ODPOWIEDZ
27 lat/a, 181 cm
czeladnik zegarmistrza w Nicaud Clocks&Watches
Awatar użytkownika
They were all enamoured with the idea of progress and believed that whatever was new must be superior to what was old. As if merit was a function of chronology! ~ Piranesi, S. Clarke
Whispers of life
pseudo_swetoniusz
004
drugi piątek kwietnia

Trudno byłoby zapomnieć; wspomnienie mrowiło pod skórą, odciskało się w dotyku wodzącym po nierównościach nasiąkniętych wilgocią murów, rezonowało w rytmie kroków, których głuchy, studzienny pogłos przywoływał spomiędzy obnażonych kolumn błądzące echo. Kiedy pierwszy raz zapuścił się do wnętrza, długo nie potrafił powstrzymać nakazującego podnieść wzrok odruchu. W półcieniu zaległym w opuszczonych korytarzach sufit zawisł niżej nad głową, a umysł szkicował na przeżartej przez żywioł powierzchni to, czego nie potrafiły doszukać się tam oczy: niestabilność konstrukcji, kruchość ludzkiej obecności w miejscu, które trawiło każdy przejaw dawnego życia. Rozkład był powolny – wolniejszy z pewnością niż wieściły przejęte głosy reporterów na kilka miesięcy po katastrofie – sączył się do środka przez szczeliny, obejmował ściany czerniejącymi meandrami zacieków i dopiero wówczas, gdy zręby budynku tonęły w brudnej zieleni kolonizującej go natury, odzierał szkielet warstwa po warstwie. Powróciwszy tam po latach, patrzył w dół, zbierał z pokrytej spękanym błotem podłogi i z kątów ostrzących się surowym żelbetem własne, przeszłe ślady, jak gdyby szukał w labiryncie pokojów wskazówki, drogi powrotu do tego, co było. Wiedział, że nie mógłby zapomnieć, nawet wtedy gdy opuszczał ruinę biblioteki po raz ostatni i był przekonany, że nie miał już więcej czasu ani serca, które mógłby oddawać tym ścianom. Kiedy podejmował dopiero pierwsze próby w zegarmistrzowskim fachu, w których towarzyszyła mu kolekcja mechanizmów rozebranych na części oraz zepsutych, nad których stratą nikt nie pochylił się choć na moment, z trudem panował nad własną siłą, raz przykładając się zbyt mocno, raz zastygając w wynikłym z braku śmiałości wahaniu. Zapytany, jego ojciec odparł z właściwą bardziej doświadczonym nieodpowiadającą jego frustracji lekkością, że w końcu się nauczy, a pamięć raz wtłoczoną w mięśnie zachowywało się na lata. Teraz, zrzuciwszy plecak u stóp i przysłuchując się, jak stłumione brzęczenie metalu rozeszło się i zostało pochłonięte przez ciemność, stawał przed myślą, że to co było prawdą wobec zegarów, tyczyło się też puszek farby ciążących w dłoni.
Mógłby zacząć tam, gdzie przerwał. Zajęłoby mu raptem kilka dni przyzwyczajenie się znów do ciśnienia pod palcami, do koloru rozchodzącego się suchą warstwą albo spływającego wartką strugą. Do pędzli, chemicznego zapachu wiszącego wciąż pod nosem i tego rodzaju samotności, który wyławiał z wewnątrz zagłuszone wcześniej refleksje i pozbawione kształtu obrazy. Umiejętność leżała wciąż w jego dłoniach – nawet jeśli z początku byłaby nieco niezręczna, o koślawych liniach oraz niewyważonej kompozycji, popełniłby kilka błędów i rozpracował w końcu przesadną sztywność nadgarstka.
To nie ubytki w zdolnościach zatrzymały go najpierw na progu ostatnich drzwi, z narzędziami pracy odrzuconymi niedbale i nie one zdławiły później na moment wyrywające się podjętym wcześniej decyzjom pragnienie, by odnaleźć spojrzeniem śledzącym osiadłe na muralu cienie miejsce dla nowego epizodu. Brakowało mu przekonania, że historia wymagała jeszcze dopowiedzenia i że to on powinien nadać jej formę i barwę – pewności, którą miał kiedyś i którą stracił po śmierci matki, wobec doskwierającej ciszy w rozmowach z ojcem, jątrzących się wciąż w umyśle słów, które wypowiadali do siebie z bratem, wreszcie wobec przytłumionej, zasnuwającej dziadkowe źrenice skłonności do refleksji, gorszej niż zgryźliwość, z którą narzekał na trzymającą się go częściej i dłużej słabość. Trzy lata później, po powrocie musiał przystanąć i złapać się na sprzeczności, w którą popadł przypadkiem, gdy próbował usprawiedliwić się z porzucenia własnej sztuki: mural nie mógł mieć końca, który usiłował na nim wymusić, tak jak nie miał początku. Nie pisał swojej kroniki w wierszach ani w kolumnach, nie był zainteresowany kierunkiem jej czytania i niewiele myśli poświęcił pytaniu, który z obrazów pierwszy przyzywał uwagę i dlaczego.
Wybrał to miejsce, bo światło wpadające przez wysokie okna, przesłonięte przez gzymsy i kolumny, zdawało się krzywić postawione raz linie, nie pozwalając spojrzeć na nie drugi raz tak samo jak poprzednio.
Wędrując wzdłuż wyciętych z tkanki miejskiej i przeszczepionych tu wedut, przystanął obok płynących szeroką wstęgą, złączonych w jedną scenę, choć rozgrywały się na przestrzeni wielu różnych nocy i tworzył je każdy z osobna w innym tygodniu, portretów Tremé: popiersi muzyków o polerowanych, jarzących się w sztucznym świetle ulic instrumentach, krajobrazów wciśniętych między ściany domów alejek, wizerunku ulicznej trupy utkanego pieczołowicie wśród języków ognia. Rozpoznawał miejsca, które malował wielokrotnie, zanim kształt wydał mu się bliski zachowanemu z tyłu głowy wrażeniu, ciemność dosyć głęboka, lampy niestałe i migoczące, żar wystarczająco gorący; płomienie opierały się najdłużej.
Na prawo od nich pozostało puste miejsce.
Zanim zdążył zapełnić je pomysłem – na tyle był gotów sobie tamtego dnia pozwolić: koncept i pierwszą próbę ustalenia kompozycji – coś zachrzęściło w głębi korytarza. Dopuszczał, że przeoczył wcześniej niosący się stamtąd szelest – łatwo było ignorować pomruki, skrobania i chroboty w miejscu, w którym powietrze zdawało się z nich zbudowane. Teraz był jednak pewny, że dobiegł go odgłos czyichś kroków.
Postąpił w tył i wytężywszy wzrok, próbował dostrzec zarys sylwetki obleczonej jeszcze cieniem. — Słyszałem cię — rzucił, niezupełnie pewny kierunku, w który powinien kierować wezwanie.
Rune Whitelaw
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
Obrazek
Painting is… a kind of war between the moment
and the pull of memory.

𝑃rzekroczenie pewnej granicy nie przyszło do niego z hukiem, nie rozwaliło świata jednym gwałtownym ciosem, który zostawiłby po sobie czytelną linię podziału między tym, kim był wcześniej, a tym, co zostało z niego później. To byłoby prostsze, może nawet uczciwsze. Zamiast tego coś zaczęło przesuwać się w nim powoli, centymetr po centymetrze, cicho i uparcie, z cierpliwością wilgoci wchodzącej w ściany starych domów, która długo pozostaje niewidoczna, by po czasie wyjść na wierzch ciemnym śladem, niemożliwym do pomylenia z czymkolwiek innym. Najgorsze nie było nawet wspomnienie samego strzału — nacisku palca, odrzutu, tej jednej sekundy, po której nie dało się już cofnąć niczego. Znacznie trudniejsza do uniesienia okazała się świadomość, że coś w nim nie umarło od razu, nie odwróciło się od niego z obrzydzeniem, nie rozsypało się pod ciężarem tego, co zrobił. Trwało dalej, uparte i nieznośnie zwyczajne, wciąż zdolne do ruchu, do oddechu, do jedzenia, do snu rwącego się nagłymi szarpnięciami ciała i powrotami do świadomości z gardłem suchym od lęku.
Gang nie zrobił z niego potwora w jedną noc, choć czasem najłatwiej byłoby właśnie tak o tym myśleć. Prawda była bardziej parszywa. Wydzierał z niego ludzkie odruchy powoli, po kawałku, aż niektóre zniknęły tak skutecznie, że orientował się dopiero po fakcie, że czegoś już nie ma. Odruch cofnięcia dłoni. Odruch zawahania. Odruch wiary, że zawsze istnieje trzecie wyjście, lepsze od przemocy i strachu. Tamtego dnia nie było. Wiedział to, nawet jeśli świadomość ta nie przynosiła ulgi. Gdyby nie pociągnął za spust, Flavia by zginęła. Ta myśl nie oczyszczała rąk, nie zmywała brudu z pamięci, nie przywracała mu dawnych kształtów, ale wbijała się w niego twardo i zimno, nie pozwalając udawać, że zrobił to bez powodu.
Przez pierwsze dni był cieniem, resztką człowieka, który najchętniej położyłby się twarzą do ziemi i dał jej się wchłonąć bez pytań. Pił za dużo, spał za mało, potem odwrotnie, a i tak nic nie układało się w sensowną całość. Dopiero konfrontacja z Rodriguez, ciężka, niewygodna i bardziej trzeźwiąca niż cokolwiek, co mogło palić w gardle, postawiła go jako tako na nogi. Nie na tyle, by znów poczuł się sobą, bo to byłby żart, ale na tyle, żeby przestał topić każdy wieczór w alkoholu, jakby szkło i etanol mogły rozpuścić w nim to, co już zdążyło skrzepnąć.
Tego dnia po prostu włóczył się po mieście bez konkretnego planu, z siatką zakupów rzuconą na tylne siedzenie i głową dziwnie pustą, choć nie na tyle pustą, by można było nazwać to spokojem. Kupił kilka rzeczy, by mieć co wrzucić do lodówki, coś prostego, coś, co nie wymagało myślenia więcej niż przez kilka minut, a potem sam nie wiedział nawet, w którym momencie skręcił w stronę Gauche Crescent. Może przez przyzwyczajenie do omijania miejsc zbyt żywych, zbyt pełnych ludzi, zbyt głośnych. Może przez tę część siebie, która od tygodni szukała przestrzeni cichszej od własnej głowy.
Zaparkował auto kawałek dalej, na poboczu, tam, gdzie nie rzucało się w oczy i nie prosiło o zainteresowanie. Zanim trzasnął drzwiami, posiedział jeszcze przez chwilę w bezruchu, z dłonią opartą na kierownicy i wzrokiem wbitym w zakurzoną szybę. Potem wysiadł, wyciągnął papierosy, wsunął jednego między wargi i odpalił. Dym wszedł do płuc szorstko, znajomo, z tą niemal pocieszającą brutalnością, którą lubił od lat. Ruszył przed siebie wolno, bez pośpiechu, czując pod podeszwami nierówny asfalt, drobny gruz, śmieci niesione po kątach przez wiatr. Opuszczone rejony miały w sobie coś z miasta po zdjęciu maski; niczego nie udawały, niczego nie wygładzały, pozwalały oglądać rozpad bez dekoracji.
Ruina biblioteki wyłoniła się spomiędzy zdziczałej roślinności i martwych murów niemal dokładnie tak, jak ją zapamiętał. Nie efektowna, nie filmowa, tylko ciężka, nadgryziona przez wilgoć, z poszarpanymi krawędziami i ciszą tak gęstą, że każdy krok wydawał się w niej czymś obcym. Bywał tu co jakiś czas. Nie regularnie, nie według żadnego planu, raczej wtedy, gdy coś go ciągnęło w tę stronę silniej od rozsądku. Za pierwszym razem zatrzymał go sam widok. Ktoś namalował jego trupę nie byle jak, nie z daleka, nie na odpierdol, tylko z uwagą, od której trudno było się odsunąć. Płomienie miały właściwy ciężar i ruch, nie były dekoracją dla oka. Ciała nie wyglądały na przypadkowe figury rzucone pod ogień. Ktoś patrzył naprawdę.
I właśnie to go wciągnęło. Chęć zobaczenia jeszcze raz. Chęć sprawdzenia, czy obraz wciąż robi to samo, kiedy wpatruje się w niego dłużej. Chęć trafienia na autora albo na kogokolwiek, kto mógłby powiedzieć, kto miał rękę i cierpliwość do takich rzeczy. Było w tym trochę próżności, jasne. Lubił patrzeć, jak jego świat, ten z dymem, ogniem i ryzykiem wpisanym w każdy ruch nadgarstka, staje się częścią czegoś większego, zastygłego na ścianie i przez to dziwnie trwalszego od większości występów. Ale było też coś jeszcze, trudniejszego do nazwania. Może ciekawość. Może potrzeba sprawdzenia, kto potrafił ich zobaczyć bez taniej sensacji.
Wszedł głębiej, zostawiając za sobą smugę dymu, która rozmyła się w wilgotnym powietrzu. W półmroku kontury ścian łagodniały i ostrzyły się naprzemiennie, zależnie od kąta patrzenia. Znał już drogę na pamięć, a mimo to za każdym razem miał wrażenie, że budynek przesuwa się odrobinę, przemeblowuje własne wnętrze i sprawdza, czy gość dalej jest pewny, po co tu przyszedł. Odruchowo zwolnił, zanim dotarł do miejsca, gdzie zaczynał się mural, i przystanął z papierosem uniesionym przy ustach. Ogień. Treme. Instrumenty. Światło lamp rozbite na barwach i cieniach. I oni — jego trupa — wbici w ścianę tak, że na moment znów poczuł tamten znajomy skurcz satysfakcji pomieszanej z czymś bardziej ostrożnym.
Nie był sam.
Najpierw usłyszał głos, niski, rzucony w ciemność bez histerii, ale dość wyraźnie, by nie pozostawić miejsca na pomyłkę. Słyszałem cię. Mięśnie spięły się same, szybciej niż myśl. Papieros zastygł między palcami. Serce nie przyspieszyło gwałtownie, raczej uderzyło ciężej, jakby chciało przypomnieć, że organizm wciąż zna stare sposoby reagowania na możliwe zagrożenie. Wzrok przyzwyczajał się do półmroku przez ułamek sekundy za długo, nim w końcu wyłowił sylwetkę mężczyzny cofniętego od ściany, z twarzą na wpół wyciągniętą z cienia.
Był młody, może w jego wieku, może trochę młodszy, o szczupłej twarzy i spojrzeniu, które w tym świetle wydawało się uważniejsze niż powinno. Ciemne włosy, rysy na tyle wyraźne, że nawet ruina nie potrafiła ich rozmazać. Nie wyglądał na kogoś, kto wlazł tu przez przypadek.
Opuścił rękę z papierosem i wyszedł kawałek z mroku, bez gwałtownych ruchów, bardziej z ostrożności niż z uprzejmości. Dym uciekł bokiem spomiędzy warg.
— Zobaczyłem kawałek swojej roboty na cudzej ścianie, to przyszedłem popatrzeć.
Głos zabrzmiał chropawo, ale równo. Bez tłumaczenia się. Bez niepotrzebnej miękkości. Przesunął spojrzeniem od twarzy chłopaka ku muralowi i z powrotem, jakby chciał jeszcze raz potwierdzić sobie to, co i tak było już oczywiste.
— W sumie nie pierwszy raz. Wracałem tu od jakiegoś czasu. — Strzepnął popiół na spękaną podłogę i zmrużył oczy. — Liczyłem, że w końcu trafię na człowieka, który to zrobił.
Nie ruszył się bliżej. Zostawił między nimi trochę przestrzeni, rozsądnej i potrzebnej, na tyle szerokiej, by żadnego z nich nie stawiać pod ścianą, ale też nie tak wielkiej, by rozmowa rozłaziła się po ruinie jak echo.
— Ładnie uchwyciłeś ogień — rzucił po chwili. — Większość ludzi robi z niego ozdobę. U ciebie wygląda, jakby naprawdę mógł przypalić skórę.
Uniósł brodę odrobinę, mierząc spojrzeniem nie tyle samego autora, ile to, co można było z niego wyczytać przy pierwszym spotkaniu. Nie uśmiechnął się. Nie było jeszcze z czego.
— Masz imię, czy mam dalej mówić do ciebie gościu od ściany?

Alcé Nicaud
27 lat/a, 181 cm
czeladnik zegarmistrza w Nicaud Clocks&Watches
Awatar użytkownika
They were all enamoured with the idea of progress and believed that whatever was new must be superior to what was old. As if merit was a function of chronology! ~ Piranesi, S. Clarke
Whispers of life
pseudo_swetoniusz
Dym wdarł się w oddech ze swoją duszną gorzkością i osiadł z tyłu gardła warstwą drapiącej woni, zanim jeszcze jego blada strużka wpełzła nieśpiesznie w słup światła rozdzierający ciemność wpół i ścielący się na ziemi u stóp jego i przybysza. Nie wiedział kogo się spodziewał – kreśląc naprędce plan odwrotu i licząc odległość do odrzuconego plecaka, nie zdążył zapełnić sylwetki obcego więcej niż przypuszczeniem co do tożsamości, których ten nie mógł nosić. W ciągu lat spotkał w porzuconych salach biblioteki echa śmiechu i okrzyków dzieciaków, włóczące się po zagraconych pokojach drugiego piętra, aż nie spłoszył ich rezonującym ostro odgłosem upuszczonej niechcący puszki z farbą. W nieznośnym skwarze letnich popołudni słuchał odległych głosów, niosących się pod stropem, gubiących w pustych przestrzeniach słowa – zawsze ciekawych, jak dwie dekady przetrawiły wrak dzielnicy i czy wśród pordzewiałych żeber konstrukcji dało się wciąż odnaleźć szamocącego ducha przeszłości. Rzadko, ale systematycznie odnajdywał wśród ciszy przeciągłe, charczące sapanie mężczyzny, z którym skrzyżował spojrzenie tylko raz, gdy ten usiłował utorować sobie drogę na przeciwległym krańcu korytarza, zmierzając do nieznanego, ale wartego wysiłku lśniącego potem na skroniach, celu. Nie wchodzili sobie w paradę. Z żadnym z nich nie zamienił słowa – żadne nie zbliżyło się na tyle do jego ścian i kolumn, obrosłych nawarstwiającymi się jak mech i porost, wynurzającymi się z nierówności betonu cyklami plam barwy i konturów, by domagało się od niego reakcji. Teraz było inaczej. Zesztywniał we własnej pozycji, jak gdyby próbował zaprzeć się w miejscu, które całe pokryte było dziełami jego rąk. Krótki moment między własnym wezwaniem a odpowiedzią, upływający w takt cudzych kroków, mimowolnie zmarnował na wyliczenie niepasujących do mężczyzny masek, chociaż przypisał mu właściwą, jak sądził, rolę – intruza, dystrakcji odganiającej go od porządkowania myśli – i nie bez trudu przełknął drętwiejące na języku, niewypowiedziane pytanie.
Tożsamość nieznajomego ujawniły wkrótce ostrzące się na twarzy cienie. Te same, które kładły się wokół oczu, gdy przez ulice Tremé podróżował blask kotłującego się w powietrzu ognia. Alcé potrzebował jednak słów, by go rozpoznać – jak gdyby wspomnienie pordzewiało i zatraciło znajome kiedyś rysy. Papieros, którego zapach wcześniej wgryzł się w zawilgły mrok i zdawał kłócić z uniesioną ze ścian, strząśniętą z gruzów przeszłości stęchlizną, naraz wydźwignął z pamięci tamten wieczór, zamknięty w kompozycji muralu, rozpościerający się niewiele dalej niż na wyciągnięcie ręki. Musiał stać tam wtedy długo z szeroko otwartym spojrzeniem, pozwolić płomieniom wyryć się w źrenicy powidokiem, który wydobywał później raz za razem, rzeźbiąc w kolorze każde załamanie kształtu, każde drgnienie gorąca marszczącego powietrze. Napełniał przestrzeń między językami smolistą czernią, czerń konturem, wreszcie formą. Namalował twarz połykacza ognia tak, jak ją pamiętał w ciągu popołudni, które minęły od występu trupy. Rozżarzoną w jednym momencie, tonącą w granacie zmierzchu w następnym. W tym dostrzegał główną trudność – w umykającej szybko proporcji między sekundą, gdy ogień rósł i zamierał. Zbliżył się do muralu i położył dłoń w miejscu, gdzie długo drażnił jego wzrok łączący pociągnięcia farby nierówny szew. Po latach musiał przypomnieć sobie, że widział tam cokolwiek poza reminiscencją swojego wstrzymanego w płucach oddechu. Płomienie wiły się i syczały; była w tym i elegancja tańca, i przestroga. Wystarczyło by uwięź, która trzymała je w ryzach, okazała się nie dość silna, a zakręty języków napęczniałyby, iskry zderzyły się ze sobą. Jarząca się arabeska światła zerwałaby się więzom, rozeszła po skórze i przedziwnie żywotna w efemerycznej naturze tworzących ją figur – nawet tutaj, nawet po latach – ogarnęłaby zagłębienia ściany wewnątrz porzuconej ruiny, zajęła jedna po drugiej, skryte w tle występu trupy, sylwetki liter i symboli, wyobrażone raczej niż przeniesione z elewacji Tremé.
Ściągnął brwi. — Twoja robota miała szczęście do miejsca — odparł, nie precyzując, czy chodziło mu o uniknięcie działalności dzieciaków, włóczących się, jak kiedyś on kręcił się bez niczyjej wiedzy i przyzwolenia, po opuszczonych budynkach i szukających własnych przestrzeni na ich murach, czy o czarne zacieki, czekające cierpliwie pod kruszejącymi warstwami tynku. — I dobrze przygotowaną ścianę. — Był w jego tonie ślad zadowolenia, przypominającego radość z wygranego zakładu. Powściągał je jeszcze, jak gdyby obawiał się, że szrama zniszczeń albo farba położona w międzyczasie przez kogoś innego miały je zniweczyć.
Cofnął dłoń, potem postąpił do tyłu.
Nie spodziewałem się mieć tutaj publiczności. — Na żadnym z murali nie pozostawił po sobie nigdy podpisu i nie dociekał, kto przebywał wśród murali po tym, gdy sam opuszczał je z nadejściem wieczora, kiedy ostatnie światło dnia malowało ostrą linię u sufitu, a wśród zarośli majaczyły niby błędne ogniki blade, niestałe światła starych latarni. Nie szukał też nigdy celowo poszlak obcych odwiedzin, nawet jeśli napotykał na wciśnięte między sterty gruzów śmieci. Później, w ostatnich latach, chwytała go wśród rutyny codziennych zajęć ciekawość. Może zrodziła się z próżności, ale przybrała postać obawy, że gdyby zapuścił się znów w znajome korytarze, odnalazłby tylko żal po utraconych obrazach. — Tym bardziej powracającej publiczności. — Dał grymasowi na ustach czas, by pobladnąć, dopiero potem zwrócił w stronę mężczyzny i przekrzywiwszy głowę, pierwszy raz zbadał go wzrokiem takim, jaki stał na granicy cienia, a nie takim, jaki patrzył poprzez ogień na muralu. Przypominał mu niektórych z klientów zegarmistrzowskiego sklepu, po których postawie i słowach krążyło oczekiwanie, aż nie wyszedł im naprzeciw, podejmując rozmowę z rzuconej mimochodem uwagi. Liczył, że go spotka; Alcé tymczasem przyjął pozycję autora, jak źle leżące ubranie i usiłował trzymać gardę. — Spektakl to chyba bardziej twoja specjalność.
Kiedy nanosił mural na ścianę, nie próbował stworzyć mimikry cudzego doświadczenia i przez chwilę stanąć na miejscu połykacza ognia. Wyrwał z siebie własną pamięć, wspomnienie obserwatora, i z powodów, które umykały teraz doroślejszej refleksji, postanowił, że nie chce zapomnieć. Gdyby miał dar swojego dziadka i potrafił dobrać i zestawić ze sobą kilka słów, aby w krótkiej frazie przywołać przed słuchającego bohaterów, ciemność nocy i żar występu, nie musiałby jeszcze na moment (kilka nic nieznaczących lat) odbierać naturze tego miejsca; gdyby podobnie jak jego ojciec z łatwością dostrzegał w przypadkach ironię a w wydarzeniach puenty, łatwiej przyszłoby mu wyrzucić z myśli wysokie sufity pomieszczeń, w które – niechcący z początku, z premedytacją później – wtłoczył coś z siebie, pociągnięcie sprejem za pociągnięciem. Mówili mu jednak, że miał oko i wydawało mu się uzasadnione zrobić z niego użytek.
Jeśli wzajemna przezorność kazała utrzymywać wyznaczony przez mężczyznę dystans, pochlebstwo rozwiązało mu język. Pozwolił sobie na cień uśmiechu.— Dobrze, że nie widziałeś, jak wyglądał na początku. Ogień jest trudny, bo płomienie to jedno, ale wiele zależy od tego, czy to co w przestrzeni pomiędzy nimi wyda się dosyć… wrzące— przyznał, bardziej otwarcie, niemal z zaangażowaniem. — W przeciwnym razie zrobisz z płomieni byle naklejkę. — Zamilkł na moment, przetrawił w ciszy refleksję, która mu się nasunęła. — Ale założę się, że o żywiole wiesz więcej ode mnie. Jakieś wskazówki? Na przyszłość.
Wahanie odmalowało się w oczach i mimowolnym drgnieniu mimiki. Nie przywiązywał się do liter, których przypadkowe kombinacje zestawiał ze sobą przez lata na ścianach. Interesował go kształt, sposób, na jaki układały się jedna po drugiej, każda poprzednia w każdej kolejnej. Musiał wybrać z nich jedną, taką, która przypominać mogła imię. — Eron. — Skinął głową i wzniósł brwi, czekając, czy połykacz ognia postanowi się odwdzięczyć.

Rune Whitelaw
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
ODPOWIEDZ

Wróć do „Gauche Crescent”