ODPOWIEDZ
20 lat/a, 157 cm
Awatar użytkownika
Oh, what the hell? Fell from heaven
Whispers of life
3
Uwielbiała koncerty, a mieszkanie w mieście gdzie praktycznie codziennie można było usłyszeć muzykę na żywo, czuła się jak ryba w wodzie. Chodziła na te małe w najmniejszych barach, na te średnie, gdzie było już trochę więcej ludzi i trochę bardziej duszno na sali i na te wielkie, które odbywały się na stadionie. Tym razem padło na ten drugi typ. Koncert dawał zespół, grający psychodelicznego rocka, którego słuchała już od jakiegoś czasu. Lubiła ich muzykę, więc kiedy dowiedziała się, że będą w Nowym Orleanie, to nie mogła nie kupić biletu. Chciała namówić na wyjście swoich znajomych, ale jedna część nie mogła, a drugą część nie interesowała taka muzyka. Nie było rady, za bardzo jej zależało na tym, żeby pójść na ten koncert, żeby z niego zrezygnować z takiego powodu.
Przed wyjściem z domu chlapnęła sobie trochę, więc miło szumiało jej w głowie, kiedy jechała Uberem do klubu. No co? Przecież nie będzie wydawała majątku na alkohol przy barze. Nie miała za dużo kasy, bo ostatnio sporo wydała na kosz piknikowy, a nie miała zamiaru bawić się bez alkoholu. Jasne, mogłaby, bo nie był jej potrzebny, ale z całą pewnością muzyka tego typu będzie lepiej wchodziła.
Na samym koncercie bawiła się naprawdę dobrze. Zarówno support, jak i sam zespół dali z siebie sto procent. Nie miała na co narzekać. No, może tylko na brak towarzystwa. To, że była sama, zauważył jeden z chłopaków, który przyszedł z jakąś grupką znajomych. Gdy po koncercie podeszła do baru, chcąc napić się jeszcze jakiegoś drinka, bo planowała jeszcze chwilę tutaj posiedzieć, czekając, aż zespół wyjdzie rozdawać autografy, podszedł do niej nieznajomy. Zaczął jej truć tyłek i próbował ją nakłonić do tego, żeby poszła z jego znajomymi na domówkę, ale cały czas uparcie odmawiała. Kusiło ją, żeby trochę się zabawić, ale nie zmieniało to faktu, że miała zasadę, żeby nie chodzić do nieznajomych. Nie była głupia, słuchała przecież true crime.
Już naprawdę denerwowało ją to, że gość nie dawał sobie spokoju, nawet wtedy, kiedy wywracała oczami i ciężko wzdychała na te jego zaloty. Wkurwiało ją to, bo nie lubiła wprost nikogo spławiać. To zawsze kończyło się potem niezręcznie. Cóż, wpadła na lepszy pomysł, który prawdopodobnie skończy się jeszcze bardziej niezręcznie. Nie była za dobra w kalkulowaniu tego, co wyjdzie gorzej i przez to często pakowała się w kłopoty. Nie można było o niej powiedzieć tego, żeby była ostrożna i rozważna.
Kątem oka dostrzegła, że do baru kierował się mężczyzna. Wpadła na pomysł, żeby go wykorzystać do tego, żeby pozbyć się tego natrętnego chłopaka. Poczekała, aż ten podejdzie do baru i w tym samym momencie chwyciła go pod ramię i odwróciła przodem do namolnego adoratora. Wyszczerzyła się i uwiesiła na jego ramieniu. — Myślę, że mój chłopak nie będzie zadowolony z tego, że ktoś mnie tak jawnie podrywa — powiedziała i wygięła usta w podkówkę. — Prawda, skarbie? — zapytała, spoglądając w górę na twarz obcego faceta. Zacisnęła dyskretnie mocniej dłoń na jego ramieniu, wbijając lekko paznokcie w jego skórę, jakby dawała mu w ten sposób do zrozumienia, że nie miał się z tego próbować wymiksować. Miała nadzieję, że jej plan wypali, bo naprawdę nie widziała innego sposobu na to, żeby się od niej odczepił. — Myślałam, że już na dobre się zgubiłeś — westchnęła ciężko. — Nie możesz mnie tak zostawiać. Twoja Meli jest taka malutka. Ojej, jaka malutka. Łatwo ją zgubić w tłumie — powiedziała to w taki sposób, żeby brzmieć jak najbardziej irytująca pick me girl na świecie.

Kai
37 lat/a, 187 cm
Awatar użytkownika
I am not anti-social, I am just not user-friendly
Whispers of life
Obrazek
Not my circus, not my monkeys…
and yet here I am.

𝑂d zawsze był metalem z krwi i kości, i nawet jeśli z biegiem lat nauczył się upychać tę część siebie pod warstwą zawodowego opanowania, pod chłodnym tonem, sterylnym fartuchem i spojrzeniem człowieka, który na co dzień rozcinał ludzkie ciała z większą precyzją niż większość ludzi kroiła chleb, w gruncie rzeczy niewiele się w nim pod tym względem zmieniło. Jeszcze w szkole nosił długie włosy, które doprowadzały nauczycieli do szału, potem przyszły kolczyki w uszach — trochę dla buntu, trochę z przekory wobec własnych zdeformowanych małżowin, których przez lata serdecznie nienawidził — a z czasem doszedł nos i język, o którym wiedziało zaskakująco niewiele osób, bo nie widział potrzeby chwalić się wszystkim każdym detalem swojego ciała. Tatuaży nigdy nie polubił. Nie z braku odwagi, tylko cierpliwości. Siedzenie godzinami w jednym miejscu działało mu na nerwy, a poza tym nie przepadał za rzeczami nieodwracalnymi. Paradoksalne, zważywszy na zawód, który wykonywał, ale ludzkie ciało po śmierci było dla niego czymś zupełnie innym niż własna skóra.
Niektórzy narzekali, że przy sekcjach potrafił słuchać growlu, blastów i wszelkich dźwięków, które dla przeciętnego człowieka brzmiały jak zapowiedź końca cywilizacji. Dr Levin rzucał mu od czasu do czasu spojrzenie pełne zawodowego zmęczenia, jakby już dawno pogodził się z tym, że Renshaw pozostanie doskonałym patologiem z gustem muzycznym, który w bardziej konserwatywnych kręgach uchodziłby za alarmujący. Sam Kai nigdy nie widział w tym sprzeczności. Wręcz przeciwnie — ciężkie granie porządkowało mu myśli, wyciszało to, co zbędne, odcinało szum. Dawało coś szczerego, brutalnego i pozbawionego ozdobników, a to akurat cenił bardziej, niż zwykle przyznawał na głos.
Tego wieczoru wybrał się na koncert ze znajomym, jednym z tych nielicznych ludzi, przy których nie musiał udawać, że woli cichą knajpę od ściany wzmacniaczy i tłumu lepkiego od potu. Dawniej byłby z nimi pewnie Peter. Ta myśl przemknęła przez głowę Renshawa nieproszona, ale nie wbiła się w niego tak gwałtownie, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Została pod żebrami niczym tępy ciężar, znajomy i wcale nie mniej niewygodny tylko dlatego, że oswojony. Peter nadawał z nim na tych samych falach, rozumiał ten rodzaj muzyki bez tłumaczeń, bez śmiesznych uwag o hałasie i darciu mordy. Brakowało go szczególnie w takich momentach — nie w tych wielkich, przełomowych, tylko w drobnych, zwyczajnych, które potrafiły zaboleć bardziej przez swoją codzienność.
Sam koncert okazał się porządny. Nie wybitny, nie taki, o którym człowiek myślał potem przez tydzień, ale uczciwy, intensywny i wystarczająco dobry, by ciało weszło w rytm, a głowa na jakiś czas przestała pracować z upierdliwą dokładnością. Klub był duszny, światła cięły ciemność czerwienią i bladym fioletem, gitary momentami brzmiały tak ciężko, że czuł je w mostku, a perkusja wbijała się w klatkę piersiową z regularnością drugiego pulsu. W takich warunkach łatwiej było oddychać. Albo przynajmniej udawać, że wszystko mieści się tam, gdzie powinno.
Po koncercie pożegnał się ze znajomym, który musiał wracać do domu, rzucając mu jeszcze kilka krótkich słów przy wyjściu z sali. Sam nie miał ochoty kończyć wieczoru od razu. Skoro i tak już tu był, mógł wypić przy barze jedno zimne piwo, postać chwilę w tym przyjemnym pogłosie po muzyce, aż tłum zacznie się przerzedzać. To wydawało się prostym, niewymagającym planem. Niemal kojącym w swojej zwyczajności.
Z takim zamiarem skierował się w stronę baru i wszystko rozpadło się w ułamku sekundy.
W jednej chwili był jeszcze o krok od blatu, wyciągał rękę, żeby oprzeć dłoń o chłodne drewno, a w następnej coś drobnego i uparcie żywego uwiesiło mu się ramienia. Ruch był tak szybki, że nie zdążył nawet odruchowo się odsunąć. Poczuł ciepło cudzego ciała, zapach perfum zmieszany z klubowym zaduchiem, a zaraz potem słowa o chłopaku, które wbiły mu się pod skórę z siłą wyjątkowo irytującego zgrzytu.
Pierwszy impuls był prosty i brutalnie szczery — strząsnąć ją z siebie, odsunąć, warknąć, co ona odpierdala, i zakończyć tę farsę, zanim się w ogóle zacznie. Nienawidził, kiedy ktoś tak bezczelnie wchodził mu w przestrzeń, dotykał go bez pytania i zakładał, że będzie współpracował. Tego rodzaju nachalność działała mu na nerwy szybciej niż niemal wszystko inne.
Tyle że zaraz potem paznokcie dziewczyny wbiły mu się boleśnie w skórę, niezbyt mocno, ale wystarczająco, żeby wychwycił napięcie ukryte pod tym żałosnym, przesłodzonym teatrzykiem. Dopiero wtedy przeniósł wzrok na faceta stojącego naprzeciwko. Obcy. Typ z tych, którzy chyba nie rozumieli słowa nie, bo byli zbyt zajęci własnym ego, żeby usłyszeć cokolwiek poza sobą. Miał w sobie tę upierdliwą pewność, od której Kaiowi od razu ścierpła szczęka.
To nie była jego sprawa. Rozum podsunął mu to chłodno, rzeczowo, niemal zawodowo. Mógł się wyplątać, zostawić ich z tym i pójść po swoje piwo. Nie miał żadnego obowiązku wchodzić między obcych ludzi i cudze problemy.
Tylko że zbyt wiele razy widział na swoim stole kobiety, które miały pecha trafić na mężczyzn przekonanych, że granice są sugestią, a nie czymś realnym. Zbyt wiele razy oglądał ślady po dłoniach, siniaki, pęknięte naczynka, skórę rozdartą w miejscach, które same w sobie mówiły aż nadto. Czasem wystarczał jeden zły moment, jeden nieodpuszczający idiota, jeden wieczór, który powinien skończyć się banalnie, a kończył się raportem i chłodem prosektorium.
Stłumił więc skrzywienie, które cisnęło mu się na twarz przy dźwięku tych wszystkich skarbie i malutka Meli, tak przesłodzonych, że niemal czuł ten fałsz na języku. Powoli odwrócił głowę w stronę natręta, prostując się nieznacznie. Przy jego wzroście i budowie nie musiał robić wiele, żeby wyglądać na kogoś, z kim lepiej nie sprawdzać cierpliwości. Długie, rudawe włosy opadały mu na ramiona i plecy, koszulka po koncercie kleiła się lekko do skóry, a w spojrzeniu miał już tę chłodną, cichą ostrość, która pojawiała się u niego zawsze wtedy, gdy irytacja zastygała w kontrolę.
— Jakiś problem? — zapytał spokojnie.
Ton miał niemal uprzejmy, ale tylko niemal. Pod spodem czaiło się coś twardszego, wyraźnie wyczuwalnego, nawet jeśli nie podniósł głosu. Przesunął minimalnie ramię, nie po to, żeby zrzucić z siebie dziewczynę, tylko ustawić się tak, by częściowo zasłonić ją przed obcym. Gest był oszczędny i praktyczny. Bez czułości. Bez grania zakochanego idioty. Zwykła korekta pozycji, za którą stał dość czytelny komunikat.

Em
20 lat/a, 157 cm
Awatar użytkownika
Oh, what the hell? Fell from heaven
Whispers of life
Miała nadzieję, że nieznajomy nie uzna, że to gruba przesadza albo że zaburzyła jego przestrzeń osobistą tak nagle i bardzo, że będzie chciał się odsunąć i kazać jej spierdalać. Nie wiedziała, co wyrabiała i jaki miała plan, bo działała impulsywnie. W jej przypadku to było normalne. Nigdy nie zastanawiała się wiele nad tym, co robiła, a raczej po prostu działała. Tak, jak jej podpowiadała intuicja. Inna sprawa, że ta czasami ją zawodziła i że nieraz popełniała głupie błędy. Jak się okazało, tym razem dobrze, że jej posłuchała, bo facet chyba zrozumiał, że była w tarapatach. Chyba ktoś wysłuchał jej modłów tam na górze, jeśli ktoś tam w ogóle był.
Gdy nieznajomy stanął nieco przed nią, spojrzała w górę na jego twarz. Dopiero teraz mu się przyjrzała. Był starszy od niej i to pewnie sporo. Nie, żeby jej osobiście to przeszkadzało, ale być może nie umknie to jej adoratorowi, który mógłby wywęszyć podstęp. Spojrzała z powrotem na nachalnego chłopaka, kiedy jej wybawca się do niego odezwał.
Nie, skąd — powiedział i odchrząknął, najwyraźniej będąc nieco zakłopotanym. To dobrze, bo bała się, że zacznie się rzucać i mieć jakiś problem. Wyglądało na to, że był raczej klasycznym przykładem pizdy. Teraz tym bardziej upewniła się w tym, że nie była nim zainteresowana. Najbardziej nie lubiła miałkich facetów, którzy tylko udawali twardzieli.
No właśnie. Jakiś problem? — zapytała, wychylając się zza mężczyzny. Stanęła przy tym na palcach, jakby chciała w ten sposób wydać się wyższa. Cóż, przy nim na pewno niewiele to dało, bo gość był naprawdę wysoki. Musiała przyznać, że trochę ją to przytłaczało.
Sorki, nie wiedziałem, że kogoś masz — dodał jeszcze pospiesznie, przeczesując długie włosy. Wypuścił głośno powietrze ustami, posłał im jeszcze jedno przepraszające spojrzenie, jakby autentycznie zrobiło mu się głupio, że do niej zagadał, po czym odszedł do swoich znajomych, sprawiając wrażenie przygaszonego.
Tak myślałam — powiedziała, łapiąc się pod boki i skinęła energicznie głową, wydając przy tym z siebie krótki pomruk. Przez moment wątpiła w to, że ten pomysł wypali i że uda się spławić gościa w taki prosty sposób, ale wyglądało na to, że wszystko poszło po jej myśli.

Odprowadziła chłopaka jeszcze kawałek wzrokiem, kiedy ten ze swoją grupką przyjaciół skierował się do wyjścia z klubu, ale w końcu przeniosła spojrzenie na swojego wybawiciela. — Dzięki — powiedziała i uśmiechnęła się do niego szeroko. — Pewnie, gdyby nie ty, to jeszcze długo trułby mi tyłek. Gadał już takie pierdoły, że myślałam, że wykręci mnie na drugą stronę. Był naprawdę upierdliwy. Do tego jeszcze wiało od niego pozerstwem na kilometr. Wiesz, to taki typ, który myśli, że zapuści włosy, założy jeansową kurtkę z naszywkami i będzie cool — powiedziała trochę za szybko. Tak już miała, mówiła prędko, niewiele się zastanawiając nad tym, co za słowa tak właściwie z siebie wyrzucała.
Pozwól, że postawię ci piwo — powiedziała zaraz, zanim mężczyzna zdążył odejść od baru. Wsparła się łokciem o ladę i pokazała barmanowi dwa palce, uśmiechając się do niego jak rasowy cwaniak. Tak, chciała przy tym wyglądać na wyluzowaną, ale ostatecznie wyglądało to raczej dość komicznie, bo ledwo co dosięgała do baru. W międzyczasie, kiedy barman nalewał im po piwie, wdrapała się na stołek barowy i poklepała ten obok, dając mu do zrozumienia, że miał na nim posadzić tyłek. Co prawda, nie miała żadnej pewności, czy przyszedł sam, czy z kimś, ale chciała się jakoś odwdzięczyć. Równie dobrze mógł przyjść ze swoją dziewczyną, żoną albo znajomymi i zajść tylko po piwo dla siebie i kogoś jeszcze. Poczułaby się naprawdę rozczarowana, gdyby tak było, bo zdążyła się trochę napalić na to, że jednak będzie miała jakieś towarzystwo przy barze.

Kai
37 lat/a, 187 cm
Awatar użytkownika
I am not anti-social, I am just not user-friendly
Whispers of life
𝑁aprawdę nienawidził, kiedy ktoś naruszał mu przestrzeń osobistą. Nie chodziło nawet o zwykłą niechęć do dotyku czy potrzebę dystansu, którą można było zbyć wzruszeniem ramion i uznać za ekscentryzm; w jego przypadku ten odruch siedział głębiej, bliżej nerwów niż zasad, i uruchamiał się z prędkością, nad którą nie miał większej kontroli. Ludzie, którzy wchodzili mu za blisko bez pytania, bardzo szybko przekonywali się, że pod warstwą pozornego chłodu kryło się coś mało przyjemnego — nie tyle gniew w jego najbardziej widowiskowej postaci, co lodowata, precyzyjna nieuprzejmość człowieka, który w jednej chwili potrafił wyciąć rozmówcę z rzeczywistości jednym spojrzeniem albo krótkim, suchym tekstem. W normalnych okolicznościach to małe, rozgadane nieszczęście, które uwiesiło mu się ramienia z wdziękiem granatu pozbawionego zawleczki, już dawno usłyszałoby, co dokładnie sądził o takim sposobie rozwiązywania problemów.
Tyle że to nie były normalne okoliczności.
Wystarczył jeden rzut oka na faceta stojącego naprzeciwko, a coś w głowie Renshawa przeskoczyło na właściwe tory. Nie na miękkie, bo miękkość akurat nie miała z tym nic wspólnego, tylko na te dobrze znane, zbudowane z rutyny, doświadczenia i obrazów, których żaden człowiek nie powinien oglądać tak często, by zaczęły ustawiać mu odruchy. W pamięci błysnęły mu cudze nadgarstki z odciskami palców, siniec rozlewający się na obojczyku, skóra na ramieniu rozdarta tak, jakby ktoś chciał zostawić po sobie podpis. Praca uczyła wielu rzeczy, również tego, że niektóre sytuacje trzeba dusić zaraz przy źródle, zanim zdążą obrosnąć w coś gorszego. I tak, zanim zdążył w pełni przetrawić własną decyzję, wszedł w rolę. Jak skończony kretyn. Jak człowiek, który jeszcze chwilę wcześniej planował tylko piwo przy barze, a teraz stał jako cudzy chłopak z przypadku, z obcą drobną kobietą przyklejoną do boku.
Przebiegł wzrokiem po nieznajomym, automatycznie, odruchowo, mierząc go nie tyle z pogardą, co z zawodowym chłodem. Szerokość barków. Ustawienie stóp. Ilość wypitego alkoholu. Napięcie w karku. Praca rąk. W ewentualnym starciu facet nie wyglądał na szczególnie groźnego, raczej na jednego z tych typów, którzy najgłośniej zachowują się tylko do chwili, w której trafią na opór większy od własnego ego. Mimo to Kai oceniał każdego tak samo — nie przez pozę, tylko przez potencjał szkody. Ten akurat zdawał się bardziej speszony niż bojowy. Dobrze. To oszczędzało wszystkim problemów.
— Serio? — odezwał się, podtrzymując to przedstawienie z cierpliwością, która sama w sobie zakrawała na akt przemocy wobec własnego charakteru. — To możesz już odpuścić i dać jej święty spokój.
Nie podniósł głosu. Nie musiał. Wysokość, postura i ten jego sposób patrzenia robiły robotę za resztę. Facet zaczął się wycofywać z niezręcznością człowieka, który najwyraźniej dopiero teraz zrozumiał, że cudze granice istnieją naprawdę, a nie tylko w teorii. Renshaw nie odzywał się więcej, dając mu dokładnie tyle przestrzeni, ile trzeba było, żeby mógł zachować resztki twarzy i po prostu spierdolić. To zwykle działało lepiej od awantury. Ludzie lubili myśleć, że sami podejmują decyzje; wystarczyło podsunąć im odpowiednio niewygodną opcję.
Wtedy usłyszał z boku krótkie, triumfalne:
Tak myślałam.
Zerknął na nią odruchowo — i zobaczył, jak łapie się pod boki z energią małego, wojowniczego stworzenia, które nie rozumie własnych gabarytów, ale absolutnie nie zamierza się nimi przejmować. Niski wzrost, ten rodzaj butnej postawy, niemal komiczna gotowość do konfrontacji mimo warunków fizycznych całkowicie nieadekwatnych do ambicji... skojarzenie przyszło tak nagle, że aż go wewnętrznie zmroziło.

Mała Mi.

Przez jedną, potwornie absurdalną sekundę naprawdę zobaczył ją właśnie tak — jako Małą Mi w ludzkiej skórze, wyrzuconą z bajki prosto w klubowy półmrok, między rozlane piwo, ciężką gitarę i debili o ambicjach uwodzicieli. Wizja była tak niedorzeczna, że sam się jej przestraszył. Nie dlatego, że była szczególnie obraźliwa. Po prostu jego mózg zwykle pracował bardziej przyzwoicie.
Odprowadził typa wzrokiem, obserwując, jak wraca do swoich znajomych i po chwili kieruje się z nimi ku wyjściu. Dobrze. Im dalej, tym lepiej. Został jeszcze przez moment w bezruchu, bardziej dla pewności niż z potrzeby przeciągania całej sceny, aż w końcu głos dziewczyny znów rozciął przestrzeń między nimi. Tym razem nie pojedynczą uwagą, tylko istnym słowotokiem, z którego wyławiał sens z wysiłkiem człowieka próbującego nadążyć za kimś, kto mówił szybciej, niż większość ludzi myślała.
Podziękowanie. Krótki raport z upierdliwości napastnika. Kolejna opinia. Następna. Jeszcze jedna. Coś o pierdołach, o truciu tyłka, o tym, że facet był nieznośny. Kai przez pierwsze sekundy słuchał tego z miną człowieka, który wciąż nie do końca doszedł do siebie po fakcie, że dał się właśnie bez protestu wykorzystać jako rekwizyt w cudzym planie awaryjnym. Dopiero jedno zdanie zatrzymało się w nim na dłużej.
Do tego jeszcze wiało od niego pozerstwem na kilometr. Wiesz, to taki typ, który myśli, że zapuści włosy, założy jeansową kurtkę z naszywkami i będzie cool.
— Aha — mruknął.
I wtedy spojrzał na siebie.
Na ciemny T-shirt, rozpiętą flanelę, pasek, cięższe dodatki, całą tę mniej lub bardziej świadomie pielęgnowaną estetykę człowieka, który od lat obracał się dokładnie w tej muzycznej orbicie. Nie miał na sobie co prawda jeansowej kurtki z naszywkami, ale był to tak niebezpiecznie bliski rejon skojarzeniowy, że przez krótką chwilę po prostu stał i patrzył przed siebie z wyrazem twarzy, jakby właśnie usłyszał wyjątkowo nieprzyjemną diagnozę.
To było nawet gorsze od samej sytuacji. Tamten typ oberwał. On rykoszetem również.
Nie skomentował tego. Nie miał siły. Nie miał też pewności, czy gdyby otworzył usta, nie wyszłoby z niego coś na granicy egzystencjalnego zmęczenia i urażonej dumy człowieka, który właśnie został wrzucony do jednego worka z klubowymi pozerami tylko dlatego, że istniał w odpowiednim stroju i czasie. Barman postawił przed nimi piwa, szkło stuknęło o blat, a Kai odebrał swoje bez słowa, czując, że jego mózg wciąż próbuje nadrobić ostatnie dwie minuty.
Potem po prostu zajął wolny stołek przy barze.

mała mi :>
20 lat/a, 157 cm
Awatar użytkownika
Oh, what the hell? Fell from heaven
Whispers of life
Ściągnęła brwi na to jego aha, bo w pierwszej chwili nie wiedziała, co miał na myśli. Zmarszczyła czoło, kiedy tak się na siebie spojrzał i dopiero teraz dotarło do niej, co takiego miał na myśli przez swoją reakcję. Zaśmiała się krótko, uderzyła lekko w czoło i rozbawiona pokręciła głową na boki. — Nie no, szanujmy się, ciebie nikt nie wziąłby za pozera. Widać od razu, że nie ubierasz się tak tylko po to, żeby wydawać się fajnym. Jesteś metalem z krwi i kości. To widać na kilometr. Do tego masz ładne włosy. Ładniejsze niż tamten typ, więc z automatu jesteś bardziej cool — zaczęła. Bo tak, to był dopiero początek tego natłoku słów, który wylewał się z jej ust. — Ja nigdy nie miałam takich długich włosów, chociaż jestem dziewczyną. Najdłuższe miałam do ramion, a w najkrótszej wersji byłam całkiem łysa. Dasz wiarę? — dodała i wyszczerzyła się do niego szeroko. Zupełnie, jakby to w ogóle miało go interesować w jakikolwiek sposób. Zapewne nie interesowało i zapewne miał gdzieś to, jakie w przeszłości nosiła fryzury. — Także ten, nie chciałam cię urazić! — podsumowała swoją myśl, jak streszczenie szkolnej lektury dla tych, którym nie chciało jej się czytać. Naprawdę nie miała nic złego na myśli. Chciała obrazić tamtego gościa, a nie tego, który stanął w jej obronie.
Odetchnęła w duchu z ulgą, kiedy mężczyzna postanowił usiąść na stołku, bo przez moment bała się, że weźmie to piwo i sobie z nim pójdzie. Trochę by się za to na niego pogniewała, skoro to ona stawiała. Inna sprawa, że mogło to wyglądać tak, że chciała mu kupić piwo w ramach rekompensaty za to, co stało się przed chwilą i to tyle. Sięgnęła po swój kufel, upiła z niego spory łyk, podsumowała go głośny ach i odstawiła go z powrotem na blat. — Możesz mówić mi Meli. Albo Emm. Albo Emmeline — powiedziała, wymieniając wszystkie wariacje swojego imienia, jakiego używali bliscy i znajomi, kiedy się do niej zwracali. Uznała, że powinien wiedzieć, z kim pije piwo i komu uratował tyłek. Sama chętnie by się dowiedziała, jak jej wybawca miał na imię, żeby potem móc się chwalić, że ktoś taki i taki uratował jej tyłek i że poleca tę osobę, gdyby były jakieś problemy.
No i przede wszystkim chciałam ci podziękować za to, że stanąłeś po mojej stronie — wypuściła głośno powietrze ustami. — Gdyby nie ty, to typ pewnie jeszcze długo by mnie nagabywał. Już gadał takie pierdoły, że uszy więdły. Myślałam, że dostanę na łeb, jak się nie zamknie. Wyobraź sobie, że chciał, żebym z nim poszła na domówkę do jego znajomych. Co on myślał? Że jestem jakaś głupia? Jestem pewna, że typ chciał mnie przelecieć. No i okej, może nawet miałby jakieś szanse, gdyby nie fakt, że otworzył usta. Bez tego jeszcze jakoś by uszło, ale tak to... zero elwokencji! — pokręciła głową na boki, pokazując tym samym, jak bardzo była zrezygnowana. Nie, nie zdawała sobie sprawy z tego, że mówiło się elokwencji, choć sama dość elokwentna była, z czego również nie zdawała sobie sprawy. — Ja jestem porządną studentką, wiesz? Uczę się muzyki. Jestem całkiem bystra, szybko myślę. Jestem jak Zygzak McQueen myślenia — powiedziała i zrobiła ręką bliżej nieskoordynowany ruch, który miał obrazować samochód na torze wyścigowym. Cóż, była trochę pijana, a po alkoholu robiła się znacznie bardziej wygadana i energiczna niż zazwyczaj, więc Kai miał do czynienia z jej najbardziej wybuchową wersją. — A on mi wyskakiwał z jakimiś pierdołami, które nie interesowałaby nikogo. Po co mi mówić, że fajnie wyglądam, skoro doskonale zdaję sobie z tego sprawę? — wydała z siebie kolejny krótki pomruk, po czym ponownie sięgnęła po piwo, którego się napiła, bo zaschło jej w gardle. Nic dziwnego, skoro dopiero co z jej ust wydobył się taki potok słów. Tak na dobrą sprawę, to równie dobrze mogłaby pić do lustra, prowadzić rozmowę sama ze sobą i się w ogóle przy tym nie nudzić.

Kai
37 lat/a, 187 cm
Awatar użytkownika
I am not anti-social, I am just not user-friendly
Whispers of life
𝑃owinien był już dawno się stąd wymknąć. Najlepiej bez słowa, bez oglądania się przez ramię, z kuflem opróżnionym do połowy albo nawet zostawionym na blacie, jeśli cena za święty spokój miałaby wynosić jedno piwo i resztkę godności. Rozsądek podpowiadał mu to z uporem godnym lepszej sprawy od chwili, w której cały ten wieczór przestał być prostym planem złożonym z koncertu, chłodnego alkoholu i powrotu do domu, a zaczął przypominać scenariusz pisany przez człowieka z wyjątkowo osobliwym poczuciem humoru. Mimo to nadal tkwił przy barze, z barkiem zwróconym ku drobnej istocie, która z jakiegoś powodu wciąż nie przestawała kojarzyć mu się z Małą Mi.
To skojarzenie było absurdalne i niesprawiedliwe, a jednak uparcie nie chciało odpuścić. Dziewczyna nie miała rudej grzywki, nie nosiła czerwonej sukienki i nie wyglądała, jakby miała za chwilę kopnąć kogoś w kostkę dla zasady, ale coś w jej energii, w tempie istnienia, w tej bezczelnej małości połączonej z przekonaniem, że cały świat powinien się do niej dostosować, wciąż prowadziło go właśnie w tamtą stronę. Uznałby to za efekt zmęczenia albo alkoholu, gdyby nie fakt, że był trzeźwy prawie do bólu. Najwyraźniej jakiś bezpiecznik naprawdę przestawił mu się w głowie.
Zanim zdążył dojść do bardziej niepokojących wniosków, z ust dziewczyny znowu popłynął strumień słów, wartki i całkowicie nieprzejmujący się tym, czy ktokolwiek po drugiej stronie nadąża. Tym razem jednak nie oberwał rykoszetem. Wręcz przeciwnie.
Nie brała go za pozera.
To samo w sobie było jeszcze do przetrawienia. Później padło, że był metalem z krwi i kości, co brzmiało jak coś tak nieoczekiwanie trafnego, że przez krótką chwilę nie wiedział, czy ma poczuć lekką satysfakcję, czy raczej niepokój, że obca, ledwo sięgająca mu do ramienia dziewczyna rozczytała go szybciej niż niejeden człowiek, który znał go od miesięcy. Potem dorzuciła, że miał ładne włosy i był cool, a to już było zdecydowanie za dużo jak na kilka minut znajomości i jedną interwencję przy barze.
Nie odezwał się ani słowem.
Po prostu słuchał, z twarzą niemal nieruchomą, starając się wewnętrznie rozłożyć to wszystko na czynniki pierwsze i nie dojść przypadkiem do wniosku, że właśnie znalazł się w jakimś pijanym alternatywnym wszechświecie, w którym zamiast chłodnej wymiany zdań i końca tematu dostaje spontaniczny manifest o własnym wizerunku. Najgorsze było to, że kobieta nie brzmiała protekcjonalnie. Ani kokieteryjnie. Ani głupio. Brzmiała po prostu jak ktoś, kto mówił wszystko dokładnie w tej sekundzie, w której pomyślał, bez cienia filtra, za to z prędkością karabinu maszynowego.
Informacja o jej fryzurach wpadła mu do głowy z podobną siłą, z jaką wpadają tam zwykle rzeczy zupełnie zbędne. Włosy do ramion. Potem łysa. Pytanie, czy da wiarę. Dałby, pewnie. Nie miał pojęcia, dlaczego miałby to robić, ale nie widział powodu, żeby akurat to budziło w nim wątpliwości. Wszystko inne w tej scenie było dużo mniej prawdopodobne.
Zamiast odpowiedzi sięgnął po piwo i pociągnął porządny łyk, większy niż planował. Chłód alkoholu spłynął mu po gardle, na moment odcinając go od klubowego zgiełku, od czerwonych świateł odbijających się w szkle, od tej drobnej katastrofy społecznej, która siedziała obok i z każdą minutą coraz skuteczniej rozbijała mu starannie poukładany wieczór. Miał cichą, dość naiwną nadzieję, że alkohol pomoże mu uporać się z tym całym chaosem. Nie musiał czynić cudów. Wystarczyłoby, gdyby przywrócił mu zdolność myślenia pełnymi zdaniami.
Potem się przedstawiła. A właściwie przedstawiła się na trzy różne sposoby, jakby testowała, który najbardziej do niej pasował albo który najlepiej przyklei mu się do pamięci.
Meli. Emm. Emmeline.
W głowie Renshawa, obok całej tej listy, spokojnie i z uporem osiadło jeszcze czwarte imię.
Mała Mi.
To przemknęło przez niego z taką naturalnością, że niemal się skrzywił. Nie na nią — bardziej na siebie, na własny mózg, który najwyraźniej uznał, że skoro już zaczął brnąć w absurd, to zrobi to porządnie.
— Kai — odpowiedział w końcu, bardziej z grzeczności niż potrzeby.
Powinno wystarczyć. W normalnym świecie by wystarczyło. W tym najwyraźniej nie.
Podziękowanie uruchomiło kolejną lawinę. Słuchał o domówce, o idiotycznych tekstach tamtego typa, o więdnących uszach, o tym, że najwyraźniej facet liczył na łatwe zwycięstwo, bo pomylił nachalność z urokiem osobistym. Przy fragmencie o tym, że może i miałby jakieś szanse, gdyby się nie odezwał, uniósł lekko brew, ale nie skomentował tego. Były granice ingerencji w cudzy chaos, a on i tak przekroczył ich już wystarczająco dużo jak na jeden wieczór.
Potem padła elwokencja.
Nie poprawił jej. Nie dlatego, że nie zauważył. Zauważył natychmiast. Po prostu nie miał pewności, czy po takiej dawce słów jego uwaga zostałaby w ogóle odnotowana, czy też zginęłaby pod kolejnymi trzema zdaniami, nim zdążyłaby wybrzmieć. Siedział więc obok, z butelką w dłoni, pozwalając, by ten osobliwy monolog przetaczał się przez niego falami — raz rozbawiająco, raz męcząco, raz tak niedorzecznie, że aż trudno było nie docenić jego szczerości.
Studentka muzyki. Bystra. Szybko myśląca.
A potem Zygzak McQueen myślenia.
Na to już spojrzał na nią wyraźniej, z tym rodzajem znużonego niedowierzania, które nie miało w sobie złośliwości, tylko autentyczną próbę pogodzenia się z faktem, że takie zdanie naprawdę właśnie padło i że padło całkowicie serio. Milczał jeszcze przez moment, jakby sprawdzał, czy to na pewno koniec. Czy może zaraz usłyszy jeszcze porównanie do Godzilli refleksu albo Batmana samoświadomości.
Nie usłyszał, więc upił kolejny łyk i odezwał się wreszcie tonem suchym, ale już wyraźnie rozluźnionym tą skalą absurdu, której nie dało się dłużej traktować śmiertelnie poważnie.
— Jesteś jeszcze Zygzakiem McQueenem mówienia — mruknął, odstawiając piwo na blat. — Rozpędzasz się szybciej, niż człowiek zdąży zrozumieć, o czym był pierwszy zakręt.
Przesunął po niej spojrzeniem raz jeszcze, od ciemnych włosów po drobną sylwetkę niemal ginącą przy wysokim stołku, i westchnął cicho przez nos, bardziej do siebie niż do niej. Klub wciąż dudnił resztkami wieczoru, barman przecierał szkło szmatką z miną kogoś, kto widział już wszystko, a Kai, wbrew własnym instynktom, nadal nigdzie się nie ruszał.
— Powiedz mi chociaż — dodał po chwili. — Czy ty jesteś zawsze taka, czy dziś po prostu trafiłem na wersję rozszerzoną?

mała mi :>
20 lat/a, 157 cm
Awatar użytkownika
Oh, what the hell? Fell from heaven
Whispers of life
Kai — powtórzyła po nim i skinęła głową, jakby chciała sobie lepiej przyswoić jego imię. Pewnie, jeśli sobie go gdzieś nie zapisze, to nie zapamięta, bo miała naprawdę słabą pamięć do imion. Z drugiej strony to było tak krótkie i przyjemne dla ucha, że chyba przyjdzie jej to łatwiej. No i nie ginęło w natłoku innych imion tak, jak to bywało na domówkach, gdzie każdy przyprowadzał każdego, bo przede wszystkim na takie chodziła. Nie zliczyłaby ile razy była w domu bractwa, żeby tam poznać kolejnych kolesi i kolesiówy, o których następnego dnia już nie pamiętała. Czasami żałowała, że nie była facetem, bo na pewno dołączyłaby do bractwa i była tam jakimś fajnym członkiem. Tym, z którym każdy chciał zagrać w beerponga i z którym każda chciałaby się przespać.
Ściągnęła lekko brwi, kiedy powiedział coś takiego, ale po chwili na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. — A-ha! — wyrzuciła z siebie zdecydowanie za głośno i wypięła dumnie pierś, jakby szybkie mówienie pierdół było naprawdę godne podziwu. — Ciężko za mną nadążyć, to prawda — zgodziła się z nim. — Jakbym była rewolwerowcem na dzikim zachodzie, to też byłabym szybka. Jakbym tylko wspominała o południu, to ludzie by się trzęśli, myśląc, że od razu mówię o pojedynku. A mówiłabym tylko o wizycie u fryzjera albo swoim pociągu. Miałabym też taki zajebisty pistolet jak Micah z Red Dead Redemption dwójki. No wiesz, taki z czaszką i napisem na lufie — Vengeance is hereby mine. — dodała i ułożyła z palców pistolet, którym strzeliła do barmana, przymykając jedno oko. Facet tylko westchnął ciężko i wrócił do przecierania kufla szmatką. Nie wiedzieć czemu, założyła sobie, że Kai grał w tę grę i dobrze wiedział, o co chodziło. W jej głowie każdy grywał w gry wideo, bo te były za fajne, żeby tego nie robić. Prawda jednak była taka, że tak nie było, a wiele osób uważało, że te były tylko dla dzieciaków.
Co takiego? — wtrąciła się pomiędzy jedno a drugie, bo nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła i przekrzywiła lekko głowę jak zaciekawiony dziwnym dźwiękiem pies. Na moment nadęła policzki, bo musiała się zastanowić nad jego pytaniem. Nie dlatego, że uznała je za jakąś obrazę, a dlatego, że nie wiedziała, co miała na to odpowiedzieć. Zbił ją z tropu, ale tylko na chwilę. — Możliwe, że trafiłeś na wersję rozszerzoną, mhm — odparła w końcu. — Jak jestem podekscytowana i do tego sobie wypiję, to zdarza mi się jeszcze bardziej nakręcać niż zwykle, a już zazwyczaj jest ze mnie straszna gaduła — dodała. — A dzisiaj jestem podekscytowana, bo już dawno chciałam przyjść na koncert tego zespołu. Wiesz, słucham ich od jakiegoś czasu. Lubię takiego psychodelicznego rocka z mocnymi gitarami i dobrą perkusją, a gościu jest niesamowity — podzieliła się z nim kolejnymi informacjami. — Sama gram na perkusji! — rzuciła energicznie i wyszczerzyła się do mężczyzny. Chciała się pochwalić, bo po prostu lubiła o tym wspominać. — Jestem w dużej mierze samoukiem, ale wystarczyło, żeby być jedną z najlepszych na roku — skinęła energicznie głową, wydając przy tym z siebie krótkie mruknięcie. — Jestem niczym Pickles z Metalocalypse. Jedyna różnica między nami jest taka, że ja kocham swoich braci — zaśmiała się i machnęła ręką, jakby chciała zbyć to, że się przechwalała. I znów, założyła sobie, że Kai oglądał tę z lekka niszową animację.
Sięgnęła po swoje piwo, którego upiła kolejny spory łyk. Lekko zakręciło jej się przy tym w głowie, bo trochę już wypiła. W domu się dość dobrze porobiła, a tutaj jeszcze tylko się doprawiła. — Mam jedno takie fajne miejsce, do którego zazwyczaj chodzę ze swoim przyjacielem. Mają tam co tydzień inne kraftowe piwa. Naprawdę smaczne! — kolejna informacja, o którą nikt nie prosił, a która jej się przypomniała tylko dlatego, że właśnie napiła się piwa.

Kai
Ostatnio zmieniony sob 09 maja 2026, 10:53 przez Emmeline Martel, łącznie zmieniany 1 raz.
37 lat/a, 187 cm
Awatar użytkownika
I am not anti-social, I am just not user-friendly
Whispers of life
𝐷opiero po chwili dotarło do niego, że to jedno, krótkie stwierdzenie o Zygzaku McQueenie nie było zwykłym komentarzem rzuconym od niechcenia, tylko naciśnięciem kolejnego guzika w tej osobliwej machinie napędzanej piwem, ekscytacją i absolutnym brakiem filtra. Wystarczyło kilka słów, a Mała Mi — bo przecież w jego głowie już chyba na dobre została właśnie nią — rozkręciła się na nowo z siłą, która budziła jednocześnie rozbawienie, lekkie przerażenie i podziw dla samej wydolności aparatu mowy. Patrzył na nią więc przez moment w milczeniu, próbując wyłowić większy sens z potoku zdań, który odbijał się od baru, barmana, brudnych szklanek i jego własnej cierpliwości, a potem rozlewał na zupełnie nieprzewidziane terytoria.
Najpierw dziki zachód.
Nie metaforyczny, tylko całkiem dosłowny, z południem, rewolwerowcami i taką pewnością siebie, z jaką tylko ktoś naprawdę przekonany do własnej narracji potrafił mówić o tym, że ludzie drżeliby na sam dźwięk określonych słów. Potem, zupełnie płynnie, bez najmniejszego sygnału ostrzegawczego, przeskoczyła do Red Dead Redemption 2, i to akurat było dla niego zaskakująco znajome. Grywał czasem, zwykle wtedy, gdy dzień był szczególnie ciężki i potrzebował na godzinę albo dwie przerzucić uwagę na coś prostszego, uporządkowanego według jasnych zasad przemocy, konsekwencji i celu. Konsola nie zadawała głupich pytań, nie oczekiwała emocjonalnej dostępności i nie próbowała naruszać mu przestrzeni osobistej. Bywała zaskakująco uczciwym towarzystwem.
Micah.
To imię od razu ściągnęło jego myśli na właściwe tory. Nie na rewolwer, choć był efektowny i zaprojektowany dokładnie pod ten rodzaj tandetnej legendy, który dobrze prezentował się z daleka, ani nie na tekst wyryty na lufie, bo podobne ozdobniki zawsze wydawały mu się podejrzanie głośne, jakby ktoś za wszelką cenę próbował przekonać otoczenie, że jest groźniejszy, niż w rzeczywistości był. Pamiętał za to bardzo dobrze, że pod tym całym widowiskiem siedziało coś znacznie prostszego i znacznie bardziej odpychającego — człowiek, który sprzedał swoich. Dla Renshawa to przekreślało wszystko. Styl, charyzmę, broń, minę, każde dobrze rzucone słowo. Zdrada działała na niego jak kwas; zżerała całą resztę i zostawiała po postaci sam brud.
— Micah to szczur — powiedział, sucho i bez wahania.
Jego pytanie, rzucone chwilę wcześniej, też najwyraźniej nie przepadło w tym słownym huraganie. Przeciwnie — wywołało następny. Przez ułamek sekundy, gdy nadęła policzki i rzeczywiście się zastanowiła, pomyślał nawet, że może ją uraził. Nie żeby mówił coś szczególnie ostrego, ale ludzie bywali dziwni, a pijani ludzie jeszcze dziwniejsi. Zaraz potem rozwiała te wątpliwości, nakręcając się na nowo i nie zostawiając mu nawet minimalnej szczeliny, przez którą dałoby się wejść w spokojniejszą wymianę zdań.
Wersja rozszerzona. Podekscytowanie. Alkohol. Gaduła. No tak.
Przez głowę przemknęło mu, całkiem serio, że lepiej byłoby, żeby więcej już nie wypiła. Nie dlatego, że robiła się agresywna albo żałosna — przeciwnie, miała w sobie jakąś szaloną, nieszkodliwą energię, która była bardziej męcząca dla otoczenia niż niebezpieczna. Po prostu jeśli to była wersja rozszerzona, to po kolejnym piwie mogła przejść w edycję kolekcjonerską z dodatkowymi komentarzami reżyserskimi, a jego układ nerwowy miał już dziś wystarczająco dużo bodźców.
Słuchał więc dalej o zespole, o psychodelicznym rocku, o mocnych gitarach i dobrej perkusji, a wreszcie o tym, że sama grała na bębnach. To, akurat, jakoś do niej pasowało. Było w niej coś perkusyjnego — nie w sensie wdzięku czy budowy, tylko rytmu istnienia. Wpadała w przestrzeń z impetem, nie czekała na pozwolenie, nadawała tempo i nie przejmowała się specjalnie tym, czy reszta świata w ogóle jest gotowa wejść z nią w ten sam takt. Gdy dorzuciła, że była jedną z najlepszych na roku, skinął tylko lekko głową, tym razem bez ironii. Wychwytywał w jej tonie przechwałkę, jasne, ale nie tę pustą, tylko podszytą autentycznym zapałem. Ludzie, którzy naprawdę coś kochali, zwykle brzmieli właśnie tak — trochę za głośno, trochę za pewnie, trochę tak, jakby bali się, że jeśli się nie rozpędzą, to entuzjazm zdąży zgasnąć, zanim do kogoś dotrze.
Pickles z Metalocalypse też nie był mu obcy. Na to już uniósł brew wyżej, ale tym razem bardziej w reakcji na tempo skojarzeń niż samą treść.
— Masz dość szeroką siatkę porównań — mruknął, choć bez złośliwości.
Sięgnął po butelkę i upił kolejny łyk, pozwalając, by chłód piwa odciął go na moment od tempa jej wypowiedzi. Klub zdążył odrobinę opaść po koncercie; dźwięki były mniej zwarte, światła dalej przesuwały się po szkle i blacie, ktoś śmiał się zbyt głośno przy końcu baru, a barman wyglądał, jakby z zawodowej dumy postanowił nie komentować ani palców udających pistolet, ani rewolwerowców, ani całej reszty tej przedziwnej rozmowy.
Wzmianka o miejscu z kraftowymi piwami przeleciała przez powietrze jak kolejny niespodziewany ptak w stadzie, ale tym razem Renshaw złapał się tej zmiany tematu niemal z ulgą. Bezpieczniejsze tory. Piwo. Muzyka. Rzeczy, które dało się uchwycić bez ryzyka, że za moment rozmowa odbije w stronę kreskówek, gier i filozofii fryzjerstwa na dzikim zachodzie.
Obrócił lekko butelkę między palcami i przeniósł na nią spojrzenie, spokojniejsze, mniej zaczepne niż wcześniej.
— Ten koncert naprawdę aż tak ci siadł? Support też ci podszedł, czy przyszłaś głównie dla głównego zespołu? — zapytał, celowo omijając kolejną okazję do komentowania jej osobliwej trajektorii myślowej.

mała mi :>
20 lat/a, 157 cm
Awatar użytkownika
Oh, what the hell? Fell from heaven
Whispers of life
To prawda — zgodziła się z nim i skinęła głową. Nie można było o nim powiedzieć, że był pozytywną postacią, bo nie był. Nie zmieniało to jednak faktu, że miała słabość do takich bohaterów, bo dla niej nie byli oczywiści. I choć w prawdziwym życiu nie chciałaby kogoś takiego znać, to jak tylko pojawiał się na ekranie, to śledziła jego wątek z zaciekawieniem. — Ja na początku bardzo lubiłam Dutcha. Można powiedzieć, że to był mój crush — powiedziała. — Może to dlatego, że tak przypomina z wyglądu Markipliera, a on mi się podoba? — zastanowiła się na głos, przykładając palec do policzka. Postukała się po nim, myśląc o tym trochę za długo jak na to, że to była tylko pierdoła, którą po raz kolejny się z nim podzieliła, kiedy w ogóle jej o to nie pytał. — No, ale potem przestał mi się podobać — dodała dla podsumowania, żeby wiedział, że nie pochwalała tego, jak to wszystko się rozwinęło. — I to nie tak, że lubię tylko taki typ faceta! Nie lecę na niestabilnych emocjonalnie gości, a przynajmniej taką mam nadzieję. Mój gust jest bardzo szeroki, ale nie obejmuje zdrajców. Zdecydowanie nie — pokręciła głową na boki. Kusiło ją zapytać, jakie dziewczyny on lubił i czy miał jakąś z gier, którą chciałby poznać w prawdziwym życiu, ale sobie darowała, bo nie chciała wyjść na bardziej wścibską, niż w rzeczywistości była. Poza tym to nie tak, że by jej musiał na to odpowiedzieć. Z drugiej strony... — A ty? — zapytała, ale dotarło do niej, że to nie było dość konkretne pytanie. — Jaką dziewczynę z gier najbardziej lubisz? — ponownie przekrzywiła głowę wyraźnie zainteresowana jego odpowiedzią.
Myślisz? — zapytała. Sama by tak nie powiedziała, ale nie zauważała tego, że rzeczywiście tak było. — W sumie... Może tak być — zgodziła się z nim. W końcu w trakcie ich rozmowy porównała się już do dwóch fikcyjnych postaci, a to było całkiem sporo jak na taką krótką konwersację. Na razie jednak te porównania jej się skończyły, więc nie musiał się martwić tym, że zaraz ponownie go nimi zasypie.
Musiała przyznać, że rozmawianie z nim naprawdę jej się podobało. Zdawał się słuchać, nie wtryniał się, kiedy mówiła i dawał jej się wygadać. Nie wiedziała, czy wynikało to z uprzejmości, a tak naprawdę uszy mu więdły od tego jaj ciągłego i chaotycznego paplania, czy rzeczywiście interesowała go ta rozmowa, ale dla niej najważniejsze było to, że na kogoś mogła wylać ten swój niekończący się galopujący potok słów. Rzadko kto był w stanie to znieść i ludzie dość szybko albo jej przerywali i próbowali przejąć kontrolę nad rozmową, albo znajdowali jakąś wymówkę, żeby dała im spokój.
W międzyczasie, kiedy zapadła między nimi ta chwilowa cisza, sięgnęła po swoje piwo, żeby się go napić. Zerknęła na niego, kiedy zapytał o zespół. — Siadł — przyznała i przytaknęła ruchem głowy. — Przyszłam głównie dla tego zespołu. Prawdę powiedziawszy, nawet nie znałam tego supportu, ale muszę przyznać, że był całkiem niezły. Kiedyś byłam na koncercie, gdzie poszłam przede wszystkim dla supportu, bo z kolei nie znałam głównej gwiazdy. Nawet nie obczaiłam ich przed wszystkim, więc jak na scenę wyszli power metalowcy i zaczęli śpiewać o smokach i magach, to trochę mnie to wybiło z rytmu — zaśmiała się. Nigdy nie słuchała akurat tej muzyki, bo jakoś niekoniecznie to do niej przemawiało, nawet jeśli lubiła filmy fantasy. Jakoś tak... wydawało jej się to trochę śmieszne, że na poważnie pisali piosenki na taki temat. Wydawało jej się to aż nadto nerdowskie. — Tobie podobał się koncert? — zapytała. Nie tylko z grzeczności, bo przypomniała sobie, że czasami wypadałoby dopuścić do głosu swojego rozmówcę i dać mu powiedzieć coś więcej, ale też dlatego, że ją to interesowało. Była ciekawa, czy mężczyzna też lubił ten zespół i czy był usatysfakcjonowany z tego, jak wypadli.

Kai
37 lat/a, 187 cm
Awatar użytkownika
I am not anti-social, I am just not user-friendly
Whispers of life
𝐷alej nie był pewien, w którym dokładnie momencie zwykła rozmowa przy barze przestała przypominać rozmowę, a zaczęła przypominać próbę nadążenia za cudzym umysłem, który poruszał się po skojarzeniach z prędkością trudną do zaakceptowania dla kogoś, kto całe życie funkcjonował raczej w chłodnej precyzji niż w spontanicznym chaosie. Tym razem przysłuchiwał się jej tyradzie o fikcyjnych postaciach, crushach i moralnie podejrzanych mężczyznach z gier z tym szczególnym rodzajem skupienia, który zwykle rezerwował dla sekcyjnych raportów, tylko że tutaj materiał był znacznie bardziej nieprzewidywalny i zdecydowanie mniej martwy. Dutch, Markiplier, niestabilność emocjonalna, zdrajcy, szeroki gust — wszystkie te elementy wpadały do jego głowy osobno, a on z uporem próbował złożyć je w jeden sensowny obraz dziewczyny siedzącej obok.
Nie wychodziło mu to szczególnie dobrze.
Wychwytywał tylko fragmenty większej całości: że ciągnęło ją do osobowości wyrazistych, ale niekoniecznie bezpiecznych; że lubiła obserwować ludzi, którzy się rozpadali, byle z odpowiedniej odległości; że miała w sobie coś z widza, który najchętniej siada blisko sceny, bo wtedy lepiej widać każdy pękający szew. Nie brzmiała przy tym głupio ani naiwnie. Bardziej jak ktoś, kto lubił ryzyko zamknięte w bezpiecznej ramie ekranu, gry, muzyki, opowieści — tam, gdzie można było wejść w czyjś chaos bez realnych konsekwencji. Kai rozumiał ten mechanizm aż za dobrze. Sam przecież też wybierał czasem fikcję po to, by przez chwilę nie musieć zajmować się rzeczywistością, która zwykle pachniała formaliną, potem i czymś znacznie gorszym.
Przerwała mu tę analizę nagłym pytaniem o jego upodobania.
Najpierw pomyślał, że się przesłyszał. Naprawdę. Że w klubowym półmroku, po kilku łykach piwa i pod naporem jej słowotoku coś mu się po prostu źle ułożyło w głowie. Ale nie — patrzyła na niego poważnie, autentycznie ciekawa, najwyraźniej spodziewając się normalnej odpowiedzi na pytanie o to, jaka dziewczyna z gier najbardziej mu się podobała.
W pierwszym odruchu przyszło mu do głowy, że większość facetów pewnie bez namysłu rzuciłaby Larą Croft, i to tym typem tonu, który zwykle zdradzał człowieka szybciej niż cokolwiek innego. Zbyt wielu widział już internetowych debili, dla których każda gra była tylko pretekstem, żeby zrobić z kobiecej postaci plastikowy fantazmat, rozebrać ją bardziej, dodać kolejny idiotyczny mod i zachwycać się tym z entuzjazmem psa śliniącego się na dźwięk otwieranej lodówki. Nigdy nie miał do tego cierpliwości. Nie był nastolatkiem, który z każdej fabuły próbował zrobić tanią pornografię. Dla niego liczyło się to, czy postać miała kręgosłup, historię, rozwój, czy dało się w niej zobaczyć człowieka zamiast zestawu pikseli ułożonych pod cudze fantazje.
Obrócił butelkę w palcach i zerknął na nią spod rzęs.
— Aloy — odpowiedział w końcu, spokojnie. — Z Horizon.
Na moment zamilkł, bo nawet własna odpowiedź zabrzmiała mu zaskakująco szczerze.
— Nie robi z siebie cholera wie kogo. Jest uparta, ogarnia, myśli, działa i nie potrzebuje połowy świata, żeby ją prowadzić przez fabułę za rękę. Ma charakter, a nie tylko ładny model postaci.
To akurat było prawdą. Cenił w Aloy ten rodzaj siły, który nie opierał się na pozie, tylko na konsekwencji. Szła przez świat, który był momentami absurdalnie okrutny, a mimo to nie robiła z siebie męczennicy ani wydmuszki. Była konkretna. Samowystarczalna. W jej sposobie bycia było coś, co działało na niego bardziej niż jakakolwiek cyfrowa seksualizacja.
Po krótkiej pauzie dodał jeszcze, już bardziej od niechcenia:
— Jill Valentine też.
Ta odpowiedź przyszła równie naturalnie.
— Bo potrafi zachować głowę na karku, nawet kiedy wszystko wokół idzie w pizdu. Większość ludzi w takich warunkach tylko panikuje albo robi się głupsza z minuty na minutę. Ona nie.
Nie rozwinął tego bardziej, ale w myślach wiedział dokładnie, o co mu chodziło. Jill miała w sobie tę rzadką cechę, którą rozpoznawał błyskawicznie zarówno w fikcji, jak i w życiu — odporność bez potrzeby robienia wokół niej spektaklu. To budziło w nim znacznie większy szacunek niż jakakolwiek powierzchowność.
Potem temat nareszcie zsunął się z niebezpiecznego gruntu gier i fikcyjnych fascynacji w stronę zespołu. Odetchnął z ulgą niemal niedostrzegalnie, choć sama dziewczyna wcale nie zwolniła. Nadal mówiła szybko, skakała po wspomnieniach, supportach, power metalu, smokach, magach i koncertowych rozczarowaniach z tą samą lekko pijacką energią, która sprawiała, że słowa wypadały z niej całymi garściami. Zadziwiała go nie tyle sama gadatliwość, ile to, że w tym wszystkim wciąż był sens. Porwany, poszarpany, chwilami przykryty kolejnym skojarzeniem, ale jednak obecny.
Renshaw słuchał więc, przesuwając wzrok po klubie, po resztkach tłumu, po świetlnych smugach ślizgających się po szkle i metalowych elementach baru. Wieczór zdążył opaść z pierwszego koncertowego napięcia; został po nim lepki hałas, pojedyncze śmiechy, znużenie barmana i ten specyficzny pogłos po muzyce, który zawsze przypominał mu echo po czyimś zbyt głośnym oddechu.
W końcu ona zapytała jego.
To było niemal dziwnie uprzejme po całej tej lawinie słów.
Kai uniósł butelkę, upił łyk i dopiero wtedy odpowiedział, spokojniej niż wcześniej, już bez tej początkowej defensywy.
— Podobał mi się. — Zerknął krótko w stronę sceny, choć z miejsca, które zajmowali, widział już tylko część sprzętu i ludzi krzątających się przy kablach. — Głównie dlatego tu przyszedłem, więc dobrze, że nie dali dupy.
Kącik ust drgnął mu ledwie zauważalnie.
— Lubię, kiedy zespół na żywo brzmi ciężko, ale bez robienia z tego bezmyślnego hałasu. Dzisiaj to siadło. Gitary miały dobrą przestrzeń, perkusja nie ginęła, a wokalista nie próbował na siłę udowodnić, że jest ważniejszy od reszty. To już sporo.
Obrócił lekko głowę w jej stronę, tym razem przyglądając się jej uważniej, nie z irytacją, tylko z rosnącym rozbawieniem, którego nie zamierzał jeszcze całkiem wypuszczać na twarz.
— A skoro grasz na perkusji — dodał po chwili — To mów. Co ci najbardziej siadło w ich secie? Nie ogólnie. Konkretnie. Co tam było takiego, że aż cię tak nosi do teraz?
Był ciekaw. Naprawdę był tego ciekaw.

mała mi :>
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Broadside”