego zdania nie zmienił i z każdym kolejnym tygodniem i miesiącem odnajdywał się w nadanej sobie roli.
   – Jak większość rzeczy – stwierdził. Nie chciał rozwodzić się nad tym zagadnieniem. Nie miał bowiem zbyt wiele do dodania, a filozofowanie nie było w jego naturze. Jasne dla niego było jednak to, że rzeczy, które ludzie uważali za istotne zmieniały się wraz z wiekiem i ilością doświadczeń, które się miało. Wiedział, co uważał za ważne, gdy był nastolatkiem i jakie problemy wydawały mu się wtedy przytłaczające, a które teraz rozwiązałby szybko i nawet nie starałby się myśleć o nich zbyt długo. Pewne sprawy również stawały się drugorzędne, podczas gdy inne nabierały na sile.
   Uśmiechnął się, słysząc jego słowa. Nie był to bowiem pierwszy raz, gdy miał do czynienia z osobą, która nie uznawała istnienia duchów. Nie dziwił się mężczyźnie, gdyż on sam należał raczej do tej grupy ludzi, którzy, aby w coś uwierzyć, musieli zostać zestawieni z odpowiednimi faktami. Nie mógł bowiem pozwolić sobie na to, by wierzyć we wszystko, co usłyszał. Tak rodziły się teorie spiskowe, a ich zwolennikiem nie był. Tkwił jednak w wyjątkowo nieprzychylnej strefie, bo on sam był świadkiem czegoś, czego inni nie byli w stanie zobaczyć i jednocześnie, nie potrafił udowodnić tego, co widział. Jednak w przeciwieństwie do internetowych szarlatanów i propagatorów najróżniejszych teorii spiskowych, on sam nigdy nie starał się na siłę nikomu niczego nie udowadniać, ani wzbogacać się na swojej umiejętności.
   – To w które wierzysz? – zapytał, jednak nie oczekiwał od niego konkretnej odpowiedzi. Ludzie często mówili mu, że nie wierzą w duchy, ale nie uważają, żeby po śmierci człowieka nie było już niczego. Amore nie wierzył z niebo, piekło ani czyściec, nie wiedział więc czy po śmierci czekało na ludzi coś, co można było nazwać życiem, był jednak przekonany, że dusze gdzieś odchodziły i chociaż był ciekawy tego miejsca, to nigdy nie doczekał się odpowiedzi czy wyjaśnień. Duchy zachowywały się bowiem na swój sposób, który dla żyjących był często niezrozumiały. Nie odpowiadały jasno na zadane im pytania, często po prostu tkwiły w jednej pozie albo robiły w kółko to samo, jakby to w jakiś sposób miało naprowadzić oglądającego ich pielęgniarza na to, co też chciały przekazać. Duch kobiety, który pojawił się tuż obok zegarmistrza robił właśnie to. Po prostu stał, z dłonią opartą o blat i wpatrywał się w przedmiot.
   – Nie mam zamiaru cię do niczego przekonywać, to nie jest mój pierwszy raz w takiej sytuacji, ale pewnym jest, że jeśli ten duch przywiązany jest do tego zegara, to z chęcią zostawię go u ciebie… nie potrzebuję niewidzialnych bytów w swoim mieszkaniu czy też chatce mojej babki – stwierdził szczerze. Fakt, że widział duchy sprawiał, że był świadomy tego, że mogły się kręcić wokół niego. Nie chciał jednak, żeby zajmowały jego przestrzeń. Nie chodziło o to, że się ich bał, ale raczej nikt nie życzyłby sobie w swojej prywatnej przestrzeni czyjejś obcej obecności. Duch, jakby odczytywał jego myśli, spojrzał na niego, by po chwili przenieść swoje spojrzenie na Alcé. Zaczęła coś mówić, jednak żaden dźwięk nie trafiał do jego uszu. Pielęgniarz nachylił się, i chociaż wątpił, że uda mu się cokolwiek usłyszeć, to po krótkiej chwili dotarło do niego ciche, powtarzane w kółko słowo. Brakuje.
   – Brakuje – powtórzył, bardziej do siebie, niż do mężczyzny, który przebywał z nim w pomieszczeniu. Spojrzał na zegar, oglądając go z każdej dostępnej dla siebie strony, jednak jego oczy nie widziały niczego, czego mogło zegarowi brakować. Nie miał nawet pojęcia, czego mógłby szukać… – Czy zauważyłeś, żeby zegarowi czegoś brakowało? – zapytał, teraz już kierując swój wzrok na zegarmistrza.

Alcé Nicaud
ODPOWIEDZ

Wróć do „Esplanade Ave”