k
Niektórzy ludzie potrzebowali w życiu celu. Czegoś, co narzuciłoby ich egzystencji ramy, w których mogliby się poruszać bez lęku, że rozpadną się na kawałki. Prawdziwie wolnych duchów było niewielu. Większość – i nie było w tym nic wstydliwego – potrzebowała oparcia.
Dla wielu była nim ta mityczna „druga połówka”. Jedyna osoba na całym świecie, z którą dzieliło się duszę i częściej niż rzadziej również łóżko. Bo dla większości ludzi oczywiste było również to, że z drugą cząstką swojej duszy trzeba było sypiać. Penetrować ją swoimi członkami, moczyć wydzielinami i oznaczać kośćmi. Inni zadowalali się czymś mniej absolutnym – przyjaźnią. Tymi relacjami, które nazywało się niezniszczalnymi, choć w praktyce miały swoje granice. Za którymi skakało się w ogień, dopóki nie trzeba było naprawdę tego zrobić. Była też krew, gęstsza niż woda – rodzina. Dla jednych fundament, dla innych ciężar, z którego nie potrafili się wyzwolić. Ilu ludzi opierało na niej całe swoje życie? Ilu stawiało ją ponad wszystkim? I wreszcie wspólnota – jakakolwiek. Każda z tych czterech ścian dawała odpowiedź na jedno proste pytanie: dla kogo się żyje. Bez niej ludzie bardzo szybko zaczynali czuć się wymienialni, a potem zwyczajnie zbędni.
Byli też tacy, którzy sensu szukali w swojej przydatności. Bez niej zaczynało się nieprzyjemne uczucie – jakby człowiek nie miał już żadnego uzasadnienia, żeby zajmować miejsce w przestrzeni. Bezużyteczność szybko przechodziła w stagnację. Więc znajdowali sobie inny rodzaj ram. Pracę. System. Strukturę, która mówiła im, co mają robić, kiedy mają wstać, gdzie mają iść i jak długo mają tam zostać. Listy zadań były bezpieczne – odhaczanie kolejnych punktów skutecznie zagłuszało pytania, których lepiej było nie zadawać. Niektórzy szli o krok dalej i oddawali się służbie. Mundur, rozkazy, hierarchia – świat sprowadzony do prostych zasad, w którym ktoś inny brał odpowiedzialność za sens. Wystarczyło wykonywać polecenia. To była elegancka forma ucieczki, w dzisiejszym świecie odznaczana orderami i kwiatami – proszę oto nagroda za bycie trybem w większej maszynie, poczekaj aż znajdziemy kogoś na twoje miejsce.
Część osób obkładała swoje życie wartościami, etyką i ideologią, jakby bez nich wszystko miało się rozpaść przy pierwszym lepszym podmuchu. Potrzebowali wierzyć, że istnieje coś większego niż oni sami, coś, co nadaje sens decyzjom i usprawiedliwia wybory, nawet te najgorsze. Mówili o moralności tak, jakby była czymś stałym i niepodważalnym, o zasadach, których się nie łamie, o granicach których się nie przekracza, a przede wszystkim o honorze – tym mitycznym tworze, który rzekomo się posiadało albo traciło raz na zawsze. Bronili tego wszystkiego z niemal obsesyjną zawziętością, bo w gruncie rzeczy nie bronili żadnych zasad, tylko samych siebie przed myślą, że ich poświęcenia mogłyby być bezsensowne. Dla honoru się zabijało, dla honoru się umierało, dla niego oddawało się życie bogom, państwom i ludziom, którzy często nawet nie znali imienia tych, którzy ginęli w ich imieniu. A jednak wystarczało niewiele, żeby ta cała konstrukcja zaczęła się chwiać – odpowiednia presja, aż przychodził moment, w którym stawka przestawała być abstrakcyjna. Wtedy okazywało się, że zasady potrafią być zaskakująco elastyczne.
W skrócie – życie większości osób działało tylko wtedy kiedy mieli:
kogoś, kto ich chciał
coś, w czym byli dobrzy
powód, żeby rano wstać
złudzenie, że zmierzają gdzieś dalej
Leo Broussard był jednak rzadkim przypadkiem – naprawdę wolnym duchem, nie w tym romantycznym sensie, którzy ludzie lubili sobie przypisywać, tylko w tym znacznie mniej wygodnym. Żył dla siebie. Zawsze. Odkąd się urodził nie potrzebował niczego, co nadawałoby jego życiu ramy. Nie zmieniły tego loa, nie zmieniło dziecko, nie zmieniło nawet The Byrd, z którego ostatecznie wypadł – czy to na własne życzenie, czy cudze, nie miało większego znaczenia.
Podczas gdy inni kurczowo trzymali się swoich zasad, kodeksów i lojalności, Leo widział w tym tylko wygodną iluzję. Gangsterzy uwielbiali myśleć o sobie jak o ludziach z zasadami, lepszymi od reszty, bo przecież mieli swój honor, swoje reguły, swoje „nigdy”. Tyle że te ich zasady działały dokładnie tak, jak działało państwo w chwili kryzysu – obowiązywały tylko do momentu, w którym przestawały być wygodne. Wystarczyło ogłosić nadzwyczajne okoliczności i nagle wszystko było dozwolone. The Byrd nie był tu żadnym wyjątkiem. Wręcz przeciwnie – zaczął działać dokładnie w ten sposób. I Leo, paradoksalnie, nie miałby z tym problemu. Nie lubił zasad. Ale podwójnych standardów nie znosił jeszcze bardziej. Nie zamierzał być chłopcem na posyłki jednego pedała, który zabił własnego ojca, ani drugiego eunucha, który brak posłuchu we własnym domu odreagowywał rzucając porcelaną. Mierził go ten brak nazywania rzeczy po imieniu i karykaturalny obraz całej sytuacji.
Gdyby Leo był kimś innym, może poczułby wstyd. Może dopadłoby go to nieprzyjemne uczucie, że zawiódł – nie tylko siebie, ale i wszystkich tych, którzy wynieśli go tam, gdzie jeszcze do niedawna był. Bo jego pozycja nie była wyłącznie jego zasługą. Pracowały na nią pokolenia, jego rodzina, cała społeczność, która mogłaby teraz uznać, że nie sprostał ich oczekiwaniom. Tylko że Leo Broussard nigdy nie miał w zwyczaju brać na siebie winy, której nie uznawał.
Dlatego opowiadał tą historię po swojemu.
Nie musiał nawet szczególnie koloryzować. Dwóch wysoko postawionych członków gangu zrobiło zmowę przeciwko Santiago. Reszta zaczęła znikać – jeden po drugim, aż w końcu zrobiło się jasne, że to nie przypadek. Potem przyszła kolej na tych jeszcze mniej „swoich”. Czarnych. Jego nie udało się wtedy zastrzelić. Więc, jak mówił, to była tylko kwestia czasu, aż spróbują znowu.
Nie podburzał. Przynajmniej nie wprost. Mówił ludziom, żeby byli ostrożni, żeby patrzyli, komu ufają, żeby nie robili nic pochopnie. Sam też nie zamierzał wszczynać żadnych rewolucji. Ale między słowami było coś jeszcze – sugestia, że na ich miejscu nie ufałby już nikomu z The Byrd. Że pewne rzeczy, kiedy raz się wydarzą, nie wracają do normy. I że jeśli będą potrzebowali pomocy, to on wciąż tu jest.



Legba siedział na bagnach i był spokojny jak nigdy. Cisza nie była tam pustką, a jednak to właśnie tam, w tej znajomej ciszy, zaczęła pojawiać się myśl, że może czas wyrwać korzenie, które zapuścił. Zostawił ich więcej niż planował. Więcej niż było rozsądne. I teraz czuł, jak coś go przy nich trzyma, jakby to miasto próbowało go sobie przypisać. Myślał o tym bez emocji. Zabić psy. Odciąć palec. Zostawić krew tam, gdzie trzeba. Spalić dom. I zniknąć. Miasto mogło myśleć, że go ukształtowało, że go określiło – ale on wiedział lepiej. Nic, co można było zostawić za sobą , nie było warte tego, żeby nazwać to fundamentem.
Cisza bagien nie była przytłaczająca. Była naturalna. To, co zaczynało go uwierać, to fakt, jak bardzo była znajoma. Niemal jak własny oddech.
Prawdziwie wolne duchy miały jedną, zasadniczą wadę.
Kiedy życie innych chwiało się, gdy ktoś obrażał ich kraj, ich boga, ich rodzinę… U Leo było odwrotnie. To spokój był sygnałem ostrzegawczym. To cisza sprawiała, że wszystko zaczynało drżeć, jakby świat na chwilę wstrzymywał oddech przed czymś, co miało dopiero nadejść.
Nie wierzył w przeczucia.
A przynajmniej wolał wierzyć, że nie wierzy. A jednak, kiedy wypalał kolejne skręty na gangu, coś uparcie szeptało mu do ucha, że zbliża się burza.
Bo gdyby było inaczej, usłyszałby chociaż śpiew ptaków.



W końcu ptaszki rzeczywiście zaczęły się odzywać.
Najpierw nieśmiało, bardziej popiskiwaniem niż śpiewem, jakby same nie były pewne, czy to już ten moment. Pojawiały się pojedynczo – te odważniejsze, te mniej ostrożne – przysiadały gdzieś w pobliżu, obserwowały. Sprawdzały. Czy jeszcze żyje. Czy wciąż tu jest. Czy coś się zmieniło. Leo nie wiedział, czy robiły to z własnej potrzeby, czy może na czyjeś polecenie. I szczerze mówiąc, nie interesowało go to na tyle, żeby spróbować się dowiedzieć. Nie wiedział, czy chłopcy – w większości dzieci Amary – wciąż działali dla gangu. Z jednej strony wątpił. Z drugiej coś musieli robić. Ale nie pytał. To też nie było jego problemem.
Zresztą, kiedy zaczęli się pojawiać, nie przynosili ze sobą nic użytecznego. Kręcili się, patrzyli na niego dłużej, niż było to konieczne, jakby próbowali wyczytać z jego twarzy, czego właściwie się od nich oczekuje. Nie chcieli go obrazić. Nie chcieli powiedzieć czegoś nie tak. Nie chcieli też wyglądać na słabych. I chyba do końca nie wiedzieli, czy w ogóle mogą tam być. Czy pojawienie się na jego terenie nie było przypadkiem równoznaczne z podpisaniem na siebie wyroku. Albo czy nie powinni zrobić czegoś odwrotnego. Sprzedać mu kulkę w plecy i zamknąć temat raz na zawsze, żeby udowodnić, że wciąż gdzieś należą.
Nic takiego się nie wydarzyło.
Zamiast tego zaczęli przyjeżdżać częściej. Aż w końcu zamiast kolejnego chłopaka pojawił się ktoś inny. Jeden z pierwszych podopiecznych Amary. Taki, który pamiętał jeszcze czasy, kiedy wszystko dopiero się zaczynało. Był od nich młodszy zaledwie o kilka lat, a jednak Dupre zdążyła go wychować na tyle, że różnica kiedyś wydawała się znacznie większa. Teraz, patrząc na niego, można było powiedzieć, że są w tym samym wieku. Niby równi. A jednak nie do końca.
To on w końcu dosadnie przekazał Broussardowi informacje o jego siostrze.
I był to moment, w którym Leo – wbrew sobie – potraktował to poważniej. Dzieci bywały przewrażliwione na punkcie swoich matek. Widział to już nieraz. Ale dorośli, nawet jeśli wychowani przez nią, nie rzucali takich słów bez powodu.
Mógł powiedzieć, że gówno go to obchodzi. I przez chwilę naprawdę miał na to ochotę.
Zamiast tego kazał przyjechać po siebie następnego dnia.



Leo wysiadł z auta w samo pierdolone południe, bo najwyraźniej nikt nie uznał za stosowne wspomnieć Darnellowi o jego dość specyficznej relacji ze światłem słonecznym. Już sama droga była wystarczająco zła – napięcie w karku, ciężar za oczami, ten znajomy drażniący ból, który rozlewał się po czaszce przy każdym ostrzejszym promieniu, które przemykało pod okularami. Nie wyspał się, a to tylko pogarszało sprawę.
Z zewnątrz wyglądało to inaczej.
Spięte ramiona. Zaciśnięta szczęka. Twarda linia ust. Ludzie lubili przypisywać takie rzeczy sile. Kontroli. Opanowaniu. Silni mężczyźni byli napięci, skupieni, gotowi. Leo zazwyczaj szczerzył zęby w uśmiechu, jakby nic nie było w stanie go ruszyć. Teraz tego nie robił.
Darnell musiał więc myśleć, że sprawa jest poważna.
Sprawa była poważna.
Trzasnął drzwiami trochę mocniej, niż było to konieczne, i ruszył w stronę wejścia, nie oglądając się za siebie. Schody pokonał szybko, mocnym krokiem, czując za plecami obecność chłopaka, którzy trzymał się go uparcie – krok w krok, jak szczeniak, który jeszcze nie do końca rozumie, czy powinien iść obok, czy jednak zostać z tyłu.
Leo zwolnił nagle, zatrzymując się w pół kroku, jakby coś go tknęło.
Chłopak stanął razem z nim.
Broussard parsknął cicho pod nosem i ruszył dalej, jakby nic się nie wydarzyło.
- Mam… Ona nie otwiera. W ogóle. Tylko czasem… Światło się pali. I każe zostawiać rzeczy pod drzwiami.
Leo słuchał, a wyraz jego twarzy nie zmieniał się. Obserwował dom. Okna pozamykane, zasłonięte. Dopiero kiedy chłopak skończył odezwał się.
- Ściągnij koszulkę.
Młody zawahał się tylko na moment, ale nie było przestrzeni na odmowę. Zdjął koszulkę i podał ją bez słowa. Leo owinął materiał wokół dłoni i podszedł do drzwi. Jednym, krótkim ruchem uderzył w szybę.
Dźwięk był suchy, ostry, nienaturalnie głośny w tej ciszy. Witraż pękł – rozszedł się w sieć rys, a potem w nagłe, gwałtowne rozsypanie. Czerwone i różowe kawałki, które jeszcze przed chwilą układały się w kwiatowy wzór, rozpadły się na fragmenty z chwilą, gdy uderzyły w podłogę. Drzwi były piękne. Na pewno drogie. Może nawet zabytkowe. Ten typ rzeczy, które ludzie kupowali, żeby udowodnić, że rozumieją wartość estetyki i historii. Leo patrzył na nie tak, jak patrzyłby na szybę kradzionego auta.
Oddał chłopakowi koszulkę, jakby nic się nie stało, a potem sięgnął i otworzył drzwi od środka.
- Masz telefon? – rzucił jeszcze, nie odwracając się w pełni.
Chłopak kiwnął głową.
- Dobrze. Ogarnij coś z tymi drzwiami. I czekaj tutaj – zatrzymał spojrzenie na młodej, jeszcze dziecinnej twarzy. - Możesz usiąść na schodku. Tylko się nie ruszaj.
I dopiero wtedy wszedł do środka.



Wnętrze domu Amary nie przypominało samego siebie. Pierwsze, co uderzyło Leo, to ciemność – nie ta zwykła, nocna, tylko cienka, zalegająca w kątach jak kurz. Powietrze było ciężkie, przesycone dymem papierosowym, który zamiast się rozproszyć wsiąkł w ściany, tkaniny i drewno. Pachniało tu wszystkim naraz: stęchlizną, popiołem, czymś słodkawym, co kiedyś było kwiatami, a teraz gdzieś gniło i schło jednocześnie. Rośliny pochylały się w stronę podłogi, jakby same z siebie rezygnowały.
Ciemnoskóry mężczyzna szedł dalej, powoli. Było to dziwnie przerażające, ale przez sekundę poczuł, jak coś w nim chce parsknąć śmiechem. Krótko. Bez znaczenia. Zwykła reakcja na absurd całej tej sytuacji.
Ale nie mógł
Nie tutaj.
Nie kiedy jego głos wciąż mógł przechodzić przez rozbitą szybę, nie kiedy dzieciak, siedział na schodku na zewnątrz i martwił się o swoją matkę.
Śmiech utknął gdzieś w gardle, niewypowiedziany, odcięty zanim zdążył się urodzić. Leo tylko zacisnął szczękę i poszedł dalej w głąb domu.
Amara Dupré
Dla wielu była nim ta mityczna „druga połówka”. Jedyna osoba na całym świecie, z którą dzieliło się duszę i częściej niż rzadziej również łóżko. Bo dla większości ludzi oczywiste było również to, że z drugą cząstką swojej duszy trzeba było sypiać. Penetrować ją swoimi członkami, moczyć wydzielinami i oznaczać kośćmi. Inni zadowalali się czymś mniej absolutnym – przyjaźnią. Tymi relacjami, które nazywało się niezniszczalnymi, choć w praktyce miały swoje granice. Za którymi skakało się w ogień, dopóki nie trzeba było naprawdę tego zrobić. Była też krew, gęstsza niż woda – rodzina. Dla jednych fundament, dla innych ciężar, z którego nie potrafili się wyzwolić. Ilu ludzi opierało na niej całe swoje życie? Ilu stawiało ją ponad wszystkim? I wreszcie wspólnota – jakakolwiek. Każda z tych czterech ścian dawała odpowiedź na jedno proste pytanie: dla kogo się żyje. Bez niej ludzie bardzo szybko zaczynali czuć się wymienialni, a potem zwyczajnie zbędni.
Byli też tacy, którzy sensu szukali w swojej przydatności. Bez niej zaczynało się nieprzyjemne uczucie – jakby człowiek nie miał już żadnego uzasadnienia, żeby zajmować miejsce w przestrzeni. Bezużyteczność szybko przechodziła w stagnację. Więc znajdowali sobie inny rodzaj ram. Pracę. System. Strukturę, która mówiła im, co mają robić, kiedy mają wstać, gdzie mają iść i jak długo mają tam zostać. Listy zadań były bezpieczne – odhaczanie kolejnych punktów skutecznie zagłuszało pytania, których lepiej było nie zadawać. Niektórzy szli o krok dalej i oddawali się służbie. Mundur, rozkazy, hierarchia – świat sprowadzony do prostych zasad, w którym ktoś inny brał odpowiedzialność za sens. Wystarczyło wykonywać polecenia. To była elegancka forma ucieczki, w dzisiejszym świecie odznaczana orderami i kwiatami – proszę oto nagroda za bycie trybem w większej maszynie, poczekaj aż znajdziemy kogoś na twoje miejsce.
Część osób obkładała swoje życie wartościami, etyką i ideologią, jakby bez nich wszystko miało się rozpaść przy pierwszym lepszym podmuchu. Potrzebowali wierzyć, że istnieje coś większego niż oni sami, coś, co nadaje sens decyzjom i usprawiedliwia wybory, nawet te najgorsze. Mówili o moralności tak, jakby była czymś stałym i niepodważalnym, o zasadach, których się nie łamie, o granicach których się nie przekracza, a przede wszystkim o honorze – tym mitycznym tworze, który rzekomo się posiadało albo traciło raz na zawsze. Bronili tego wszystkiego z niemal obsesyjną zawziętością, bo w gruncie rzeczy nie bronili żadnych zasad, tylko samych siebie przed myślą, że ich poświęcenia mogłyby być bezsensowne. Dla honoru się zabijało, dla honoru się umierało, dla niego oddawało się życie bogom, państwom i ludziom, którzy często nawet nie znali imienia tych, którzy ginęli w ich imieniu. A jednak wystarczało niewiele, żeby ta cała konstrukcja zaczęła się chwiać – odpowiednia presja, aż przychodził moment, w którym stawka przestawała być abstrakcyjna. Wtedy okazywało się, że zasady potrafią być zaskakująco elastyczne.
kogoś, kto ich chciał
coś, w czym byli dobrzy
powód, żeby rano wstać
złudzenie, że zmierzają gdzieś dalej
Leo Broussard był jednak rzadkim przypadkiem – naprawdę wolnym duchem, nie w tym romantycznym sensie, którzy ludzie lubili sobie przypisywać, tylko w tym znacznie mniej wygodnym. Żył dla siebie. Zawsze. Odkąd się urodził nie potrzebował niczego, co nadawałoby jego życiu ramy. Nie zmieniły tego loa, nie zmieniło dziecko, nie zmieniło nawet The Byrd, z którego ostatecznie wypadł – czy to na własne życzenie, czy cudze, nie miało większego znaczenia.
Podczas gdy inni kurczowo trzymali się swoich zasad, kodeksów i lojalności, Leo widział w tym tylko wygodną iluzję. Gangsterzy uwielbiali myśleć o sobie jak o ludziach z zasadami, lepszymi od reszty, bo przecież mieli swój honor, swoje reguły, swoje „nigdy”. Tyle że te ich zasady działały dokładnie tak, jak działało państwo w chwili kryzysu – obowiązywały tylko do momentu, w którym przestawały być wygodne. Wystarczyło ogłosić nadzwyczajne okoliczności i nagle wszystko było dozwolone. The Byrd nie był tu żadnym wyjątkiem. Wręcz przeciwnie – zaczął działać dokładnie w ten sposób. I Leo, paradoksalnie, nie miałby z tym problemu. Nie lubił zasad. Ale podwójnych standardów nie znosił jeszcze bardziej. Nie zamierzał być chłopcem na posyłki jednego pedała, który zabił własnego ojca, ani drugiego eunucha, który brak posłuchu we własnym domu odreagowywał rzucając porcelaną. Mierził go ten brak nazywania rzeczy po imieniu i karykaturalny obraz całej sytuacji.
Gdyby Leo był kimś innym, może poczułby wstyd. Może dopadłoby go to nieprzyjemne uczucie, że zawiódł – nie tylko siebie, ale i wszystkich tych, którzy wynieśli go tam, gdzie jeszcze do niedawna był. Bo jego pozycja nie była wyłącznie jego zasługą. Pracowały na nią pokolenia, jego rodzina, cała społeczność, która mogłaby teraz uznać, że nie sprostał ich oczekiwaniom. Tylko że Leo Broussard nigdy nie miał w zwyczaju brać na siebie winy, której nie uznawał.
Dlatego opowiadał tą historię po swojemu.
Nie musiał nawet szczególnie koloryzować. Dwóch wysoko postawionych członków gangu zrobiło zmowę przeciwko Santiago. Reszta zaczęła znikać – jeden po drugim, aż w końcu zrobiło się jasne, że to nie przypadek. Potem przyszła kolej na tych jeszcze mniej „swoich”. Czarnych. Jego nie udało się wtedy zastrzelić. Więc, jak mówił, to była tylko kwestia czasu, aż spróbują znowu.
Nie podburzał. Przynajmniej nie wprost. Mówił ludziom, żeby byli ostrożni, żeby patrzyli, komu ufają, żeby nie robili nic pochopnie. Sam też nie zamierzał wszczynać żadnych rewolucji. Ale między słowami było coś jeszcze – sugestia, że na ich miejscu nie ufałby już nikomu z The Byrd. Że pewne rzeczy, kiedy raz się wydarzą, nie wracają do normy. I że jeśli będą potrzebowali pomocy, to on wciąż tu jest.
Legba siedział na bagnach i był spokojny jak nigdy. Cisza nie była tam pustką, a jednak to właśnie tam, w tej znajomej ciszy, zaczęła pojawiać się myśl, że może czas wyrwać korzenie, które zapuścił. Zostawił ich więcej niż planował. Więcej niż było rozsądne. I teraz czuł, jak coś go przy nich trzyma, jakby to miasto próbowało go sobie przypisać. Myślał o tym bez emocji. Zabić psy. Odciąć palec. Zostawić krew tam, gdzie trzeba. Spalić dom. I zniknąć. Miasto mogło myśleć, że go ukształtowało, że go określiło – ale on wiedział lepiej. Nic, co można było zostawić za sobą , nie było warte tego, żeby nazwać to fundamentem.
Cisza bagien nie była przytłaczająca. Była naturalna. To, co zaczynało go uwierać, to fakt, jak bardzo była znajoma. Niemal jak własny oddech.
Prawdziwie wolne duchy miały jedną, zasadniczą wadę.
Kiedy życie innych chwiało się, gdy ktoś obrażał ich kraj, ich boga, ich rodzinę… U Leo było odwrotnie. To spokój był sygnałem ostrzegawczym. To cisza sprawiała, że wszystko zaczynało drżeć, jakby świat na chwilę wstrzymywał oddech przed czymś, co miało dopiero nadejść.
Nie wierzył w przeczucia.
A przynajmniej wolał wierzyć, że nie wierzy. A jednak, kiedy wypalał kolejne skręty na gangu, coś uparcie szeptało mu do ucha, że zbliża się burza.
Bo gdyby było inaczej, usłyszałby chociaż śpiew ptaków.
W końcu ptaszki rzeczywiście zaczęły się odzywać.
Najpierw nieśmiało, bardziej popiskiwaniem niż śpiewem, jakby same nie były pewne, czy to już ten moment. Pojawiały się pojedynczo – te odważniejsze, te mniej ostrożne – przysiadały gdzieś w pobliżu, obserwowały. Sprawdzały. Czy jeszcze żyje. Czy wciąż tu jest. Czy coś się zmieniło. Leo nie wiedział, czy robiły to z własnej potrzeby, czy może na czyjeś polecenie. I szczerze mówiąc, nie interesowało go to na tyle, żeby spróbować się dowiedzieć. Nie wiedział, czy chłopcy – w większości dzieci Amary – wciąż działali dla gangu. Z jednej strony wątpił. Z drugiej coś musieli robić. Ale nie pytał. To też nie było jego problemem.
Zresztą, kiedy zaczęli się pojawiać, nie przynosili ze sobą nic użytecznego. Kręcili się, patrzyli na niego dłużej, niż było to konieczne, jakby próbowali wyczytać z jego twarzy, czego właściwie się od nich oczekuje. Nie chcieli go obrazić. Nie chcieli powiedzieć czegoś nie tak. Nie chcieli też wyglądać na słabych. I chyba do końca nie wiedzieli, czy w ogóle mogą tam być. Czy pojawienie się na jego terenie nie było przypadkiem równoznaczne z podpisaniem na siebie wyroku. Albo czy nie powinni zrobić czegoś odwrotnego. Sprzedać mu kulkę w plecy i zamknąć temat raz na zawsze, żeby udowodnić, że wciąż gdzieś należą.
Nic takiego się nie wydarzyło.
Zamiast tego zaczęli przyjeżdżać częściej. Aż w końcu zamiast kolejnego chłopaka pojawił się ktoś inny. Jeden z pierwszych podopiecznych Amary. Taki, który pamiętał jeszcze czasy, kiedy wszystko dopiero się zaczynało. Był od nich młodszy zaledwie o kilka lat, a jednak Dupre zdążyła go wychować na tyle, że różnica kiedyś wydawała się znacznie większa. Teraz, patrząc na niego, można było powiedzieć, że są w tym samym wieku. Niby równi. A jednak nie do końca.
To on w końcu dosadnie przekazał Broussardowi informacje o jego siostrze.
I był to moment, w którym Leo – wbrew sobie – potraktował to poważniej. Dzieci bywały przewrażliwione na punkcie swoich matek. Widział to już nieraz. Ale dorośli, nawet jeśli wychowani przez nią, nie rzucali takich słów bez powodu.
Mógł powiedzieć, że gówno go to obchodzi. I przez chwilę naprawdę miał na to ochotę.
Zamiast tego kazał przyjechać po siebie następnego dnia.
Leo wysiadł z auta w samo pierdolone południe, bo najwyraźniej nikt nie uznał za stosowne wspomnieć Darnellowi o jego dość specyficznej relacji ze światłem słonecznym. Już sama droga była wystarczająco zła – napięcie w karku, ciężar za oczami, ten znajomy drażniący ból, który rozlewał się po czaszce przy każdym ostrzejszym promieniu, które przemykało pod okularami. Nie wyspał się, a to tylko pogarszało sprawę.
Z zewnątrz wyglądało to inaczej.
Spięte ramiona. Zaciśnięta szczęka. Twarda linia ust. Ludzie lubili przypisywać takie rzeczy sile. Kontroli. Opanowaniu. Silni mężczyźni byli napięci, skupieni, gotowi. Leo zazwyczaj szczerzył zęby w uśmiechu, jakby nic nie było w stanie go ruszyć. Teraz tego nie robił.
Darnell musiał więc myśleć, że sprawa jest poważna.
Sprawa była poważna.
Trzasnął drzwiami trochę mocniej, niż było to konieczne, i ruszył w stronę wejścia, nie oglądając się za siebie. Schody pokonał szybko, mocnym krokiem, czując za plecami obecność chłopaka, którzy trzymał się go uparcie – krok w krok, jak szczeniak, który jeszcze nie do końca rozumie, czy powinien iść obok, czy jednak zostać z tyłu.
Leo zwolnił nagle, zatrzymując się w pół kroku, jakby coś go tknęło.
Chłopak stanął razem z nim.
Broussard parsknął cicho pod nosem i ruszył dalej, jakby nic się nie wydarzyło.
- Mam… Ona nie otwiera. W ogóle. Tylko czasem… Światło się pali. I każe zostawiać rzeczy pod drzwiami.
Leo słuchał, a wyraz jego twarzy nie zmieniał się. Obserwował dom. Okna pozamykane, zasłonięte. Dopiero kiedy chłopak skończył odezwał się.
- Ściągnij koszulkę.
Młody zawahał się tylko na moment, ale nie było przestrzeni na odmowę. Zdjął koszulkę i podał ją bez słowa. Leo owinął materiał wokół dłoni i podszedł do drzwi. Jednym, krótkim ruchem uderzył w szybę.
Dźwięk był suchy, ostry, nienaturalnie głośny w tej ciszy. Witraż pękł – rozszedł się w sieć rys, a potem w nagłe, gwałtowne rozsypanie. Czerwone i różowe kawałki, które jeszcze przed chwilą układały się w kwiatowy wzór, rozpadły się na fragmenty z chwilą, gdy uderzyły w podłogę. Drzwi były piękne. Na pewno drogie. Może nawet zabytkowe. Ten typ rzeczy, które ludzie kupowali, żeby udowodnić, że rozumieją wartość estetyki i historii. Leo patrzył na nie tak, jak patrzyłby na szybę kradzionego auta.
Oddał chłopakowi koszulkę, jakby nic się nie stało, a potem sięgnął i otworzył drzwi od środka.
- Masz telefon? – rzucił jeszcze, nie odwracając się w pełni.
Chłopak kiwnął głową.
- Dobrze. Ogarnij coś z tymi drzwiami. I czekaj tutaj – zatrzymał spojrzenie na młodej, jeszcze dziecinnej twarzy. - Możesz usiąść na schodku. Tylko się nie ruszaj.
I dopiero wtedy wszedł do środka.
Wnętrze domu Amary nie przypominało samego siebie. Pierwsze, co uderzyło Leo, to ciemność – nie ta zwykła, nocna, tylko cienka, zalegająca w kątach jak kurz. Powietrze było ciężkie, przesycone dymem papierosowym, który zamiast się rozproszyć wsiąkł w ściany, tkaniny i drewno. Pachniało tu wszystkim naraz: stęchlizną, popiołem, czymś słodkawym, co kiedyś było kwiatami, a teraz gdzieś gniło i schło jednocześnie. Rośliny pochylały się w stronę podłogi, jakby same z siebie rezygnowały.
Ciemnoskóry mężczyzna szedł dalej, powoli. Było to dziwnie przerażające, ale przez sekundę poczuł, jak coś w nim chce parsknąć śmiechem. Krótko. Bez znaczenia. Zwykła reakcja na absurd całej tej sytuacji.
Ale nie mógł
Nie tutaj.
Nie kiedy jego głos wciąż mógł przechodzić przez rozbitą szybę, nie kiedy dzieciak, siedział na schodku na zewnątrz i martwił się o swoją matkę.
Śmiech utknął gdzieś w gardle, niewypowiedziany, odcięty zanim zdążył się urodzić. Leo tylko zacisnął szczękę i poszedł dalej w głąb domu.
Amara Dupré
Mruczka
siedem
Otrzymania wilczego biletu Amara również się nie spodziewała. Ba! Wiedziała, że w gangu źle się działo, a jednak w najśmielszych obawach nie brała pod uwagę tego, że mogłaby zostać usunięta nie tylko z Rady Dziewięciu, ale i z samego The Byrd. Z gangu, któremu podporządkowała całe swoje niemal pięćdziesięcioletnie życie i bez którego owego życia całkowicie sobie nie wyobrażała. Życie było procesem ciągłym, ludzie umierali, okoliczności się zmieniały, a jednak to jedno miało nie zmienić się nigdy.
Kim Amara była bez gangu? Nikim.
Zewnętrznie mogło nie zmienić się wiele; wciąż była mieszkanką Algiers, w dalszym ciągu tak samo znała innych mieszkańców ulicy, jak i oni ją. Wciąż była kapłanką Voodoo i to do niej przyjeżdżano, poszukując pocieszenia, amuletów oraz wskazówek. W dawnej dzielnicy nieprzerwanie mówiono o niej Mommy. Wszyscy, tak samo, jak wcześniej, wiedzieli, że jeśli ktokolwiek ma jakiś problem, należy zwrócić się z nim Dupré. Tak jakby ona sama stanowiła rozwiązanie. Ludzie dalej ją szanowali z uwagi na stare, znaczące nazwisko i sposób, w jaki ona sama zapisała się w historii miasta. W dalszym ciągu była właścicielką muzeum i tak samo, jak wcześniej była ważną personą lokalnej społeczności. A jednak dla samej Amary zmieniło się wszystko.
Zamiast myśleć o władzy symbolicznej, którą wciąż posiadała, myślała o władzy, którą utraciła. Wiedziała, że wieści rozejdą się szybko. Rada przekaże je informatorom, ci primero poszczególnych komórek, aż w końcu wiedza spłynie na sam dół, zalewając ulicę. Wszyscy będą wiedzieć.
Wstyd był dla Amary uczuciem niemal całkowicie obcym. Nie musiała wstydzić się jako dziecko, ponieważ przemądrzała natura i błyskotliwość sprawiły, że mała Amie, choć nigdy nie skończyła szkoły, czuła się mądrzejsza niż reszta jej rówieśników. Nie wstydziła się biedy, w której żyła, ponieważ wszyscy, których znała, żyli w takiej samej biedzie i nędzy. Nie wstydziła się nigdy za Zelie, bo z jakiegoś powodu wszystko, co robiła jej bliźniaczka, było powszechnie uważane za fajne. Pierwszy wstyd przyszedł dopiero później, kiedy w okolicy piętnastych urodzin nagle wystrzeliła w górę. Zawsze była wysoka, ale dopiero w tamtym czasie zaczęła przewyższać wszystkie inne dzieciaki — w tym również chłopców — przynajmniej o głowę. Wstydziła się tego wzrostu, ponieważ wraz z nim, stała się widoczna. Wcześniej potrafiła przemknąć niezauważenie, stanowiąc wyłącznie tło, tymczasem wraz z tym, jak jej wzrost osiągnął niemal metr osiemdziesiąt, trudno było jej nie zauważyć i choćby przez chwilę nie zwrócić na nią uwagi. Szybko jednak polubiła swój wzrost, wadę przekuwając w zaletę.
Wstyd, który odczuwała teraz, był inny, ponieważ dotyczył przynajmniej kilku różnych płaszczyzn jej życia. Amara wstydziła się nie tylko przed innymi, ale również przed samą sobą. I to właśnie ten wstyd, który kazał zasłonić jej chustami wszystkie lustra wewnątrz domu, ten sam, który kazał jej zamknąć się na cztery spusty i nikomu nie otwierać, sprawił, że Amara nagle całkowicie zniknęła.
Jej twierdzą był dotąd zawsze zadbany i czysty dom, który teraz osiadł brudem i kurzem. Rośliny zdążyły uschnąć, szarawa chmura papierosowego dymu nie tylko nie znikała, ale co więcej, zdawała się już weżreć w każdą tkaninę i mebel, o które wcześniej Amara dbała z taką pieczołowitością. Dom był cichy i ciemny. Pozasłaniane okna nie dopuszczały do wnętrza ani słonecznego światła w ciągu dnia, ani świetlnej łuny ulicznych latarni w nocy.
Dźwięk tłuczonego szkła wyrwał Amarę ze stuporu. Otępiała siedziała przy stole, w dłoniach trzymała nieodpalonego papierosa w takim geście, jakby go zwijała, choć już dawno był skręcony. Znajdowała się w letargu, sama nie potrafiąc określić, czy jeszcze chwilę temu pochłonięta była w krótkim śnie, czy po prostu jej myśli dryfowały bez celu, sprawiając, że na moment całkowicie utraciła kontakt z rzeczywistością. Nie wiedziała, która była godzina, czy był ranek, czy wieczór. Przebłyski dnia zdawały się wkradać poprzez zasłonięte żaluzje. Łatwo było się domyślić, że na zewnątrz musiał panować pierwszy wiosenny gorąc.
Gdyby ktokolwiek włamał się do Amary w jeszcze niedalekiej przeszłości, Dupré poruszyłaby całą dzielnicę. Bez chwili zastanowienia odnalazłaby broń, której kilka sztuk znajdowało się w domu, każda w innym pomieszczeniu — tak na wszelki wypadek; na wypadek, który nie miałby szans się wydarzyć. Bo nie bez powodu w owej niedalekiej przeszłości, nikt nie odważyłby się stłuc witrażowych drzwi. W tej niedalekiej przeszłości tyle by wystarczyło, aby już po chwili pod dom na Seguin Street podjechałoby przynajmniej kilka samochodów, z których wyszłoby kilku mężczyzn w różnym wieku z bronią w ręku lub za paskami spodni. Włamanie zakończyłoby się, zanim zdążyłoby się na dobre rozpocząć.
Tymczasem Amara siedziała nieporuszona. Równie nieporuszona była ulica. Do uszu Amary nie dotarł ani żaden krzyk, ani trzaśnięcie któryś z sąsiedzkich drzwi i Mommy była bardziej niż pewna, że nie przyjadą za chwilę żadne samochody i nie pojawią się żadne z jej dzieci. Ona sama ani myślała sięgać po broń, za to włożyła papierosa pomiędzy usta, ale zanim go odpaliła, obróciła w dłoniach mosiężną zapalniczkę z tłoczonym motywem liści.
Gdyby wiedziała, że wydarzy się to dzisiaj, umyłaby się, pomalowała paznokcie i nałożyła którąś z najbardziej kolorowych sukienek. Krótki żal przetoczył się przez jej ciało wraz z chwilą, kiedy uświadomiła sobie, że zostanie odnaleziona brudna i zapuszczona w równie brudnym i zapuszczonym domu. Było to chujowe zakończenie wcale nie chujowego życia.
Nie słyszała kroków. Nie było dźwięku buciorów uderzających o drewnianą podłogę i właśnie dlatego, celowo, obracając zapalniczkę, zahaczyła nią o blat stołu, wydając cichy dźwięk, mający na celu zdradzić, gdzie była. Bez zabawy w kotka i myszkę, bez żadnej ucieczki. A jednak kroki nie nastały i kiedy Amara była gotowa tym razem uderzyć zapalniczką o stół, w progu bezszelestnie stanęła postać, której Dupré ani trochę się nie spodziewała.
— Ty?! — Zachrypiała, niemalże rozbawiona. Słychać było, że od dłuższego czasu nie używała strun głosowych i słychać było również, że wszystkie papierosy, których dym utrzymywał się w domu, musiała wypalić sama. — Ze wszystkich pierdolonych osób w Nowym Orleanie to ty się do mnie włamałeś!
Leo Broussard
k
Broussard zatrzymał się w wejściu do kuchni. Stał nieruchomo, jak ciemna plama na brudnej koszuli. Jak zjawa w ruinach domu. Przez moment nic nie mówił, tylko patrzył. A potem jego oczy błysnęły, razem z zębami, które powoli odsłoniły się w uśmiechu. Nie był to jednak uśmiech, który miał Amarę w jakikolwiek sposób uspokoić.
Był drapieżny.
Był znajomy.
Jak coś, co już wcześniej widziało ten moment i wiedziało dokładnie, co z nim zrobić.
Jak aligator, który w końcu dostrzegł ruch przy tafli wody.
Te zwierzęta nie były wybredne. Były praktyczne. Liczyła się dostępność i moment – nic więcej. Ptaki, ryby, żółwie, ssaki. Cokolwiek znalazło się wystarczająco blisko i było wystarczająco nieuważne. Cierpliwi łowcy. Potrafili leżeć godzinami, niemal całkowicie zanurzeni, zdradzając swoją obecność tylko cienką linią oczu i nozdrzy nad powierzchnią. Czekali. Nie spieszyli się. Wiedzieli, że prędzej czy później coś podejdzie za blisko. A potem następował moment – krótki, brutalny, ostateczny. Uderzenie, szczęki, wciągnięcie pod wodę – i jeśli ofiara miała jeszcze siłę się szarpać, zaczynał się obród. Rotacja i rozrywanie. Ten charakterystyczny, nieludzki ruch.
Leo znał je jak własną kieszeń.
I od lat wykorzystywał je dokładnie tak samo, jak wykorzystywał ludzi – jako narzędzie. Nie zawsze dosłownie. Częściej jako coś znacznie bardziej użytecznego: legendę, którą inni opowiadali za niego. Historie o bagnach miały to do siebie, że nie potrzebowały wielu szczegółów, żeby działać. Na ich tle broń palna wydawała mu się wręcz groteskowa. Dorośli mężczyźni wymachujący małymi pistoletami… Oczywiście, Broussard miał broń. Nie był idiotą. Ale rzadko nosił ją przy sobie – głównie wtedy, kiedy pasowała do sytuacji. Albo do stroju.
Aligatory były zwyczajnie lepsze. Poza tym nie snuły się po lesie z kilkumetrowym tasiemcem wystającym z odbytu, jak niektóre inne drapieżniki, które ludzie uparcie próbowali nazwać groźnymi.
One po prostu czekały i kiedy nadchodził odpowiedni moment – kończyły sprawę.
Leo przechodził lekko głowę, wciąż patrząc na Amarę, jakby oceniał odległość. Jakby sprawdzał, czy już.
- Och! Przepraszam. Czyżbyś wolała kogoś innego? – zapytał donośnym głosem. Brzmiał, jakby stał na scenie przed pełną widownią, a nie w dusznej, ciemnej kuchni. Jakby właśnie wypowiadał swoją kwestię, wyuczoną, ustawioną, podaną dokładnie tak, jak należało. Leo od dawna nie miał okazji występować, więc całą tę niezagospodarowaną teatralność, potrzebę bycia słuchanym i oglądanym, wcisnął w kilka słów wygłoszonych w stronę Amary. – Białego księcia na koniu…? – ciągnął dalej, powoli stawiając kroki w stronę stołu, przy którym siedziała kobieta. Mówił tak, jakby ktoś naprawdę miał go tu słuchać. Jakby za jego plecami siedzieli ludzie, jakby wierzył, że to oni sprawiają, że ten dom pachnie stęchlizną i dymem. – Białego zbawcy?
Zatrzymał się na moment, jakby chciał podkreślić wagę własnych słów, po czym bez zaproszenia usiadł naprzeciwko niej. Nie tak dawno temu miała jednego i… zabiła go. Nie żeby coś. W pewnym sensie zrobił swoje – zbawił ja na tyle, na ile ktokolwiek był w stanie. Wyciągnął, gdzie trzeba było wyciągnąć, przesunął, gdzie trzeba było przesunąć. Popełnił błąd, kiedy potrzebowała tego najbardziej a potem… nie mógł się już więcej przydać. A jednak. Czy nie była to jedna z tych decyzji, za które płaciło się później? Za wychodzenie poza swoje miejsce. Za sięganie tam, gdzie niekoniecznie było się mile widzianym. Za próby przynależenia do ludzi, którzy i tak nigdy nie mieli cię uznać za swoją?
Przez krótką chwilę przez głowę Leo przemknęła myśl, że sytuacja aż prosi się o to, by zostać wykorzystaną. Ta sarenka była już wystarczająco poturbowana – nawet nie próbowałaby walczyć, a jeśli zabrakłoby matki – zostałby tylko ojciec. A on… cóż. Rzeczy, które mogły wydawać się bezpowrotnie zamknięte, potrafiły się otwierać w bardzo sprzyjających okolicznościach. Powrót z chłopcami do TBG nie byłby wcale tak niemożliwy.
Spojrzał na nią, jakby sprawdzał, czy ona też to widzi.
Parsknął cicho. – Pozwól, że ci pomogę – wyjął zapalniczkę z jej palców, pod opuszkami wyraźnie czuł wzór, chociaż nie zawrócił sobie głowy tym, żeby się jemu przyjrzeć. Drugą ręką ściągnął okulary przeciwsłoneczne – w środku było przyjemnie ciemno, nie były mi potrzebne. Nachylił się w jej stronę, podsuwając przedmiot pod końcówkę papierosa, który zdawał się być przyklejony do jej ust.
Zapalniczka zaskoczyła cicho.
Płomień rozświetlił jej twarz.
I Leo krzyknął.
Krótko, z teatralną przesadą kogoś, kto właśnie zobaczył cos absolutnie nie do przyjęcia. Zapalniczka wypadła mu z palców i stuknęła o blat stołu, odbijając się raz, zanim znieruchomiała.
Na zewnątrz rozległ się nagły ruch.
- Co się stało?! – głos chłopaka był podniesiony i napięty. Słychać było jak zrywa się z miejsca, jak podeszwy jego tenisówek chrzęszczą na szkle przy drzwiach. Jeszcze chwila i byłby w środku.
- Wszystko w porządku – rzucił Broussard, nie podnosząc głosu, ale na tyle wyraźnie, żeby dotarło. – Siadaj na dupie. Nie wchodź do środka. I pilnuj domu – mówiąc te słowa patrzył na Amarę, a może raczej na to, co z niej zostało.
Sam nie był w lepszym stanie jeszcze nie dawno. Po wypadku zestarzał się nagle, jakby ktoś przyspieszył zegar o kilka lat w jedną noc. Ciało, które kiedyś nosił z łatwością, z pewną bezczelną dumą, nagle zaczęło się na nim układać inaczej – nie jak zbroja, tylko jak welon, który tylko przypominał o tym, co było wcześniej. Markowe ubrania, droga biżuteria, wszystko to przestało mieć znaczenie, kiedy nie było już czego podkreślać.
A jednak od czasu wizyty Dupre na bagnach coś zaczęło wracać. Powoli, nierówno, ale zauważalnie. Jakby razem z nią przyszedł do niego ten kawałek siebie, który wcześniej zgubił się gdzieś w mule i wodzie. Wciąż brakowało mu do dawnej formy, do tej wersji, którą lubił najbardziej, ale różnica była widoczna. Może to była kwestią tego, że z pleców zsunął mu się ciężar.
Teraz jednak, patrząc na Amarę, widział coś innego. Widok, który działał jak lustro, tylko znacznie bardziej bezlitosne. Przypominała mu o własnym wieku. O rzeczach, które wolał ignorować. O tym, że ciało ma swoje granice, a czas – swoje tempo, którego nie da się wiecznie oszukiwać.
I nagle zrozumiał.
Zrozumiał tych wszystkich dojrzałych mężczyzn, którzy uparcie gonili za młodymi dziewczynami. Nigdy nie chodziło o nie. Chodziło o coś znacznie prostszego i znacznie bardziej żałosnego. O młodość. Bo patrzenie na kobietę w swoim wieku nieustannie przypominało o czasie, który już minął. Jej zmarszczki stawały się ich zmarszczkami. Jej siwe włosy – ich siwymi włosami. Jej ciało, poddające się powoli grawitacji, przypominało o własnej skórze, która nie była już taka jędrna.
Leo zmrużył lekko oczy.
Nie podobało mu się to odbicie.
- Dupre, wyglądasz jak gówno – mruknął w końcu, krzywiąc się minimalnie. – Albo staro. W sumie jedno i to samo – westchnął ciężko, jak ktoś autentycznie zmęczony cudzym wyglądem, po czym sięgnął po okulary słoneczne, które wcześniej zostawił na blacie. – Nie mogę na to patrzeć – zanim zdążyła zareagować, wsunął je na jej twarz. Trochę zbyt nachalnie, poprawiając je jeszcze palcem na mostku nosa. – O, lepiej.
Złamał za zapalniczkę i kilka razy stuknął nią o blat stołu, metalicznie, rytmicznie, jakby próbował dodać sobie odwagi.
Klik.
Nie zapaliła się.
Klik.
Dopiero za trzecim razem pojawił się płomień, a mężczyzna nachylił się w stronę kobiety, spokojniej niż wcześniej. Podsunął ogień pod końcówkę papierosa.
- No – jego głos był miękki, prawie słodki. – Co się stało? Ktoś ci złamał serce?
Amara Dupré
Był drapieżny.
Był znajomy.
Jak coś, co już wcześniej widziało ten moment i wiedziało dokładnie, co z nim zrobić.
Jak aligator, który w końcu dostrzegł ruch przy tafli wody.
Te zwierzęta nie były wybredne. Były praktyczne. Liczyła się dostępność i moment – nic więcej. Ptaki, ryby, żółwie, ssaki. Cokolwiek znalazło się wystarczająco blisko i było wystarczająco nieuważne. Cierpliwi łowcy. Potrafili leżeć godzinami, niemal całkowicie zanurzeni, zdradzając swoją obecność tylko cienką linią oczu i nozdrzy nad powierzchnią. Czekali. Nie spieszyli się. Wiedzieli, że prędzej czy później coś podejdzie za blisko. A potem następował moment – krótki, brutalny, ostateczny. Uderzenie, szczęki, wciągnięcie pod wodę – i jeśli ofiara miała jeszcze siłę się szarpać, zaczynał się obród. Rotacja i rozrywanie. Ten charakterystyczny, nieludzki ruch.
Leo znał je jak własną kieszeń.
I od lat wykorzystywał je dokładnie tak samo, jak wykorzystywał ludzi – jako narzędzie. Nie zawsze dosłownie. Częściej jako coś znacznie bardziej użytecznego: legendę, którą inni opowiadali za niego. Historie o bagnach miały to do siebie, że nie potrzebowały wielu szczegółów, żeby działać. Na ich tle broń palna wydawała mu się wręcz groteskowa. Dorośli mężczyźni wymachujący małymi pistoletami… Oczywiście, Broussard miał broń. Nie był idiotą. Ale rzadko nosił ją przy sobie – głównie wtedy, kiedy pasowała do sytuacji. Albo do stroju.
Aligatory były zwyczajnie lepsze. Poza tym nie snuły się po lesie z kilkumetrowym tasiemcem wystającym z odbytu, jak niektóre inne drapieżniki, które ludzie uparcie próbowali nazwać groźnymi.
One po prostu czekały i kiedy nadchodził odpowiedni moment – kończyły sprawę.
Leo przechodził lekko głowę, wciąż patrząc na Amarę, jakby oceniał odległość. Jakby sprawdzał, czy już.
- Och! Przepraszam. Czyżbyś wolała kogoś innego? – zapytał donośnym głosem. Brzmiał, jakby stał na scenie przed pełną widownią, a nie w dusznej, ciemnej kuchni. Jakby właśnie wypowiadał swoją kwestię, wyuczoną, ustawioną, podaną dokładnie tak, jak należało. Leo od dawna nie miał okazji występować, więc całą tę niezagospodarowaną teatralność, potrzebę bycia słuchanym i oglądanym, wcisnął w kilka słów wygłoszonych w stronę Amary. – Białego księcia na koniu…? – ciągnął dalej, powoli stawiając kroki w stronę stołu, przy którym siedziała kobieta. Mówił tak, jakby ktoś naprawdę miał go tu słuchać. Jakby za jego plecami siedzieli ludzie, jakby wierzył, że to oni sprawiają, że ten dom pachnie stęchlizną i dymem. – Białego zbawcy?
Zatrzymał się na moment, jakby chciał podkreślić wagę własnych słów, po czym bez zaproszenia usiadł naprzeciwko niej. Nie tak dawno temu miała jednego i… zabiła go. Nie żeby coś. W pewnym sensie zrobił swoje – zbawił ja na tyle, na ile ktokolwiek był w stanie. Wyciągnął, gdzie trzeba było wyciągnąć, przesunął, gdzie trzeba było przesunąć. Popełnił błąd, kiedy potrzebowała tego najbardziej a potem… nie mógł się już więcej przydać. A jednak. Czy nie była to jedna z tych decyzji, za które płaciło się później? Za wychodzenie poza swoje miejsce. Za sięganie tam, gdzie niekoniecznie było się mile widzianym. Za próby przynależenia do ludzi, którzy i tak nigdy nie mieli cię uznać za swoją?
Przez krótką chwilę przez głowę Leo przemknęła myśl, że sytuacja aż prosi się o to, by zostać wykorzystaną. Ta sarenka była już wystarczająco poturbowana – nawet nie próbowałaby walczyć, a jeśli zabrakłoby matki – zostałby tylko ojciec. A on… cóż. Rzeczy, które mogły wydawać się bezpowrotnie zamknięte, potrafiły się otwierać w bardzo sprzyjających okolicznościach. Powrót z chłopcami do TBG nie byłby wcale tak niemożliwy.
Spojrzał na nią, jakby sprawdzał, czy ona też to widzi.
Parsknął cicho. – Pozwól, że ci pomogę – wyjął zapalniczkę z jej palców, pod opuszkami wyraźnie czuł wzór, chociaż nie zawrócił sobie głowy tym, żeby się jemu przyjrzeć. Drugą ręką ściągnął okulary przeciwsłoneczne – w środku było przyjemnie ciemno, nie były mi potrzebne. Nachylił się w jej stronę, podsuwając przedmiot pod końcówkę papierosa, który zdawał się być przyklejony do jej ust.
Zapalniczka zaskoczyła cicho.
Płomień rozświetlił jej twarz.
I Leo krzyknął.
Krótko, z teatralną przesadą kogoś, kto właśnie zobaczył cos absolutnie nie do przyjęcia. Zapalniczka wypadła mu z palców i stuknęła o blat stołu, odbijając się raz, zanim znieruchomiała.
Na zewnątrz rozległ się nagły ruch.
- Co się stało?! – głos chłopaka był podniesiony i napięty. Słychać było jak zrywa się z miejsca, jak podeszwy jego tenisówek chrzęszczą na szkle przy drzwiach. Jeszcze chwila i byłby w środku.
- Wszystko w porządku – rzucił Broussard, nie podnosząc głosu, ale na tyle wyraźnie, żeby dotarło. – Siadaj na dupie. Nie wchodź do środka. I pilnuj domu – mówiąc te słowa patrzył na Amarę, a może raczej na to, co z niej zostało.
Sam nie był w lepszym stanie jeszcze nie dawno. Po wypadku zestarzał się nagle, jakby ktoś przyspieszył zegar o kilka lat w jedną noc. Ciało, które kiedyś nosił z łatwością, z pewną bezczelną dumą, nagle zaczęło się na nim układać inaczej – nie jak zbroja, tylko jak welon, który tylko przypominał o tym, co było wcześniej. Markowe ubrania, droga biżuteria, wszystko to przestało mieć znaczenie, kiedy nie było już czego podkreślać.
A jednak od czasu wizyty Dupre na bagnach coś zaczęło wracać. Powoli, nierówno, ale zauważalnie. Jakby razem z nią przyszedł do niego ten kawałek siebie, który wcześniej zgubił się gdzieś w mule i wodzie. Wciąż brakowało mu do dawnej formy, do tej wersji, którą lubił najbardziej, ale różnica była widoczna. Może to była kwestią tego, że z pleców zsunął mu się ciężar.
Teraz jednak, patrząc na Amarę, widział coś innego. Widok, który działał jak lustro, tylko znacznie bardziej bezlitosne. Przypominała mu o własnym wieku. O rzeczach, które wolał ignorować. O tym, że ciało ma swoje granice, a czas – swoje tempo, którego nie da się wiecznie oszukiwać.
I nagle zrozumiał.
Zrozumiał tych wszystkich dojrzałych mężczyzn, którzy uparcie gonili za młodymi dziewczynami. Nigdy nie chodziło o nie. Chodziło o coś znacznie prostszego i znacznie bardziej żałosnego. O młodość. Bo patrzenie na kobietę w swoim wieku nieustannie przypominało o czasie, który już minął. Jej zmarszczki stawały się ich zmarszczkami. Jej siwe włosy – ich siwymi włosami. Jej ciało, poddające się powoli grawitacji, przypominało o własnej skórze, która nie była już taka jędrna.
Leo zmrużył lekko oczy.
Nie podobało mu się to odbicie.
- Dupre, wyglądasz jak gówno – mruknął w końcu, krzywiąc się minimalnie. – Albo staro. W sumie jedno i to samo – westchnął ciężko, jak ktoś autentycznie zmęczony cudzym wyglądem, po czym sięgnął po okulary słoneczne, które wcześniej zostawił na blacie. – Nie mogę na to patrzeć – zanim zdążyła zareagować, wsunął je na jej twarz. Trochę zbyt nachalnie, poprawiając je jeszcze palcem na mostku nosa. – O, lepiej.
Złamał za zapalniczkę i kilka razy stuknął nią o blat stołu, metalicznie, rytmicznie, jakby próbował dodać sobie odwagi.
Klik.
Nie zapaliła się.
Klik.
Dopiero za trzecim razem pojawił się płomień, a mężczyzna nachylił się w stronę kobiety, spokojniej niż wcześniej. Podsunął ogień pod końcówkę papierosa.
- No – jego głos był miękki, prawie słodki. – Co się stało? Ktoś ci złamał serce?
Amara Dupré
Mruczka
Wiedziała, że po nią przyjdą. Nie wątpiła, że niezależnie od tego, jakich zasług nie miała dla gangu, ilu chłopców do niego nie ściągnęła i jakim szacunkiem jeszcze do niedawna się w nim cieszyła, nastanie moment, w którym po nią przyjdą. Znała zbyt wiele szczegółów i została za bardzo zraniona, żeby tak po prostu ją zostawić. W Radzie będące bandą mizoginów mogli nie doceniać kobiet, widząc w nich wyłącznie głębokie dekolty lub wsparcie dla mężczyzn, ale nawet oni nie mogli być równie głupi, aby pozwolić jej przeżyć. Dla Amary było oczywiste, że musiała umrzeć. Z gangu nie puszczało się nikogo wolno. Jedyny sposób na to, aby go opuścić była śmierć. I dlatego wiedziała, że prędzej, czy później ktoś wejdzie do jej domu, aby ostatecznie wypisać ją z The Byrd. Nie zamierzała walczyć ani myślała uciekać. Nie miała przy sobie nawet broni, gotowa na ten koniec.
Spodziewała się, że przyślą kogoś obcego. Kogoś dla kogo nigdy nie była matką. Mógł pofatygować się do niej sam Vena, wyborowy strzelec elitarnego grona, tak aby Rada miała pewność, że zadanie zostało rzeczywiście wykonane. Spodziewała się każdego, ale z całą pewnością nie tego, że w mroku domu dostrzeże postać, z którą jej życie było nierozerwalnie złączone niemal od samego początku. A przynajmniej od tamtego dnia, kiedy splątani — fizycznie i emocjonalnie — runęli w dół po schodach.
Nie rozumiała. Nikt nie mógł go przysłać, ponieważ został wypierdolony w ten sam sposób, co ona. Ba! To z jego powodu ona sama zdawała się również otrzymać ten cholernywilczy niedźwiedzi bilet. Co do cholery tu robił?!
Wpatrywała się w niego, jakby próbowała z jego twarzy przysłoniętej okularami wyczytać powód tej wizyty. Niczego tam nie dostrzegła. Jego głos natomiast dalej brzęczał jej nieprzyjemnie w uszach, ponieważ czas zamknięcia, którego długości nawet nie umiała określić, sprawił, że Amara zdążyła odzwyczaić się od jakichkolwiek bodźców. Nie pamiętała już dźwięku ludzkich głosów ani intensywności spojrzeń. Gniła, wycofana ze świata i pierwszy raz czuła, że mogłaby zrozumieć Leo wraz z jego upodobaniem do bagien. W końcu prychnęła.
— A co, chcesz mi powiedzieć, że tym właśnie jesteś? Czarnym księciem na koniu? — Słowo czarny szczególnie zaakcentowała. Twarz Amary jednak nie poruszyła się, jakby już była martwa. Na co dzień wyrazista i jednoznacznie okazująca emocje, tym razem była całkowicie pusta i pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia.
W innych okolicznościach najpewniej by się roześmiała, a przynajmniej zrobiłaby sobie używanie z jego słów. . Z b a w c a.. Broussard był w błędzie, jeśli myślał, że właśnie tego potrzebowała. Teraz na Amarze jednak te słowa nie zrobiły żadnego wrażenia. Były puste, niczego nie wnosiły i tym bardziej niczego nie zmieniały. Dupré była daleka od tego, aby wchodzić w jakiekolwiek przepychanki, w których Leo tak bardzo się lubował. A jednak przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, gdy zdjął okulary. Przyzwyczajona do półmroku dostrzegła zarys jego policzków, błysk oczu, którymi nie pogardziłby żaden aligator. Leo rozkwitł. Wciąż daleko mu było do dawnej świetności, kiedy bawił się w króla życia, ale wyglądał naprawdę dobrze. Zniknęły zapadnięte policzki, dredy wciąż były zadbane, a twarz i jego postawa… Było w niej coś, jakaś lekkość, która nadawała mu młodzieńczej wręcz chłopięcej energii, jakby odmłodniał dokładnie o tyle lat, o ile ona w tym krótkim czasie zdążyła się postarzeć.
Nachyliła się nieznacznie w jego kierunku z papierosem w ustach, ale nie danej jej było się nim zaciągnąć. Leo krzyknął, Amara drgnęła, a zaraz później drzwi zahałasowały, zdradzając obecność kogoś trzeciego. Leo nie był sam. Był z Darnellem, którego poznała po głosie. Niczym czujna sokolica — co było odruchem zupełnie niezamierzonym — skierowała nagle czujne oczy w stronę korytarza, tylko po to, aby następnie powrócić nimi do mężczyzny, który siedział naprzeciw niej. Do jej brata. Do męża. Do przyjaciela. Do najgorszego wroga. Do obcego. Bo tym ostatnim stali się ostatnio, obiecując sobie, że już nigdy więcej się nie zobaczą. A teraz Broussard siedział przy jej stole, obracał jej zapalniczkę i krzyczał na jej widok. Przyszedł tutaj, chociaż nikt mu nie kazał. Pod nikogo bowiem nie podlegał, od nikogo już nie był zależny.
— Ty natomiast wyglądasz kwitnąco. Bezrobocie ci służy. — Orzekła, nic sobie nie robiąc z jego obelg. Leo Broussard widział ją już w każdym możliwym stanie; widział ją w niedostatku i szeroko rozumianej biedzie, widział ją w szczęściu i rozrywającym smutku, widział ją w krwi i widział ją w popiele. A teraz widział ją w stanie rozkładu.
Pochyliła się w jego kierunku raz jeszcze, aby tym razem odpalić papierosa, choć smak tytoniu czuła nieustannie na języku. Było to jedyne, co do niej docierało w ostatnim czasie; nie czuła zapachów ani innych smaków, nie docierały do niej dźwięki, a obrazy zdawały się nie rejestrować. Był tylko gorzki smak na języku.
Wraz z tym, jak wydmuchała z płuc szarą chmurę dymu, ponownie spojrzała na mężczyznę. To spojrzenie, w które wkradł się niespodziewanie cień dawnej iskry, musiało Broussardowi wystarczyć w ramach odpowiedzi, którą przecież doskonale znał.
— Z tego, co pamiętam, Broussard, mieliśmy się już nigdy więcej nie spotkać, a tymczasem przerywasz swoje kanikuły — słowa tego, jak wiadomo, nie użyła wcale przypadkowo — aby złożyć mi wizytę. Chyba nie zrobiłeś się . s e n t y m e n t a l n y?
Leo Broussard
Spodziewała się, że przyślą kogoś obcego. Kogoś dla kogo nigdy nie była matką. Mógł pofatygować się do niej sam Vena, wyborowy strzelec elitarnego grona, tak aby Rada miała pewność, że zadanie zostało rzeczywiście wykonane. Spodziewała się każdego, ale z całą pewnością nie tego, że w mroku domu dostrzeże postać, z którą jej życie było nierozerwalnie złączone niemal od samego początku. A przynajmniej od tamtego dnia, kiedy splątani — fizycznie i emocjonalnie — runęli w dół po schodach.
Nie rozumiała. Nikt nie mógł go przysłać, ponieważ został wypierdolony w ten sam sposób, co ona. Ba! To z jego powodu ona sama zdawała się również otrzymać ten cholerny
Wpatrywała się w niego, jakby próbowała z jego twarzy przysłoniętej okularami wyczytać powód tej wizyty. Niczego tam nie dostrzegła. Jego głos natomiast dalej brzęczał jej nieprzyjemnie w uszach, ponieważ czas zamknięcia, którego długości nawet nie umiała określić, sprawił, że Amara zdążyła odzwyczaić się od jakichkolwiek bodźców. Nie pamiętała już dźwięku ludzkich głosów ani intensywności spojrzeń. Gniła, wycofana ze świata i pierwszy raz czuła, że mogłaby zrozumieć Leo wraz z jego upodobaniem do bagien. W końcu prychnęła.
— A co, chcesz mi powiedzieć, że tym właśnie jesteś? Czarnym księciem na koniu? — Słowo czarny szczególnie zaakcentowała. Twarz Amary jednak nie poruszyła się, jakby już była martwa. Na co dzień wyrazista i jednoznacznie okazująca emocje, tym razem była całkowicie pusta i pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia.
W innych okolicznościach najpewniej by się roześmiała, a przynajmniej zrobiłaby sobie używanie z jego słów. . Z b a w c a.. Broussard był w błędzie, jeśli myślał, że właśnie tego potrzebowała. Teraz na Amarze jednak te słowa nie zrobiły żadnego wrażenia. Były puste, niczego nie wnosiły i tym bardziej niczego nie zmieniały. Dupré była daleka od tego, aby wchodzić w jakiekolwiek przepychanki, w których Leo tak bardzo się lubował. A jednak przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, gdy zdjął okulary. Przyzwyczajona do półmroku dostrzegła zarys jego policzków, błysk oczu, którymi nie pogardziłby żaden aligator. Leo rozkwitł. Wciąż daleko mu było do dawnej świetności, kiedy bawił się w króla życia, ale wyglądał naprawdę dobrze. Zniknęły zapadnięte policzki, dredy wciąż były zadbane, a twarz i jego postawa… Było w niej coś, jakaś lekkość, która nadawała mu młodzieńczej wręcz chłopięcej energii, jakby odmłodniał dokładnie o tyle lat, o ile ona w tym krótkim czasie zdążyła się postarzeć.
Nachyliła się nieznacznie w jego kierunku z papierosem w ustach, ale nie danej jej było się nim zaciągnąć. Leo krzyknął, Amara drgnęła, a zaraz później drzwi zahałasowały, zdradzając obecność kogoś trzeciego. Leo nie był sam. Był z Darnellem, którego poznała po głosie. Niczym czujna sokolica — co było odruchem zupełnie niezamierzonym — skierowała nagle czujne oczy w stronę korytarza, tylko po to, aby następnie powrócić nimi do mężczyzny, który siedział naprzeciw niej. Do jej brata. Do męża. Do przyjaciela. Do najgorszego wroga. Do obcego. Bo tym ostatnim stali się ostatnio, obiecując sobie, że już nigdy więcej się nie zobaczą. A teraz Broussard siedział przy jej stole, obracał jej zapalniczkę i krzyczał na jej widok. Przyszedł tutaj, chociaż nikt mu nie kazał. Pod nikogo bowiem nie podlegał, od nikogo już nie był zależny.
— Ty natomiast wyglądasz kwitnąco. Bezrobocie ci służy. — Orzekła, nic sobie nie robiąc z jego obelg. Leo Broussard widział ją już w każdym możliwym stanie; widział ją w niedostatku i szeroko rozumianej biedzie, widział ją w szczęściu i rozrywającym smutku, widział ją w krwi i widział ją w popiele. A teraz widział ją w stanie rozkładu.
Pochyliła się w jego kierunku raz jeszcze, aby tym razem odpalić papierosa, choć smak tytoniu czuła nieustannie na języku. Było to jedyne, co do niej docierało w ostatnim czasie; nie czuła zapachów ani innych smaków, nie docierały do niej dźwięki, a obrazy zdawały się nie rejestrować. Był tylko gorzki smak na języku.
Wraz z tym, jak wydmuchała z płuc szarą chmurę dymu, ponownie spojrzała na mężczyznę. To spojrzenie, w które wkradł się niespodziewanie cień dawnej iskry, musiało Broussardowi wystarczyć w ramach odpowiedzi, którą przecież doskonale znał.
— Z tego, co pamiętam, Broussard, mieliśmy się już nigdy więcej nie spotkać, a tymczasem przerywasz swoje kanikuły — słowa tego, jak wiadomo, nie użyła wcale przypadkowo — aby złożyć mi wizytę. Chyba nie zrobiłeś się . s e n t y m e n t a l n y?
Leo Broussard
k
Trigger Warning
W poście pojawiają się treści o charakterze seksistowskim i homofobicznym. Są one elementem kreacji świata i postaci funkcjonującej w realiach przestępczych. Nie są one odzwierciedleniem moich prywatnych poglądów.
Nie był żadnym zbawcą. To była działka Amary. Brać dzieciaki, nadawać imiona, chrzcić je, wieszać na krzyżach – wszystkie te rytuały, które ludzie wprost uwielbiali.
- Kiedy kobiety przekwitają… Mężczyźni dalej rosną w siłę – odpowiedział filozoficznie. – Poza tym… Dalej jestem hotelarzem – Leo nigdy się tak nie nazywał. Nigdy nie używał tego słowa, nigdy nie opisywał siebie w ten sposób, jakby należał do jakiejś spokojnej, uporządkowanej kategorii ludzi. A jednak teraz… nie przyszło mu do głowy nic lepszego. Było w tym coś absurdalnego, niemal obraźliwego, że jedyne stanowisko jakie teraz posiadał, brzmiało właśnie tak.
„Hotelarz.”
Słowo, które pasowało do niego mniej więcej tak samo jak żona, dom na przedmieściach i jakiś głupi, rodzinny pies w typie golden retrievera.
Leo przez moment wyglądał, jakby nie do końca zrozumiał, co właśnie do niego powiedziała. Cofnął się odrobinę i zmarszczył brwi odchylając lekko głowę. Dopiero po chwili spojrzał na nią uważniej, mierząc ją wzrokiem od góry do dołu, powoli, bez pośpiechu, jakby dopiero teraz naprawdę sprawdzał, w jakim jest stanie. Przewrócił oczami, wypuszczając powietrze nosem i oparł dłonie o stół, po czym zaczął się podnosić. Powoli. Z przesadzoną, niemal teatralną kontrolą, która nie służyła samemu wstawaniu, tylko temu, co chciał przez to pokazać.
Broussard uwielbiał dobry teatr. I jeszcze bardziej uwielbiał dobry symbol. W gruncie rzeczy jedno bez drugiego rzadko miało sens. To właśnie symbole budowały pozycje – nie tylko jego, ale wszystkich, którzy mieli na tyle rozumu, żeby zrozumieć, że ludzie nie reagują na fakty, tylko na to, co te fakty reprezentują. Całe jego życie było nimi przesiąknięte. Od samego początku nie chodziło o to, kim był, tylko o to, co sobą oznaczał.
Atak, który przeżył. Zniknięcie. Bagna. Porzucenie wszystkiego, co wcześniej definiowało jego styl życia. To wszystko aż prosiło się o interpretację. Dla jednych był dowodem na to, że został „wybrany”, że coś go wyrwało z jednego świata i wsadziło w drugi, że wrócił z miejsca, z którego inni nie wracali. Dla innych był po prostu wariatem, który za bardzo uwierzył we własne bajki.
Wcześniej tez nie było inaczej.
Kiedy prowadził się na bogato, był symbolem rozpusty, przesady, ostentacji – ale też czegoś więcej. Dowodem, że można było wyjść z dołu i zrobić z tego spektakl. Że można było być czarnym, młodym i bezczelnie bogatym w świecie, który niekoniecznie chciał to oglądać.
A potem to porzucił. Najzabawniejsze było to, jak szybko ludzie się dostosowywali. Jak łatwo przyjmowali nową wersję tej samej osoby, jakby poprzednia nigdy nie istniała.
Leo nigdy nie miał z tym problemu.
Zmiana symbolu była częścią gry.
Teraz też.
Bo stojąc nad Amarą, patrząc na nią z góry, nie musiał nic mówić, żeby było jasne, co właśnie przedstawia. Nie chodziło o słowa, tylko o układ. O różnicę wysokości. O to, kto stoi, a kto siedzi. Kto patrzy, a kto jest oglądany. Rzadko kiedy miał okazję by dominować nad Dupre. Teraz patrzył na nią z góry, z twarzą spokojną aż do przesady, niemal pustą. Poza oczami.
Nie było w nich zmartwienia. Leo się nie martwił – ledwo interesowało go jutro, więc nie było świata, w którym nagle miałby martwić się Amarą. Nie wkurwienie, to byłoby za dużo na ten moment, Amara potrafiła go wkurwić, ale poza tym była zwyczajnie, chronicznie i konsekwentnie irytująca. Irytowała go, kiedy była tylko wiecznie wymądrzającą się dziewczynką, irytowała go, kiedy urosła szybciej od niego i kiedy snuła się za nim nie tylko do The Byrd, ale aż do samej Rady. To jednak nie było to.
Żal? Może coś na kształt żalu, ale nie w tym miękkim znaczeniu. Raczej zimne uznanie faktu, że to, co widzi, jest zwyczajnie żałosne.
- Skończ pierdolić - wbił spojrzenie dokładnie tam, gdzie pod ciemnymi szkłami jego własnych okularów powinny być jej oczy. Nie widział ich. Widział tylko siebie. Rozmazane odbicie na powierzchni soczewek, własne spojrzenie odbijające się do niego, jakby to nie ona była po drugiej stronie stołu, tylko jakaś wersja jego samego.
- Chciałbym – powiedział to słowo z naciskiem – cię nigdy więcej nie spotkać i zapamiętać cię taką, jaka byłaś. Przebrana za musztardę i… - pod koniec zaczął nieco mamrotać pod nosem, nie będąc pewien jak powinien zakończyć swoją kwestię. Odchrząknął i odszedł od stołu zataczając półkole, żeby dojść do kuchennego okna, przez którego żaluzje kępki światła wpadały do pomieszczenia. Materiał jego koszuli opadał z ramion, odsłaniając klatkę piersiową i brzuch. Spodnie opinały się nisko na biodrach, a pasek nie był zapięty jak trzeba. Wyglądał, jakby ktoś wyrwał go z łóżka i jednocześnie wszystko leżało na nim dokładnie tak, jak powinno. Nie było łańcuchów, którymi zazwyczaj obwieszał się bez wstydu. Zamiast tego tylko kolczyki – w uszach, w nosie, w sutkach – drobne, metaliczne punkty, które łapały światło. – Ale twoje dzieciaki, chyba nie do końca zrozumiały, co się wydarzyło – ruszył dalej, przesunął dłonią po blacie, zajrzał do jednej z szafek i zamknął ją zaraz potem. – Miłość dziecka do matki zawsze mnie fascynowała – otworzył kolejną szafkę, tym razem zostawiając ją uchyloną. – Ojciec może się starać. Może się nawet zesrać, ale to nigdy nie jest to samo – przeszedł kawałek dalej, zataczając powoli łuk, który z każdym krokiem coraz bardziej przypominał krążenie.
- Nie wpuszczasz ludzi do domu, dzieciaki zostawiają ci papierosy pod drzwiami… I pierdolisz mi o sentymentach? – parsknął, przystając za jej krzesłem. – Nie jestem sentymentalny, siostro. Jestem wkurwiony, bo ze wszystkich ludzi w Nowym Orleanie, to ja zostałem wybrany na ojca twoich bachorów – zamilkł na moment. Było to wygodne. Dla niej i dla niego. Bo nawet kiedy jego kontakty ograniczały się głównie do ludzi spoza TBG – zawsze byli chłopcy. – A dzieci bardzo mocno i długo prosiły, żeby tatuś zajął się mamusią – zacisnął dłonie na jej ramionach i pochylił się. Jego usta zatrzymały się tuż przy jej uchu. – Więc jestem – syknął, po czym szybko wyprostował się i wrócił na swoje miejsce.
- To co? – ciągnął dalej. – Ktoś cię wystawił? Ktoś cię sprzedał? Nie mów mi, że myślałaś, że Lazarev będzie chciał się z tobą widywać, po tym jak wyjebał cię z Rady – parsknął, szczerze rozbawiony. Usiał naprzeciwko niej wygodniej. Zapalniczka w jego dłoni zaczęła uderzać o blat – raz, drugi, trzeci – metaliczny, równy dźwięk. – Naprawdę powinnaś się w końcu otrząsnąć – rzucił, już spokojniej, ale nadal z tym cieniem rozbawienia w głosie. – Wszyscy w tej twojej Radzie lubią w dupę. I tyle z wielkiej polityki, czy miłości. Jeśli jakkolwiek cię to pocieszy, pozwolę ci na siebie mówić Hangman. Wyrzekłem się cielesnych przyjemności, ale seks z tobą, w tym stanie nie będzie żadną przyjemnością, więc… - uniósł brwi i uśmiechnął się przesuwając językiem po zębach. – Co ty na to Amaro? Możesz upaść jeszcze niżej?
Amara Dupré
Mruczka
— Księciuniem. — Powtórzyła po nim z przytaknięciem. Leo uśmiechał się zawadiacko, a ona wciąż była poważna, wręcz posępna. Zupełnie tak, jakby przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. On był zadowolony, przede wszystkim z samego siebie, choć nikt tak dobrze, jak Amara nie wiedział, że Leo w życiu lubił się wyłącznie bawić, nie mając doświadczenia w ciężkiej pracy. Ona natomiast była strapiona, myśląc o tym, że niezależnie od tego ile się nie naharowała, ostatecznie nic z tego nie miała.
— Doprawdy? — Spytała z nutą ironii i kpiny. Hotelarz.O Broussardzie można było powiedzieć wszystko, ale nigdy nie to, że był . h o t e l a r z e m.. Nawet jego rodzina, po której odziedziczył May Baily's Place roześmiałaby się głośno na to stwierdzenie.
Chociaż twarz miała zasłoniętą jego okularami, poczuła wyraźnie jego spojrzenie. Niczego nie zmieniły. I znów na chwilę była jak nastolatka. Jak wtedy, gdy Zelie na głos komentowała jej wygląd, zmuszając Leo do tego, aby na nią popatrzył, a ona wiedziała, że niezależnie od tego, czy wcześniej podobało jej się to, jak wyglądała, stojąc obok swojej bliźniaczki, widziała w sobie już wyłącznie to, co jej się w sobie nie podobało. I była bardziej niż pewna, że inni również nagle zaczynali to dostrzegać. I teraz tak samo pomyślała o swoich poplątanych włosach, o suchej twarzy, uwidaczniającej wszystkie zmarszczki, o połach cienkiego szlafroka, które nie były w stanie utrzymać jej ciała i zaprzeczyć w ten sposób grawitacji. Nigdy nie widział jej w ten sposób nagiej i przez chwilę Amara poczuła wstyd; za siebie, za swoje ciało, za to, że to wszystko było w stanie doprowadzić ją do właśnie takiego stanu. Wstyd był tym większy, że Broussard naprawdę wyglądał cholernie dobrze. Sukinsyn miał rację, mężczyźni z wiekiem wyłącznie rośli w siłę, podczas gdy kobiety stawały się brzydkie i słabe. Wytrzymała jednak to spojrzenie, a później przypomniała sobie, że Broussarda nigdy nie interesowali inni, a wyłącznie on sam.
Zdecydowanym ruchem jednej ręki zdjęła z nosa okulary. Był odważnym mężczyzną, który przeżył śmierć, więc teraz musiał przeżyć jej widok. Chociaż do śmierci bez trudu można było ją porównać.
Uniosła nieznacznie brwi, wydychając głośno powietrze wraz z papierosowym dymem. Spektakle Leo nigdy jej nie interesowały. Miał szeroką publikę, ale ona jednak nigdy akurat do niej nie należała. Nie robił na niej wrażenia. Prawdopodobnie zbyt długo i zbyt dobrze go znała, aby mogło to na nią zadziałać. A jednak patrzyła dalej. Nie odrywała od niego spojrzenia również wtedy, kiedy zaczął nad nią górować. Zadarła głowę, aby móc dalej wpatrywać się w dwa punkty, w sam środek czarnych szkieł, gdzie powinny znajdować się jego oczy. Zawsze dotąd to ona nad nim górowała. Była nie tylko wyższa, ale i ogólnie większa. Nie z tego powodu jednak nigdy mu się nie podporządkowała. Leo był drobny i smukły, ale nie przeszkadzało mu to stać się cichym liderem, wzbudzającym ogólny podziw i szacunek. Ona jedna zdawała się odporna na to wszystko, a teraz… Teraz się temu zwyczajnie poddała. Bo świat, jaki dotychczas znała, przestał istnieć. Bo Amara przestała istnieć i nie miało już teraz znaczenia, kto na kogo patrzył i w jakiej pozycji to robił.
Nie odwróciła się za nim, kiedy ruszył. Spojrzeniem wróciła do stołowego blatu, ignorując słowa Broussarda, które nie miały dla niej najmniejszego sensu. Do czasu. Słowo dzieciaki zadźwięczało jej w uszach. Nie odwróciła się za nim, ale tym jednym słowem kupił w końcu jej uwagę, sprawiając, że Amara zaczęła czekać na to, co powie dalej, choć chwilę wcześniej jeszcze nic jej nie interesowało.
Zaciągnęła się jeszcze raz mocno papierosem, dopalając go do końca. Niedopałek wcisnęła do przepełnionej popielniczki, mocno dociskając go palcem wskazującym w taki sposób, że pod opuszką poczuła gorąc.
Już po chwili podobne ciepło poczuła w okolicy brzucha, kiedy usta Leo znalazły się tuż przy jej uchu. Nie była to jednak reakcja na tego bliskość, a na to, co mówił.
Niezliczona ilość dzieciaków wychowywała się bez ojców. Matki robiły dla nich wszystko: dawały im życie, pielęgnowały je, obdarzały miłością, karały, kiedy trzeba było i nagradzały, gdy była ku temu okazja. Dawały im wszystko, a one i tak marzyły o facecie, który poklepałby po ramieniu i okazał dumę. Amara nie potrafiła tego zrozumieć. A może rozumiała, ale nie chciała tego przyjąć, ani tym bardziej zaakceptować. Bo oznaczało to, że na zawsze najwyższą instancją miał pozostać mężczyzna.
W końcu Amara zaśmiała się krótko i cicho, choć był to śmiech, który bardziej przypominał charczenie rannego zwierzęcia.
— Chcesz mi powiedzieć, że ponad swoją wygodę przedłożyłeś troskę tych wszystkich chłopców. — Ostatnie słowo zaakcentowała, bo trudno było te dzieciaki określić tym mianem. Większość z nich była już wyrośnięta, nosiła broń za paskiem spodni i nie robiła tego wyłącznie ku własnej uciesze.
Nie zaśmiała się, a spoważniała momentalnie na kolejne drwiny Leo, nie chcąc słyszeć tego nazwiska we własnym domu.
— Naprawdę? Ciężko mi w to uwierzyć, bo mam zupełnie inne wrażenie. Zostałam wyruchana, jak nigdy wcześniej. — Warknęła, mogąc się wyłącznie domyślać, jak wielką satysfakcję przyniesie to samemu Broussardowi, który tak lubił rozwodzić się nad jej życiem intymnym. — I wiesz co? — Spytała, pochylając się nieznacznie w jego stronę. — Ty też mnie Broussard wyruchałeś. I to za te wszystkie lata. — Przesunęła dłońmi po blacie stołu, cofając je w swoją stronę i ostatecznie zaciskając na jego krawędzi na tyle mocno, że aż kłykcie jej pobielały. — Więc daruj sobie, zabieraj dzieciaki i baw się teraz w dom. Ja z tym skończyłam.
Leo Broussard
— Doprawdy? — Spytała z nutą ironii i kpiny. Hotelarz.O Broussardzie można było powiedzieć wszystko, ale nigdy nie to, że był . h o t e l a r z e m.. Nawet jego rodzina, po której odziedziczył May Baily's Place roześmiałaby się głośno na to stwierdzenie.
Chociaż twarz miała zasłoniętą jego okularami, poczuła wyraźnie jego spojrzenie. Niczego nie zmieniły. I znów na chwilę była jak nastolatka. Jak wtedy, gdy Zelie na głos komentowała jej wygląd, zmuszając Leo do tego, aby na nią popatrzył, a ona wiedziała, że niezależnie od tego, czy wcześniej podobało jej się to, jak wyglądała, stojąc obok swojej bliźniaczki, widziała w sobie już wyłącznie to, co jej się w sobie nie podobało. I była bardziej niż pewna, że inni również nagle zaczynali to dostrzegać. I teraz tak samo pomyślała o swoich poplątanych włosach, o suchej twarzy, uwidaczniającej wszystkie zmarszczki, o połach cienkiego szlafroka, które nie były w stanie utrzymać jej ciała i zaprzeczyć w ten sposób grawitacji. Nigdy nie widział jej w ten sposób nagiej i przez chwilę Amara poczuła wstyd; za siebie, za swoje ciało, za to, że to wszystko było w stanie doprowadzić ją do właśnie takiego stanu. Wstyd był tym większy, że Broussard naprawdę wyglądał cholernie dobrze. Sukinsyn miał rację, mężczyźni z wiekiem wyłącznie rośli w siłę, podczas gdy kobiety stawały się brzydkie i słabe. Wytrzymała jednak to spojrzenie, a później przypomniała sobie, że Broussarda nigdy nie interesowali inni, a wyłącznie on sam.
Zdecydowanym ruchem jednej ręki zdjęła z nosa okulary. Był odważnym mężczyzną, który przeżył śmierć, więc teraz musiał przeżyć jej widok. Chociaż do śmierci bez trudu można było ją porównać.
Uniosła nieznacznie brwi, wydychając głośno powietrze wraz z papierosowym dymem. Spektakle Leo nigdy jej nie interesowały. Miał szeroką publikę, ale ona jednak nigdy akurat do niej nie należała. Nie robił na niej wrażenia. Prawdopodobnie zbyt długo i zbyt dobrze go znała, aby mogło to na nią zadziałać. A jednak patrzyła dalej. Nie odrywała od niego spojrzenia również wtedy, kiedy zaczął nad nią górować. Zadarła głowę, aby móc dalej wpatrywać się w dwa punkty, w sam środek czarnych szkieł, gdzie powinny znajdować się jego oczy. Zawsze dotąd to ona nad nim górowała. Była nie tylko wyższa, ale i ogólnie większa. Nie z tego powodu jednak nigdy mu się nie podporządkowała. Leo był drobny i smukły, ale nie przeszkadzało mu to stać się cichym liderem, wzbudzającym ogólny podziw i szacunek. Ona jedna zdawała się odporna na to wszystko, a teraz… Teraz się temu zwyczajnie poddała. Bo świat, jaki dotychczas znała, przestał istnieć. Bo Amara przestała istnieć i nie miało już teraz znaczenia, kto na kogo patrzył i w jakiej pozycji to robił.
Nie odwróciła się za nim, kiedy ruszył. Spojrzeniem wróciła do stołowego blatu, ignorując słowa Broussarda, które nie miały dla niej najmniejszego sensu. Do czasu. Słowo dzieciaki zadźwięczało jej w uszach. Nie odwróciła się za nim, ale tym jednym słowem kupił w końcu jej uwagę, sprawiając, że Amara zaczęła czekać na to, co powie dalej, choć chwilę wcześniej jeszcze nic jej nie interesowało.
Zaciągnęła się jeszcze raz mocno papierosem, dopalając go do końca. Niedopałek wcisnęła do przepełnionej popielniczki, mocno dociskając go palcem wskazującym w taki sposób, że pod opuszką poczuła gorąc.
Już po chwili podobne ciepło poczuła w okolicy brzucha, kiedy usta Leo znalazły się tuż przy jej uchu. Nie była to jednak reakcja na tego bliskość, a na to, co mówił.
Niezliczona ilość dzieciaków wychowywała się bez ojców. Matki robiły dla nich wszystko: dawały im życie, pielęgnowały je, obdarzały miłością, karały, kiedy trzeba było i nagradzały, gdy była ku temu okazja. Dawały im wszystko, a one i tak marzyły o facecie, który poklepałby po ramieniu i okazał dumę. Amara nie potrafiła tego zrozumieć. A może rozumiała, ale nie chciała tego przyjąć, ani tym bardziej zaakceptować. Bo oznaczało to, że na zawsze najwyższą instancją miał pozostać mężczyzna.
W końcu Amara zaśmiała się krótko i cicho, choć był to śmiech, który bardziej przypominał charczenie rannego zwierzęcia.
— Chcesz mi powiedzieć, że ponad swoją wygodę przedłożyłeś troskę tych wszystkich chłopców. — Ostatnie słowo zaakcentowała, bo trudno było te dzieciaki określić tym mianem. Większość z nich była już wyrośnięta, nosiła broń za paskiem spodni i nie robiła tego wyłącznie ku własnej uciesze.
Nie zaśmiała się, a spoważniała momentalnie na kolejne drwiny Leo, nie chcąc słyszeć tego nazwiska we własnym domu.
— Naprawdę? Ciężko mi w to uwierzyć, bo mam zupełnie inne wrażenie. Zostałam wyruchana, jak nigdy wcześniej. — Warknęła, mogąc się wyłącznie domyślać, jak wielką satysfakcję przyniesie to samemu Broussardowi, który tak lubił rozwodzić się nad jej życiem intymnym. — I wiesz co? — Spytała, pochylając się nieznacznie w jego stronę. — Ty też mnie Broussard wyruchałeś. I to za te wszystkie lata. — Przesunęła dłońmi po blacie stołu, cofając je w swoją stronę i ostatecznie zaciskając na jego krawędzi na tyle mocno, że aż kłykcie jej pobielały. — Więc daruj sobie, zabieraj dzieciaki i baw się teraz w dom. Ja z tym skończyłam.
Leo Broussard
k
Leo spojrzał na Amarę szczerze zaskoczony. Zmierzył wzrokiem jej poważną, wściekłą twarz, palce zaciskające się na krawędzi stołu. Odsunął się nawet minimalnie, wyraźnie nie rozumiejąc aż tak dramatycznej reakcji z jej strony. Po sobie by się jej spodziewał – w końcu miał to teatralne zacięcie i głęboko wierzył, że może w innym życiu, gdyby urodził się po dobrej stronie torów, zostałby jedną z tych sławnych person zajmujących się Bóg wie czym. Kimś zapraszanym na salony, gale i inne rozdania nagród. Kimś, kogo nazwisko wymawiało się z odpowiednią intonacją, a wejście poprzedzało szmer rozmów – co właściwie różniło się tylko drobnymi szczegółami od tego, co miał teraz. Nie były to oczywiście, żadne niespełnione marzenia. Gdyby miał przejść przez wszystkie swoje fantazje – dziecięce lub nie – raczej nie znalazłby tam Grammy ani Oscara. Leo nigdy nie marzył o sztuce. Marzył o uwadze. O tym krótkim momencie, gdzie wszystko dookoła zatrzymuje się choćby na ułamek sekundy. Ponieważ, tak jak aligatory lubiły wygrzewać się w świetle Luizjańskiego słońca, Leo był pewny, że w każdym innym życiu lubiłby wygrzewać się w spojrzeniach innych ludzi.
Zaraz jednak zaskoczenie ustąpiło miejsca czemuś innemu.
W aligatorach najbardziej niepokojący był kontrast. Były to ogromne zwierzęta, a prawie nie robiły hałasu. Kiedy wynurzały się, wyglądały tak jakby bagno samo powoli wypychało je na powierzchnię. Zazwyczaj najpierw widać było tylko drobny ruch wody, prawie żaden. Tafla zaczynała się marszczyć, jakby coś ciężkiego przesuwało się tuż pod powierzchnią. Potem powoli pokazywały się oczy i nozdrza – praktycznie bez dźwięku. Jeśli wychodziły całe – najpierw wynurzał się pysk, potem grzbiet z twardymi wypustkami, a dopiero później ciężkie ciało wypychało się na brzeg powolnym, niemal leniwym ruchem. Jeśli nie atakowały to nie „wyskakiwały” dramatycznie jak w filmach. Standardowo wyglądały bardziej jak kawałek bagna, który nagle okazał się żywy.
Uśmiech Leo pojawił się właśnie w taki sposób.
Nie wyszczerzył nagle zębów ani nie zaatakował jej gwałtowną drwiną. Najpierw drgnął mu tylko kącik ust, prawie niezauważalnie. Później coś rozlało się po jego twarzy powoli, leniwie. Dopiero po chwili spomiędzy ciemnych warg błysnęła jasna linia zębów, ostra i niepokojąca. Wyglądał, jakby właśnie coś sobie uświadomił. I faktycznie tak było.
Chodziło o Radę i chodziło o gang. Amara siedziała tutaj zamknięta, bo odebrano jej stanowisko i wpływy i coś znacznie większego – miejsce, do którego próbowała należeć przez praktycznie całe swoje życie. Całą swoją tożsamość oparła na byciu potrzebną tamtym ludziom, na byciu częścią czegoś większego od siebie. A teraz ktoś po prostu przeciął tę nić i zostawił ją samą ze świadomością, że może nigdy nie była dla nich tym, czym oni byli dla niej.
Było to tak absurdalne i niewyobrażalnieżałosne smutne, że Leo… roześmiał się. Naprawdę. Krótko na początku bardziej z niedowierzania niż rozbawienia, ale zaraz śmiech wyrwał mu się z gardła jeszcze raz, głośniejszy, bardziej szczery, wręcz okrutny. Odwrócił na moment głowę, przymykając oczy, jakby próbował się opanować.
- Więc to – zaczął pokazując na pomieszczenie, w którym się znajdowali. Na zasłonięte okna. Na brud. Na uschnięte kwiaty. I w końcu – na samą Amarę, która niewiele różniła się od tych słaniających się po podłodze roślin. – Jest przez ten mały gangbang? – chichocząc, przesunął kciukiem po kąciku oka, ścierając wilgoć, która nagle się tam pojawiła. – No to co… - podniósł się z miejsca, klepiąc dłonią o własne uda. – Będę się zbierał. Naprawdę nie sądziłem, że jesteś aż tak żałosna – pokręcił głową z niedowierzaniem. – To znaczy… pozbyłaś się swojej siostry bez mrugnięcia okiem. Nie mówiąc już o tym co zrobiłaś z tym białym diabłem. A teraz siedzisz tutaj, śmierdzisz, gnijesz i każesz mi zabierać dzieciaki? – odwrócił się już nawet w stronę wyjścia z kuchni, jakby naprawdę miał zamiar zawołać Darnella. – Chcesz? Mogę ich tu zawołać. Powiedz im sama, że mam się nimi zająć, bo mamusia nie daje już rady – dopiero wtedy spojrzał na nią jeszcze raz przez ramię. Aż jego wzrok zatrzymał się na okularach leżących na stole. Och tak! Aksamitna ciemność panująca w środku była na tyle przyjemna, że zapomniał o tym, co działo się na zewnątrz. Sięgnął po ciemne szkła. – Wiesz… uważałem, że popełnili ogromny błąd, pozbywając się twojego głosu. Ale teraz? Myślę, że pierwszy raz od dawna zrobili coś dobrze.
Amara Dupré
Zaraz jednak zaskoczenie ustąpiło miejsca czemuś innemu.
W aligatorach najbardziej niepokojący był kontrast. Były to ogromne zwierzęta, a prawie nie robiły hałasu. Kiedy wynurzały się, wyglądały tak jakby bagno samo powoli wypychało je na powierzchnię. Zazwyczaj najpierw widać było tylko drobny ruch wody, prawie żaden. Tafla zaczynała się marszczyć, jakby coś ciężkiego przesuwało się tuż pod powierzchnią. Potem powoli pokazywały się oczy i nozdrza – praktycznie bez dźwięku. Jeśli wychodziły całe – najpierw wynurzał się pysk, potem grzbiet z twardymi wypustkami, a dopiero później ciężkie ciało wypychało się na brzeg powolnym, niemal leniwym ruchem. Jeśli nie atakowały to nie „wyskakiwały” dramatycznie jak w filmach. Standardowo wyglądały bardziej jak kawałek bagna, który nagle okazał się żywy.
Uśmiech Leo pojawił się właśnie w taki sposób.
Nie wyszczerzył nagle zębów ani nie zaatakował jej gwałtowną drwiną. Najpierw drgnął mu tylko kącik ust, prawie niezauważalnie. Później coś rozlało się po jego twarzy powoli, leniwie. Dopiero po chwili spomiędzy ciemnych warg błysnęła jasna linia zębów, ostra i niepokojąca. Wyglądał, jakby właśnie coś sobie uświadomił. I faktycznie tak było.
Chodziło o Radę i chodziło o gang. Amara siedziała tutaj zamknięta, bo odebrano jej stanowisko i wpływy i coś znacznie większego – miejsce, do którego próbowała należeć przez praktycznie całe swoje życie. Całą swoją tożsamość oparła na byciu potrzebną tamtym ludziom, na byciu częścią czegoś większego od siebie. A teraz ktoś po prostu przeciął tę nić i zostawił ją samą ze świadomością, że może nigdy nie była dla nich tym, czym oni byli dla niej.
Było to tak absurdalne i niewyobrażalnie
- Więc to – zaczął pokazując na pomieszczenie, w którym się znajdowali. Na zasłonięte okna. Na brud. Na uschnięte kwiaty. I w końcu – na samą Amarę, która niewiele różniła się od tych słaniających się po podłodze roślin. – Jest przez ten mały gangbang? – chichocząc, przesunął kciukiem po kąciku oka, ścierając wilgoć, która nagle się tam pojawiła. – No to co… - podniósł się z miejsca, klepiąc dłonią o własne uda. – Będę się zbierał. Naprawdę nie sądziłem, że jesteś aż tak żałosna – pokręcił głową z niedowierzaniem. – To znaczy… pozbyłaś się swojej siostry bez mrugnięcia okiem. Nie mówiąc już o tym co zrobiłaś z tym białym diabłem. A teraz siedzisz tutaj, śmierdzisz, gnijesz i każesz mi zabierać dzieciaki? – odwrócił się już nawet w stronę wyjścia z kuchni, jakby naprawdę miał zamiar zawołać Darnella. – Chcesz? Mogę ich tu zawołać. Powiedz im sama, że mam się nimi zająć, bo mamusia nie daje już rady – dopiero wtedy spojrzał na nią jeszcze raz przez ramię. Aż jego wzrok zatrzymał się na okularach leżących na stole. Och tak! Aksamitna ciemność panująca w środku była na tyle przyjemna, że zapomniał o tym, co działo się na zewnątrz. Sięgnął po ciemne szkła. – Wiesz… uważałem, że popełnili ogromny błąd, pozbywając się twojego głosu. Ale teraz? Myślę, że pierwszy raz od dawna zrobili coś dobrze.
Amara Dupré