ODPOWIEDZ
Przyjezdn*
31 lat/a, 185 cm
detektyw wydziału kryminalnego w Criminal Justice Square
Awatar użytkownika
Whispers of life
Been waiting on that sunshine
Girl, I think I need that back
Kwiecień, 2023

Marzec 2023 roku przyniósł Dylanowi zmianę, której początkowo nie potrafił do końca nazwać. Nowy Orlean był jednym z tych miejsc, które wydawały się znajome jeszcze zanim się w nich pojawiło – może przez historie zasłyszane gdzieś przelotem, może przez zdjęcia pastelowych kamienic i balkonów oplecionych żelaznymi balustradami. Wiedział, że spodziewać może się wilgotnego powietrza, ciężkiego i ciepłego nawet o poranku. Starych dębów z długimi pasmami hiszpańskiego mchu, kołyszących się leniwie nad ulicami. Zapachów jedzenia wypadających na chodnik przez uchylone drzwi knajp…
W pewnym sensie spodziewał się więc czegoś podobnego do Charleston.
Charleston było jesne. Pastelowe. Pachniało morzem i kojarzyło się ze słońcem odbijającym się od jasnych fasad domów. Wszystko wydawało się tam spokojniejsze, jakby lekko wygładzone przez czas i wilgotne, południowe powietrze.
Nowy Orlean natomiast był… inny. Głośniejszy. Ciemniejszy. Bardziej nieprzewidywalny. Nie był jednak obcy, raczej znajomy, ale dziwnie przerysowany.
Tam gdzie Charleston przypominało starannie namalowany obrazek, Nowy Orlean wyglądał jak druga strona tej samej monety – trochę bardziej brudny, trochę bardziej tajemniczy, ale wydający się znajomy. Ulicy były pełne ludzi, których trudno było zaszufladkować. Muzycy grali na rogach ulic, ktoś sprzedawał jedzenie z mełgo stoiska, a ktoś inny głośno rozmawiał na chodniku, w języku którego Dylan nie znał.
Hays nie mógł powiedzieć, że mu się nie podobało. Kiedy znajomi z Bostonu, czy rodzina pytali się o wrażenia bardzo chwalił lokalne jedzenie – choć w praktyce i tak częściej kończył w Popeysie. Udało mu się też znaleźć miejsce do życia. Niewielki domek, w spokojniejszej okolicy, blisko jeziora. Miał trzy pokoje, małą łazienkę i kuchnię, która również nie zachwycała rozmiarem – ale była jego. Oczywiście dopóki właściciel nie wypowie mu umowy. Zresztą – nie planował się przyzwyczajać. Nowy Orlean był tylko przystankiem i za jakiś czas wszystko miało wrócić do normy w starym, dobrym Charleston.
Na początku nie próbował nawet szczególnie poznawać ludzi. Wmawiał sobie, że jest tu głównie dla pracy, a wszystko inne może poczekać.
Nie wytrzymał jednak długo.
Już w kwietniu mógł pochwalić się kilkoma całkiem dobrymi kolegami z pracy, kilkoma mniej lub bardziej udanymi randkami i sporą liczbą wieczorów spędzonych gdzieś na mieście. Dylan nigdy nie był typem samotnika. Nawet jeśli potrafił zamknąć się w pracy na długie godziny, to w końcu zawsze wracał do ludzi – a ludzie, z jakiegoś powodu, zwykle wracali też do niego.
Tinder pojawił się w jego telefonie szybciej, niż sam chciałby przyznać.
Problem polegał na tym, że Nowy Orlean był zupełnie inny niż Charleston. Na aplikacji roiło się od przyjezdnych – turystów, ludzi będących tu tylko na kilka miesięcy i wiedzący o mieście tyle co on, albo takich, którzy traktowali miasto jak długi weekend. Dylanowi to nei pasowało. Nie szukał jednonocnych historii. Jednak była jeszcze jedna rzecz… Chaleston było miastem bardziej jednorodnym, przynajmniej w środowiskach, w których obracał się Dylan. I… czasem miał wrażenie, że jego własna estetyka, ukształtowana przez lata życia w Charleston, nie do końca pasuje, co widział na ekranie telefonu.
Dlatego kiedy poznał Cathy, wszystko wydawało się nagle dużo prostsze.
Poznali się zupełnie zwyczajnie – jedna z tych randek, które zaczynają się od niezobowiązującej wiadomości na Tinderze, a kończą spokojną rozmową przy drinku, która przeciąga się o godzinę dłużej, niż planowali. Cathy była normalna. Normalna w sposób, który Dylanowi od razu wydał się znajomy. Miała jasne, lekko kręcone blond włosy i ten rodzaj spokojnego uśmiechu, który sprawiał, że rozmowa z nią nigdy nie była męcząca. Pracowała w przedszkolu jako nauczycielka – zawód, który zdawał się do niej pasować w każdym możliwym sensie. Była cierpliwa, uprzejma i mówiła o dzieciach z takim ciepłem, jakby każde z nich było trochę jej własne. Odnieść takie wrażenie można było też, kiedy głośno na nie narzekała!
Lubiła spokojne rzeczy. Długie spacery, romantyczne filmy. Jednak czasem – jak każdy – chciała wejść do głośnego baru, czy zrobić coś szalonego – przynajmniej tak brzmiał jej opis w aplikacji. Była też szczera do bólu i można było z nią konie kraść. Gdyby Olivia Dean ją poznała „So Easy (To Fall In Love)” powstałoby o wiele wcześniej. Cathy zdecydowanie była idealną mieszanką sobotniej nocy i reszty życia. Poza tym bardzo starała się udawać, że zna się na „Gniezdnych Wojnach” co detektyw uważał za urocze kłamstwo.
Chevrolet Silvercado zatrzymał się na podjeździe z cichym, ciężkim pomrukiem silnika.
Samochód zwykle wywoływał jedną z trzech reakcji u dziewczyn, które Dylan nim woził: zaskoczenie, śmiech albo lekką konsternacje Rzadko zachwyt. Był duży, masywny i zdecydowanie bardziej pasował do placu budowy niż randki na mieście – ale Dylan nigdy nie widział powodu, żeby je zmieniać. Zgasił silnik i przez chwilę siedział jeszcze za kierownicą. Nie wiedział nawet dokładnie, jaki był plan na dzisiejszy dzień. I w gruncie rzeczy nawet mu to odpowiadało. Bycie przyjezdnym miało swoje zalety – jedną z nich było to, że dziewczyny chętnie pokazywały mu swoje ulubione miejsca. Dzięki temu nie musiał spędzać czasu na zastanawianiu się, którą restaurację wybrać i czy trafi w gust osoby, z którą się spotykał.
Wystarczyło, że przyjedzie.
Wysiadł z samochodu, zatrzaskując drzwi nieco mocniej niż planował. Odruchowo przeciągnął dłonią po nogawce spodni, a potem poprawił mankiet koszuli. Ubrał się schudnie, ale bez przesady – ciemne spodnie, jasna koszula z podwiniętymi rękawami. Na nadgarstku miał swój zegarek.
Ruszył w stronę drzwi.
Kilka kroków przed werandą zwolnił, jakby przypominając sobie, że przecież nie ma się gdzie spieszyć. Oparł łokieć o futrynę, nachylając się lekko do przodu w tej swojej swobodnej pozie, którą ćwiczył od lat – takiej, która pozwalała skrócić dystans już w pierwszych sekundach spotkania. Uśmiech pojawił się na jego twarzy niemal automatycznie.
Zapukał.
Przez chwilę było cicho.
A potem, po drugiej stronie drzwi klamka poruszyła się.
- Hej, mała – mruknął z delikatnym uśmiechem. Tylko że tam, gdzie spodziewał się zobaczyć Cathy, nie zobaczył… nic. Dopiero kiedy spuścił wzrok, napotkał parę dużych, brązowych oczu patrzących na niego z progu. Brwi Dylana lekko się ściągnęły.
Czyżby pomylił domy?
- Och! Przepraszam! Ja… musiałem pomylić adresy. Naprawdę przepraszam – powiedział, odsuwając się szybko i przykładając rękę do piersi w geście skruchy. Cofnął się jeszcze o kilka kroków, po czym zszedł z werandy. Oglądając się jeszcze raz przez ramię na drobną dziewczynę, która nadal stała w drzwiach, sięgnął po telefon, żeby sprawdzić numer domu wysłany mu wcześniej przez randkę.
Zatrzymał się na środku podjazdu, wydymając usta w skupieniu. Najpierw spojrzał na wiadomość, potem na cyfry przybite do elewacji domu.
Były takie same.
Westchnął cicho i zwrócił, niemal truchtem wracając do drzwi. Dziewczyna wciąż stała w progu, patrząc na niego z czymś, co Dylan w tym momencie mógł określić jedynie jako… lekkie przerażenie.
Czy wyglądał aż tak źle?
- Hej… - zaczął trochę ostrożnie. – Słuchaj, to zabrzmi głupio i możliwe, że właśnie zostałem wystawiony, ale… czy nie mieszka tutaj Cathy? Albo Catherine? – zawahał się na sekundę. – Taka… - uniósł ręce, próbując pokazać wysokość – wyższa od ciebie, niecałe metr siedemdziesiąt, kręcone jasne włosy, zielone oczy – dopiero w połowie zorientował się, że brzmi jak ktoś opisujący zaginioną osobę. Zagryzł wargę i uniósł wzrok, starając się powstrzymać śmiech. – Wiesz może, o kim mówię?

Rosie Albright
Miejscow*
28 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
Whispers of life
To be soft is to be powerful
pięć
online
Cathy💗👩‍❤️‍💋‍👩🫶
Rosie, masz zadanie!
Utknęłam w pracy, bo wstrętna matka nie przyszła po tego Matta, co ci o nim opowiadałam, muszę tutaj kiblować, dopóki paniusia sobie nie przypomni, że jest matką.
Tymczasem zaraz przyjedzie po mnie Dylan. Wiem, że aktualnie nienawidzisz facetów, ale bądź dla niego miła, on naprawdę jest porządny! Wpuść go, a najlepiej to jeszcze zajmij go rozmową, daj mu coś do picia i powtarzam jeszcze raz: bądź miła! To nie jest ten durny Adam!
Wiadomość...
Rosie wpatrywała się w ekran telefonu, żałując, że zobaczyła te wszystkie wiadomości. Właściwie, mogłaby udać, że wcale ich nie widziała, nałożyć słuchawki na uszy i skupić się na swoich małych przyjemnościach, którym ostatnio oddawała się całymi dniami. Albo mogła wyjść z domu. O! To nie był głupi pomysł. Spojrzała na swoją piżamę. Było chwilę po szóstej po południu. Wtajemniczeni łatwo mogli się domyślić, że Rosie jeszcze nie zdążyła się przebrać od rana, choć wcale poprzedniej nocy nie miała dyżuru. Po prostu ostatnimi czasy, kiedy nie pracowała, nieco rzadziej wychodziła z domu i nie miała do wszystkiego tyle energii, co zwykle. Poza tym piżamy powinny być uniwersalnymi ubraniami, nieprzeznaczonymi wyłącznie do snu. O to wnioskowała Rosie. Gdyby miała więcej energii, mogłaby nawet pomyśleć o tym, aby pikietować w tym temacie pod urzędem miasta.
Jeszcze raz spojrzała na telefon. Za kogo miała ją Cathy, że kazała jej być miłą?! Przecież nie było milszej osoby.
Nie będę niańczyć ża urwała pisaną wiadomość dokładnie w momencie, w którym ktoś zapukał do drzwi. Rosie westchnęła głośno, wcale nie pod nosem, licząc na to, że intruz usłyszy ten dźwięk i może sam się wycofa. Nie spieszyła się. Dawała mu czas na rezygnację i przez chwilę nawet sama Rosie uwierzyła, że mogłaby być tak okropna, aby mu nie otworzyć, ale w końcu pokręciła głową i szybko ruszyła w kierunku drzwi, które otworzyła energicznie. No nie umiała!
Bo Rosie była miłą dziewczyną. Była grzeczna i myślała o innych, lubiąc dbać o ludzi, którzy znajdowali się blisko niej, sprawiać im przyjemność i z całą pewnością nie potrafiąc — i nie chcąc! — ich ignorować.
Sęk w tym, że Rosie miała złamane serce. Nie pierwszy raz, ale zdecydowanie najboleśniej ze wszystkich tych razy, kiedy w ogóle miało to miejsce. Adam był chłopakiem jeszcze z jej liceum. Takim, do którego cicho wzdychała, ale z którym nigdy się nie spotykała. Czasem co prawda patrzyli na siebie długo, czasem uśmiechali się do siebie w gwarze — a przynajmniej Rosie się tak wydawało — ale na tym właściwie kończyła się cała ich znajomość. Zdążyła o nim zapomnieć wraz z chwilą, kiedy tylko skończyli szkołę i przestali widywać się w niej codziennie. Czasem ktoś znajomy jej o nim przypominał. Szczególnie w ostatnim czasie. Ponieważ Adam okazał się być utalentowany. Adam napisał książkę o ich pokoleniu i nagle Rosie zaczęła natykać się na Adama na każdym kroku. Z Adamem prowadzono teraz wywiady w radiu i w telewizji, Adam wyskakiwał jej w internecie, książka Adama widniała na dużym billboardzie, który mijała w drodze do pracy i o Adamie nagle wszyscy zaczęli mówić. A wkrótce później Rosie zaczęła naprawdę spotykać Adama. Zaczęło się od przypadkowego natknięcia się na siebie w autobusie, później, po tygodniu w supermarkecie, spotkali się też, kiedy oboje byli na drinkach ze swoimi przyjaciółmi i to właśnie wtedy Adam jej zaproponował, że muszą przestać spotykać się przypadkowo, a zacząć spotykać się w pełni intencjonalnie.
Nie wyszło im to szybko. Adam, jako że stał się sławny, miał teraz dużo obowiązków. Wyjechał w podróż promocyjną, podczas której codziennie jednak ze sobą rozmawiali, wymieniając się milionem wiadomości. Wysyłał jej zdjęcia siebie i miejsc, hoteli, w których sypiał, dzwonił, ciekawy jak mijały jej konkretne dni i co się podczas nich wydarzyło. Opowiadała mu o wszystkim; o tym, jak uderzyła w supermarkecie wózkiem w staruszkę, o swoich pierwszych dniach w pracy i o tym, że studia nijak jej do niej nie przygotowały. Czasem zasypiali, rozmawiając ze sobą, a innymi dniami milczeli długo i wtedy Rosie chodziła struta, nie odstępując swojego telefonu.
A później Adam wrócił. I w końcu udało im się spotkać na tę ich pierwszą prawdziwą randkę. I było fantastycznie. Spędzili ze sobą osiem godzin, włócząc się po Nowym Orleanie, planując wspólne wycieczki i wielkie podróże, pijąc drinki i całując się w mijanych bramach. Rosie wróciła do domu, wiedząc, że to jest to. Że Adam z liceum zostanie jej mężem. Była zakochana po uszy.
Adam nigdy więcej się do niej nie odezwał. Nie odpisał na żadną wiadomość i nie odebrał od niej telefonu.
A teraz Rosie patrzyła na jakiegoś całkowicie nieznajomego faceta, który nachylał się nad nią niczym amant z filmu, nazywał ją małą i… I speszył się, kiedy ostatecznie natknął się na jej spojrzenie. Rosie nie powstrzymała uśmiechu. Niespecjalnie wyraźnego, ale rysował się on na jej dotychczas zaskakująco jak na nią poważnych ustach. Milczała. Nie odezwała się ani słowem, pozwalając Dylanowi na tę salwę przeprosin. Kto by pomyślał, że jeszcze jakiś facet to potrafił! Nie odezwała się też wtedy, kiedy mężczyzna się wycofał. Sama przed sobą musiała przyznać, że cała ta scena przyprawiła ją o małą, mikroskopijną satysfakcję.
Przeniosła spojrzenie na samochód, którym przyjechał. Był dziwny. Ale właśnie z tego samego powodu, od razu się Rosie spodobał, bo Rosie uwielbiała wszystko to, co nietypowe i niewpisujące się w powszechny kanon.
A później znowu spojrzała na bruneta, który ponownie znalazł się przy niej. No był przystojny. I co z tego? Był też wysoki i miał uroczy uśmiech. Cathy jak zawsze się upiekło. Choć była bardziej niż pewna, że ta przyjemna dla oka aparycja niczego nie zmieniała. Dylan wciąż pozostawał facetem, a tych Rosie nie podejrzewała o nic dobrego.
Uniosła nieznacznie brwi na lapidarny opis Catherine. No nie postarał się chłopak.
Wiem. — Przytaknęła mu w końcu. — Mówisz o mojej najlepszej przyjaciółce. Ma metr sześćdziesiąt osiem, nie ma kręconych włosów, tylko falowane, a jej oczy wcale nie są zielone. Są tylko w niektórym świetle, w innym są niebieskie! W sumie trochę jak twoje. — Zauważyła już potulniej. — Cathy jest też moją współlokatorką. Pisała mi, że się spóźni, bo utknęła w pracy z dzieckiem, po które znowu nie przyszła matka i kazała mi się tobą zająć. — Rosie uniosła nieznacznie brwi. W innych okolicznościach byłaby zdecydowanie milsza. I nawet sama poczuła z tego powodu pewien dyskomfort, czując, że powinna się wytłumaczyć. — Wybacz Dylan, wyglądasz naprawdę na miłego faceta, ale właśnie mam złamane serce i nie wierzę, że są jeszcze porządni faceci na tym świecie. Mnie więc nie zwiodą te twoje oczy. — Stwierdziła i machnęła na niego dłonią. — I ten uśmiech też nie! — Dodała. A później mimo wszystko cofnęła się o krok, w ten sposób zapraszając go do środka. — Wyobrażasz sobie zapomnieć o własnym dziecku? To nienormalne. Niektórzy naprawdę nie powinni zostawać rodzicami. Co to za matka? Gdzie jej instynkt?

Dylan Hays
Przyjezdn*
31 lat/a, 185 cm
detektyw wydziału kryminalnego w Criminal Justice Square
Awatar użytkownika
Whispers of life
Been waiting on that sunshine
Girl, I think I need that back
Dylan przez chwilę patrzył na dziewczynę w milczeniu, tak jakby próbował uporządkować wszystkie informacje, które właśnie dostał.
Po pierwsze – dopiero teraz tak naprawdę dotarło do niego, że dziewczyna stojąca w drzwiach otworzyła mu je w pidżamie. Właściwie detektyw mógłby nawet stwierdzić, że jeszcze kilka minut temu pewnie leżała pod kołdrą. Nie wyglądała przy tym ani trochę zawstydzona, co tylko sprawiło, że mężczyzna na moment uniósł brwi z lekkim zaskoczeniem.
Po drugie – nie spodziewał się, że przyjaciółki znają aż tak dobrze swoje wymiary. W myślach szybko przywołał obraz swojej randki i uznał, że… cóż. Dziewczyna mogła mieć racje. W każdym razie postanowił zapamiętać, żeby zwrócić na to większą uwagę.
Po trzecie… Czy jej oczy naprawdę zmieniały kolor?
Brwi Dylana zmarszczyły się jeszcze bardziej, jakby próbował przypomnieć sobie każdy moment, w którym na nie patrzył. Zielone? Na pewno zielone. A może… rzeczywiście czasem wydawały się bardziej niebieskie?
I jego oczy też tak robiły?
Z racji swojego zainteresowania biologią morską Dylan znał kilka zwierząt, które potrafiły zmieniać kolory. Ośmiornice należały do najbardziej spektakularnych w tej kategorii. Nie tylko potrafiły zmieniać barwę swojej skóry w ułamku sekundy, ale również jej wzór i fakturę, upodabniając się do skał, piasku czy rafy koralowej. Hays mógłby opowiadać o tym godzinami – o chromatoforach, o tym jak każda z tych maleńkich komórek pigmentowych otoczona jest mikroskopijnymi mięśniami, które rozciągając ją albo kurcząc sprawiają, że kolor nagle pojawia się albo znika z powierzchni skóry.
Ośmiornice nie były jednak jedyne. Były jeszcze kałamarnice, które również zmieniały kolory, choć często robiły to nie tylko dla kamuflażu, ale też dla komunikacji. Samce potrafiły rozświetlać swoje ciała pulsującymi wzorami podczas walk albo w trakcie godów, wysyłając swoim przeciwnikom i potencjalnym partnerkom bardzo czytelne sygnały.
Najbardziej zaawansowane w tej dziecinie były jednak mątwy. Ich skóra działała niemal jak żywy ekran – pełen przesuwających się wzorów, cieni i kolorów. Potrafiły w jednej chwili przejść od idealnego kamuflażu do skomplikowanych, falujących designów, które zdradzały ich nastrój. Co najbardziej zdumiewające, same były – przynajmniej w ludzkim rozumieniu – niemal ślepe na kolory.
Dylan już otwierał usta, żeby rzucić jedną ze swoich morskich ciekawostek.
Ale zaraz je zamknął.
Dopiero po sekundzie coś powoli kliknęło mu z tyłu głowy. Cathy rzeczywiście wspominała, że ma współlokatorkę. Nie rozmawiali o niej zbyt dużo – właściwie tylko raz padła o niej jakaś krótka wzmianka między jednym tematem a drugim. Wtedy nie przywiązywał do tego większej wagi. To musiała być ona. Dylan odchrząknął lekko i odruchowo przesunął dłonią po karku.
- Wiesz… Ewidentnie przeszkadzam – skinął głową w stronę wnętrza domu. – Mogę poczekać w samochodzie. Pewnie spałaś… - na moment zmarszczył lekko brwi, przypominając sobie coś jeszcze. – Jesteś pielęgniarką, tak? Ciężka zmiana? – to była jedna z niewielu rzeczy, które zapamiętał z tego tematu.
Brwi Dylana uniosły się lekko, a uśmiech – dokładnie ten, który właśnie został oskarżony o bycie zwodniczym – zawahał się na jego twarzy gdzieś w połowie drogi. – Och… - parsknął w końcu cicho. Spojrzał przez ramię na stojącego na podjeździe Chevroleta. Mógł w nim zostać! Pokręcił lekko głową. – No tak… - zaśmiał się cicho, przecierając kciukiem kącik ust. – Dobrze wiedzieć, że jest jedna osoba, która nie daje się zwieść – zagryzł uśmiech, wzruszając przy tym niewinnie ramionami.
- Biedne dziecko… - powtórzył za dziewczyną. Przez chwilę milczał, a potem parsknął cichym śmiechem, robiąc krok do wnętrza domu. – W sumie trochę jak ta historia, kiedy Maria i Józef zgubili Jezusa w świątyni – na moment przystanął przy drzwiach. – Trzy dni go szukali, więc wiesz… ta mama w przedszkola i tak ma jeszcze całkiem dobry wynik – uśmiechnął się szeroko, a później rozejrzał po mieszkaniu.
Od razu było widać, że ktoś tu naprawdę mieszkał.
Nie w tym surowym, tymczasowym sensie, do którego Dylan zdążył się już przyzwyczaić przez ostatnie tygodnie, tylko w taki sposób, w jaki ludzie zostawiają swoje rzeczy tam, gdzie czują się jak u siebie. Na półkach stały drobne dekoracje, jakieś ramki ze zdjęciami, świece i książki. Na oparciu kanapy leżał miękki koc, a gdzieś z kuchni dochodził słodkawy zapach czegoś, co mogło być kawą albo świecą zapachową. Mieszkanie było… dziewczęce. Ciepłe. Trochę chaotyczne, ale w przyjemny sposób. Dylan przez moment przyglądał się temu wszystkiemu z lekką ciekawością. U niego wyglądało to zupełnie inaczej. Jego dom wciąż sprawiał wrażenie miejsca, które dopiero czekało, aż ktoś zacznie w nim naprawdę żyć. Parę mebli, parę pudeł.
Tak naprawdę jedynym miejscem, które było jego był właśnie samochód który akurat należał do jego brata.
- Złamane serce, co? – powtórzył zaraz. – Obiecuję, że nie będę próbował pogarszać sytuacji moimi podejrzanymi oczami ani uśmiechem – zasłonił twarz dłonią, a potem spojrzał na nią spomiędzy palców, z szerokim uśmiechem malującym się na twarzy. – Chyba… mogę usiąść w kuchni? Gdzieś? – splótł dłonie za plecami, delikatnie bujając się na palcach. Po chwili nachylił się lekko, i jakby nagle przypomniał sobie coś ważnego, wypalił: – „Nie troszczcie się o jutro, bo jutrzejszy dzień troszczyć się będzie o siebie. Każdy dzień ma dość własnego utrapienia.” – zacytował, uśmiechając się ciepło. Wiedział, że brzmi jak dziadek, ale po prostu tak miał. Wolał uznawać to za znak, że musi szybko zostać ojcem, żeby tym szybciej móc stać się dziadkiem.

Rosie Albright
Miejscow*
28 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
Whispers of life
To be soft is to be powerful
Rosie spojrzała raz jeszcze na samochód. Rzeczywiście mógł w nim poczekać. Był na tyle duży, że mężczyzna mógłby się nawet w nim położyć bez trudu, a ona nie musiałaby ani robić mu niczego do picia, ani dzielić się słodyczami, które zaraz zamierzała spałaszować. Nic z tych rzeczy nie przeszłoby jednak Rosie przez usta i kiedy spojrzała na niego, pokiwała tylko krótko głową — bez entuzjazmu i nie kryjąc jakiejś części swojego poirytowania, ale ostatecznie uśmiechnęła się, choć jak na Rosie był to uśmiech zdecydowanie blady.
Nie, nie spałam. Po prostu leczę swoje serce, okej? — Tak, zdecydowanie zabrzmiało to szorstko i Rose aż samej zrobiło się głupio. Bo jakby na to nie patrzeć ten facet nie był niczemu winien. A przynajmniej na razie. — Nie wiedziałeś o tym, że chodzenie w piżamie pomaga? W końcu piżamy są najwygodniejszymi ubraniami. Do tego często są urocze. W każdym razie pomyśl logicznie, czy istnieje jakieś wygodniejsze i bardziej komfortowe ubranie niż to, które zostało stworzone do spania? — Spytała, dając mu tylko chwilę na odpowiedź, a później wyciągnęła dłoń w jego stronę, unosząc przy tym brwi. — A widzisz? To ma sens. Jak będziesz miał złamane serce, to spróbuj. — Rzuciła, po czym zaraz przewróciła oczami. — Nie mówię, że Cathy ci je złamie. I w ogóle życzę wam wszystkiego najlepszego, no ale… — Machnęła rękoma, ale nie znalazła niczego, co mogłaby powiedzieć. Wszystko to zabrzmiało fatalnie, więc chyba nie powinna już się więcej odzywać. A przynajmniej nie w tym temacie. — Nieważne.
Zaraz jednak Rosie się uśmiechnęła. I tym razem był to uśmiech prawdziwy ani odrobinę niewymuszony i przy tym już charakterystyczny dla Rosie, czyli zmieszany z rozbawieniem i iście uroczy.
Możesz mi wierzyć lub nie, ale zawsze byłam tą rozsądną. — Zapewniła, nawiązując do jego uśmiechu. Na ile była to prawda, ciężko było stwierdzić. Nie o to zresztą chodziło, sytuacyjnie po prostu pasowało.
Wpuściła go do wnętrza małego domu. Wynajmowały go z Cathy od czasu przedostatniego roku studiów. Wywalczyły to u swoich rodziców. Wcześniej obydwie mieszkały w swoich domach rodzinnych, które również mieściły się w Gentilly. Nie było ich stać na wynajęcie własnego domku, choć marzyły o tym jeszcze od czasów szkolnych. I w końcu się udało, umawiając się z rodzicami, że połowę czynszu będą płacić one same ze swoich pensji, a drugą połowę będą dorzucać im rodzice, nawet jeśli nie do końca rozumieli, dlaczego dziewczyny tak bardzo chciały się wyprowadzić. Zrozumieli niedługo po tym, kiedy Rosie i Cathy zaprosiły ich na kolację, prezentując mały domek. Był idealny, chociaż wymagał wtedy remontu i kilku napraw. I wciąż tak było, ale już niedługo. Na czerwiec miały zaplanowany pierwszy poważny remont. Obydwie bowiem zrozumiały, że nic nie wskazuje na to, aby miały się stąd wyprowadzać, wprost przeciwnie.
Co? — Gwałtownie się do niego odwróciła. — Jezus miał wtedy dwanaście lat! Ten z przedszkola ma cztery! I przede wszystkim nie jest Bogiem, tylko synem jakichś dorobkiewiczów, którym żal kasy na prywatną nianię. — Dziwna była ta jego uwaga. Zaskoczył ją faktem, że znał Nowy Testament, ale brzmiało to… Brzmiało to tak, że Rosie nie wiedziała, czy był to jakiś dziwny przytyk do wierzących, czy o co chodziło. Cathy naprawdę się on podobał?
Tak, złamane. — Burknęła, prowadząc go do kuchni. Nie było w niej co prawda miejsca do siedzenia, ale był włączony piekarnik, którego drzwiczki uchyliła, aby spojrzeć do środka. — Miałam jechać opalać się w Miami, w wakacje lecieć do Nowego Jorku, a zimą uczyć się jeździć na nartach w Aspen. Byłam bardziej niż pewna, że podczas któregoś z tych wyjazdów poprosiłbym mnie, żebym wyszła za niego za mąż! Już nawet powiedziałam mamie, że będę brała ślub, a tymczasem on się przestał odzywać. Zero. Nic. Tak jakby umarł… A żyje! Żyje! Dodaje posty na Instagramie! — Odwróciła się do Dylana, ale tylko na chwilę, bo ogólnie zajęta była wyjmowaniem z piekarnika żaroodpornego naczynia. Na jego spodzie ułożone były herbatniki, na nich roztopione pianki, a wszystko to posypane było czekoladą. Odłożyła naczynie na kuchenkę, po czym zdjęła rękawice i sięgnęła do szafki, wyjmując z niej dwa kieliszki. Nasypała do obu lodu.
A później ponownie podniosła głowę, kiedy Dylan rzucił cytatem, który doskonale znała.
Nasz pastor mówił to w minioną niedzielę! — Zauważyła. Czy to mógł być zbieg okoliczności, czy Dylan może chodził na zgromadzenia? — Tak bardzo do mnie to trafiło, że po powrocie zapisałam w moim notatniku! — Stwierdziła z ekscytacją. — Mam taki zwyczaj, że lubię zapisywać w nim fragmenty, które szczególnie do mnie przemawiają. Zapisuję też tam czasem moje modlitwy i w ogóle różne rzeczy związane z moją wiarą. — Wyjaśniła. I dopiero teraz uśmiechnęła się naprawdę, patrząc na Dylana tak naprawdę po raz pierwszy. Naprawdę był uroczy i przestawała dziwić się Cathy, która najwidoczniej była szczęściarą. Otworzyła lodówkę, z której wyjęła Malibu.
Nie chciałam być niemiła. Przepraszam. Po prostu naprawdę zostałam bardzo zraniona. — Wyjaśniła, nalewając alkoholu do obu kieliszków, po czym zalała je sokiem ananasowym. To była jej uboga wersja pina colady. Włożyła do lodówki alkohol i sok, po czym sięgnęła po dwa talerzyki, na które łopatką zaczęła wykładać parującą słodycz.
Więc tak, jestem pielęgniarką. Ty słyszałam, że jesteś policjantem. Cathy mówiła, że przeprowadziłeś się tutaj z Bostonu. — Czy powinna się zdradzać z tym, że tyle wiedziała na jego temat? Nie miała pojęcia, ale nie widziała też powodu, dla którego miałaby udawać, że nie wiedziała tego wszystkiego. — I jako rdzenna nowoorleanka chcę powiedzieć, że to doceniam. Naprawdę. Potrzebujemy w tym mieście porządnych policjantów. To bardzo szlachetne, że zdecydowałeś się porzucić Boston i tu do nas przyjechać. — Wręczyła mu talerzyk i kieliszek z drinkiem. — Jednego z pewnością możesz wypić, Cathy się zejdzie, a jeszcze będzie musiała wrócić i się przebrać i w ogóle. Chodź, zjemy w salonie.

Dylan Hays
Przyjezdn*
31 lat/a, 185 cm
detektyw wydziału kryminalnego w Criminal Justice Square
Awatar użytkownika
Whispers of life
Been waiting on that sunshine
Girl, I think I need that back
- Muszę ci coś powiedzieć Rosie… - zaczął podnosząc głowę z różowej poduszki, która po kilku kolejnych pina coladach wylądowała razem z nim na podłodze.
Dylan miał upodobanie do spędzania czasu blisko ziemi. Był jedną z tych osób, które ustępowały miejsca, przesuwały się i nie miału problemu z tym, żeby zamiast na kocu usiąść na piasku, czy – jak w tym przypadku – zamiast na kanapie obok przyjaciółki dziewczyny, z którą się teraz spotykał, wylądować na dywanie. Usiadł naprzeciwko niej, niżej, starając się nie wchodzić w jej sferę osobistą, przynajmniej nie aż tak.
Sok ananasowy zdawał się osiąść na jego języku, a alkohol przyjemnie krążył w krwiobiegu i Dylan przestał przejmować się nawet tymi drobiazgami. Na początku siedział spokojnie, co jakiś czas sprawdzając czy Cathy napisała – nie napisała – i pilnował, żeby nie wchodzić w zbyt prywatne tematy. Nie mógł o nich rozmawiać z dziewczyną, która chodziła w pidżamie i miała złamane serce. A jednak w tym momencie patrzył na blondynkę z błyszczącymi oczami i zupełnie poważnym wyrazem twarzy. Sięgnął do niej, trzymając ją za kostkę, tak żeby wzmocnić siłę swojego wyznania.
- Nie jestem policjantem. Jestem detektywem – wyjawił w końcu. – Nie wierzę, że Cathy powiedziała, że jestem policjantem! – dodał dramatycznie opadając na poduszkę, a później wziął telefon po raz kolejny i westchnął. – Czy ona właśnie daje mi kosza? Czy powinienem iść do siebie? Wiesz, że właściwie mieszkam niedaleko? – zapytał podnosząc się do pozycji siedzącej. Rosie wiedziała, bo Dylan już o tym wspominał, ale w trakcie całej rozmowy zdążył już o tym zapomnieć. Zaraz jednak jego wzrok trafił na blachę ciasta, którą wcześniej przynieśli z kuchni. Pianki nie były już tak mile ciągnące, ale Dylanowi zupełnie to nie przeszkadzało. Zapomniał już, że dostał dość jasny sygnał, że powinien się zawinąć. Żaden rodzic nie mógł w końcu aż tak spóźnić się po dziecko!
Brunet przeczesał dłonią włosy i rozłożył ręce w bezradnym geście. Kiedy z Rosie doszli do tego, że chodzą na te same zgromadzenia, Dylan od razu zaproponował, żeby dojeżdżali tam razem. Chodzenie samemu było dość smutne, nawet jeśli było się we wspólnocie – on wciąż był za obcy. Zresztą, skoro mieszkali tak blisko, pomysł wydawał się sensowny, logiczny, a nawet ekologiczny.
Teraz jednak, kiedy Cathy wyraźnie dawała mu kosza, Dylan zastanawiał się, czy podtrzymywanie tej propozycji dalej byłoby dziwne. Czy nie łamałby jakiś niepisanych zasad?
- Wiesz co, mała? Powiem ci to bardzo osobiście… Nie lubię, jak ktoś gra. W ogóle ja nie gram. A ten facet, z którym się spotykałaś… wygląda, jakby grał. I wiesz co? Jak ktoś gra w głupie gry, to wygrywa tylko głupie nagrody – odetchnął głęboko. – Jeśli chcesz… mogę mu dać mandat. No, wiesz, nie ja dokładnie, ale… dałoby się to załatwić – uśmiechnął się, niemal łobuzersko, ale zaraz nieco posmutniał. Tylko na chwilę. Podniósł się ze swojego miejsca i przesunął dłońmi po udach. – W każdym razie… Jak coś, daj mi znać, co ze zgromadzeniem. Ja idę do siebie, auto odbiorę jutro… Ale serio, było super cię poznać. Kocham to ciasto, kocham ten domek… Jesteś taka różowa wiesz o tym? – zapytał, zgarniając ze stołu szklankę z resztką pinacolady. Zaśmiał się, owiewając oddechem resztkę lodu w szkle.
Dla Dylana był to pierwszy raz, kiedy dostał kosza w taki sposób – można by powiedzieć, że jeden z bardziej… oryginalnych. Upicie przez współlokatorkę swojej pary? Cóż, zdecydowanie łagodziło poczucie odrzucenia. W sumie wszystko mu było jedno, a nawet… wydawało mu się to zabawne. Nie czuł się urażony ani dotknięty, raczej rozbawiony tym absurdalnym scenariuszem.

Rosie Albright
Miejscow*
28 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
Whispers of life
To be soft is to be powerful
Rosie wpatrywała się uważnie w Dylana. Wiedziała już, że patrzyła na niego za długo i gdy tylko sobie to raz za razem uzmysławiała, gwałtownie odwracała głowę wraz ze spojrzeniem, ale ostatecznie, Dylan, tak czy siak, przyciągał jej uwagę ponownie, sprawiając, że nie mogła oderwać od niego wzroku. Był wspaniały. Naprawdę był wspaniały! Ciężko było stwierdzić jednoznacznie, czy odkryła to wtedy, gdy okazało się, że przynależą do tego samego zgromadzenia, czy może odrobinę później, kiedy z tęsknotą lśniącą w oczach opowiadał o oceanie i podwodnym świecie, które porzucił dawno temu, a które wciąż miały szczególne miejsce w jego sercu. Rosie znała się na ludziach i znała się na miłości. I wiedziała, że w ten sposób — całkowicie niewinnie i bezinteresowanie, uroczo i wręcz dziecięco — potrafią kochać wyłącznie ludzie do cna przesiąknięci dobrem. Dylan właśnie taki był. I różnił się w tym od Adama. We wszystkim różnił się od Adama i kiedy Rosie zdała sobie tylko sprawę z tej myśli, uświadomiła sobie coś jeszcze: Dylan Hays, randka Cathy, przyszły chłopak jej najlepszej przyjaciółki sprawił, że zdążyła nie tylko zapomnieć o Adamie, ale i złożyć odrobinę swoje dotychczas roztrzaskane serce. Jeszcze przed przyjściem detektywa do domu, Marie pogrążona była w żałobie po swoim niedoszłym małżeństwie i szczęściu. Teraz natomiast śmiała się i zdawała się ani trochę o tym nie pamiętać. Oczy jej błyszczały, policzki płonęły ciepłem nie tylko wynikającym z wypitej pina colady, a jej wnętrze przepełniała czysta radość.
Nachyliła twarz w jego stronę, jakby liczyła, że w ten sposób szybciej przekona się, co Dylan chciał jej powiedzieć. Noga jej zadrżała pod wpływem jego dotyku, kiedy palce mężczyzny musnęły nagą kostkę. Rosie przeszedł dreszcz. Niezmiernie przyjemny dreszcz, za który momentalnie zrobiło jej się wstyd, bo przecież Dylan dotykał jej wyłącznie w sposób koleżeński. Roześmiała się. Roześmiała się, nawet głośniej, niż chciała, aby w ten sposób ukryć swoje zmieszanie.
Mówiła, że jesteś detektywem. — Przytaknęła. — Detektywem, policjantem. — Zachichotała. — Naprawdę jest taka różnica? Przecież jesteś policjantem. Skończyłeś szkołę policyjną. O właśnie, a mundur masz? — Jeśli miał, to musiał w nim wyglądać naprawdę przystojnie. Tę myśl zatrzymała jednak dla siebie.
A później nieco spoważniała. Dylan spotykał się z Cathy. Dylan najpewniej zostanie jej mężem, ponieważ był i-de-al-ny i Rosie nie dostrzegała ani jednego powodu, dla którego miałoby im nie wyjść. Spochmurniała odrobinę. Jak to było możliwe, że Cathy natknęła się na Tinderze na prawdziwy ideał, a tymczasem Rosie przypadały same najgorsze randki świata?!
Nie, nie! — Zaprzeczyła momentalnie. Nie wiedziała czemu bardziej; czy temu, że Cathy rzekomo dawała mu w ten sposób kosza, czy temu, że nadszedł czas na Dylana i powinien już wracać do siebie. Mogła zazdrościć przyjaciółce takiego chłopaka, ale nigdy w życiu nie umiałaby zasabotować ich związku. Przecież życzyła im wszystkiego, co najlepsze. — Cathy jest najszczerszą osobą, jaką znam. Właściwie to jest to zawsze jedyny powód, przez który się kłócimy, ponieważ jak Cathy coś myśli, to od razu to mówi, czasem z nikim i z niczym się przy tym nie licząc… — Urwała na chwilę, zdając sobie sprawę z tego, że być może nie stawiało to jej przyjaciółki w najlepszym świetle. Cholera! Może jednak naprawdę ich sabotowała?! — Po prostu chcę przez to powiedzieć, że jeśli Cathy by oszalała i nie chciała się z tobą dłużej spotykać — bo serio musiałaby być szalona, żeby chcieć dać kosza takiemu facetowi — to Cathy powiedziałaby to bardzo wprost, tak że nie miałbyś co do tego żadnych wątpliwości. — Zagwarantowała, zgodnie zresztą z prawdą. — Naprawdę musiała zatrzymać ją praca. Jest bardzo sumienna. I to naprawdę cudowna osoba. Pasujecie do siebie. — Nie spodziewała się, że powiedzenie tego na głos nie będzie ani proste, ani miłe. Na chwilę nawet jej uśmiech wyblakł, a oczy ponownie zaszły smutną mgiełką.
Wzmianka o Adamie nie pomogła. Wręcz przeciwnie, sprawiła, że uśmiech z jej twarzy zniknął na dobre, ale teraz już przynajmniej Rosie miała dobry powód, którym mogła się zasłonić. Upiła dużego łyka swojego drinka, który dotąd został prawie nietknięty. Już po pierwszym kręciło jej się w głowie i wiedziała, że powinna zwolnić, dlatego przy drugim się pilnowała, ale teraz, nagle poczuła się niezmiernie spragniona. Dylan miał rację. Adam zdawał się grać. W końcu uśmiechnęła się pod nosem na jego propozycję.
Naprawdę? — Oczy jej ponownie zabłyszczały. — Zrobiłbyś to dla mnie? Przecież prawie w ogóle się nie znamy! — Przynajmniej w teorii, ponieważ w praktyce Rosie miała poczucie, jakby znali się od zawsze i teraz po latach, spotkali się, choć nic dalej się pomiędzy nimi nie zmieniło. Machnęła dłonią. — Adam nie potrzebuje mandatu. Chcę tylko, żeby kiedyś dotarło do niego, co zrobił i żeby żył z tą świadomością. — Obróciła szklankę w dłoniach, przenosząc na nią spojrzenie. Nogę, która dotychczas znajdowała się na ziemi, podwinęła, krzyżując z drugą nogą, która już od dawna znajdowała się na kanapie. — Wiesz, jeśli dzięki mnie miałby zrozumieć, że zachował się jak… Jak kretyn i dzięki temu już nigdy nie potraktować w ten sposób żadnej dziewczyny… — Rosie wzruszyła ramionami. Chciała powiedzieć, że było to tego warte, ale nie chciało przejść jej to przez usta. Wciąż za bardzo ją to bolało, aby była w stanie to stwierdzić. Może w przyszłości.
Proszę, zostań jeszcze. Nie idź. Cathy naprawdę zaraz w końcu wróci, a ja… Ja bardzo nie chcę zostawać sama. Twoja obecność bardzo mi pomaga. Na chwilę nawet zdążyłam zapomnieć, jak wielką byłam idiotką. — Oczy Rosie zawilgotniały. Nie wiedziała dlaczego. Czy przez Adama, czy może przez Dylana. Przez to, że się minęli, że równie dobrze, to oni mogli spotkać się za pośrednictwem Tindera i teraz to po nią by przyjeżdżał. — Wiesz, że jesteś najwspanialszym facetem, jakiego kiedykolwiek poznałam? — Była pijana. Cholera! Jednak była pijana! — Cathy jest szczęściarą. Zawsze była, ale teraz już serio rozbiła bank!

Dylan Hays
ODPOWIEDZ

Wróć do „Czasoprzestrzeń”