Zablokowany
37 lat/a, 188 cm
Detektyw w wydziale zabójstw w Criminal Justice Square
Awatar użytkownika
We build our own cells. When we live like we live, goes without saying. We're gonna find ourselves in places we never imagined we'd be...
Whispers of life
Lester "Law" Moreau
Jon Bernthal
Obrazek
Shreveport, LA; 04.04.1989
Mirabeau Ave
Detektyw w wydziale zabójstw
Criminal Justice Square
Męskie
Biseksualny
Stary kawaler
Baran
Od kiedy czujesz, że Nowy Orlean to twoje miejsce na ziemi?
Od kiedy zrozumiałem, że to miasto nie udaje niewinnego. Nowy Orlean jest brudny, głośny, duszny, zepsuty w kilku miejscach naraz i nadal cholernie żywy. W Shreveport wszystko zamiatało się pod dywan, tutaj przynajmniej czuć rozkład od progu.
Jakie jest twoje podejście do voodoo i magii?
Nie śmieję się z rzeczy, których nie rozumiem. Voodoo, hoodoo, rytuały, modlitwy — w tym mieście ludzie wierzą w różne sposoby trzymania zła z daleka. Ja mam od tego broń, odznakę i własne metody, ale nie jestem na tyle głupi, żeby pluć na cudzą wiarę tylko dlatego, że nie mieści się w raporcie.
Co sądzisz o „New Orleans Vampire Association”?
NOVA? Dorośli ludzie z upodobaniem do teatralnych nazw, nocnego życia i budowania wokół siebie tajemnicy. Dopóki nie zostawiają trupów, dzieciaków z ranami na szyi albo bałaganu, który trafia na moje biurko, mogą sobie nosić kły, peleryny i cokolwiek jeszcze ich kręci.
Jakie jest twoje zdanie na temat “The Shadow Enclave”?
Sekty są zawsze problemem. The Shadow Enclave śmierdzi kontrolą, rytuałem i ludźmi, którzy zbyt chętnie używają wielkich słów, żeby usprawiedliwić cudzą krzywdę. Nie lubię takich struktur. Za bardzo przypominają rodzinę, tylko z lepszą scenografią.
Jaki wpływ miał na ciebie huragan Katrina?
Katrina pokazała mi, jak cienka jest warstwa, którą ludzie nazywają porządkiem. Wystarczyło trochę wody, wiatr, kilka źle podjętych decyzji i całe miasto zobaczyło, kto naprawdę może liczyć na pomoc, a kto zostaje sam. Nie potrzebowałem tej lekcji, ale Nowy Orlean dostał ją wypisaną na ścianach.
Czy czujesz się bezpiecznie żyjąc w Nowym Orleanie?
Bezpieczeństwo to bajka dla ludzi, którzy mają dobre zamki w drzwiach i mało wyobraźni. W Nowym Orleanie trzeba wiedzieć, gdzie iść, gdzie nie patrzeć zbyt długo, komu nie wchodzić w drogę i kiedy wyjść tylnym wejściem. Ja czuję się przygotowany. To nie to samo.
Jakie jest twoje ulubione danie kreolskie bądź cajun?
Gumbo. Porządne, ciężkie, ciemne, bez udawania, że ma być eleganckie. Takie jedzenie ma sens — wszystko wrzucone do jednego garnka, długo gotowane, ostre tam, gdzie trzeba.
Jakie jest twoje podejście do jazzu? Masz jakąś ulubioną piosenkę lub klub?
Jazz jest częścią Nowego Orleanu, więc go szanuję, ale nie przepadam. Nie moja nerwowość, nie moje tempo. Wolę klasyczny rock — coś z gitarą, brudem i wokalem, który brzmi tak, jakby życie też zdążyło go przeciągnąć po asfalcie. The Doors, Creedence Clearwater Revival, Lynyrd Skynyrd, AC/DC. To bardziej moje rejony niż saksofon w zadymionym klubie.
𝐿ester Moreau nigdy nie wierzył w prawo w taki sposób, w jaki oczekiwano tego od ludzi noszących odznakę. Nie miało dla niego twarzy sprawiedliwości, nie pachniało czystością, nie brzmiało podniośle w ustach sędziów ani nie mieściło się w równych linijkach policyjnych raportów. Prawo było narzędziem. Czasem pałką, czasem kluczem, czasem dobrze podpisanym dokumentem, który potrafił otworzyć jedne drzwi i zamknąć drugie przed nosem człowieka, który nagle stawał się niewygodny. Lester zrozumiał to wcześnie, dużo wcześniej, niż powinno rozumieć dziecko.
Urodził się w Shreveport, w domu, który z zewnątrz wyglądał na wystarczająco normalny, żeby nikt nie zadawał pytań. Moreau chodzili do kościoła, dzieci była zadbane, ojciec pracował, matka potrafiła uśmiechać się do sąsiadek wtedy, kiedy trzeba było, a wszystko, co złe, zostawało za zamkniętymi drzwiami, w kwaśnym zapachu alkoholu, w krzykach tłumionych przez ściany, w rzeczach rzucanych przez kuchnię i w ciszy, która następowała potem, gorsza czasem od samego hałasu. Lester był starszy, więc szybciej nauczył się rozpoznawać dźwięki kroków, ciężar oddechu ojca, ostrość głosu matki, tę drobną zmianę w powietrzu, po której należało zabrać Caleba z pokoju albo przynajmniej stanąć bliżej drzwi. Nie był bohaterem. Był dzieckiem, które za wcześnie zaczęło udawać dorosłego, bo nikt inny nie zamierzał tego zrobić.
Nowy Orlean pojawił się w jego życiu dzięki ciotce, siostrze jego własnej matki. Wiedziała więcej, niż mówiła przy rodzinie, i widziała rzeczy, których inni dorośli bardzo wygodnie nie chcieli zauważać. Brała Lestera na wakacje, przerwy szkolne, święta, czasem także Caleba, pod pretekstem zwykłych rodzinnych odwiedzin, choć nawet młody pewnie Moreau rozumiał, że nie chodziło o kuzynowskie lato ani pączki jedzone za ladą rodzinnej cukierni. Chodziło o oddech. O kilka tygodni bez trzaskania drzwiami, bez przekleństw, bez czuwania nocą nad tym, czy awantura przejdzie bokiem. W domu ciotki i wuja po raz pierwszy zobaczył normalność, która nie była przedstawieniem dla sąsiadów. Była irytująco zwyczajna, pachniała kawą, cukrem, czystą pościelą i obiadem podawanym o tej samej porze, a przez to wydawała mu się niemal podejrzana.
Daire był częścią tamtego świata — jaśniejszego, głośniejszego, bardziej kolorowego, pełnego rodzinnej firmy, pieniędzy i uwagi, której Lester nie potrafił nie zazdrościć, nawet jeśli nigdy by się do tego nie przyznał. Byli kuzynami, ale różnica między nimi czasem wyglądała jak różnica między dwoma wersjami tej samej opowieści: jedną opowiedzianą przy stole pełnym lukru i śmiechu, drugą wyszeptaną po ciemku w domu, gdzie dzieci zbyt dobrze znały dźwięk tłuczonego szkła. Mimo to Nowy Orlean został w Lesterze. Nie jako marzenie, bo na marzenia miał zbyt twardą głowę, ale jako możliwość. Dowód, że istniało miejsce, do którego dało się wrócić, kiedy wszystko inne przestawało mieć sens.

Miał osiemnaście lat, gdy uciekł z domu. Nie zrobił z tego wielkiej sceny, nie zostawił listu pełnego żalu, nie trzasnął drzwiami tak, żeby zapamiętali. Wziął to, co było mu potrzebne, i wyjechał do Nowego Orleanu, pod opiekę ciotki i wuja, którzy nie zadawali mu zbyt wielu pytań od razu, może dlatego, że znali odpowiedzi, a może dlatego, że rozumieli, iż Lester prędzej połamałby sobie język, niż poprosił o pomoc wprost. Tam skończył szkołę. Tam nauczył się funkcjonować w świecie, który nadal był brutalny, ale przynajmniej miał zasady zapisane gdzieś poza nastrojem pijanych rodziców. Tam też skierował się ku policji.
Nie dlatego, że wierzył w system. Nigdy nie był aż tak naiwny. Policja dawała mu strukturę, broń, dostęp, kontrolę i coś, co przypominało legalne pozwolenie na wchodzenie w cudze piekło z nakazem w ręku. Lester odkrył, że dobrze radzi sobie tam, gdzie inni miękli. Przy trupach nie robił się blady. Przy rodzinach ofiar nie składał obietnic, których nie zamierzał dotrzymać. Przy podejrzanych nie potrzebował krzyczeć, żeby zaczynali się pocić. Był skuteczny, uparty i wystarczająco bezwzględny, aby szybko zrozumiano, że Moreau nie jest człowiekiem od ładnych przemówień. Był człowiekiem od wyników.
Wydział zabójstw pasował do niego z nieprzyjemną naturalnością. Śmierć nie robiła na nim wrażenia w teatralny sposób; nie fascynowała go, nie obrzydzała, nie budziła w nim fałszywej zadumy. Była faktem. Końcem czyjejś historii, początkiem czyjegoś kłamstwa, zbiorem śladów, które należało ułożyć w całość, zanim ktoś zdążył je zadeptać. Lester umiał pracować długo, spać mało, pić kawę, która już dawno wystygła, i patrzeć na zdjęcia z miejsca zbrodni tak, jak inni patrzyli na rachunki. Bez sentymentu. Bez odruchu cofnięcia. Z zimną cierpliwością człowieka, który wiedział, że prawda rzadko była czysta, ale zwykle zostawiała po sobie brud w odpowiednim miejscu.

Z czasem jego definicja prawa stała się jeszcze bardziej prywatna. Zbyt wiele razy widział winnych wychodzących wolno, bo mieli dobrych adwokatów, znajomości albo po prostu szczęście. Zbyt wiele razy oglądał ludzi skrzywdzonych przez system, który powinien był ich ochronić, a potrafił jedynie wypełnić formularze po fakcie. Nie potrzebował wielkiego upadku, jednej dramatycznej decyzji ani chwili, w której przekroczył granicę i już nie umiał zawrócić. U niego wszystko działo się wolniej, brudniej, bardziej praktycznie. Najpierw przymknięte oko. Potem zgubiony szczegół. Potem opóźniona informacja. Potem człowiek, który zasługiwał na karę, ale niekoniecznie na proces.
The Byrd Gang nie stworzyło Lestera Moreau. Ono tylko znalazło dla niego właściwe zastosowanie.
Do gangu trafił przez swojego kuzyna. Donut miał do niego dostęp, jakiego nie miałby żaden obcy gangster — przez rodzinę, wspólną przeszłoś i zaufanie, które nie musiało od razu przybierać formy oficjalnej propozycji. Lester był dla gangu zbyt cenny, by go nie zauważyć: detektyw wydziału zabójstw, człowiek od akt, śledztw, świadków, trupów i policyjnych procedur. Z czasem rodzinne przysługi zaczęły przypominać układ, układ stał się stałym elementem jego życia, a Moreau przestał udawać, że prawo i interes zawsze muszą stać po przeciwnych stronach.
Nie uważał się za skorumpowanego. Korupcja, w jego rozumieniu, była dla ludzi, którzy mieli najpierw czyste sumienie, a potem je sprzedali. On nigdy nie pamiętał siebie w tej czystej wersji. Miał za to rachunek krzywd, dobrą pamięć, krótki lont i coraz większą pewność, że sprawiedliwość bez siły jest tylko słowem dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na cierpliwość.


ciekawostki
Nie nadaje się do związków. Bliskość traktuje jak ryzyko, zobowiązania jak słaby punkt, a uczucia jak coś, co prędzej czy później ktoś wykorzysta przeciwko niemu. Zadowala się więc jednorazowymi numerami, krótkimi romansami i relacjami bez obietnic, po których można wyjść przed świtem, zanim druga osoba zdąży zacząć zadawać niewygodne pytania.
Kilka tygodni temu zabił swojego partnera z wydziału zabójstw, gdy ten zaczął łączyć go z The Byrd Gang. Oficjalnie sprawa została zamknięta jako śmierć na służbie, tragiczny finał źle poprowadzonej akcji i kolejny dowód na to, że Nowy Orlean zjada nawet tych, którzy noszą odznakę. Lester dopilnował, aby raport wyglądał wiarygodnie, ślady prowadziły tam, gdzie powinny, a wszyscy, którzy mogli zadać o jedno pytanie za dużo, dostali wygodniejszą wersję prawdy.
W gangu znany jest jako Law. Ksywka zaczęła się od ironii, ale z czasem przestała brzmieć jak żart. Lester nie tylko zna prawo — potrafi je nagiąć, opóźnić, wykorzystać albo obrócić przeciwko komuś.
Nie przepada za określeniem brudny glina. Uważa je za leniwe i używane przez ludzi, którzy lubią wierzyć, że istnieje jakaś czysta wersja policji, prawa albo sprawiedliwości. Według niego każdy ma cenę, słabość albo granicę, po której pęka — on po prostu zna swoją i nauczył się ustawiać ją dalej niż większość.
Ma bardzo niski próg cierpliwości wobec przemocy względem dzieci. Nie wynika to z delikatności ani potrzeby odkupienia, raczej ze starego, braterskiego odruchu, którego nigdy nie zdołał w sobie całkiem zabić. Takie sprawy potrafią wyciągnąć z niego najbardziej brutalną wersję człowieka, nawet jeśli oficjalnie nadal mówi wtedy spokojnie.
Nie lubi rozmawiać o Shreveport. Gdy ktoś pyta o dzieciństwo, zwykle ucina temat albo odpowiada czymś suchym i pogardliwym. Nie dlatego, że się wstydzi, tylko dlatego, że nie znosi poczucia, iż ktoś mógłby zobaczyć w nim ofiarę.
Do Caleba ma stosunek pełen sprzeczności. Potrafi być wobec niego chłodny, szorstki i oceniający, zwłaszcza w sprawach nałogów oraz dawnych błędów, ale ta surowość nie oznacza obojętności. Caleb pozostaje jednym z niewielu ludzi, których Lester nie potrafi sprowadzić do kategorii zysku, straty albo ryzyka.
Pali papierosy, choć nieraz twierdził, że rzuci po następnej dużej sprawie. Problem polega na tym, że w wydziale zabójstw każda sprawa prędzej czy później robi się duża, przynajmniej dla kogoś.
Ma zwyczaj noszenia rękawiczek w kieszeni kurtki, nawet wtedy, gdy nie jest na miejscu zbrodni. To zawodowe przyzwyczajenie, ale też coś w rodzaju prywatnego komfortu — przypomnienie, że każdą rzecz można dotknąć tak, by nie zostawić po sobie śladu.
Nie pije dużo przy świadkach. Woli mieć kontrolę nad sobą, rozmową i pomieszczeniem. Jeśli sięga po alkohol, to najczęściej samotnie, późno w nocy, po sprawach, które oficjalnie nie zrobiły na nim wrażenia.
Nie ma cierpliwości do młodych gliniarzy z kompleksem bohatera. Uważa, że idealizm w policji jest albo krótkotrwałą chorobą, albo początkiem bardzo szybkiego rozczarowania.
W pracy uchodzi za skutecznego, ale trudnego. Nie jest lubiany w klasycznym sensie; ludzie raczej uczą się, kiedy lepiej zejść mu z drogi.
Ma w domu bardzo mało rzeczy osobistych. Żadnych rodzinnych zdjęć na widoku, żadnych pamiątek z dzieciństwa, niczego, co mogłoby komuś zbyt łatwo opowiedzieć o nim historię. Lester lubi, gdy inni muszą zgadywać.
Nie znosi, kiedy ktoś spoza rodziny mówi na niego Les. Dla obcych jest Moreau, detektyw Moreau albo Law. Les zostawia ludziom, którzy pamiętają go sprzed odznaki — i właśnie dlatego prawie nikomu nie pozwala już tego używać.
twój nick
sectusempra
twoje zaimki
żeńskie
narracja
trzecia osoba czasu przeszłego
kontakt
PW
nie lubię gdy
Jestem w stanie rozegrać wszystko, ale po wstępnym ustaleniu.
moje posty mogą zawierać
Wulgaryzmy, opisy przemocy, ironiczne żarty, treści erotyczne.
zgadzasz się na powielanie imienia i pseudonimu postaci?
nie
Ostatnio zmieniony wt 19 maja 2026, 14:30 przez Lester Moreau, łącznie zmieniany 1 raz.
Przyjezdn*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
200 lat/a, 250 cm
administrator w Nowy Orlean
Awatar użytkownika
You’ll never know what heaven means until you’ve been down to New Orleans.
Whispers of life
witaj w NOLA,
Lester Moreau
Twoja karta postaci została zaakceptowana i możesz rozpocząć fabularną podróż po Nowym Orleanie! Zachęcamy do założenia wszystkich istotnych tematów, zapoznania się z fabułą Crescent Dream oraz zajrzenia do tematu kto zagra? Przypominamy, że założenie tematu z dziennikiem jest obowiązkowe, jeżeli chcesz brać udział w fabule forum. Na rozpoczęcie rozgrywki masz 5 dni!
administracja
Zablokowany

Wróć do „Karty Postaci”