ODPOWIEDZ
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Obrazek
— jedenaście —
You cannot change the cards you are dealt,
just the way how you play the hand

outfit

Czasami, chociaż niezwykle rzadko, pokusa była w jej życiu silniejsza niż rozsądek.
Ponieważ rozsądek nakazywał, żeby nie zadzierać z osobą, która ubiegła ją w zajęciu pozycji, na którą Flavia ostrzyła sobie zęby od miesięcy. Żeby nie igrać z człowiekiem, który wypracował sobie miejsce w gangu skupiającym brutalne, bezwzględne jednostki. Żeby nie bawić się męską dumą — jak powszechnie wiadomo, cholernie kruchą mimo całej tej otoczki siły i niezniszczalności, jaką zwykli budować wokół siebie samce alfa, w jej mniemaniu raczej zresztą śmiesznej — człowieka, który może w przyszłości stać się jej przełożonym. To wszystko było bardziej niż logiczne, klarowne i oczywiste. Teraz, kiedy patrzyła wstecz na tamtą decyzję, zdawała sobie sprawę, że podjęła ją może odrobinę zbyt pochopnie i pod wpływem emocji, chociaż na co dzień szczyciła się tym, że nie ma żadnych.
A jednak w przypadku Daire pokusa wygrała.
Flavia niemal czuła, choć było to wrażenie zupełnie fantomowe, słodki smak satysfakcji rozlewający się na języku, kiedy przypominała sobie tamtą sylwestrową noc. A razem z nią fakt, że pieprząc się później z Nathanielem, pod powiekami wciąż miała twarz Daire, jakby w przekornej potrzebie potwierdzenia przynajmniej tego jednego faktu — że naprawdę ciężko jest o nim zapomnieć.
Czasami, mimo wszystko, było warto postawić prymitywną przyjemność ponad logikę… Chociaż siedząc wygodnie na tylnej kanapie Rolls-Royce’a prowadzonego przez milczącego szofera i przyglądając się obojętnie widokom przesuwającym za przyciemnianą szybą, Flavia nie była pewna, czy to aby na pewno był ten przypadek. Czy jednak straty nie były większe niż chwilowa (całkiem zresztą prymitywna) chwila satysfakcji, kiedy szok i wściekłość zastąpiły pożądanie w oczach O’Fionnaina, którego spojrzenie wciąż było wbite w jej twarz. Widoki za oknem limuzyny powoli zmieniały się z biurowców i barów z muzyką wylewającą się na chodniki na coraz śmielsze i bardziej rozległe przestrzenie magazynowe, musieli więc nieubłaganie zbliżać się do centrum dzielnicy portowej. Flavia siedziała bez ruchu, nie pozwalając sobie nawet na odrobinę nerwowości, z jedną nogą założoną na drugiej i podbródkiem wspartym na wnętrzu dłoni, z ręką opartą na podłokietniku. I analizowała.
Nie dobierała słów. Nie starała się wyprzedzić faktów. Wiedziała, że będzie musiała się dostosować do rozmówcy.
Przypuszczała, że tym razem nie będzie . p r z y j e m n i e .
Wreszcie samochód się zatrzymał i nie pozostało więcej czasu ani przestrzeni na myśli; złapała je więc na krótką smycz, oczyściła umysł ze zbędnych rozważań i wzięła jeden głęboki oddech, zanim szarpnęła za klamkę, żeby wysiąść. Stukot szpilek rozlał się po betonie, kiedy pewnym krokiem ruszyła w stronę części biurowej; mniejszego, bardziej przysadzistego budynku przyklejonego do potężnego magazynu. Przed wejściem zatrzymali ją jego ludzie. Rzecz jasna. Ale była na to przygotowana; po prostu nie mogła sobie tego odmówić.
Jestem umówiona z Daire — rzuciła z wyższością (ta wychodziła jej naturalnie i nawet nie musiała się starać), rzucając dwóm mężczyznom lekceważące spojrzenie. Daire, a nie panem O’Fionnainem. Szczegół niemal warty pominięcia; niemal. Flavia przeczesała dłonią włosy, sugerując własne zniecierpliwienie, zanim dodała: — Zapytajcie swojego właściciela, jeśli musicie. Z przyjemnością poczekam. A jeśli będziecie mieli wystarczająco szczęścia, może wam nawet zdradzi kilka pikantnych szczegółów z naszego ostatniego spotkania. — Z tymi słowami jej oczy błysnęły, choć fakt ten skryły ciemne Ray-Bany na jej nosie.
Jednak uśmiechu nie ukryło nic. A ten był bezczelnie prowokujący i boleśnie wymowny, więc idealnie uzupełniał słowa, których przekaz nie mógłby być już chyba bardziej jednoznaczny w jej wykonaniu.
Sugerować, że pieprzyła się z ich szefem? Przecież nikt o zdrowych zmysłach by w to nie uwierzył, kiedy mówiła tak wprost.
A może wręcz przeciwnie?

Daire O’Fionnain
35 lat/a, 183 cm
Awatar użytkownika
I need it, like potions
These drugs are just an hour away
Whispers of life
słodki pamperek 🍩
17
Dobrze pamiętał Sylwestrową noc, kiedy Flavia potraktował go w... taki sposób. Obietnica gorącego i brutalnego seksu, jej dotyk i wręcz fizycznie bolesna bliskość jej ciała. To wszystko na nic, bo ostatecznie nic od niej nie dostał. A teraz, kiedy do jego biura wszedł jeden z jego ludzi, informując, że przyszła jakaś kobieta, szukając go po i m i e n i u, wspominając o pikantnych szczegółów z ich nocy, to wiedział, że to była jedna z dwóch osób. Bunnie, bo chciała zrobić mu niespodziankę (adres magazynów Holy Glaze był ogólnodostępny dla interesantów) albo Flavia, bo miała do niego jakąś sprawę związaną z gangiem. Widział też spojrzenie chłopaka, które mogło być wywołane zarówno krwią na jego koszuli, jak i tym, co kobieta powiedziała. Nie byłby zaskoczony, gdyby to było to drugie, bo dzisiaj w firmie były tylko osoby należące do gangu. Nie takie rzeczy jak krew tutaj widzieli.
Poproś ją — powiedział, modląc się w duchu, żeby tym razem to była Flavia. Nie potrzebował tutaj swojego słodkiego króliczka. Nie, kiedy dopiero co skończył spuszczać komuś wpierdol. Nie powinna trafić w gniazdo os. Wsparł się pośladkami o biurko, stając przodem do drzwi, a gdy pojawiła się w nich pani Rodriguez, na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmieszek. — Czemu zawdzięczam tę jakże przyjemną wizytę? — zapytał, rozkładając ręce. — Bo mogę się założyć, że to nie jest spotkanie towarzyskie — stwierdził. — Jeśli tak i jednak zmieniłaś zdanie co do tego, żebym cię przeleciał, to trochę się spóźniłaś. Widzisz, teraz jestem dojrzałym facetem, mam dziewczynę, zapuściłem wąsa, zaraz spłodzę dzieci i będę spełniony — powiedział, nie biorąc poprawki na to, że Bunnie jeszcze nie była jego dziewczyną, a dziecka nie planował. Ale młodsza będzie jego. I tak, od tamtego Sylwestra notorycznie sugerował kobiecie, że nadal chętnie by ją przeleciał, choć bardziej z czystej chęci podrażnienia się z nią, niż z faktycznej chęci zaliczenia jej.
I wybacz za koszulę. Miałem poważną rozmowę z jednym z naszych chłopaków, który chyba zapomniał o tym, że pieprzenie się z chińskimi dziewczynami nie jest teraz mądrą decyzją — westchnął ciężko. Problemy z Triadą były naprawdę upierdliwe i miał nadzieję, że w końcu coś z tym uda się zrobić. — Miał być tutaj jeszcze Vena, więc mielibyśmy miłe spotkanie towarzyskie, ale mój pysiaczek jest ostatnio... niedysponowany — dodał jeszcze. Odepchnął się lekko od biurka, przeszedł na drugą stronę, podciągnął rękawy koszuli i usiadł na swoim fotelu. Sięgnął po kubek z minionkami, upił z niego łyk zimnej kawy i odstawił go. W następnej kolejności wyjął papierosa z paczki, odpalił go i zaciągnął się nim. A potem rozsiadł się wygodniej, układając nogi na biurku, siadając do niego po skosie.
Swoją drogą jak się siedzi na krześle po mnie? Odpowiednio wygrzane moim zgrabnym tyłkiem? — uniósł kąciki ust w złośliwym uśmiechu. Dobrze wiedział, że ostrzyła kły na miejsce w radzie. Nie był głupi. Jaką miał satysfakcję, kiedy okazało się, że to jego wybrali. Miło było patrzeć na nią z góry. Chciała go wykiwać, prześcignąć, a on zrobił to pierwszy. Oczywiście, że czuł się lepszy od niej, bo gdyby tak nie było, to byłoby odwrotnie. Nie chciał myśleć o tym, że jakby miała kutasa między nogami, to pewnie siedziałaby przy stole rady zaraz obok niego, bo zabolałoby to jego męską dumę. Cóż, na pewno dawałaby sobie tam radę, bo była cholernie sprytna, a do tego inteligenta. Na pewno o wiele mądrzejsza od niego.

Flavia 💋
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Nie musiała długo czekać i cokolwiek powiedział im Daire — albo czego nie zaprzeczył — z ukłuciem prymitywnej satysfakcji przyjęła posłane w jej stronę zaciekawione spojrzenie człowieka z obstawy, który wreszcie zaprosił ją do środka. Tam jednak natychmiast zapomniała o nieistotnych gierkach, od których nie mogła się powstrzymać, zupełnie jak sroka na widok błyskotki.
Wyczuła charakterystyczny, metaliczny i znajomy zapach na długo przed tym, jak zobaczyła krew na jego ubraniach, ale jedynym komentarzem z jej strony były lekko uniesione brwi oraz uśmiech zbyt swobodny, żeby Flavia mogła ujść za normalną kobietę. Jednak ślady przemocy dawno już przestały robić na niej wrażenie; jeszcze w Meksyku, gdzie jej ojciec osobiście dopilnował, żeby każde z jego pociech przyzwyczaiło się do brutalności świata, w jakim zaplanował im życie. Teraz zaś nie czuła dla Alejandro nic ponad szacunek dla jego mądrości i wdzięczność za tamte lekcje. Gdyby nie one, taki obraz mógłby stanowić problem; mógłby ją rozproszyć albo osłabić, w rezultacie czego zostałaby rozszarpana na części i pożarta przez pierwszego lepszego frajera.
Nic takiego nie miało miejsca. Podeszła do biurka pewnym krokiem, znaczącym spojrzeniem przesuwając po plamach krwi barwiących jego ubrania abstrakcyjnymi plamami. Zatrzymała się dwa kroki przed nim i wreszcie wbiła wzrok w jego oczy.
To szczodra propozycja, ale nie trzeba. Zawsze znajdzie się ktoś chętny, żeby mnie przelecieć — odparła z krzywym, sarkastycznym uśmiechem i na moment pozwoliła tym słowom zawisnąć w ciszy. — Jestem mężatką, pamiętasz? — uzupełniła leniwie, jakby chodziło jej tylko o Nathaniela i znacząco spojrzała na obrączkę i pierścionek zaręczynowy z obscenicznie błyszczącym brylantem.
Chociaż aluzja była bardziej niż oczywista — że były dziesiątki chętnych mężczyzn, z których mogła wybierać — to w rzeczywistości Flavia pomyślała o jednym. Szlag. Odepchnęła od siebie tę myśl i skoncentrowała się na zadaniu, z którym przyszła. W końcu im szybciej skończą, tym krócej będzie zmuszona przebywać w jego towarzystwie, znosić jego wybujałe ego i spojrzenie z góry. Metaforycznie bardziej niż fizycznie.
W takim razie rozumiem, że jednak wygrał w tobie romantyk — skwitowała ironicznie, przechylając przy tym głowę lekko w bok i wbijając w niego przenikliwe spojrzenie. Flavia była cholernie pamiętliwą bestią, szczególnie jeśli jakiś detal w drugiej osobie zwracał jej uwagę. I tak się złożyło, że opinię Daire na temat szczęśliwego małżeństwa i romantycznego związku, wypowiedzianą ponad dwa lata temu, zapamiętała. Tak cholernie bowiem nie pasowała do bezwzględnego gangusa, o którym słyszała różne ciekawe plotki. A teraz wyjęła ją na wierzch, jednocześnie naturalnie wracając do tamtego Sylwestra. — Jak już roztaczasz przed sobą taką piękną wizję przyszłości, to nie zapomnij o zasadzeniu drzewa w ogrodzie — dodała niewinnie, resztę połykając i zostawiając dla siebie: „przydadzą ci się deski na trumnę”.
Czy liczyła na to, że jego dni są policzone? Jak najbardziej.
Czy sądziła, że są na to duże szanse? Niekoniecznie.
Ale w końcu musiała po kimś zająć miejsce w Radzie; to był dla niej naturalny, kolejny krok w karierze. Była cierpliwa i konsekwentna, wiedziała więc, że ten dzień nadejdzie, nawet jeśli będzie musiała poczekać, w międzyczasie pozbawić kilku zbyt pewnych siebie facetów jaj i wygryźć sobie drogę na szczyt własnymi kłami.
Zapamiętała słowa o Triadzie, tym bardziej z uwagi na temat, z jakim postawiła tu stopę w cholernie drogiej szpilce, ale jej nie skomentowała, tak samo jak słów o nieobecności Veny. Zainteresował ją fakt natury tego niedysponowania, ale naciskanie nie wydawało się mądre. A później uśmiechnęła się nawet szerzej, kiedy Daire dodał ostatnie pytanie, rozwalony bezczelnie w fotelu i palący fajkę, której — oczywiście — jej nie zaproponował. Nie spodziewała się po nim niczego mniej.
Wiesz, jakich ludzi najłatwiej . p o d e j ś ć , . Daire? — zapytała tonem, który natychmiast zasugerował, że nawet jeśli go nie obchodzi odpowiedź, to i tak ją dostanie. Dlatego Flavia podjęła, nie pozwalając mu przerwać: — Takich, którzy czują się na swojej pozycji zbyt pewnie. I zbyt wygodnie się na niej rozsiadają — dodała z charakterystycznym błyskiem w oku, pozwalając spojrzeniu znowu zsunąć się z jego twarzy, żeby prześlizgnęło się po jego ciele i skończyło na butach opartych o biurko. — Jest mi wystarczająco wygodnie, skoro pytasz, ale ja nie zwykłam rozwalać się jak król na miejscu, które jest tylko przystankiem w drodze do celu. Mam natomiast szczerą nadzieję, że tobie jest komfortowo na twoim.
Słowa były spokojne, niemal miękkie, podszyte rozbawieniem. Aluzja musiała być aż nazbyt oczywista, chociaż Flavia nie była idiotką, żeby O’Fionnainowi w jakikolwiek sposób grozić. Po prostu nie mogła się powstrzymać od dogryzania mu.
A skoro grzeczności już mamy za sobąw którym miejscu były te grzeczności dokładnie?to może przejdźmy do sedna tej wizyty. — Z tymi słowami Flavia zadarła lekko podbródek, choć i tak patrzyła na niego z góry, stojąc na lekko rozstawionych nogach, z ciężarem rozłożonym równomiernie między nimi. Zrobiła jeszcze jeden krok i zatrzymała się tuż przed blatem po przeciwnej stronie biurka, a z jej twarzy zniknął cień wcześniejszego rozbawienia, pozostawiając po sobie wyłącznie powagę. — Od miesięcy moi dilerzy są wypychani z ulic przez Triady, konkurują z Chińczykami sprzedającymi gówniany towar za bezcen, przez co są zmuszani do cięższej pracy dla gorszych pieniędzy. Regularnie dochodzi do sporów, w których tracę dobrych ludzi. Od miesięcy, Daire — podkreśliła grobowym tonem. — A Rada . n i c . z tym nie robi. Zamknęliście oczy i udajecie, że problemu nie ma?
W jej głosie zabrzmiała stalowa nuta oskarżenia, ale nie było w niej nawet cienia gniewu; bo Flavia nigdy nie pokazywała po sobie uczuć, a już szczególnie wściekłości, nawet jeśli ta wrzała jej w żyłach na myśl o ludziach, których traciła. I statkach, które również . w c i ą ż . traciła.
Otóż problem jest, O’Fionnain — podjęła spokojnie, chociaż z naciskiem, po czym zrobiła ostatnie pół kroku i miękko położyła dłonie na blacie, przechylając się ponad nim w jego stronę, z miażdżącym spojrzeniem wbitym w jego oczy. — Wczoraj w moim klubie Chińczycy sprzedawali towar. Zajęłam się nimi, ale ich bezczelność nie zna żadnych granic. Więc powiedz mi: na co czeka Rada? Ta co . t y . czekasz? Aż ta banda skurwysynów przejmie nasze ulice?
Flavia rzadko przeklinała. Nigdy nie potrzebowała wulgaryzmów ani krzyku, żeby zdobyć posłuch, agresja i przemoc nie były jej narzędziem pracy. Czasem jednak zdarzały się takie sytuacje, że nawet ona po nie sięgała.

Daire O’Fionnain
35 lat/a, 183 cm
Awatar użytkownika
I need it, like potions
These drugs are just an hour away
Whispers of life
słodki pamperek 🍩
Pamiętam — odparł spokojnie. — Co nie zmienia faktu, że wierzę w to, że on nie jest jedyną osobą, z którą się pieprzysz. Pod tym względem jesteśmy do siebie podobni, choć nie chciałabyś tego przyznać — dodał, unosząc kącik ust w łobuzerskim uśmiechu. Nawet jeśli o niej nie krążyły takie plotki jak o nim, to dałby sobie rękę uciąć, że miała chociaż jednego kochanka. Była zbyt pewna siebie i swojego ciała, kiedy próbowała go sobie omotać wokół palca. I, cholera, udało jej się to, bo przez te kilka chwil skoczyłby za nią w ogień.
Mhm, chyba tak — rzucił w odpowiedzi i uśmiechnął się do niej pogodnie. — Jest cudowna. Naprawdę. Wygląda jak króliczek Playboya, jest zaradna, dobrze gotuje i, przede wszystkim, kiedy się poznaliśmy, pałała do mnie czystą nienawiścią — dodał. Kto pytał? No nikt, ale Donut miał już to do siebie, że odkąd poznał Bunnie, to spuszczał się nad nią na każdym możliwym kroku. Jego przyjaciel miał tego serdecznie dość, czemu dawał upust westchnięciami i wywracaniem oczy, kiedy tylko zaczynał o niej mówić. Najgorsze w tym wszystkim było tylko to, że przyznawał się do swojej słabości. Jeśli Flavia chciałaby go jakoś podejść, to teraz wiedziała, gdzie powinna uderzyć. — Przykro mi, ale nie mam gdzie. Mieszkam w apartamencie, bo pielęgnowanie ogrodu doprowadzałoby mnie do szału — westchnął sobie bezgłośnie. Stać by go było na piękną willę na Washington Avenue, ale nie chciał takiego domu. Może jak już jego rodzice odejdą, to wprowadzi się do rodzinnego domu, ale na razie wystarczało mu Four Winds.
A o tym ostatnio mogli się przekonać przedstawiciele czarnej społeczności w radzie — stwierdził. Zaciągnął się po raz ostatni papierosem i zgasił go w popielniczce stojącej na biurku. — Na pewno doszły cię słuchy, że pani Dupré i pan Broussard wylecieli na kopach, więc ostatnio miałem idealny przykład tego, jak łatwo stracić stołek. A uwierz mi, nikt nie rozsiadał się na swoim krześle tak wygodnie, jak ten bagienny dziad — spojrzał na nią z politowaniem. Mimo wszystko dobrze wiedział, co takiego miała na myśli. Ludzie zbyt pewni siebie musieli na siebie bardziej uważać. Był jednak pewien, że jego pozycja w radzie była stabilna, nawet jeśli ostatnio na zebraniu dowiedział się, że dla co poniektórych mógł być po prostu za młody i za głupi. — Niczego innego nie spodziewałem się po takiej ambitnej kobiecie — puścił jej oczko. Dobrze wiedział, że Flavia uważała, że bycie primero to tylko przystanek. I słusznie, bo był pewien, że będzie kimś. Skłamałby, gdyby powiedział, że kiedy ostatnio na zebraniu każdy miał szansę na to, żeby wskazać swojego kandydata do rady, to nie kusiło go, żeby wspomnieć właśnie o niej. Nie zrobił tego tylko dlatego, że duma mu na to nie pozwoliła. Teraz, po czasie, trochę tego żałował.
Słucham — powiedział, rozkładając ręce. Ściągnął nogi ze stołu, usiadł, jak na prawdziwego biznesmena przystało i wbił w nią swoje spojrzenie. Nie podobało mu się to, że patrzyła na niego z góry, ale przecież nie każe jej posadzić tyłka, bo nie byli w przedszkolu. Wpatrywał się w nią, kiedy mówiła, pilnując, żeby żaden szczegół z tego, co mówiła, mu nie umknął. Miała rację, dobrze wiedział, co działo się teraz na ulicach. Zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i nie był jedynym. Gdy skończyła mówić, wypuścił głośno powietrze ustami. — Widzisz... — zaczął. — Tak się składa, że na ostatnim zebraniu omówiliśmy tę kwestię i wiemy, co powinniśmy zrobić — dodał, chcąc dać jej do zrozumienia, że był świadom problemu. — Nie chcemy jednak tego, co było z D-Block. Nie chcemy znowu rozlewu krwi. O ile dobrze oboje pamiętamy, to straciliśmy naprawdę sporo ludzi. Młodzi członkowie gangu byli wtedy przerażeni i teraz też są — westchnął bezgłośnie. — I myślisz, że mnie, kurwa, nie drażni to, że ktoś na M O I C H ulicach sprzedaje jakieś gówno?! — podniósł na nią głos. Uśmiechnął się nerwowo, przeczesał włosy dłonią i odwrócił głowę, zawieszając spojrzenie na oknie. — Zrób w klubie to, co Vena u siebie — załóż podsłuchy i więcej kamer. Będziemy potrzebować tych nagrań. Ja ze swojej strony mogę ci dać więcej ludzi, ale nie za wiele, bo sam ich potrzebuję — powiedział już spokojniej. Nie powinien się na niej wyżywać, bo wiedział, że to nie była jej wina.

Flavia 💋
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Miała ochotę prychnąć, że . w . o g ó l e . nie byli do siebie podobni; sama myśl wywoływała u Flavii gęsią skórkę. On wyglądał na kogoś, kto chce wgryźć się w ciasto, żeby wyszarpać z niego kawałek — a ona chciała dostać przepis.
Jednak gdzieś pod tą pierwszą, odruchową myślą nasączoną pogardą (nawet nie bezpośrednio dla niego, raczej dla mężczyzn w tym środowisku w ogólności) było coś głębszego i trudniejszego do przyznania. Że owszem, w tym aspekcie Flavia bywała równie zepsuta, jeśli nie bardziej, biorąc pod uwagę fakt, że z ich dwójki to ona była w związku małżeńskim. Że pieprzyła się z innymi facetami, że sprawiało jej to przyjemność, że uczyniła z tego swego rodzaju sport, który mógł się okazać tragiczny w skutkach, ale póki przynosił jej rozrywkę i zapewniał adrenalinę, ani myślała z niego rezygnować. Że on ma rację.
Również w tym, że nigdy by się do tego nie przyznała. Dlatego pominęła uwagę taktownym milczeniem, chociaż jego następne słowa o dziewczynie ją zainteresowały.
Hmm — mruknęła i uśmiechnęła się znacząco, kiedy Daire dotarł wreszcie do faktów prawdziwie interesujących, takich jak jej nienawiść. — Już mi się podoba. Brzmi na rozsądną dziewczynę — dodała, nie szczędząc ironii i powstrzymując dla siebie następny wniosek: że może jednak nie była wystarczająco rozsądna, skoro zdecydowała się na relację z kimś pokroju O’Fionnaina, i tu już nawet nie chodziło tylko o jego preferencje seksualne (wyglądał na takiego, którego najważniejszą preferencją jest często), ale sposób, w jaki zarabiał na życie. — Chcesz powiedzieć, że uwierzyłeś w monogamię? — Pytanie można by uznać za niewinne, gdyby nie sugestywny ton, jakim Flavia je wypowiedziała i przeciągłe spojrzenie, jakie mu przy tym posłała.
Gdyby była kotem, zastrzygłaby uszami na słowa o dwójce z Rady; faktycznie dotarły do niej informacje, chociaż okropnie ubogie w szczegóły. I gdyby nie fakt, że przyszła tutaj z konkretnym problemem do załatwienia — i nie zamierzała tu siedzieć dłużej niż to absolutnie konieczne — to pociągnęłaby ten temat. Teraz jednak wreszcie przeszli do sedna, nie zamierzała się więc rozpraszać plotkami na temat roli czarnej społeczności w gangu.
Problem Flavii był bowiem złożony i wielopłaszczyznowy; po pierwsze, miała na swoim terenie obcych, bezczelnych dilerów, nad którymi nie sprawowała żadnej kontroli. To rodziło problemy, powodowało spięcia i konflikty, które nie kończyły się na słowach, a każdy wybuch przemocy mógł zrazić klientów do przychodzenia do Preservation Hall. To z pewnością był kłopot, ale nie na tyle poważny, żeby zmusić ją do przestąpienia progu gabinetu O’Fionnaina — drugi aspekt sprawy ją do tego skłonił. Był znacznie poważniejszy nawet nie dla niej osobiście, ale dla całego rodzinnego biznesu: Rodriguezowie tracili rynek zbytu na fentanyl, którego produkcją kartel zajmował się nieprzerwanie po drugiej stronie Zatoki Meksykańskiej. Od którego bardzo sprytnie i w swoim mniemaniu niedostrzeżenie Flavia w ostatnich latach uzależniła część dystrybucji gangu, który płacił ogromne sumy prosto do kieszeni jej ojca.
Zacisnęła mocniej szczęki, kiedy Daire podniósł głos, ale nie cofnęła się nawet o cal. Jego wybuch wściekłości rozbił się o jej lodowaty spokój, jakby była bryłą lodu przykutą do tej strony biurka, jakby jej to nie ruszało, niezależnie od tego, jak gdzieś w środku jej duma wrzeszczała i protestowała przeciwko takiemu traktowaniu. Jego ulic, a nie ich ulic; usłyszała to przecież aż nazbyt wyraźnie i miała ochotę zgrzytać zębami z frustracji.
O m ó w i l i ś c i e . tę kwestię — powtórzyła po nim wolno, cedząc kolejne sylaby tych słów i smakując ich brzmienie na języku, wciąż z dłońmi opartymi płasko na blacie, lekko ponad nim nachylona, ze spojrzeniem wbitym w jego twarz. Brawo. Cudownie.Ale czy Chińczycy wiedzą, że już ją omówiliście i wszystko załatwione? Bo musiało to do nich nie dotrzeć, skoro dalej sprzedają towar na twoim terenie.
Cynizm jej słów był wręcz namacalny, kpina w nich zawarta tak oczywista, że aż kłuła w oczy. Bo w jej postrzeganiu Rada Dziewięciu — najtwardsi, najsprytniejsi, najsilniejsi gangsterzy w mieście jednoczący się we wspólnej organizacji — siedziała z założonymi rękami i debatowała, a tymczasem Triady rosły w siłę. Czy ją coś omijało? Z pewnością czegoś nie wyłapywała, w związku z czym irytacja w niej narastała i wywierała w jej umyśle niemal fizycznie wyczuwalną presję.
Po co nam podsłuchy i kamery? — zapytała, pozwalając, żeby jej usta przeciął grymas lekceważenia. Co to miało być za rozwiązanie, do cholery? — Żebym mogła później drugi raz dokładnie obejrzeć, jak okradają nas z towaru, terenu i godności? Czy chcecie z tymi nagraniami iść do sądu? — syknęła, nachylając się nawet mocniej nad biurkiem i nie starając się przy tym gryźć w język ani hamować bezczelności słyszalnej w głosie.

Daire O’Fionnain
35 lat/a, 183 cm
Awatar użytkownika
I need it, like potions
These drugs are just an hour away
Whispers of life
słodki pamperek 🍩
Na pewno jest rozsądniejsza ode mnie — zaśmiał się krótko. Oj tak, zdecydowanie mógł powiedzieć o Bunnie, że była rozsądna i miała łeb na karku. Na jej pytanie uniósł kącik ust w łobuzerskim uśmiechu. — Tak — odpowiedział bez ogródek. — Po co szukać czegoś u innych, skoro dostaję od jednej osoby wszystko, czego potrzebuję. Mam dobry seks, mam czym się pochwalić przed innymi, bo jest piękna, a do tego wiem, że jeśli skoczę w bok, to kopnie mnie w dupę. To ostatnie najbardziej mnie przekonuje — dodał. Wiedział, że przy niej nie mógł sobie pozwolić na żadne potknięcie. Musiał uważać, żeby jej nie stracić. Bardzo by tego nie chciał, bo wpadał coraz bardziej i był o krok od powiedzenia jej, że ją po prostu kochał.
Uniósł wyżej brew, kiedy powiedziała to w taki sposób. Tak, omówili i to dość dokładnie. Nie miał zamiaru wdawać się w szczegóły, bo były rzeczy, których ze spotkań Rady nie mógł i nie chciał wynosić. Musiał ważyć swoje słowa, choć wiedział, że akurat Flavia umiała trzymać usta zamknięte, kiedy było trzeba. Choć naprawdę szczerze go denerwowała i miał czasami ochotę ją utopić, to ją lubił i jej ufał. W jakiś pokrętny sposób, ale tak było. — Nie, Chińczycy jeszcze o tym nie wiedzą, ale dowiedzą się w odpowiednim czasie. Na razie nie mamy możliwości, żeby ich rozgromić tak, jakbyśmy chcieli. Nie zapominaj, że mamy na głowie też inne problemy. Włosi, niedobitki z D-Block, a teraz jeszcze prawdopodobnie czarne dzieciaki Mamuśki i Shreka — spojrzał na nią z politowaniem. Mieli naprawdę dużo na głowie i problemy się piętrzyły. Tak, nie do końca panowali nad sytuacją, ale był pewien, że to była tylko kwestia czasu aż uda im się to wszystko ogarnąć. Nie chciał, żeby porządkowanie tych spraw trwało dłużej, niż było to konieczne i reszta Rady też na pewno tego nie chciała. Problem tylko polegał na tym, że niektóre rozwiązania wymagały czasu.
Po jajco — powiedział i pokręcił lekko głową na boki. — Żeby wiedzieć, jak dokładnie działają, kim są i kiedy przychodzą. Musimy wiedzieć o nich wszystko, czego tylko możemy się dowiedzieć — dodał, już poważniejąc. — To tylko moja rada i przyjacielska sugestia. Nie musisz tego robić, ale jeśli byś to zrobiła, to na pewno Rada będzie ci wdzięczna — podsumował. Uwagę o udaniu się do sądu przemilczał, bo rzeczywiście dowodów na nic nie potrzebowali. Wiedzieli, co się działo. — I, na Boga, połóż się po prostu na tym stole cyckami do dołu, bo tak się nachylasz i nachylasz, że ci zaraz kręgosłup trzaśnie — powiedział jeszcze, wypuszczając głośno powietrze nosem.
Swoją drogą... — zaczął, wbijając spojrzenie w jej twarz. Przez chwilę jej się przyglądał, ale w końcu znów podjął temat. — Denerwuje cię to tak bardzo, bo wiele z tego towaru należy do Twojej rodziny? Coś mam przeczucie, że gdyby pochodził z laboratoriów, nad którymi ja mam pieczę, to nie przeszkadzałoby ci to aż tak bardzo — przekrzywił delikatnie głowę. — Myślisz, że nie zorientowałem się, ile narkotyków w tym mieście wpływa od Rodriguezów? I wiesz co? W ogóle mi się to nie podoba — dodał. — Wiesz czemu? Bo mam wrażenie, że zamiast działać na rzecz gangu, w którym j e s t e ś, to działasz dla dobra swojej rodziny. Tylko wiesz, problem polega na tym, że dołączając do The Byrd, przystałaś na to, że to my jesteśmy twoją rodziną — uśmiechnął się do niej niewinnie. — Srasz do swojego gniazda — podsumował jeszcze, po czym sięgnął po kubek, by upić z niego spory łyk. — Więc powiedz mi — zaczął, gdy już odstawił kawę z powrotem na biurko. — Trzęsiesz tak tyłkiem przed Triadą, bo martwisz się o dobro The Byrd, czy o to, że Twój ojciec uzna cię za niegrzeczną córeczkę? — zapytał, wlepiając w nią świdrujące spojrzenie.

Flavia 💋
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Chociaż Flavia nie przewróciła teatralnie oczami w sensie fizycznym na dźwięk jego jakże dojrzałej odpowiedzi, bo w ogóle się nie poruszyła ani o cal, to z pewnością zrobiła to mentalnie. Może na tyle wyraźnie, żeby nawet taki ignorant jak Daire mógł to przewrócenie oczami . u s ł y s z e ć . . Chociaż przypuszczalnie nie; w końcu aluzja nie dotyczyła seksu, więc łatwo było ją przegapić.
Ona sama natomiast skupiła się na jego kolejnych słowach. Mówił coś o przyjacielskich (dobre sobie) radach i wdzięczności (jeszcze lepsze) Rady. Ledwie przełknęła te opowieści, bo w końcu kto jeśli nie ona — córka bossa narkotykowego — wiedział, że na samym szczycie nie było ludzi, którzy posługiwali się wdzięcznością. Waluta w obiegu była zdecydowanie bardziej praktyczna, ale Flavia nie zniżyła się do skomentowania jego słów, które w jej uszach niebezpiecznie otarły się o groźbę.
Prychnęła jednak na słowa o cyckach, bo zwyczajnie nie mogła znieść tej dziecinady w milczeniu. W końcu miała jakąś określoną, dość niską tolerancję na imbecyli i prymitywność.
Często ćwiczę kręgosłup w tej pozycji, Daire, nie musisz się o mnie martwić. Nie trzasnął pod naciskiem, teraz też nic mu nie będzie — rzuciła, pozwalając przy tym ustom wygiąć się w bardzo wymowny, chociaż perfidny uśmiech, który dodatkowo nadał jej słowom jednoznacznego brzmienia, szczególnie z odpowiednim naciskiem położonym na drugie słowo. — A dla waszej wdzięczności — wszystko — wycedziła, mrużąc niebezpiecznie oczy i tym samym przechodząc do rzeczy faktycznie istotnych. — Założę kamery i przekażę ci nagrania. Jeśli chcesz, znajdę nawet jakiegoś jelenia, który je przeglądnie i podeślę ci je wraz z wnioskami, żeby twoi ludzie nie musieli się już wysilać.
Głównie dlatego, że nie wierzyła, żeby jego ludzie mieli wystarczająco neuronów i połączeń między nimi, żeby zrobić cokolwiek dobrze.
Tego już nie dodała na głos. Nie zdążyła wypowiedzieć ani tych słów, ani żadnej kolejnej przesyconej sarkazmem uwagi, bo nagle mężczyzna niespodziewanie zmienił temat. Z każdym jego kolejnym słowem jej ciało tężało coraz bardziej, a myśli zaczynały nakręcać się gorączkowo. Aż wreszcie Flavia zamarła nachylona nad biurkiem i dłońmi płasko opartymi na blacie, z lekko uchylonymi ustami, zupełnie jakby chciała dodać coś jeszcze, ale spomiędzy warg nie wyrwał się nawet oddech, bo powietrze ugrzęzło jej głęboko na dnie płuc. Ciało zastygło, ale w jej oczach — wbitych w jego twarz — widać było, że myśli pędzą na oślep, chaotycznie w wielu kierunkach. Odbijało się w nich niedowierzanie. A także pytania.
Dominowało: Jakim cudem się o tym dowiedział?
Czyżby była zbyt nieostrożna? Gdzie popełniła błąd? Komu jeszcze o tym powiedział i jak bardzo jej pozycja jest przez to zagrożona? Przyszła tu z żądaniami, gotowa zajadle walczyć o rozwiązania, a teraz miała przemożne, okropne wrażenie, że weszła dobrowolnie w precyzyjnie zastawioną na siebie pułapkę. Żenującą tym bardziej, że w ogóle się jej nie spodziewała.
Jej spojrzenie przeskoczyło nerwowo z oczu na usta mężczyzny, wygięte w uśmiechu tak niewinnym, że aż lepkim, a później z powrotem do góry. Odepchnęła się od biurka, wyprostowała i zrobiła ledwie połowę kroku w tył, zanim zdała sobie sprawę, że przybiera postawę defensywną — a ta, wraz z milczeniem, odpowiada głośniej niż jakiekolwiek słowa na jego oskarżenie.
Cholernie . t r a f n e . oskarżenie.
Gang był dla niej ważny, był gwarancją statusu i szacunku w tym gównianym mieście, w którym wylądowała jako karta przetargowa dla niezrównoważonego psychola. Gang zaspokajał też jej najbardziej pierwotną, palącą potrzebę — żądzę władzy. Ale nigdy nie był i nie mógł być dla niej najważniejszy. Gdyby Flavia musiała wybierać, zawsze postawiłaby rodzinę na pierwszym miejscu; lojalność wobec ojca była jej wpisana pod skórę niewidzialnym tuszem, nieodłączna i nie mogła się tej lojalności wyprzeć, nawet nie przeszłoby jej to przez myśl, a jednak w jakiś sposób była w jej życiu niemal namacalna, jak święty przykaz, którego złamanie kończyło się wiecznym cierpieniem. Była ślepo zaprogramowana, jak fanatyk religijny, tyle że ona czciła swojego ojca. Oczywiście nawet na torturach nie przyznałaby się do tego faktu przed żadnym człowiekiem z Rady, a już szczególnie nie przed mężczyzną, który miał wszelkie podstawy, żeby jej nienawidzić za to, jak zabawiła się jego dumą kilka lat temu.
Wreszcie Flavia okiełznała ten chaos i zebrała się w sobie. Minęło kilka długich uderzeń serca ale lepiej późno niż wcale. Chociaż ostre spojrzenie Daire wbite w nią chwilę temu wraz z pytaniem dostającym się pod jej wszystkie obrony, wcale nie łagodniało. Była na przegranej pozycji, ale ten fakt jeszcze nigdy dotąd nie powstrzymał jej od walki.
Wiedzieliście o moim pochodzeniu, kiedy mnie awansowaliście — odezwała się i choć jej głos nie był tak zimny i opanowany, jakby Flavia sobie tego życzyła, to był przynajmniej równy. — Wiedzieliście też, że Rodriguezowie dostarczają fentanyl. Sami podpisaliście z nimi kontrakty, a ja nie miałam z tym nic wspólnego.Nie do końca prawda, ale nieistotne. Kłamstwo przychodziło jej lekko, zwłaszcza nieweryfikowalne.
Nie za późno na takie rozterki?, chciała zapytać, ale ugryzła się w język, bo ten fakt nijak jej nie bronił. Dlatego potraktowała to jako wstęp i skupiła się na konkretach. To jest; przekonaniu go, że nie jest zagrożeniem.
Rzeczywiście, w tym przypadku dobro gangu pokrywa się z dobrem mojej rodziny. Ciężko, żeby się nie pokrywało w tym układzie, więc kiedy interes się nie kręci, tracą na tym obie strony. Ale nie doszłabym do miejsca, w którym jestem, gdybym nie była lojalna wobec The Byrd... Powinieneś coś wiedzieć na ten temat, w końcu też tu byłeś — podjęła, nie odrywając od niego wzroku, a z każdym słowem jej pewność siebie wracała. Gang był skrajnie nieufny, wręcz paranoidalny w tym aspekcie i wymagał dowodów lojalności na każdym kroku. — Ludzie mi ufają, a ja nigdy nie dałam wam powodów do takich wątpliwości. Gdyby zależało mi na rodzinie bardziej niż na gangu, tak jak to kurewsko niegrzecznie sugerujesz mi prosto w twarz, O’Fionnain, nigdy nie postawiłabym stopy w tym mieście. Gdybym zajmowała się sprawami kartelu, robiłabym to z Meksyku.
Przechyliła głowę lekko w bok, pozwoliła spojrzeniu na ułamek sekundy uciec w bok, jakby w niepewności co do następnych słów kształtujących się na końcu języka, zanim jej wzrok wrócił do jego twarzy. Wspięła się przy tym na wyżyny umiejętności aktorskich.
Pamiętasz, co powiedziałam ci wtedy o moim małżeństwie? — podjęła, przeciągając słowa, jakby się ociągała z tym wyznaniem. — Transakcja, Daire. — Zrobiła znaczącą pauzę, po której uśmiechnęła się enigmatycznie. Niezbyt szeroko, zdecydowanie nie pięknie, bo grymas ten nadał jej rysom jakiejś drapieżności. — Nie należę do ludzi, którzy zapominają o tym, kto ich sprzedał, a kto przyjął.
Ojciec ją sprzedał, a gang ją przyjął — to chyba było wystarczająco oczywiste nawet dla Daire. Tym bardziej pojebany był w tym wszystkim fakt jej psiego oddania, ale… Jak na kobietę kierującą się przede wszystkim opanowaniem i logiką, lojalność względem ojca wymykała się wszelkiemu rozsądkowi.
Wątpisz w moją lojalność? — zapytała, uzyskując przy wypowiadaniu tych słów odpowiednią dozę chłodu i spokoju.
Słowa o tym, żeby trzymał się z dala od jej ojca, jakimś cudem zatrzymała za zębami. Tylko dlatego, że Daire należał do Rady. Że teoretycznie był jej przełożonym. Że od niego mogła zależeć jej przyszłość w gangu, niezależnie od tego, jak bardzo . w k u r w i a ł a . ją ta myśl.

Daire O’Fionnain :<
ODPOWIEDZ

Wróć do „Port of New Orleans”