k
Niektórzy ludzie potrzebowali w życiu celu. Czegoś, co narzuciłoby ich egzystencji ramy, w których mogliby się poruszać bez lęku, że rozpadną się na kawałki. Prawdziwie wolnych duchów było niewielu. Większość – i nie było w tym nic wstydliwego – potrzebowała oparcia.
Dla wielu była nim ta mityczna „druga połówka”. Jedyna osoba na całym świecie, z którą dzieliło się duszę i częściej niż rzadziej również łóżko. Bo dla większości ludzi oczywiste było również to, że z drugą cząstką swojej duszy trzeba było sypiać. Penetrować ją swoimi członkami, moczyć wydzielinami i oznaczać kośćmi. Inni zadowalali się czymś mniej absolutnym – przyjaźnią. Tymi relacjami, które nazywało się niezniszczalnymi, choć w praktyce miały swoje granice. Za którymi skakało się w ogień, dopóki nie trzeba było naprawdę tego zrobić. Była też krew, gęstsza niż woda – rodzina. Dla jednych fundament, dla innych ciężar, z którego nie potrafili się wyzwolić. Ilu ludzi opierało na niej całe swoje życie? Ilu stawiało ją ponad wszystkim? I wreszcie wspólnota – jakakolwiek. Każda z tych czterech ścian dawała odpowiedź na jedno proste pytanie: dla kogo się żyje. Bez niej ludzie bardzo szybko zaczynali czuć się wymienialni, a potem zwyczajnie zbędni.
Byli też tacy, którzy sensu szukali w swojej przydatności. Bez niej zaczynało się nieprzyjemne uczucie – jakby człowiek nie miał już żadnego uzasadnienia, żeby zajmować miejsce w przestrzeni. Bezużyteczność szybko przechodziła w stagnację. Więc znajdowali sobie inny rodzaj ram. Pracę. System. Strukturę, która mówiła im, co mają robić, kiedy mają wstać, gdzie mają iść i jak długo mają tam zostać. Listy zadań były bezpieczne – odhaczanie kolejnych punktów skutecznie zagłuszało pytania, których lepiej było nie zadawać. Niektórzy szli o krok dalej i oddawali się służbie. Mundur, rozkazy, hierarchia – świat sprowadzony do prostych zasad, w którym ktoś inny brał odpowiedzialność za sens. Wystarczyło wykonywać polecenia. To była elegancka forma ucieczki, w dzisiejszym świecie odznaczana orderami i kwiatami – proszę oto nagroda za bycie trybem w większej maszynie, poczekaj aż znajdziemy kogoś na twoje miejsce.
Część osób obkładała swoje życie wartościami, etyką i ideologią, jakby bez nich wszystko miało się rozpaść przy pierwszym lepszym podmuchu. Potrzebowali wierzyć, że istnieje coś większego niż oni sami, coś, co nadaje sens decyzjom i usprawiedliwia wybory, nawet te najgorsze. Mówili o moralności tak, jakby była czymś stałym i niepodważalnym, o zasadach, których się nie łamie, o granicach których się nie przekracza, a przede wszystkim o honorze – tym mitycznym tworze, który rzekomo się posiadało albo traciło raz na zawsze. Bronili tego wszystkiego z niemal obsesyjną zawziętością, bo w gruncie rzeczy nie bronili żadnych zasad, tylko samych siebie przed myślą, że ich poświęcenia mogłyby być bezsensowne. Dla honoru się zabijało, dla honoru się umierało, dla niego oddawało się życie bogom, państwom i ludziom, którzy często nawet nie znali imienia tych, którzy ginęli w ich imieniu. A jednak wystarczało niewiele, żeby ta cała konstrukcja zaczęła się chwiać – odpowiednia presja, aż przychodził moment, w którym stawka przestawała być abstrakcyjna. Wtedy okazywało się, że zasady potrafią być zaskakująco elastyczne.
W skrócie – życie większości osób działało tylko wtedy kiedy mieli:
kogoś, kto ich chciał
coś, w czym byli dobrzy
powód, żeby rano wstać
złudzenie, że zmierzają gdzieś dalej
Leo Broussard był jednak rzadkim przypadkiem – naprawdę wolnym duchem, nie w tym romantycznym sensie, którzy ludzie lubili sobie przypisywać, tylko w tym znacznie mniej wygodnym. Żył dla siebie. Zawsze. Odkąd się urodził nie potrzebował niczego, co nadawałoby jego życiu ramy. Nie zmieniły tego loa, nie zmieniło dziecko, nie zmieniło nawet The Byrd, z którego ostatecznie wypadł – czy to na własne życzenie, czy cudze, nie miało większego znaczenia.
Podczas gdy inni kurczowo trzymali się swoich zasad, kodeksów i lojalności, Leo widział w tym tylko wygodną iluzję. Gangsterzy uwielbiali myśleć o sobie jak o ludziach z zasadami, lepszymi od reszty, bo przecież mieli swój honor, swoje reguły, swoje „nigdy”. Tyle że te ich zasady działały dokładnie tak, jak działało państwo w chwili kryzysu – obowiązywały tylko do momentu, w którym przestawały być wygodne. Wystarczyło ogłosić nadzwyczajne okoliczności i nagle wszystko było dozwolone. The Byrd nie był tu żadnym wyjątkiem. Wręcz przeciwnie – zaczął działać dokładnie w ten sposób. I Leo, paradoksalnie, nie miałby z tym problemu. Nie lubił zasad. Ale podwójnych standardów nie znosił jeszcze bardziej. Nie zamierzał być chłopcem na posyłki jednego pedała, który zabił własnego ojca, ani drugiego eunucha, który brak posłuchu we własnym domu odreagowywał rzucając porcelaną. Mierził go ten brak nazywania rzeczy po imieniu i karykaturalny obraz całej sytuacji.
Gdyby Leo był kimś innym, może poczułby wstyd. Może dopadłoby go to nieprzyjemne uczucie, że zawiódł – nie tylko siebie, ale i wszystkich tych, którzy wynieśli go tam, gdzie jeszcze do niedawna był. Bo jego pozycja nie była wyłącznie jego zasługą. Pracowały na nią pokolenia, jego rodzina, cała społeczność, która mogłaby teraz uznać, że nie sprostał ich oczekiwaniom. Tylko że Leo Broussard nigdy nie miał w zwyczaju brać na siebie winy, której nie uznawał.
Dlatego opowiadał tą historię po swojemu.
Nie musiał nawet szczególnie koloryzować. Dwóch wysoko postawionych członków gangu zrobiło zmowę przeciwko Santiago. Reszta zaczęła znikać – jeden po drugim, aż w końcu zrobiło się jasne, że to nie przypadek. Potem przyszła kolej na tych jeszcze mniej „swoich”. Czarnych. Jego nie udało się wtedy zastrzelić. Więc, jak mówił, to była tylko kwestia czasu, aż spróbują znowu.
Nie podburzał. Przynajmniej nie wprost. Mówił ludziom, żeby byli ostrożni, żeby patrzyli, komu ufają, żeby nie robili nic pochopnie. Sam też nie zamierzał wszczynać żadnych rewolucji. Ale między słowami było coś jeszcze – sugestia, że na ich miejscu nie ufałby już nikomu z The Byrd. Że pewne rzeczy, kiedy raz się wydarzą, nie wracają do normy. I że jeśli będą potrzebowali pomocy, to on wciąż tu jest.



Legba siedział na bagnach i był spokojny jak nigdy. Cisza nie była tam pustką, a jednak to właśnie tam, w tej znajomej ciszy, zaczęła pojawiać się myśl, że może czas wyrwać korzenie, które zapuścił. Zostawił ich więcej niż planował. Więcej niż było rozsądne. I teraz czuł, jak coś go przy nich trzyma, jakby to miasto próbowało go sobie przypisać. Myślał o tym bez emocji. Zabić psy. Odciąć palec. Zostawić krew tam, gdzie trzeba. Spalić dom. I zniknąć. Miasto mogło myśleć, że go ukształtowało, że go określiło – ale on wiedział lepiej. Nic, co można było zostawić za sobą , nie było warte tego, żeby nazwać to fundamentem.
Cisza bagien nie była przytłaczająca. Była naturalna. To, co zaczynało go uwierać, to fakt, jak bardzo była znajoma. Niemal jak własny oddech.
Prawdziwie wolne duchy miały jedną, zasadniczą wadę.
Kiedy życie innych chwiało się, gdy ktoś obrażał ich kraj, ich boga, ich rodzinę… U Leo było odwrotnie. To spokój był sygnałem ostrzegawczym. To cisza sprawiała, że wszystko zaczynało drżeć, jakby świat na chwilę wstrzymywał oddech przed czymś, co miało dopiero nadejść.
Nie wierzył w przeczucia.
A przynajmniej wolał wierzyć, że nie wierzy. A jednak, kiedy wypalał kolejne skręty na gangu, coś uparcie szeptało mu do ucha, że zbliża się burza.
Bo gdyby było inaczej, usłyszałby chociaż śpiew ptaków.



W końcu ptaszki rzeczywiście zaczęły się odzywać.
Najpierw nieśmiało, bardziej popiskiwaniem niż śpiewem, jakby same nie były pewne, czy to już ten moment. Pojawiały się pojedynczo – te odważniejsze, te mniej ostrożne – przysiadały gdzieś w pobliżu, obserwowały. Sprawdzały. Czy jeszcze żyje. Czy wciąż tu jest. Czy coś się zmieniło. Leo nie wiedział, czy robiły to z własnej potrzeby, czy może na czyjeś polecenie. I szczerze mówiąc, nie interesowało go to na tyle, żeby spróbować się dowiedzieć. Nie wiedział, czy chłopcy – w większości dzieci Amary – wciąż działali dla gangu. Z jednej strony wątpił. Z drugiej coś musieli robić. Ale nie pytał. To też nie było jego problemem.
Zresztą, kiedy zaczęli się pojawiać, nie przynosili ze sobą nic użytecznego. Kręcili się, patrzyli na niego dłużej, niż było to konieczne, jakby próbowali wyczytać z jego twarzy, czego właściwie się od nich oczekuje. Nie chcieli go obrazić. Nie chcieli powiedzieć czegoś nie tak. Nie chcieli też wyglądać na słabych. I chyba do końca nie wiedzieli, czy w ogóle mogą tam być. Czy pojawienie się na jego terenie nie było przypadkiem równoznaczne z podpisaniem na siebie wyroku. Albo czy nie powinni zrobić czegoś odwrotnego. Sprzedać mu kulkę w plecy i zamknąć temat raz na zawsze, żeby udowodnić, że wciąż gdzieś należą.
Nic takiego się nie wydarzyło.
Zamiast tego zaczęli przyjeżdżać częściej. Aż w końcu zamiast kolejnego chłopaka pojawił się ktoś inny. Jeden z pierwszych podopiecznych Amary. Taki, który pamiętał jeszcze czasy, kiedy wszystko dopiero się zaczynało. Był od nich młodszy zaledwie o kilka lat, a jednak Dupre zdążyła go wychować na tyle, że różnica kiedyś wydawała się znacznie większa. Teraz, patrząc na niego, można było powiedzieć, że są w tym samym wieku. Niby równi. A jednak nie do końca.
To on w końcu dosadnie przekazał Broussardowi informacje o jego siostrze.
I był to moment, w którym Leo – wbrew sobie – potraktował to poważniej. Dzieci bywały przewrażliwione na punkcie swoich matek. Widział to już nieraz. Ale dorośli, nawet jeśli wychowani przez nią, nie rzucali takich słów bez powodu.
Mógł powiedzieć, że gówno go to obchodzi. I przez chwilę naprawdę miał na to ochotę.
Zamiast tego kazał przyjechać po siebie następnego dnia.



Leo wysiadł z auta w samo pierdolone południe, bo najwyraźniej nikt nie uznał za stosowne wspomnieć Darnellowi o jego dość specyficznej relacji ze światłem słonecznym. Już sama droga była wystarczająco zła – napięcie w karku, ciężar za oczami, ten znajomy drażniący ból, który rozlewał się po czaszce przy każdym ostrzejszym promieniu, które przemykało pod okularami. Nie wyspał się, a to tylko pogarszało sprawę.
Z zewnątrz wyglądało to inaczej.
Spięte ramiona. Zaciśnięta szczęka. Twarda linia ust. Ludzie lubili przypisywać takie rzeczy sile. Kontroli. Opanowaniu. Silni mężczyźni byli napięci, skupieni, gotowi. Leo zazwyczaj szczerzył zęby w uśmiechu, jakby nic nie było w stanie go ruszyć. Teraz tego nie robił.
Darnell musiał więc myśleć, że sprawa jest poważna.
Sprawa była poważna.
Trzasnął drzwiami trochę mocniej, niż było to konieczne, i ruszył w stronę wejścia, nie oglądając się za siebie. Schody pokonał szybko, mocnym krokiem, czując za plecami obecność chłopaka, którzy trzymał się go uparcie – krok w krok, jak szczeniak, który jeszcze nie do końca rozumie, czy powinien iść obok, czy jednak zostać z tyłu.
Leo zwolnił nagle, zatrzymując się w pół kroku, jakby coś go tknęło.
Chłopak stanął razem z nim.
Broussard parsknął cicho pod nosem i ruszył dalej, jakby nic się nie wydarzyło.
- Mam… Ona nie otwiera. W ogóle. Tylko czasem… Światło się pali. I każe zostawiać rzeczy pod drzwiami.
Leo słuchał, a wyraz jego twarzy nie zmieniał się. Obserwował dom. Okna pozamykane, zasłonięte. Dopiero kiedy chłopak skończył odezwał się.
- Ściągnij koszulkę.
Młody zawahał się tylko na moment, ale nie było przestrzeni na odmowę. Zdjął koszulkę i podał ją bez słowa. Leo owinął materiał wokół dłoni i podszedł do drzwi. Jednym, krótkim ruchem uderzył w szybę.
Dźwięk był suchy, ostry, nienaturalnie głośny w tej ciszy. Witraż pękł – rozszedł się w sieć rys, a potem w nagłe, gwałtowne rozsypanie. Czerwone i różowe kawałki, które jeszcze przed chwilą układały się w kwiatowy wzór, rozpadły się na fragmenty z chwilą, gdy uderzyły w podłogę. Drzwi były piękne. Na pewno drogie. Może nawet zabytkowe. Ten typ rzeczy, które ludzie kupowali, żeby udowodnić, że rozumieją wartość estetyki i historii. Leo patrzył na nie tak, jak patrzyłby na szybę kradzionego auta.
Oddał chłopakowi koszulkę, jakby nic się nie stało, a potem sięgnął i otworzył drzwi od środka.
- Masz telefon? – rzucił jeszcze, nie odwracając się w pełni.
Chłopak kiwnął głową.
- Dobrze. Ogarnij coś z tymi drzwiami. I czekaj tutaj – zatrzymał spojrzenie na młodej, jeszcze dziecinnej twarzy. - Możesz usiąść na schodku. Tylko się nie ruszaj.
I dopiero wtedy wszedł do środka.



Wnętrze domu Amary nie przypominało samego siebie. Pierwsze, co uderzyło Leo, to ciemność – nie ta zwykła, nocna, tylko cienka, zalegająca w kątach jak kurz. Powietrze było ciężkie, przesycone dymem papierosowym, który zamiast się rozproszyć wsiąkł w ściany, tkaniny i drewno. Pachniało tu wszystkim naraz: stęchlizną, popiołem, czymś słodkawym, co kiedyś było kwiatami, a teraz gdzieś gniło i schło jednocześnie. Rośliny pochylały się w stronę podłogi, jakby same z siebie rezygnowały.
Ciemnoskóry mężczyzna szedł dalej, powoli. Było to dziwnie przerażające, ale przez sekundę poczuł, jak coś w nim chce parsknąć śmiechem. Krótko. Bez znaczenia. Zwykła reakcja na absurd całej tej sytuacji.
Ale nie mógł
Nie tutaj.
Nie kiedy jego głos wciąż mógł przechodzić przez rozbitą szybę, nie kiedy dzieciak, siedział na schodku na zewnątrz i martwił się o swoją matkę.
Śmiech utknął gdzieś w gardle, niewypowiedziany, odcięty zanim zdążył się urodzić. Leo tylko zacisnął szczękę i poszedł dalej w głąb domu.
Amara Dupré
Dla wielu była nim ta mityczna „druga połówka”. Jedyna osoba na całym świecie, z którą dzieliło się duszę i częściej niż rzadziej również łóżko. Bo dla większości ludzi oczywiste było również to, że z drugą cząstką swojej duszy trzeba było sypiać. Penetrować ją swoimi członkami, moczyć wydzielinami i oznaczać kośćmi. Inni zadowalali się czymś mniej absolutnym – przyjaźnią. Tymi relacjami, które nazywało się niezniszczalnymi, choć w praktyce miały swoje granice. Za którymi skakało się w ogień, dopóki nie trzeba było naprawdę tego zrobić. Była też krew, gęstsza niż woda – rodzina. Dla jednych fundament, dla innych ciężar, z którego nie potrafili się wyzwolić. Ilu ludzi opierało na niej całe swoje życie? Ilu stawiało ją ponad wszystkim? I wreszcie wspólnota – jakakolwiek. Każda z tych czterech ścian dawała odpowiedź na jedno proste pytanie: dla kogo się żyje. Bez niej ludzie bardzo szybko zaczynali czuć się wymienialni, a potem zwyczajnie zbędni.
Byli też tacy, którzy sensu szukali w swojej przydatności. Bez niej zaczynało się nieprzyjemne uczucie – jakby człowiek nie miał już żadnego uzasadnienia, żeby zajmować miejsce w przestrzeni. Bezużyteczność szybko przechodziła w stagnację. Więc znajdowali sobie inny rodzaj ram. Pracę. System. Strukturę, która mówiła im, co mają robić, kiedy mają wstać, gdzie mają iść i jak długo mają tam zostać. Listy zadań były bezpieczne – odhaczanie kolejnych punktów skutecznie zagłuszało pytania, których lepiej było nie zadawać. Niektórzy szli o krok dalej i oddawali się służbie. Mundur, rozkazy, hierarchia – świat sprowadzony do prostych zasad, w którym ktoś inny brał odpowiedzialność za sens. Wystarczyło wykonywać polecenia. To była elegancka forma ucieczki, w dzisiejszym świecie odznaczana orderami i kwiatami – proszę oto nagroda za bycie trybem w większej maszynie, poczekaj aż znajdziemy kogoś na twoje miejsce.
Część osób obkładała swoje życie wartościami, etyką i ideologią, jakby bez nich wszystko miało się rozpaść przy pierwszym lepszym podmuchu. Potrzebowali wierzyć, że istnieje coś większego niż oni sami, coś, co nadaje sens decyzjom i usprawiedliwia wybory, nawet te najgorsze. Mówili o moralności tak, jakby była czymś stałym i niepodważalnym, o zasadach, których się nie łamie, o granicach których się nie przekracza, a przede wszystkim o honorze – tym mitycznym tworze, który rzekomo się posiadało albo traciło raz na zawsze. Bronili tego wszystkiego z niemal obsesyjną zawziętością, bo w gruncie rzeczy nie bronili żadnych zasad, tylko samych siebie przed myślą, że ich poświęcenia mogłyby być bezsensowne. Dla honoru się zabijało, dla honoru się umierało, dla niego oddawało się życie bogom, państwom i ludziom, którzy często nawet nie znali imienia tych, którzy ginęli w ich imieniu. A jednak wystarczało niewiele, żeby ta cała konstrukcja zaczęła się chwiać – odpowiednia presja, aż przychodził moment, w którym stawka przestawała być abstrakcyjna. Wtedy okazywało się, że zasady potrafią być zaskakująco elastyczne.
kogoś, kto ich chciał
coś, w czym byli dobrzy
powód, żeby rano wstać
złudzenie, że zmierzają gdzieś dalej
Leo Broussard był jednak rzadkim przypadkiem – naprawdę wolnym duchem, nie w tym romantycznym sensie, którzy ludzie lubili sobie przypisywać, tylko w tym znacznie mniej wygodnym. Żył dla siebie. Zawsze. Odkąd się urodził nie potrzebował niczego, co nadawałoby jego życiu ramy. Nie zmieniły tego loa, nie zmieniło dziecko, nie zmieniło nawet The Byrd, z którego ostatecznie wypadł – czy to na własne życzenie, czy cudze, nie miało większego znaczenia.
Podczas gdy inni kurczowo trzymali się swoich zasad, kodeksów i lojalności, Leo widział w tym tylko wygodną iluzję. Gangsterzy uwielbiali myśleć o sobie jak o ludziach z zasadami, lepszymi od reszty, bo przecież mieli swój honor, swoje reguły, swoje „nigdy”. Tyle że te ich zasady działały dokładnie tak, jak działało państwo w chwili kryzysu – obowiązywały tylko do momentu, w którym przestawały być wygodne. Wystarczyło ogłosić nadzwyczajne okoliczności i nagle wszystko było dozwolone. The Byrd nie był tu żadnym wyjątkiem. Wręcz przeciwnie – zaczął działać dokładnie w ten sposób. I Leo, paradoksalnie, nie miałby z tym problemu. Nie lubił zasad. Ale podwójnych standardów nie znosił jeszcze bardziej. Nie zamierzał być chłopcem na posyłki jednego pedała, który zabił własnego ojca, ani drugiego eunucha, który brak posłuchu we własnym domu odreagowywał rzucając porcelaną. Mierził go ten brak nazywania rzeczy po imieniu i karykaturalny obraz całej sytuacji.
Gdyby Leo był kimś innym, może poczułby wstyd. Może dopadłoby go to nieprzyjemne uczucie, że zawiódł – nie tylko siebie, ale i wszystkich tych, którzy wynieśli go tam, gdzie jeszcze do niedawna był. Bo jego pozycja nie była wyłącznie jego zasługą. Pracowały na nią pokolenia, jego rodzina, cała społeczność, która mogłaby teraz uznać, że nie sprostał ich oczekiwaniom. Tylko że Leo Broussard nigdy nie miał w zwyczaju brać na siebie winy, której nie uznawał.
Dlatego opowiadał tą historię po swojemu.
Nie musiał nawet szczególnie koloryzować. Dwóch wysoko postawionych członków gangu zrobiło zmowę przeciwko Santiago. Reszta zaczęła znikać – jeden po drugim, aż w końcu zrobiło się jasne, że to nie przypadek. Potem przyszła kolej na tych jeszcze mniej „swoich”. Czarnych. Jego nie udało się wtedy zastrzelić. Więc, jak mówił, to była tylko kwestia czasu, aż spróbują znowu.
Nie podburzał. Przynajmniej nie wprost. Mówił ludziom, żeby byli ostrożni, żeby patrzyli, komu ufają, żeby nie robili nic pochopnie. Sam też nie zamierzał wszczynać żadnych rewolucji. Ale między słowami było coś jeszcze – sugestia, że na ich miejscu nie ufałby już nikomu z The Byrd. Że pewne rzeczy, kiedy raz się wydarzą, nie wracają do normy. I że jeśli będą potrzebowali pomocy, to on wciąż tu jest.
Legba siedział na bagnach i był spokojny jak nigdy. Cisza nie była tam pustką, a jednak to właśnie tam, w tej znajomej ciszy, zaczęła pojawiać się myśl, że może czas wyrwać korzenie, które zapuścił. Zostawił ich więcej niż planował. Więcej niż było rozsądne. I teraz czuł, jak coś go przy nich trzyma, jakby to miasto próbowało go sobie przypisać. Myślał o tym bez emocji. Zabić psy. Odciąć palec. Zostawić krew tam, gdzie trzeba. Spalić dom. I zniknąć. Miasto mogło myśleć, że go ukształtowało, że go określiło – ale on wiedział lepiej. Nic, co można było zostawić za sobą , nie było warte tego, żeby nazwać to fundamentem.
Cisza bagien nie była przytłaczająca. Była naturalna. To, co zaczynało go uwierać, to fakt, jak bardzo była znajoma. Niemal jak własny oddech.
Prawdziwie wolne duchy miały jedną, zasadniczą wadę.
Kiedy życie innych chwiało się, gdy ktoś obrażał ich kraj, ich boga, ich rodzinę… U Leo było odwrotnie. To spokój był sygnałem ostrzegawczym. To cisza sprawiała, że wszystko zaczynało drżeć, jakby świat na chwilę wstrzymywał oddech przed czymś, co miało dopiero nadejść.
Nie wierzył w przeczucia.
A przynajmniej wolał wierzyć, że nie wierzy. A jednak, kiedy wypalał kolejne skręty na gangu, coś uparcie szeptało mu do ucha, że zbliża się burza.
Bo gdyby było inaczej, usłyszałby chociaż śpiew ptaków.
W końcu ptaszki rzeczywiście zaczęły się odzywać.
Najpierw nieśmiało, bardziej popiskiwaniem niż śpiewem, jakby same nie były pewne, czy to już ten moment. Pojawiały się pojedynczo – te odważniejsze, te mniej ostrożne – przysiadały gdzieś w pobliżu, obserwowały. Sprawdzały. Czy jeszcze żyje. Czy wciąż tu jest. Czy coś się zmieniło. Leo nie wiedział, czy robiły to z własnej potrzeby, czy może na czyjeś polecenie. I szczerze mówiąc, nie interesowało go to na tyle, żeby spróbować się dowiedzieć. Nie wiedział, czy chłopcy – w większości dzieci Amary – wciąż działali dla gangu. Z jednej strony wątpił. Z drugiej coś musieli robić. Ale nie pytał. To też nie było jego problemem.
Zresztą, kiedy zaczęli się pojawiać, nie przynosili ze sobą nic użytecznego. Kręcili się, patrzyli na niego dłużej, niż było to konieczne, jakby próbowali wyczytać z jego twarzy, czego właściwie się od nich oczekuje. Nie chcieli go obrazić. Nie chcieli powiedzieć czegoś nie tak. Nie chcieli też wyglądać na słabych. I chyba do końca nie wiedzieli, czy w ogóle mogą tam być. Czy pojawienie się na jego terenie nie było przypadkiem równoznaczne z podpisaniem na siebie wyroku. Albo czy nie powinni zrobić czegoś odwrotnego. Sprzedać mu kulkę w plecy i zamknąć temat raz na zawsze, żeby udowodnić, że wciąż gdzieś należą.
Nic takiego się nie wydarzyło.
Zamiast tego zaczęli przyjeżdżać częściej. Aż w końcu zamiast kolejnego chłopaka pojawił się ktoś inny. Jeden z pierwszych podopiecznych Amary. Taki, który pamiętał jeszcze czasy, kiedy wszystko dopiero się zaczynało. Był od nich młodszy zaledwie o kilka lat, a jednak Dupre zdążyła go wychować na tyle, że różnica kiedyś wydawała się znacznie większa. Teraz, patrząc na niego, można było powiedzieć, że są w tym samym wieku. Niby równi. A jednak nie do końca.
To on w końcu dosadnie przekazał Broussardowi informacje o jego siostrze.
I był to moment, w którym Leo – wbrew sobie – potraktował to poważniej. Dzieci bywały przewrażliwione na punkcie swoich matek. Widział to już nieraz. Ale dorośli, nawet jeśli wychowani przez nią, nie rzucali takich słów bez powodu.
Mógł powiedzieć, że gówno go to obchodzi. I przez chwilę naprawdę miał na to ochotę.
Zamiast tego kazał przyjechać po siebie następnego dnia.
Leo wysiadł z auta w samo pierdolone południe, bo najwyraźniej nikt nie uznał za stosowne wspomnieć Darnellowi o jego dość specyficznej relacji ze światłem słonecznym. Już sama droga była wystarczająco zła – napięcie w karku, ciężar za oczami, ten znajomy drażniący ból, który rozlewał się po czaszce przy każdym ostrzejszym promieniu, które przemykało pod okularami. Nie wyspał się, a to tylko pogarszało sprawę.
Z zewnątrz wyglądało to inaczej.
Spięte ramiona. Zaciśnięta szczęka. Twarda linia ust. Ludzie lubili przypisywać takie rzeczy sile. Kontroli. Opanowaniu. Silni mężczyźni byli napięci, skupieni, gotowi. Leo zazwyczaj szczerzył zęby w uśmiechu, jakby nic nie było w stanie go ruszyć. Teraz tego nie robił.
Darnell musiał więc myśleć, że sprawa jest poważna.
Sprawa była poważna.
Trzasnął drzwiami trochę mocniej, niż było to konieczne, i ruszył w stronę wejścia, nie oglądając się za siebie. Schody pokonał szybko, mocnym krokiem, czując za plecami obecność chłopaka, którzy trzymał się go uparcie – krok w krok, jak szczeniak, który jeszcze nie do końca rozumie, czy powinien iść obok, czy jednak zostać z tyłu.
Leo zwolnił nagle, zatrzymując się w pół kroku, jakby coś go tknęło.
Chłopak stanął razem z nim.
Broussard parsknął cicho pod nosem i ruszył dalej, jakby nic się nie wydarzyło.
- Mam… Ona nie otwiera. W ogóle. Tylko czasem… Światło się pali. I każe zostawiać rzeczy pod drzwiami.
Leo słuchał, a wyraz jego twarzy nie zmieniał się. Obserwował dom. Okna pozamykane, zasłonięte. Dopiero kiedy chłopak skończył odezwał się.
- Ściągnij koszulkę.
Młody zawahał się tylko na moment, ale nie było przestrzeni na odmowę. Zdjął koszulkę i podał ją bez słowa. Leo owinął materiał wokół dłoni i podszedł do drzwi. Jednym, krótkim ruchem uderzył w szybę.
Dźwięk był suchy, ostry, nienaturalnie głośny w tej ciszy. Witraż pękł – rozszedł się w sieć rys, a potem w nagłe, gwałtowne rozsypanie. Czerwone i różowe kawałki, które jeszcze przed chwilą układały się w kwiatowy wzór, rozpadły się na fragmenty z chwilą, gdy uderzyły w podłogę. Drzwi były piękne. Na pewno drogie. Może nawet zabytkowe. Ten typ rzeczy, które ludzie kupowali, żeby udowodnić, że rozumieją wartość estetyki i historii. Leo patrzył na nie tak, jak patrzyłby na szybę kradzionego auta.
Oddał chłopakowi koszulkę, jakby nic się nie stało, a potem sięgnął i otworzył drzwi od środka.
- Masz telefon? – rzucił jeszcze, nie odwracając się w pełni.
Chłopak kiwnął głową.
- Dobrze. Ogarnij coś z tymi drzwiami. I czekaj tutaj – zatrzymał spojrzenie na młodej, jeszcze dziecinnej twarzy. - Możesz usiąść na schodku. Tylko się nie ruszaj.
I dopiero wtedy wszedł do środka.
Wnętrze domu Amary nie przypominało samego siebie. Pierwsze, co uderzyło Leo, to ciemność – nie ta zwykła, nocna, tylko cienka, zalegająca w kątach jak kurz. Powietrze było ciężkie, przesycone dymem papierosowym, który zamiast się rozproszyć wsiąkł w ściany, tkaniny i drewno. Pachniało tu wszystkim naraz: stęchlizną, popiołem, czymś słodkawym, co kiedyś było kwiatami, a teraz gdzieś gniło i schło jednocześnie. Rośliny pochylały się w stronę podłogi, jakby same z siebie rezygnowały.
Ciemnoskóry mężczyzna szedł dalej, powoli. Było to dziwnie przerażające, ale przez sekundę poczuł, jak coś w nim chce parsknąć śmiechem. Krótko. Bez znaczenia. Zwykła reakcja na absurd całej tej sytuacji.
Ale nie mógł
Nie tutaj.
Nie kiedy jego głos wciąż mógł przechodzić przez rozbitą szybę, nie kiedy dzieciak, siedział na schodku na zewnątrz i martwił się o swoją matkę.
Śmiech utknął gdzieś w gardle, niewypowiedziany, odcięty zanim zdążył się urodzić. Leo tylko zacisnął szczękę i poszedł dalej w głąb domu.
Amara Dupré
Mruczka
siedem
Otrzymania wilczego biletu Amara również się nie spodziewała. Ba! Wiedziała, że w gangu źle się działo, a jednak w najśmielszych obawach nie brała pod uwagę tego, że mogłaby zostać usunięta nie tylko z Rady Dziewięciu, ale i z samego The Byrd. Z gangu, któremu podporządkowała całe swoje niemal pięćdziesięcioletnie życie i bez którego owego życia całkowicie sobie nie wyobrażała. Życie było procesem ciągłym, ludzie umierali, okoliczności się zmieniały, a jednak to jedno miało nie zmienić się nigdy.
Kim Amara była bez gangu? Nikim.
Zewnętrznie mogło nie zmienić się wiele; wciąż była mieszkanką Algiers, w dalszym ciągu tak samo znała innych mieszkańców ulicy, jak i oni ją. Wciąż była kapłanką Voodoo i to do niej przyjeżdżano, poszukując pocieszenia, amuletów oraz wskazówek. W dawnej dzielnicy nieprzerwanie mówiono o niej Mommy. Wszyscy, tak samo, jak wcześniej, wiedzieli, że jeśli ktokolwiek ma jakiś problem, należy zwrócić się z nim Dupré. Tak jakby ona sama stanowiła rozwiązanie. Ludzie dalej ją szanowali z uwagi na stare, znaczące nazwisko i sposób, w jaki ona sama zapisała się w historii miasta. W dalszym ciągu była właścicielką muzeum i tak samo, jak wcześniej była ważną personą lokalnej społeczności. A jednak dla samej Amary zmieniło się wszystko.
Zamiast myśleć o władzy symbolicznej, którą wciąż posiadała, myślała o władzy, którą utraciła. Wiedziała, że wieści rozejdą się szybko. Rada przekaże je informatorom, ci primero poszczególnych komórek, aż w końcu wiedza spłynie na sam dół, zalewając ulicę. Wszyscy będą wiedzieć.
Wstyd był dla Amary uczuciem niemal całkowicie obcym. Nie musiała wstydzić się jako dziecko, ponieważ przemądrzała natura i błyskotliwość sprawiły, że mała Amie, choć nigdy nie skończyła szkoły, czuła się mądrzejsza niż reszta jej rówieśników. Nie wstydziła się biedy, w której żyła, ponieważ wszyscy, których znała, żyli w takiej samej biedzie i nędzy. Nie wstydziła się nigdy za Zelie, bo z jakiegoś powodu wszystko, co robiła jej bliźniaczka, było powszechnie uważane za fajne. Pierwszy wstyd przyszedł dopiero później, kiedy w okolicy piętnastych urodzin nagle wystrzeliła w górę. Zawsze była wysoka, ale dopiero w tamtym czasie zaczęła przewyższać wszystkie inne dzieciaki — w tym również chłopców — przynajmniej o głowę. Wstydziła się tego wzrostu, ponieważ wraz z nim, stała się widoczna. Wcześniej potrafiła przemknąć niezauważenie, stanowiąc wyłącznie tło, tymczasem wraz z tym, jak jej wzrost osiągnął niemal metr osiemdziesiąt, trudno było jej nie zauważyć i choćby przez chwilę nie zwrócić na nią uwagi. Szybko jednak polubiła swój wzrost, wadę przekuwając w zaletę.
Wstyd, który odczuwała teraz, był inny, ponieważ dotyczył przynajmniej kilku różnych płaszczyzn jej życia. Amara wstydziła się nie tylko przed innymi, ale również przed samą sobą. I to właśnie ten wstyd, który kazał zasłonić jej chustami wszystkie lustra wewnątrz domu, ten sam, który kazał jej zamknąć się na cztery spusty i nikomu nie otwierać, sprawił, że Amara nagle całkowicie zniknęła.
Jej twierdzą był dotąd zawsze zadbany i czysty dom, który teraz osiadł brudem i kurzem. Rośliny zdążyły uschnąć, szarawa chmura papierosowego dymu nie tylko nie znikała, ale co więcej, zdawała się już weżreć w każdą tkaninę i mebel, o które wcześniej Amara dbała z taką pieczołowitością. Dom był cichy i ciemny. Pozasłaniane okna nie dopuszczały do wnętrza ani słonecznego światła w ciągu dnia, ani świetlnej łuny ulicznych latarni w nocy.
Dźwięk tłuczonego szkła wyrwał Amarę ze stuporu. Otępiała siedziała przy stole, w dłoniach trzymała nieodpalonego papierosa w takim geście, jakby go zwijała, choć już dawno był skręcony. Znajdowała się w letargu, sama nie potrafiąc określić, czy jeszcze chwilę temu pochłonięta była w krótkim śnie, czy po prostu jej myśli dryfowały bez celu, sprawiając, że na moment całkowicie utraciła kontakt z rzeczywistością. Nie wiedziała, która była godzina, czy był ranek, czy wieczór. Przebłyski dnia zdawały się wkradać poprzez zasłonięte żaluzje. Łatwo było się domyślić, że na zewnątrz musiał panować pierwszy wiosenny gorąc.
Gdyby ktokolwiek włamał się do Amary w jeszcze niedalekiej przeszłości, Dupré poruszyłaby całą dzielnicę. Bez chwili zastanowienia odnalazłaby broń, której kilka sztuk znajdowało się w domu, każda w innym pomieszczeniu — tak na wszelki wypadek; na wypadek, który nie miałby szans się wydarzyć. Bo nie bez powodu w owej niedalekiej przeszłości, nikt nie odważyłby się stłuc witrażowych drzwi. W tej niedalekiej przeszłości tyle by wystarczyło, aby już po chwili pod dom na Seguin Street podjechałoby przynajmniej kilka samochodów, z których wyszłoby kilku mężczyzn w różnym wieku z bronią w ręku lub za paskami spodni. Włamanie zakończyłoby się, zanim zdążyłoby się na dobre rozpocząć.
Tymczasem Amara siedziała nieporuszona. Równie nieporuszona była ulica. Do uszu Amary nie dotarł ani żaden krzyk, ani trzaśnięcie któryś z sąsiedzkich drzwi i Mommy była bardziej niż pewna, że nie przyjadą za chwilę żadne samochody i nie pojawią się żadne z jej dzieci. Ona sama ani myślała sięgać po broń, za to włożyła papierosa pomiędzy usta, ale zanim go odpaliła, obróciła w dłoniach mosiężną zapalniczkę z tłoczonym motywem liści.
Gdyby wiedziała, że wydarzy się to dzisiaj, umyłaby się, pomalowała paznokcie i nałożyła którąś z najbardziej kolorowych sukienek. Krótki żal przetoczył się przez jej ciało wraz z chwilą, kiedy uświadomiła sobie, że zostanie odnaleziona brudna i zapuszczona w równie brudnym i zapuszczonym domu. Było to chujowe zakończenie wcale nie chujowego życia.
Nie słyszała kroków. Nie było dźwięku buciorów uderzających o drewnianą podłogę i właśnie dlatego, celowo, obracając zapalniczkę, zahaczyła nią o blat stołu, wydając cichy dźwięk, mający na celu zdradzić, gdzie była. Bez zabawy w kotka i myszkę, bez żadnej ucieczki. A jednak kroki nie nastały i kiedy Amara była gotowa tym razem uderzyć zapalniczką o stół, w progu bezszelestnie stanęła postać, której Dupré ani trochę się nie spodziewała.
— Ty?! — Zachrypiała, niemalże rozbawiona. Słychać było, że od dłuższego czasu nie używała strun głosowych i słychać było również, że wszystkie papierosy, których dym utrzymywał się w domu, musiała wypalić sama. — Ze wszystkich pierdolonych osób w Nowym Orleanie to ty się do mnie włamałeś!
Leo Broussard
k
Broussard zatrzymał się w wejściu do kuchni. Stał nieruchomo, jak ciemna plama na brudnej koszuli. Jak zjawa w ruinach domu. Przez moment nic nie mówił, tylko patrzył. A potem jego oczy błysnęły, razem z zębami, które powoli odsłoniły się w uśmiechu. Nie był to jednak uśmiech, który miał Amarę w jakikolwiek sposób uspokoić.
Był drapieżny.
Był znajomy.
Jak coś, co już wcześniej widziało ten moment i wiedziało dokładnie, co z nim zrobić.
Jak aligator, który w końcu dostrzegł ruch przy tafli wody.
Te zwierzęta nie były wybredne. Były praktyczne. Liczyła się dostępność i moment – nic więcej. Ptaki, ryby, żółwie, ssaki. Cokolwiek znalazło się wystarczająco blisko i było wystarczająco nieuważne. Cierpliwi łowcy. Potrafili leżeć godzinami, niemal całkowicie zanurzeni, zdradzając swoją obecność tylko cienką linią oczu i nozdrzy nad powierzchnią. Czekali. Nie spieszyli się. Wiedzieli, że prędzej czy później coś podejdzie za blisko. A potem następował moment – krótki, brutalny, ostateczny. Uderzenie, szczęki, wciągnięcie pod wodę – i jeśli ofiara miała jeszcze siłę się szarpać, zaczynał się obród. Rotacja i rozrywanie. Ten charakterystyczny, nieludzki ruch.
Leo znał je jak własną kieszeń.
I od lat wykorzystywał je dokładnie tak samo, jak wykorzystywał ludzi – jako narzędzie. Nie zawsze dosłownie. Częściej jako coś znacznie bardziej użytecznego: legendę, którą inni opowiadali za niego. Historie o bagnach miały to do siebie, że nie potrzebowały wielu szczegółów, żeby działać. Na ich tle broń palna wydawała mu się wręcz groteskowa. Dorośli mężczyźni wymachujący małymi pistoletami… Oczywiście, Broussard miał broń. Nie był idiotą. Ale rzadko nosił ją przy sobie – głównie wtedy, kiedy pasowała do sytuacji. Albo do stroju.
Aligatory były zwyczajnie lepsze. Poza tym nie snuły się po lesie z kilkumetrowym tasiemcem wystającym z odbytu, jak niektóre inne drapieżniki, które ludzie uparcie próbowali nazwać groźnymi.
One po prostu czekały i kiedy nadchodził odpowiedni moment – kończyły sprawę.
Leo przechodził lekko głowę, wciąż patrząc na Amarę, jakby oceniał odległość. Jakby sprawdzał, czy już.
- Och! Przepraszam. Czyżbyś wolała kogoś innego? – zapytał donośnym głosem. Brzmiał, jakby stał na scenie przed pełną widownią, a nie w dusznej, ciemnej kuchni. Jakby właśnie wypowiadał swoją kwestię, wyuczoną, ustawioną, podaną dokładnie tak, jak należało. Leo od dawna nie miał okazji występować, więc całą tę niezagospodarowaną teatralność, potrzebę bycia słuchanym i oglądanym, wcisnął w kilka słów wygłoszonych w stronę Amary. – Białego księcia na koniu…? – ciągnął dalej, powoli stawiając kroki w stronę stołu, przy którym siedziała kobieta. Mówił tak, jakby ktoś naprawdę miał go tu słuchać. Jakby za jego plecami siedzieli ludzie, jakby wierzył, że to oni sprawiają, że ten dom pachnie stęchlizną i dymem. – Białego zbawcy?
Zatrzymał się na moment, jakby chciał podkreślić wagę własnych słów, po czym bez zaproszenia usiadł naprzeciwko niej. Nie tak dawno temu miała jednego i… zabiła go. Nie żeby coś. W pewnym sensie zrobił swoje – zbawił ja na tyle, na ile ktokolwiek był w stanie. Wyciągnął, gdzie trzeba było wyciągnąć, przesunął, gdzie trzeba było przesunąć. Popełnił błąd, kiedy potrzebowała tego najbardziej a potem… nie mógł się już więcej przydać. A jednak. Czy nie była to jedna z tych decyzji, za które płaciło się później? Za wychodzenie poza swoje miejsce. Za sięganie tam, gdzie niekoniecznie było się mile widzianym. Za próby przynależenia do ludzi, którzy i tak nigdy nie mieli cię uznać za swoją?
Przez krótką chwilę przez głowę Leo przemknęła myśl, że sytuacja aż prosi się o to, by zostać wykorzystaną. Ta sarenka była już wystarczająco poturbowana – nawet nie próbowałaby walczyć, a jeśli zabrakłoby matki – zostałby tylko ojciec. A on… cóż. Rzeczy, które mogły wydawać się bezpowrotnie zamknięte, potrafiły się otwierać w bardzo sprzyjających okolicznościach. Powrót z chłopcami do TBG nie byłby wcale tak niemożliwy.
Spojrzał na nią, jakby sprawdzał, czy ona też to widzi.
Parsknął cicho. – Pozwól, że ci pomogę – wyjął zapalniczkę z jej palców, pod opuszkami wyraźnie czuł wzór, chociaż nie zawrócił sobie głowy tym, żeby się jemu przyjrzeć. Drugą ręką ściągnął okulary przeciwsłoneczne – w środku było przyjemnie ciemno, nie były mi potrzebne. Nachylił się w jej stronę, podsuwając przedmiot pod końcówkę papierosa, który zdawał się być przyklejony do jej ust.
Zapalniczka zaskoczyła cicho.
Płomień rozświetlił jej twarz.
I Leo krzyknął.
Krótko, z teatralną przesadą kogoś, kto właśnie zobaczył cos absolutnie nie do przyjęcia. Zapalniczka wypadła mu z palców i stuknęła o blat stołu, odbijając się raz, zanim znieruchomiała.
Na zewnątrz rozległ się nagły ruch.
- Co się stało?! – głos chłopaka był podniesiony i napięty. Słychać było jak zrywa się z miejsca, jak podeszwy jego tenisówek chrzęszczą na szkle przy drzwiach. Jeszcze chwila i byłby w środku.
- Wszystko w porządku – rzucił Broussard, nie podnosząc głosu, ale na tyle wyraźnie, żeby dotarło. – Siadaj na dupie. Nie wchodź do środka. I pilnuj domu – mówiąc te słowa patrzył na Amarę, a może raczej na to, co z niej zostało.
Sam nie był w lepszym stanie jeszcze nie dawno. Po wypadku zestarzał się nagle, jakby ktoś przyspieszył zegar o kilka lat w jedną noc. Ciało, które kiedyś nosił z łatwością, z pewną bezczelną dumą, nagle zaczęło się na nim układać inaczej – nie jak zbroja, tylko jak welon, który tylko przypominał o tym, co było wcześniej. Markowe ubrania, droga biżuteria, wszystko to przestało mieć znaczenie, kiedy nie było już czego podkreślać.
A jednak od czasu wizyty Dupre na bagnach coś zaczęło wracać. Powoli, nierówno, ale zauważalnie. Jakby razem z nią przyszedł do niego ten kawałek siebie, który wcześniej zgubił się gdzieś w mule i wodzie. Wciąż brakowało mu do dawnej formy, do tej wersji, którą lubił najbardziej, ale różnica była widoczna. Może to była kwestią tego, że z pleców zsunął mu się ciężar.
Teraz jednak, patrząc na Amarę, widział coś innego. Widok, który działał jak lustro, tylko znacznie bardziej bezlitosne. Przypominała mu o własnym wieku. O rzeczach, które wolał ignorować. O tym, że ciało ma swoje granice, a czas – swoje tempo, którego nie da się wiecznie oszukiwać.
I nagle zrozumiał.
Zrozumiał tych wszystkich dojrzałych mężczyzn, którzy uparcie gonili za młodymi dziewczynami. Nigdy nie chodziło o nie. Chodziło o coś znacznie prostszego i znacznie bardziej żałosnego. O młodość. Bo patrzenie na kobietę w swoim wieku nieustannie przypominało o czasie, który już minął. Jej zmarszczki stawały się ich zmarszczkami. Jej siwe włosy – ich siwymi włosami. Jej ciało, poddające się powoli grawitacji, przypominało o własnej skórze, która nie była już taka jędrna.
Leo zmrużył lekko oczy.
Nie podobało mu się to odbicie.
- Dupre, wyglądasz jak gówno – mruknął w końcu, krzywiąc się minimalnie. – Albo staro. W sumie jedno i to samo – westchnął ciężko, jak ktoś autentycznie zmęczony cudzym wyglądem, po czym sięgnął po okulary słoneczne, które wcześniej zostawił na blacie. – Nie mogę na to patrzeć – zanim zdążyła zareagować, wsunął je na jej twarz. Trochę zbyt nachalnie, poprawiając je jeszcze palcem na mostku nosa. – O, lepiej.
Złamał za zapalniczkę i kilka razy stuknął nią o blat stołu, metalicznie, rytmicznie, jakby próbował dodać sobie odwagi.
Klik.
Nie zapaliła się.
Klik.
Dopiero za trzecim razem pojawił się płomień, a mężczyzna nachylił się w stronę kobiety, spokojniej niż wcześniej. Podsunął ogień pod końcówkę papierosa.
- No – jego głos był miękki, prawie słodki. – Co się stało? Ktoś ci złamał serce?
Amara Dupré
Był drapieżny.
Był znajomy.
Jak coś, co już wcześniej widziało ten moment i wiedziało dokładnie, co z nim zrobić.
Jak aligator, który w końcu dostrzegł ruch przy tafli wody.
Te zwierzęta nie były wybredne. Były praktyczne. Liczyła się dostępność i moment – nic więcej. Ptaki, ryby, żółwie, ssaki. Cokolwiek znalazło się wystarczająco blisko i było wystarczająco nieuważne. Cierpliwi łowcy. Potrafili leżeć godzinami, niemal całkowicie zanurzeni, zdradzając swoją obecność tylko cienką linią oczu i nozdrzy nad powierzchnią. Czekali. Nie spieszyli się. Wiedzieli, że prędzej czy później coś podejdzie za blisko. A potem następował moment – krótki, brutalny, ostateczny. Uderzenie, szczęki, wciągnięcie pod wodę – i jeśli ofiara miała jeszcze siłę się szarpać, zaczynał się obród. Rotacja i rozrywanie. Ten charakterystyczny, nieludzki ruch.
Leo znał je jak własną kieszeń.
I od lat wykorzystywał je dokładnie tak samo, jak wykorzystywał ludzi – jako narzędzie. Nie zawsze dosłownie. Częściej jako coś znacznie bardziej użytecznego: legendę, którą inni opowiadali za niego. Historie o bagnach miały to do siebie, że nie potrzebowały wielu szczegółów, żeby działać. Na ich tle broń palna wydawała mu się wręcz groteskowa. Dorośli mężczyźni wymachujący małymi pistoletami… Oczywiście, Broussard miał broń. Nie był idiotą. Ale rzadko nosił ją przy sobie – głównie wtedy, kiedy pasowała do sytuacji. Albo do stroju.
Aligatory były zwyczajnie lepsze. Poza tym nie snuły się po lesie z kilkumetrowym tasiemcem wystającym z odbytu, jak niektóre inne drapieżniki, które ludzie uparcie próbowali nazwać groźnymi.
One po prostu czekały i kiedy nadchodził odpowiedni moment – kończyły sprawę.
Leo przechodził lekko głowę, wciąż patrząc na Amarę, jakby oceniał odległość. Jakby sprawdzał, czy już.
- Och! Przepraszam. Czyżbyś wolała kogoś innego? – zapytał donośnym głosem. Brzmiał, jakby stał na scenie przed pełną widownią, a nie w dusznej, ciemnej kuchni. Jakby właśnie wypowiadał swoją kwestię, wyuczoną, ustawioną, podaną dokładnie tak, jak należało. Leo od dawna nie miał okazji występować, więc całą tę niezagospodarowaną teatralność, potrzebę bycia słuchanym i oglądanym, wcisnął w kilka słów wygłoszonych w stronę Amary. – Białego księcia na koniu…? – ciągnął dalej, powoli stawiając kroki w stronę stołu, przy którym siedziała kobieta. Mówił tak, jakby ktoś naprawdę miał go tu słuchać. Jakby za jego plecami siedzieli ludzie, jakby wierzył, że to oni sprawiają, że ten dom pachnie stęchlizną i dymem. – Białego zbawcy?
Zatrzymał się na moment, jakby chciał podkreślić wagę własnych słów, po czym bez zaproszenia usiadł naprzeciwko niej. Nie tak dawno temu miała jednego i… zabiła go. Nie żeby coś. W pewnym sensie zrobił swoje – zbawił ja na tyle, na ile ktokolwiek był w stanie. Wyciągnął, gdzie trzeba było wyciągnąć, przesunął, gdzie trzeba było przesunąć. Popełnił błąd, kiedy potrzebowała tego najbardziej a potem… nie mógł się już więcej przydać. A jednak. Czy nie była to jedna z tych decyzji, za które płaciło się później? Za wychodzenie poza swoje miejsce. Za sięganie tam, gdzie niekoniecznie było się mile widzianym. Za próby przynależenia do ludzi, którzy i tak nigdy nie mieli cię uznać za swoją?
Przez krótką chwilę przez głowę Leo przemknęła myśl, że sytuacja aż prosi się o to, by zostać wykorzystaną. Ta sarenka była już wystarczająco poturbowana – nawet nie próbowałaby walczyć, a jeśli zabrakłoby matki – zostałby tylko ojciec. A on… cóż. Rzeczy, które mogły wydawać się bezpowrotnie zamknięte, potrafiły się otwierać w bardzo sprzyjających okolicznościach. Powrót z chłopcami do TBG nie byłby wcale tak niemożliwy.
Spojrzał na nią, jakby sprawdzał, czy ona też to widzi.
Parsknął cicho. – Pozwól, że ci pomogę – wyjął zapalniczkę z jej palców, pod opuszkami wyraźnie czuł wzór, chociaż nie zawrócił sobie głowy tym, żeby się jemu przyjrzeć. Drugą ręką ściągnął okulary przeciwsłoneczne – w środku było przyjemnie ciemno, nie były mi potrzebne. Nachylił się w jej stronę, podsuwając przedmiot pod końcówkę papierosa, który zdawał się być przyklejony do jej ust.
Zapalniczka zaskoczyła cicho.
Płomień rozświetlił jej twarz.
I Leo krzyknął.
Krótko, z teatralną przesadą kogoś, kto właśnie zobaczył cos absolutnie nie do przyjęcia. Zapalniczka wypadła mu z palców i stuknęła o blat stołu, odbijając się raz, zanim znieruchomiała.
Na zewnątrz rozległ się nagły ruch.
- Co się stało?! – głos chłopaka był podniesiony i napięty. Słychać było jak zrywa się z miejsca, jak podeszwy jego tenisówek chrzęszczą na szkle przy drzwiach. Jeszcze chwila i byłby w środku.
- Wszystko w porządku – rzucił Broussard, nie podnosząc głosu, ale na tyle wyraźnie, żeby dotarło. – Siadaj na dupie. Nie wchodź do środka. I pilnuj domu – mówiąc te słowa patrzył na Amarę, a może raczej na to, co z niej zostało.
Sam nie był w lepszym stanie jeszcze nie dawno. Po wypadku zestarzał się nagle, jakby ktoś przyspieszył zegar o kilka lat w jedną noc. Ciało, które kiedyś nosił z łatwością, z pewną bezczelną dumą, nagle zaczęło się na nim układać inaczej – nie jak zbroja, tylko jak welon, który tylko przypominał o tym, co było wcześniej. Markowe ubrania, droga biżuteria, wszystko to przestało mieć znaczenie, kiedy nie było już czego podkreślać.
A jednak od czasu wizyty Dupre na bagnach coś zaczęło wracać. Powoli, nierówno, ale zauważalnie. Jakby razem z nią przyszedł do niego ten kawałek siebie, który wcześniej zgubił się gdzieś w mule i wodzie. Wciąż brakowało mu do dawnej formy, do tej wersji, którą lubił najbardziej, ale różnica była widoczna. Może to była kwestią tego, że z pleców zsunął mu się ciężar.
Teraz jednak, patrząc na Amarę, widział coś innego. Widok, który działał jak lustro, tylko znacznie bardziej bezlitosne. Przypominała mu o własnym wieku. O rzeczach, które wolał ignorować. O tym, że ciało ma swoje granice, a czas – swoje tempo, którego nie da się wiecznie oszukiwać.
I nagle zrozumiał.
Zrozumiał tych wszystkich dojrzałych mężczyzn, którzy uparcie gonili za młodymi dziewczynami. Nigdy nie chodziło o nie. Chodziło o coś znacznie prostszego i znacznie bardziej żałosnego. O młodość. Bo patrzenie na kobietę w swoim wieku nieustannie przypominało o czasie, który już minął. Jej zmarszczki stawały się ich zmarszczkami. Jej siwe włosy – ich siwymi włosami. Jej ciało, poddające się powoli grawitacji, przypominało o własnej skórze, która nie była już taka jędrna.
Leo zmrużył lekko oczy.
Nie podobało mu się to odbicie.
- Dupre, wyglądasz jak gówno – mruknął w końcu, krzywiąc się minimalnie. – Albo staro. W sumie jedno i to samo – westchnął ciężko, jak ktoś autentycznie zmęczony cudzym wyglądem, po czym sięgnął po okulary słoneczne, które wcześniej zostawił na blacie. – Nie mogę na to patrzeć – zanim zdążyła zareagować, wsunął je na jej twarz. Trochę zbyt nachalnie, poprawiając je jeszcze palcem na mostku nosa. – O, lepiej.
Złamał za zapalniczkę i kilka razy stuknął nią o blat stołu, metalicznie, rytmicznie, jakby próbował dodać sobie odwagi.
Klik.
Nie zapaliła się.
Klik.
Dopiero za trzecim razem pojawił się płomień, a mężczyzna nachylił się w stronę kobiety, spokojniej niż wcześniej. Podsunął ogień pod końcówkę papierosa.
- No – jego głos był miękki, prawie słodki. – Co się stało? Ktoś ci złamał serce?
Amara Dupré
Mruczka
Wiedziała, że po nią przyjdą. Nie wątpiła, że niezależnie od tego, jakich zasług nie miała dla gangu, ilu chłopców do niego nie ściągnęła i jakim szacunkiem jeszcze do niedawna się w nim cieszyła, nastanie moment, w którym po nią przyjdą. Znała zbyt wiele szczegółów i została za bardzo zraniona, żeby tak po prostu ją zostawić. W Radzie będące bandą mizoginów mogli nie doceniać kobiet, widząc w nich wyłącznie głębokie dekolty lub wsparcie dla mężczyzn, ale nawet oni nie mogli być równie głupi, aby pozwolić jej przeżyć. Dla Amary było oczywiste, że musiała umrzeć. Z gangu nie puszczało się nikogo wolno. Jedyny sposób na to, aby go opuścić była śmierć. I dlatego wiedziała, że prędzej, czy później ktoś wejdzie do jej domu, aby ostatecznie wypisać ją z The Byrd. Nie zamierzała walczyć ani myślała uciekać. Nie miała przy sobie nawet broni, gotowa na ten koniec.
Spodziewała się, że przyślą kogoś obcego. Kogoś dla kogo nigdy nie była matką. Mógł pofatygować się do niej sam Vena, wyborowy strzelec elitarnego grona, tak aby Rada miała pewność, że zadanie zostało rzeczywiście wykonane. Spodziewała się każdego, ale z całą pewnością nie tego, że w mroku domu dostrzeże postać, z którą jej życie było nierozerwalnie złączone niemal od samego początku. A przynajmniej od tamtego dnia, kiedy splątani — fizycznie i emocjonalnie — runęli w dół po schodach.
Nie rozumiała. Nikt nie mógł go przysłać, ponieważ został wypierdolony w ten sam sposób, co ona. Ba! To z jego powodu ona sama zdawała się również otrzymać ten cholernywilczy niedźwiedzi bilet. Co do cholery tu robił?!
Wpatrywała się w niego, jakby próbowała z jego twarzy przysłoniętej okularami wyczytać powód tej wizyty. Niczego tam nie dostrzegła. Jego głos natomiast dalej brzęczał jej nieprzyjemnie w uszach, ponieważ czas zamknięcia, którego długości nawet nie umiała określić, sprawił, że Amara zdążyła odzwyczaić się od jakichkolwiek bodźców. Nie pamiętała już dźwięku ludzkich głosów ani intensywności spojrzeń. Gniła, wycofana ze świata i pierwszy raz czuła, że mogłaby zrozumieć Leo wraz z jego upodobaniem do bagien. W końcu prychnęła.
— A co, chcesz mi powiedzieć, że tym właśnie jesteś? Czarnym księciem na koniu? — Słowo czarny szczególnie zaakcentowała. Twarz Amary jednak nie poruszyła się, jakby już była martwa. Na co dzień wyrazista i jednoznacznie okazująca emocje, tym razem była całkowicie pusta i pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia.
W innych okolicznościach najpewniej by się roześmiała, a przynajmniej zrobiłaby sobie używanie z jego słów. . Z b a w c a.. Broussard był w błędzie, jeśli myślał, że właśnie tego potrzebowała. Teraz na Amarze jednak te słowa nie zrobiły żadnego wrażenia. Były puste, niczego nie wnosiły i tym bardziej niczego nie zmieniały. Dupré była daleka od tego, aby wchodzić w jakiekolwiek przepychanki, w których Leo tak bardzo się lubował. A jednak przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, gdy zdjął okulary. Przyzwyczajona do półmroku dostrzegła zarys jego policzków, błysk oczu, którymi nie pogardziłby żaden aligator. Leo rozkwitł. Wciąż daleko mu było do dawnej świetności, kiedy bawił się w króla życia, ale wyglądał naprawdę dobrze. Zniknęły zapadnięte policzki, dredy wciąż były zadbane, a twarz i jego postawa… Było w niej coś, jakaś lekkość, która nadawała mu młodzieńczej wręcz chłopięcej energii, jakby odmłodniał dokładnie o tyle lat, o ile ona w tym krótkim czasie zdążyła się postarzeć.
Nachyliła się nieznacznie w jego kierunku z papierosem w ustach, ale nie danej jej było się nim zaciągnąć. Leo krzyknął, Amara drgnęła, a zaraz później drzwi zahałasowały, zdradzając obecność kogoś trzeciego. Leo nie był sam. Był z Darnellem, którego poznała po głosie. Niczym czujna sokolica — co było odruchem zupełnie niezamierzonym — skierowała nagle czujne oczy w stronę korytarza, tylko po to, aby następnie powrócić nimi do mężczyzny, który siedział naprzeciw niej. Do jej brata. Do męża. Do przyjaciela. Do najgorszego wroga. Do obcego. Bo tym ostatnim stali się ostatnio, obiecując sobie, że już nigdy więcej się nie zobaczą. A teraz Broussard siedział przy jej stole, obracał jej zapalniczkę i krzyczał na jej widok. Przyszedł tutaj, chociaż nikt mu nie kazał. Pod nikogo bowiem nie podlegał, od nikogo już nie był zależny.
— Ty natomiast wyglądasz kwitnąco. Bezrobocie ci służy. — Orzekła, nic sobie nie robiąc z jego obelg. Leo Broussard widział ją już w każdym możliwym stanie; widział ją w niedostatku i szeroko rozumianej biedzie, widział ją w szczęściu i rozrywającym smutku, widział ją w krwi i widział ją w popiele. A teraz widział ją w stanie rozkładu.
Pochyliła się w jego kierunku raz jeszcze, aby tym razem odpalić papierosa, choć smak tytoniu czuła nieustannie na języku. Było to jedyne, co do niej docierało w ostatnim czasie; nie czuła zapachów ani innych smaków, nie docierały do niej dźwięki, a obrazy zdawały się nie rejestrować. Był tylko gorzki smak na języku.
Wraz z tym, jak wydmuchała z płuc szarą chmurę dymu, ponownie spojrzała na mężczyznę. To spojrzenie, w które wkradł się niespodziewanie cień dawnej iskry, musiało Broussardowi wystarczyć w ramach odpowiedzi, którą przecież doskonale znał.
— Z tego, co pamiętam, Broussard, mieliśmy się już nigdy więcej nie spotkać, a tymczasem przerywasz swoje kanikuły — słowa tego, jak wiadomo, nie użyła wcale przypadkowo — aby złożyć mi wizytę. Chyba nie zrobiłeś się . s e n t y m e n t a l n y?
Leo Broussard
Spodziewała się, że przyślą kogoś obcego. Kogoś dla kogo nigdy nie była matką. Mógł pofatygować się do niej sam Vena, wyborowy strzelec elitarnego grona, tak aby Rada miała pewność, że zadanie zostało rzeczywiście wykonane. Spodziewała się każdego, ale z całą pewnością nie tego, że w mroku domu dostrzeże postać, z którą jej życie było nierozerwalnie złączone niemal od samego początku. A przynajmniej od tamtego dnia, kiedy splątani — fizycznie i emocjonalnie — runęli w dół po schodach.
Nie rozumiała. Nikt nie mógł go przysłać, ponieważ został wypierdolony w ten sam sposób, co ona. Ba! To z jego powodu ona sama zdawała się również otrzymać ten cholerny
Wpatrywała się w niego, jakby próbowała z jego twarzy przysłoniętej okularami wyczytać powód tej wizyty. Niczego tam nie dostrzegła. Jego głos natomiast dalej brzęczał jej nieprzyjemnie w uszach, ponieważ czas zamknięcia, którego długości nawet nie umiała określić, sprawił, że Amara zdążyła odzwyczaić się od jakichkolwiek bodźców. Nie pamiętała już dźwięku ludzkich głosów ani intensywności spojrzeń. Gniła, wycofana ze świata i pierwszy raz czuła, że mogłaby zrozumieć Leo wraz z jego upodobaniem do bagien. W końcu prychnęła.
— A co, chcesz mi powiedzieć, że tym właśnie jesteś? Czarnym księciem na koniu? — Słowo czarny szczególnie zaakcentowała. Twarz Amary jednak nie poruszyła się, jakby już była martwa. Na co dzień wyrazista i jednoznacznie okazująca emocje, tym razem była całkowicie pusta i pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia.
W innych okolicznościach najpewniej by się roześmiała, a przynajmniej zrobiłaby sobie używanie z jego słów. . Z b a w c a.. Broussard był w błędzie, jeśli myślał, że właśnie tego potrzebowała. Teraz na Amarze jednak te słowa nie zrobiły żadnego wrażenia. Były puste, niczego nie wnosiły i tym bardziej niczego nie zmieniały. Dupré była daleka od tego, aby wchodzić w jakiekolwiek przepychanki, w których Leo tak bardzo się lubował. A jednak przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, gdy zdjął okulary. Przyzwyczajona do półmroku dostrzegła zarys jego policzków, błysk oczu, którymi nie pogardziłby żaden aligator. Leo rozkwitł. Wciąż daleko mu było do dawnej świetności, kiedy bawił się w króla życia, ale wyglądał naprawdę dobrze. Zniknęły zapadnięte policzki, dredy wciąż były zadbane, a twarz i jego postawa… Było w niej coś, jakaś lekkość, która nadawała mu młodzieńczej wręcz chłopięcej energii, jakby odmłodniał dokładnie o tyle lat, o ile ona w tym krótkim czasie zdążyła się postarzeć.
Nachyliła się nieznacznie w jego kierunku z papierosem w ustach, ale nie danej jej było się nim zaciągnąć. Leo krzyknął, Amara drgnęła, a zaraz później drzwi zahałasowały, zdradzając obecność kogoś trzeciego. Leo nie był sam. Był z Darnellem, którego poznała po głosie. Niczym czujna sokolica — co było odruchem zupełnie niezamierzonym — skierowała nagle czujne oczy w stronę korytarza, tylko po to, aby następnie powrócić nimi do mężczyzny, który siedział naprzeciw niej. Do jej brata. Do męża. Do przyjaciela. Do najgorszego wroga. Do obcego. Bo tym ostatnim stali się ostatnio, obiecując sobie, że już nigdy więcej się nie zobaczą. A teraz Broussard siedział przy jej stole, obracał jej zapalniczkę i krzyczał na jej widok. Przyszedł tutaj, chociaż nikt mu nie kazał. Pod nikogo bowiem nie podlegał, od nikogo już nie był zależny.
— Ty natomiast wyglądasz kwitnąco. Bezrobocie ci służy. — Orzekła, nic sobie nie robiąc z jego obelg. Leo Broussard widział ją już w każdym możliwym stanie; widział ją w niedostatku i szeroko rozumianej biedzie, widział ją w szczęściu i rozrywającym smutku, widział ją w krwi i widział ją w popiele. A teraz widział ją w stanie rozkładu.
Pochyliła się w jego kierunku raz jeszcze, aby tym razem odpalić papierosa, choć smak tytoniu czuła nieustannie na języku. Było to jedyne, co do niej docierało w ostatnim czasie; nie czuła zapachów ani innych smaków, nie docierały do niej dźwięki, a obrazy zdawały się nie rejestrować. Był tylko gorzki smak na języku.
Wraz z tym, jak wydmuchała z płuc szarą chmurę dymu, ponownie spojrzała na mężczyznę. To spojrzenie, w które wkradł się niespodziewanie cień dawnej iskry, musiało Broussardowi wystarczyć w ramach odpowiedzi, którą przecież doskonale znał.
— Z tego, co pamiętam, Broussard, mieliśmy się już nigdy więcej nie spotkać, a tymczasem przerywasz swoje kanikuły — słowa tego, jak wiadomo, nie użyła wcale przypadkowo — aby złożyć mi wizytę. Chyba nie zrobiłeś się . s e n t y m e n t a l n y?
Leo Broussard
k
Trigger Warning
W poście pojawiają się treści o charakterze seksistowskim i homofobicznym. Są one elementem kreacji świata i postaci funkcjonującej w realiach przestępczych. Nie są one odzwierciedleniem moich prywatnych poglądów.
Nie był żadnym zbawcą. To była działka Amary. Brać dzieciaki, nadawać imiona, chrzcić je, wieszać na krzyżach – wszystkie te rytuały, które ludzie wprost uwielbiali.
- Kiedy kobiety przekwitają… Mężczyźni dalej rosną w siłę – odpowiedział filozoficznie. – Poza tym… Dalej jestem hotelarzem – Leo nigdy się tak nie nazywał. Nigdy nie używał tego słowa, nigdy nie opisywał siebie w ten sposób, jakby należał do jakiejś spokojnej, uporządkowanej kategorii ludzi. A jednak teraz… nie przyszło mu do głowy nic lepszego. Było w tym coś absurdalnego, niemal obraźliwego, że jedyne stanowisko jakie teraz posiadał, brzmiało właśnie tak.
„Hotelarz.”
Słowo, które pasowało do niego mniej więcej tak samo jak żona, dom na przedmieściach i jakiś głupi, rodzinny pies w typie golden retrievera.
Leo przez moment wyglądał, jakby nie do końca zrozumiał, co właśnie do niego powiedziała. Cofnął się odrobinę i zmarszczył brwi odchylając lekko głowę. Dopiero po chwili spojrzał na nią uważniej, mierząc ją wzrokiem od góry do dołu, powoli, bez pośpiechu, jakby dopiero teraz naprawdę sprawdzał, w jakim jest stanie. Przewrócił oczami, wypuszczając powietrze nosem i oparł dłonie o stół, po czym zaczął się podnosić. Powoli. Z przesadzoną, niemal teatralną kontrolą, która nie służyła samemu wstawaniu, tylko temu, co chciał przez to pokazać.
Broussard uwielbiał dobry teatr. I jeszcze bardziej uwielbiał dobry symbol. W gruncie rzeczy jedno bez drugiego rzadko miało sens. To właśnie symbole budowały pozycje – nie tylko jego, ale wszystkich, którzy mieli na tyle rozumu, żeby zrozumieć, że ludzie nie reagują na fakty, tylko na to, co te fakty reprezentują. Całe jego życie było nimi przesiąknięte. Od samego początku nie chodziło o to, kim był, tylko o to, co sobą oznaczał.
Atak, który przeżył. Zniknięcie. Bagna. Porzucenie wszystkiego, co wcześniej definiowało jego styl życia. To wszystko aż prosiło się o interpretację. Dla jednych był dowodem na to, że został „wybrany”, że coś go wyrwało z jednego świata i wsadziło w drugi, że wrócił z miejsca, z którego inni nie wracali. Dla innych był po prostu wariatem, który za bardzo uwierzył we własne bajki.
Wcześniej tez nie było inaczej.
Kiedy prowadził się na bogato, był symbolem rozpusty, przesady, ostentacji – ale też czegoś więcej. Dowodem, że można było wyjść z dołu i zrobić z tego spektakl. Że można było być czarnym, młodym i bezczelnie bogatym w świecie, który niekoniecznie chciał to oglądać.
A potem to porzucił. Najzabawniejsze było to, jak szybko ludzie się dostosowywali. Jak łatwo przyjmowali nową wersję tej samej osoby, jakby poprzednia nigdy nie istniała.
Leo nigdy nie miał z tym problemu.
Zmiana symbolu była częścią gry.
Teraz też.
Bo stojąc nad Amarą, patrząc na nią z góry, nie musiał nic mówić, żeby było jasne, co właśnie przedstawia. Nie chodziło o słowa, tylko o układ. O różnicę wysokości. O to, kto stoi, a kto siedzi. Kto patrzy, a kto jest oglądany. Rzadko kiedy miał okazję by dominować nad Dupre. Teraz patrzył na nią z góry, z twarzą spokojną aż do przesady, niemal pustą. Poza oczami.
Nie było w nich zmartwienia. Leo się nie martwił – ledwo interesowało go jutro, więc nie było świata, w którym nagle miałby martwić się Amarą. Nie wkurwienie, to byłoby za dużo na ten moment, Amara potrafiła go wkurwić, ale poza tym była zwyczajnie, chronicznie i konsekwentnie irytująca. Irytowała go, kiedy była tylko wiecznie wymądrzającą się dziewczynką, irytowała go, kiedy urosła szybciej od niego i kiedy snuła się za nim nie tylko do The Byrd, ale aż do samej Rady. To jednak nie było to.
Żal? Może coś na kształt żalu, ale nie w tym miękkim znaczeniu. Raczej zimne uznanie faktu, że to, co widzi, jest zwyczajnie żałosne.
- Skończ pierdolić - wbił spojrzenie dokładnie tam, gdzie pod ciemnymi szkłami jego własnych okularów powinny być jej oczy. Nie widział ich. Widział tylko siebie. Rozmazane odbicie na powierzchni soczewek, własne spojrzenie odbijające się do niego, jakby to nie ona była po drugiej stronie stołu, tylko jakaś wersja jego samego.
- Chciałbym – powiedział to słowo z naciskiem – cię nigdy więcej nie spotkać i zapamiętać cię taką, jaka byłaś. Przebrana za musztardę i… - pod koniec zaczął nieco mamrotać pod nosem, nie będąc pewien jak powinien zakończyć swoją kwestię. Odchrząknął i odszedł od stołu zataczając półkole, żeby dojść do kuchennego okna, przez którego żaluzje kępki światła wpadały do pomieszczenia. Materiał jego koszuli opadał z ramion, odsłaniając klatkę piersiową i brzuch. Spodnie opinały się nisko na biodrach, a pasek nie był zapięty jak trzeba. Wyglądał, jakby ktoś wyrwał go z łóżka i jednocześnie wszystko leżało na nim dokładnie tak, jak powinno. Nie było łańcuchów, którymi zazwyczaj obwieszał się bez wstydu. Zamiast tego tylko kolczyki – w uszach, w nosie, w sutkach – drobne, metaliczne punkty, które łapały światło. – Ale twoje dzieciaki, chyba nie do końca zrozumiały, co się wydarzyło – ruszył dalej, przesunął dłonią po blacie, zajrzał do jednej z szafek i zamknął ją zaraz potem. – Miłość dziecka do matki zawsze mnie fascynowała – otworzył kolejną szafkę, tym razem zostawiając ją uchyloną. – Ojciec może się starać. Może się nawet zesrać, ale to nigdy nie jest to samo – przeszedł kawałek dalej, zataczając powoli łuk, który z każdym krokiem coraz bardziej przypominał krążenie.
- Nie wpuszczasz ludzi do domu, dzieciaki zostawiają ci papierosy pod drzwiami… I pierdolisz mi o sentymentach? – parsknął, przystając za jej krzesłem. – Nie jestem sentymentalny, siostro. Jestem wkurwiony, bo ze wszystkich ludzi w Nowym Orleanie, to ja zostałem wybrany na ojca twoich bachorów – zamilkł na moment. Było to wygodne. Dla niej i dla niego. Bo nawet kiedy jego kontakty ograniczały się głównie do ludzi spoza TBG – zawsze byli chłopcy. – A dzieci bardzo mocno i długo prosiły, żeby tatuś zajął się mamusią – zacisnął dłonie na jej ramionach i pochylił się. Jego usta zatrzymały się tuż przy jej uchu. – Więc jestem – syknął, po czym szybko wyprostował się i wrócił na swoje miejsce.
- To co? – ciągnął dalej. – Ktoś cię wystawił? Ktoś cię sprzedał? Nie mów mi, że myślałaś, że Lazarev będzie chciał się z tobą widywać, po tym jak wyjebał cię z Rady – parsknął, szczerze rozbawiony. Usiał naprzeciwko niej wygodniej. Zapalniczka w jego dłoni zaczęła uderzać o blat – raz, drugi, trzeci – metaliczny, równy dźwięk. – Naprawdę powinnaś się w końcu otrząsnąć – rzucił, już spokojniej, ale nadal z tym cieniem rozbawienia w głosie. – Wszyscy w tej twojej Radzie lubią w dupę. I tyle z wielkiej polityki, czy miłości. Jeśli jakkolwiek cię to pocieszy, pozwolę ci na siebie mówić Hangman. Wyrzekłem się cielesnych przyjemności, ale seks z tobą, w tym stanie nie będzie żadną przyjemnością, więc… - uniósł brwi i uśmiechnął się przesuwając językiem po zębach. – Co ty na to Amaro? Możesz upaść jeszcze niżej?
Amara Dupré
Mruczka
— Księciuniem. — Powtórzyła po nim z przytaknięciem. Leo uśmiechał się zawadiacko, a ona wciąż była poważna, wręcz posępna. Zupełnie tak, jakby przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. On był zadowolony, przede wszystkim z samego siebie, choć nikt tak dobrze, jak Amara nie wiedział, że Leo w życiu lubił się wyłącznie bawić, nie mając doświadczenia w ciężkiej pracy. Ona natomiast była strapiona, myśląc o tym, że niezależnie od tego ile się nie naharowała, ostatecznie nic z tego nie miała.
— Doprawdy? — Spytała z nutą ironii i kpiny. Hotelarz.O Broussardzie można było powiedzieć wszystko, ale nigdy nie to, że był . h o t e l a r z e m.. Nawet jego rodzina, po której odziedziczył May Baily's Place roześmiałaby się głośno na to stwierdzenie.
Chociaż twarz miała zasłoniętą jego okularami, poczuła wyraźnie jego spojrzenie. Niczego nie zmieniły. I znów na chwilę była jak nastolatka. Jak wtedy, gdy Zelie na głos komentowała jej wygląd, zmuszając Leo do tego, aby na nią popatrzył, a ona wiedziała, że niezależnie od tego, czy wcześniej podobało jej się to, jak wyglądała, stojąc obok swojej bliźniaczki, widziała w sobie już wyłącznie to, co jej się w sobie nie podobało. I była bardziej niż pewna, że inni również nagle zaczynali to dostrzegać. I teraz tak samo pomyślała o swoich poplątanych włosach, o suchej twarzy, uwidaczniającej wszystkie zmarszczki, o połach cienkiego szlafroka, które nie były w stanie utrzymać jej ciała i zaprzeczyć w ten sposób grawitacji. Nigdy nie widział jej w ten sposób nagiej i przez chwilę Amara poczuła wstyd; za siebie, za swoje ciało, za to, że to wszystko było w stanie doprowadzić ją do właśnie takiego stanu. Wstyd był tym większy, że Broussard naprawdę wyglądał cholernie dobrze. Sukinsyn miał rację, mężczyźni z wiekiem wyłącznie rośli w siłę, podczas gdy kobiety stawały się brzydkie i słabe. Wytrzymała jednak to spojrzenie, a później przypomniała sobie, że Broussarda nigdy nie interesowali inni, a wyłącznie on sam.
Zdecydowanym ruchem jednej ręki zdjęła z nosa okulary. Był odważnym mężczyzną, który przeżył śmierć, więc teraz musiał przeżyć jej widok. Chociaż do śmierci bez trudu można było ją porównać.
Uniosła nieznacznie brwi, wydychając głośno powietrze wraz z papierosowym dymem. Spektakle Leo nigdy jej nie interesowały. Miał szeroką publikę, ale ona jednak nigdy akurat do niej nie należała. Nie robił na niej wrażenia. Prawdopodobnie zbyt długo i zbyt dobrze go znała, aby mogło to na nią zadziałać. A jednak patrzyła dalej. Nie odrywała od niego spojrzenia również wtedy, kiedy zaczął nad nią górować. Zadarła głowę, aby móc dalej wpatrywać się w dwa punkty, w sam środek czarnych szkieł, gdzie powinny znajdować się jego oczy. Zawsze dotąd to ona nad nim górowała. Była nie tylko wyższa, ale i ogólnie większa. Nie z tego powodu jednak nigdy mu się nie podporządkowała. Leo był drobny i smukły, ale nie przeszkadzało mu to stać się cichym liderem, wzbudzającym ogólny podziw i szacunek. Ona jedna zdawała się odporna na to wszystko, a teraz… Teraz się temu zwyczajnie poddała. Bo świat, jaki dotychczas znała, przestał istnieć. Bo Amara przestała istnieć i nie miało już teraz znaczenia, kto na kogo patrzył i w jakiej pozycji to robił.
Nie odwróciła się za nim, kiedy ruszył. Spojrzeniem wróciła do stołowego blatu, ignorując słowa Broussarda, które nie miały dla niej najmniejszego sensu. Do czasu. Słowo dzieciaki zadźwięczało jej w uszach. Nie odwróciła się za nim, ale tym jednym słowem kupił w końcu jej uwagę, sprawiając, że Amara zaczęła czekać na to, co powie dalej, choć chwilę wcześniej jeszcze nic jej nie interesowało.
Zaciągnęła się jeszcze raz mocno papierosem, dopalając go do końca. Niedopałek wcisnęła do przepełnionej popielniczki, mocno dociskając go palcem wskazującym w taki sposób, że pod opuszką poczuła gorąc.
Już po chwili podobne ciepło poczuła w okolicy brzucha, kiedy usta Leo znalazły się tuż przy jej uchu. Nie była to jednak reakcja na tego bliskość, a na to, co mówił.
Niezliczona ilość dzieciaków wychowywała się bez ojców. Matki robiły dla nich wszystko: dawały im życie, pielęgnowały je, obdarzały miłością, karały, kiedy trzeba było i nagradzały, gdy była ku temu okazja. Dawały im wszystko, a one i tak marzyły o facecie, który poklepałby po ramieniu i okazał dumę. Amara nie potrafiła tego zrozumieć. A może rozumiała, ale nie chciała tego przyjąć, ani tym bardziej zaakceptować. Bo oznaczało to, że na zawsze najwyższą instancją miał pozostać mężczyzna.
W końcu Amara zaśmiała się krótko i cicho, choć był to śmiech, który bardziej przypominał charczenie rannego zwierzęcia.
— Chcesz mi powiedzieć, że ponad swoją wygodę przedłożyłeś troskę tych wszystkich chłopców. — Ostatnie słowo zaakcentowała, bo trudno było te dzieciaki określić tym mianem. Większość z nich była już wyrośnięta, nosiła broń za paskiem spodni i nie robiła tego wyłącznie ku własnej uciesze.
Nie zaśmiała się, a spoważniała momentalnie na kolejne drwiny Leo, nie chcąc słyszeć tego nazwiska we własnym domu.
— Naprawdę? Ciężko mi w to uwierzyć, bo mam zupełnie inne wrażenie. Zostałam wyruchana, jak nigdy wcześniej. — Warknęła, mogąc się wyłącznie domyślać, jak wielką satysfakcję przyniesie to samemu Broussardowi, który tak lubił rozwodzić się nad jej życiem intymnym. — I wiesz co? — Spytała, pochylając się nieznacznie w jego stronę. — Ty też mnie Broussard wyruchałeś. I to za te wszystkie lata. — Przesunęła dłońmi po blacie stołu, cofając je w swoją stronę i ostatecznie zaciskając na jego krawędzi na tyle mocno, że aż kłykcie jej pobielały. — Więc daruj sobie, zabieraj dzieciaki i baw się teraz w dom. Ja z tym skończyłam.
Leo Broussard
— Doprawdy? — Spytała z nutą ironii i kpiny. Hotelarz.O Broussardzie można było powiedzieć wszystko, ale nigdy nie to, że był . h o t e l a r z e m.. Nawet jego rodzina, po której odziedziczył May Baily's Place roześmiałaby się głośno na to stwierdzenie.
Chociaż twarz miała zasłoniętą jego okularami, poczuła wyraźnie jego spojrzenie. Niczego nie zmieniły. I znów na chwilę była jak nastolatka. Jak wtedy, gdy Zelie na głos komentowała jej wygląd, zmuszając Leo do tego, aby na nią popatrzył, a ona wiedziała, że niezależnie od tego, czy wcześniej podobało jej się to, jak wyglądała, stojąc obok swojej bliźniaczki, widziała w sobie już wyłącznie to, co jej się w sobie nie podobało. I była bardziej niż pewna, że inni również nagle zaczynali to dostrzegać. I teraz tak samo pomyślała o swoich poplątanych włosach, o suchej twarzy, uwidaczniającej wszystkie zmarszczki, o połach cienkiego szlafroka, które nie były w stanie utrzymać jej ciała i zaprzeczyć w ten sposób grawitacji. Nigdy nie widział jej w ten sposób nagiej i przez chwilę Amara poczuła wstyd; za siebie, za swoje ciało, za to, że to wszystko było w stanie doprowadzić ją do właśnie takiego stanu. Wstyd był tym większy, że Broussard naprawdę wyglądał cholernie dobrze. Sukinsyn miał rację, mężczyźni z wiekiem wyłącznie rośli w siłę, podczas gdy kobiety stawały się brzydkie i słabe. Wytrzymała jednak to spojrzenie, a później przypomniała sobie, że Broussarda nigdy nie interesowali inni, a wyłącznie on sam.
Zdecydowanym ruchem jednej ręki zdjęła z nosa okulary. Był odważnym mężczyzną, który przeżył śmierć, więc teraz musiał przeżyć jej widok. Chociaż do śmierci bez trudu można było ją porównać.
Uniosła nieznacznie brwi, wydychając głośno powietrze wraz z papierosowym dymem. Spektakle Leo nigdy jej nie interesowały. Miał szeroką publikę, ale ona jednak nigdy akurat do niej nie należała. Nie robił na niej wrażenia. Prawdopodobnie zbyt długo i zbyt dobrze go znała, aby mogło to na nią zadziałać. A jednak patrzyła dalej. Nie odrywała od niego spojrzenia również wtedy, kiedy zaczął nad nią górować. Zadarła głowę, aby móc dalej wpatrywać się w dwa punkty, w sam środek czarnych szkieł, gdzie powinny znajdować się jego oczy. Zawsze dotąd to ona nad nim górowała. Była nie tylko wyższa, ale i ogólnie większa. Nie z tego powodu jednak nigdy mu się nie podporządkowała. Leo był drobny i smukły, ale nie przeszkadzało mu to stać się cichym liderem, wzbudzającym ogólny podziw i szacunek. Ona jedna zdawała się odporna na to wszystko, a teraz… Teraz się temu zwyczajnie poddała. Bo świat, jaki dotychczas znała, przestał istnieć. Bo Amara przestała istnieć i nie miało już teraz znaczenia, kto na kogo patrzył i w jakiej pozycji to robił.
Nie odwróciła się za nim, kiedy ruszył. Spojrzeniem wróciła do stołowego blatu, ignorując słowa Broussarda, które nie miały dla niej najmniejszego sensu. Do czasu. Słowo dzieciaki zadźwięczało jej w uszach. Nie odwróciła się za nim, ale tym jednym słowem kupił w końcu jej uwagę, sprawiając, że Amara zaczęła czekać na to, co powie dalej, choć chwilę wcześniej jeszcze nic jej nie interesowało.
Zaciągnęła się jeszcze raz mocno papierosem, dopalając go do końca. Niedopałek wcisnęła do przepełnionej popielniczki, mocno dociskając go palcem wskazującym w taki sposób, że pod opuszką poczuła gorąc.
Już po chwili podobne ciepło poczuła w okolicy brzucha, kiedy usta Leo znalazły się tuż przy jej uchu. Nie była to jednak reakcja na tego bliskość, a na to, co mówił.
Niezliczona ilość dzieciaków wychowywała się bez ojców. Matki robiły dla nich wszystko: dawały im życie, pielęgnowały je, obdarzały miłością, karały, kiedy trzeba było i nagradzały, gdy była ku temu okazja. Dawały im wszystko, a one i tak marzyły o facecie, który poklepałby po ramieniu i okazał dumę. Amara nie potrafiła tego zrozumieć. A może rozumiała, ale nie chciała tego przyjąć, ani tym bardziej zaakceptować. Bo oznaczało to, że na zawsze najwyższą instancją miał pozostać mężczyzna.
W końcu Amara zaśmiała się krótko i cicho, choć był to śmiech, który bardziej przypominał charczenie rannego zwierzęcia.
— Chcesz mi powiedzieć, że ponad swoją wygodę przedłożyłeś troskę tych wszystkich chłopców. — Ostatnie słowo zaakcentowała, bo trudno było te dzieciaki określić tym mianem. Większość z nich była już wyrośnięta, nosiła broń za paskiem spodni i nie robiła tego wyłącznie ku własnej uciesze.
Nie zaśmiała się, a spoważniała momentalnie na kolejne drwiny Leo, nie chcąc słyszeć tego nazwiska we własnym domu.
— Naprawdę? Ciężko mi w to uwierzyć, bo mam zupełnie inne wrażenie. Zostałam wyruchana, jak nigdy wcześniej. — Warknęła, mogąc się wyłącznie domyślać, jak wielką satysfakcję przyniesie to samemu Broussardowi, który tak lubił rozwodzić się nad jej życiem intymnym. — I wiesz co? — Spytała, pochylając się nieznacznie w jego stronę. — Ty też mnie Broussard wyruchałeś. I to za te wszystkie lata. — Przesunęła dłońmi po blacie stołu, cofając je w swoją stronę i ostatecznie zaciskając na jego krawędzi na tyle mocno, że aż kłykcie jej pobielały. — Więc daruj sobie, zabieraj dzieciaki i baw się teraz w dom. Ja z tym skończyłam.
Leo Broussard
k
Leo spojrzał na Amarę szczerze zaskoczony. Zmierzył wzrokiem jej poważną, wściekłą twarz, palce zaciskające się na krawędzi stołu. Odsunął się nawet minimalnie, wyraźnie nie rozumiejąc aż tak dramatycznej reakcji z jej strony. Po sobie by się jej spodziewał – w końcu miał to teatralne zacięcie i głęboko wierzył, że może w innym życiu, gdyby urodził się po dobrej stronie torów, zostałby jedną z tych sławnych person zajmujących się Bóg wie czym. Kimś zapraszanym na salony, gale i inne rozdania nagród. Kimś, kogo nazwisko wymawiało się z odpowiednią intonacją, a wejście poprzedzało szmer rozmów – co właściwie różniło się tylko drobnymi szczegółami od tego, co miał teraz. Nie były to oczywiście, żadne niespełnione marzenia. Gdyby miał przejść przez wszystkie swoje fantazje – dziecięce lub nie – raczej nie znalazłby tam Grammy ani Oscara. Leo nigdy nie marzył o sztuce. Marzył o uwadze. O tym krótkim momencie, gdzie wszystko dookoła zatrzymuje się choćby na ułamek sekundy. Ponieważ, tak jak aligatory lubiły wygrzewać się w świetle Luizjańskiego słońca, Leo był pewny, że w każdym innym życiu lubiłby wygrzewać się w spojrzeniach innych ludzi.
Zaraz jednak zaskoczenie ustąpiło miejsca czemuś innemu.
W aligatorach najbardziej niepokojący był kontrast. Były to ogromne zwierzęta, a prawie nie robiły hałasu. Kiedy wynurzały się, wyglądały tak jakby bagno samo powoli wypychało je na powierzchnię. Zazwyczaj najpierw widać było tylko drobny ruch wody, prawie żaden. Tafla zaczynała się marszczyć, jakby coś ciężkiego przesuwało się tuż pod powierzchnią. Potem powoli pokazywały się oczy i nozdrza – praktycznie bez dźwięku. Jeśli wychodziły całe – najpierw wynurzał się pysk, potem grzbiet z twardymi wypustkami, a dopiero później ciężkie ciało wypychało się na brzeg powolnym, niemal leniwym ruchem. Jeśli nie atakowały to nie „wyskakiwały” dramatycznie jak w filmach. Standardowo wyglądały bardziej jak kawałek bagna, który nagle okazał się żywy.
Uśmiech Leo pojawił się właśnie w taki sposób.
Nie wyszczerzył nagle zębów ani nie zaatakował jej gwałtowną drwiną. Najpierw drgnął mu tylko kącik ust, prawie niezauważalnie. Później coś rozlało się po jego twarzy powoli, leniwie. Dopiero po chwili spomiędzy ciemnych warg błysnęła jasna linia zębów, ostra i niepokojąca. Wyglądał, jakby właśnie coś sobie uświadomił. I faktycznie tak było.
Chodziło o Radę i chodziło o gang. Amara siedziała tutaj zamknięta, bo odebrano jej stanowisko i wpływy i coś znacznie większego – miejsce, do którego próbowała należeć przez praktycznie całe swoje życie. Całą swoją tożsamość oparła na byciu potrzebną tamtym ludziom, na byciu częścią czegoś większego od siebie. A teraz ktoś po prostu przeciął tę nić i zostawił ją samą ze świadomością, że może nigdy nie była dla nich tym, czym oni byli dla niej.
Było to tak absurdalne i niewyobrażalnieżałosne smutne, że Leo… roześmiał się. Naprawdę. Krótko na początku bardziej z niedowierzania niż rozbawienia, ale zaraz śmiech wyrwał mu się z gardła jeszcze raz, głośniejszy, bardziej szczery, wręcz okrutny. Odwrócił na moment głowę, przymykając oczy, jakby próbował się opanować.
- Więc to – zaczął pokazując na pomieszczenie, w którym się znajdowali. Na zasłonięte okna. Na brud. Na uschnięte kwiaty. I w końcu – na samą Amarę, która niewiele różniła się od tych słaniających się po podłodze roślin. – Jest przez ten mały gangbang? – chichocząc, przesunął kciukiem po kąciku oka, ścierając wilgoć, która nagle się tam pojawiła. – No to co… - podniósł się z miejsca, klepiąc dłonią o własne uda. – Będę się zbierał. Naprawdę nie sądziłem, że jesteś aż tak żałosna – pokręcił głową z niedowierzaniem. – To znaczy… pozbyłaś się swojej siostry bez mrugnięcia okiem. Nie mówiąc już o tym co zrobiłaś z tym białym diabłem. A teraz siedzisz tutaj, śmierdzisz, gnijesz i każesz mi zabierać dzieciaki? – odwrócił się już nawet w stronę wyjścia z kuchni, jakby naprawdę miał zamiar zawołać Darnella. – Chcesz? Mogę ich tu zawołać. Powiedz im sama, że mam się nimi zająć, bo mamusia nie daje już rady – dopiero wtedy spojrzał na nią jeszcze raz przez ramię. Aż jego wzrok zatrzymał się na okularach leżących na stole. Och tak! Aksamitna ciemność panująca w środku była na tyle przyjemna, że zapomniał o tym, co działo się na zewnątrz. Sięgnął po ciemne szkła. – Wiesz… uważałem, że popełnili ogromny błąd, pozbywając się twojego głosu. Ale teraz? Myślę, że pierwszy raz od dawna zrobili coś dobrze.
Amara Dupré
Zaraz jednak zaskoczenie ustąpiło miejsca czemuś innemu.
W aligatorach najbardziej niepokojący był kontrast. Były to ogromne zwierzęta, a prawie nie robiły hałasu. Kiedy wynurzały się, wyglądały tak jakby bagno samo powoli wypychało je na powierzchnię. Zazwyczaj najpierw widać było tylko drobny ruch wody, prawie żaden. Tafla zaczynała się marszczyć, jakby coś ciężkiego przesuwało się tuż pod powierzchnią. Potem powoli pokazywały się oczy i nozdrza – praktycznie bez dźwięku. Jeśli wychodziły całe – najpierw wynurzał się pysk, potem grzbiet z twardymi wypustkami, a dopiero później ciężkie ciało wypychało się na brzeg powolnym, niemal leniwym ruchem. Jeśli nie atakowały to nie „wyskakiwały” dramatycznie jak w filmach. Standardowo wyglądały bardziej jak kawałek bagna, który nagle okazał się żywy.
Uśmiech Leo pojawił się właśnie w taki sposób.
Nie wyszczerzył nagle zębów ani nie zaatakował jej gwałtowną drwiną. Najpierw drgnął mu tylko kącik ust, prawie niezauważalnie. Później coś rozlało się po jego twarzy powoli, leniwie. Dopiero po chwili spomiędzy ciemnych warg błysnęła jasna linia zębów, ostra i niepokojąca. Wyglądał, jakby właśnie coś sobie uświadomił. I faktycznie tak było.
Chodziło o Radę i chodziło o gang. Amara siedziała tutaj zamknięta, bo odebrano jej stanowisko i wpływy i coś znacznie większego – miejsce, do którego próbowała należeć przez praktycznie całe swoje życie. Całą swoją tożsamość oparła na byciu potrzebną tamtym ludziom, na byciu częścią czegoś większego od siebie. A teraz ktoś po prostu przeciął tę nić i zostawił ją samą ze świadomością, że może nigdy nie była dla nich tym, czym oni byli dla niej.
Było to tak absurdalne i niewyobrażalnie
- Więc to – zaczął pokazując na pomieszczenie, w którym się znajdowali. Na zasłonięte okna. Na brud. Na uschnięte kwiaty. I w końcu – na samą Amarę, która niewiele różniła się od tych słaniających się po podłodze roślin. – Jest przez ten mały gangbang? – chichocząc, przesunął kciukiem po kąciku oka, ścierając wilgoć, która nagle się tam pojawiła. – No to co… - podniósł się z miejsca, klepiąc dłonią o własne uda. – Będę się zbierał. Naprawdę nie sądziłem, że jesteś aż tak żałosna – pokręcił głową z niedowierzaniem. – To znaczy… pozbyłaś się swojej siostry bez mrugnięcia okiem. Nie mówiąc już o tym co zrobiłaś z tym białym diabłem. A teraz siedzisz tutaj, śmierdzisz, gnijesz i każesz mi zabierać dzieciaki? – odwrócił się już nawet w stronę wyjścia z kuchni, jakby naprawdę miał zamiar zawołać Darnella. – Chcesz? Mogę ich tu zawołać. Powiedz im sama, że mam się nimi zająć, bo mamusia nie daje już rady – dopiero wtedy spojrzał na nią jeszcze raz przez ramię. Aż jego wzrok zatrzymał się na okularach leżących na stole. Och tak! Aksamitna ciemność panująca w środku była na tyle przyjemna, że zapomniał o tym, co działo się na zewnątrz. Sięgnął po ciemne szkła. – Wiesz… uważałem, że popełnili ogromny błąd, pozbywając się twojego głosu. Ale teraz? Myślę, że pierwszy raz od dawna zrobili coś dobrze.
Amara Dupré
Mruczka
Amara Dupré odkąd tylko sięgała pamięcią, zawsze znajdowała się w pozycji, w której musiała udowadniać swoją wartość. Musiała udowodnić babci, że jest godna jej uwagi, Zelie, że nie jest od niej gorsza i miejscowym dzieciakom, że należy liczyć się z jej zdaniem. Udowadniała Malikowi swoją lojalność, rodzimej społeczności swoje znaczenie, a dzieciakom, które zbierała z ulicy, że tak samo szybko, jak może ofiarować im nowe życie, może im je również zabrać. Udowadniała na każdym kroku, że jest dla gangu nie tylko użyteczna, ale że sama Rada jej potrzebuje. Jedyną osobą, której nigdy niczego nie musiała udowadniać, był Broussard. Wręcz przeciwnie, trochę z przekory, trochę na kanwie strachu, a trochę, aby odróżnić się od innych — nawet od własnej siostry — jemu jednemu nigdy niczego nie udowadniała. Nie zrobiła tego, gdy jako nastolatek powtarzał, że może jeszcze rozłożyć przed nim nogi i udowodnić, czy jest lepsza od Zelie. Nie zrobiła tego również, gdy dekadę później oskarżał ją o jej morderstwo. I nie zrobiła tego też wtedy, gdy Leo podczas jednej z ich awantur grzmiał, że nie starczyłoby jej jaj, aby się go pozbyć. Teraz również nie zamierzała mu niczego udowadniać.
Pierwszy raz w życiu nie miała jednak już nikomu niczego do udowodnienia. Została sama i okazało się, że wszystko to, co udowadniała przez te długie lata, było na nic. Bo ostatecznie nie chciano jej w Radzie, gardząc tym, co tak skrupulatnie budowała przez całe swoje życie. Ostatnie trzydzieści lat poświęciła na budowanie struktury The Byrd, naiwnie najwidoczniej myśląc, że robiąc to, buduje również swoje własne znaczenie. Smak porażki był gorzki, natomiast rozczarowanie było trudne do przełknięcia.
Nie zraził jej jego śmiech. Niczego więcej po Leo się nie spodziewała. Broussard nie miał w sobie za grosz empatii, z kolei życie Amary, choć nierozerwalnie związane z jego własnym, było dla niego obce i niezrozumiałe. Niegdyś nazywali się przyjaciółmi, choć różnili się w każdy możliwy sposób. Dziś Amara nazwałaby go swoim własnym odbiciem, choć było to odbicie z krzywego zwierciadła. Patrzyła na niego ani myśląc odwracać spojrzenia. Patrzyła na dwa rzędy śnieżnobiałych zębów i słuchała perlistego śmiechu. Katowała się tym widokiem, znosząc go jednak z godnością. Z żalem musiała przyznać, że Leo rzeczywiście miał się z czego śmiać. Było to żałosne. To, co z nią zrobili. To, że gang ją wypluł, jakby była pierwszą lepszą płotką. Poniosła porażkę na całej linii i nie zamierzała udawać, że było inaczej.
Wściekłość pojawiła się dokładnie w momencie, kiedy Leo wstał. Mógł się z niej śmiać do woli, mógł czuć się wygranym, mógł traktować ją jako nic innego, jak żart, nie miał prawa bagatelizować tego wszystkiego, co się stało. Zacisnęła mocno szczęki. Wzrok spuściła na swoje wciąż zaciśnięte na stole dłonie, a później, niewiele myśląc, również wstała. Zrobiła to zamaszyści, przy okazji popychając stół w. stronę Broussarda. Przewrócił się z hukiem. Popielniczka uderzyła z brzdękiem o podłogę, pety wysypały się, a wszystkiemu temu towarzyszył głośny, niekontrolowany wrzask Amary.
Zaraz później drzwi wejściowe zaskrzypiały, szkło zachrzęszczało pod czyimiś butami.
— Co… — Darnell nie miał szansy dokończyć, ponieważ Amara mu przerwała:
— Wynoś się stąd w tym momencie! — Krzyknęła, tylko na chwilę odwracając głowę w tamtym kierunku. — Mamusia z tatusiem muszą porozmawiać. — Te słowa wypowiedziała, powracając spojrzeniem do Broussarda. Było w nich coś zgryźliwego, coś ciężkiego i lepkiego. Jej spojrzenie natomiast było przyszpilające i pierwszy raz od tamtego wieczoru pojawiły się w nim emocje. Zrobiła w jego kierunku dwa powolne kroki niczym kot szykujący się do skoku.
— Nie oczekuję Broussard, że zrozumiesz cokolwiek, co się zadziało. — Jej głos w czystej teorii był spokojny i opanowany. A jednak ten, kto ją znał, byłby w stanie usłyszeć te drobne wibracje, które świadczyły o tym, jak bliska była krzyku. — Ty przez całe swoje życie, od samego zasranego początku dbałeś tylko i wyłącznie o siebie. To inni na ciebie pracowali, żebyś mógł być teraz pierdoloną legendą. Dla ciebie The Byrd było niczym! Dla mnie… — Ręką wskazała na siebie. — Dla mnie był pierdolonym życiem! — Wrzasnęła. — Jebie mnie, co ty uważasz, bo nigdy nie byłeś w stanie spojrzeć dalej, niż poza czubek własnego nosa! Ty wrócisz sobie na bagna i twoja pieprzona legenda, na którą wszyscy pracowali, dalej będzie trwać. Ja bez gangu jestem nikim! — Było to równie przykre, co prawdziwe. — Jestem panią, której zaraz będą przysługiwały zniżki emeryckie, która nie ma niczego! Nie mam rodziny! Nie ma ani siostry, ani męża, ani pierdolonych interesów!
Leo Broussard
Pierwszy raz w życiu nie miała jednak już nikomu niczego do udowodnienia. Została sama i okazało się, że wszystko to, co udowadniała przez te długie lata, było na nic. Bo ostatecznie nie chciano jej w Radzie, gardząc tym, co tak skrupulatnie budowała przez całe swoje życie. Ostatnie trzydzieści lat poświęciła na budowanie struktury The Byrd, naiwnie najwidoczniej myśląc, że robiąc to, buduje również swoje własne znaczenie. Smak porażki był gorzki, natomiast rozczarowanie było trudne do przełknięcia.
Nie zraził jej jego śmiech. Niczego więcej po Leo się nie spodziewała. Broussard nie miał w sobie za grosz empatii, z kolei życie Amary, choć nierozerwalnie związane z jego własnym, było dla niego obce i niezrozumiałe. Niegdyś nazywali się przyjaciółmi, choć różnili się w każdy możliwy sposób. Dziś Amara nazwałaby go swoim własnym odbiciem, choć było to odbicie z krzywego zwierciadła. Patrzyła na niego ani myśląc odwracać spojrzenia. Patrzyła na dwa rzędy śnieżnobiałych zębów i słuchała perlistego śmiechu. Katowała się tym widokiem, znosząc go jednak z godnością. Z żalem musiała przyznać, że Leo rzeczywiście miał się z czego śmiać. Było to żałosne. To, co z nią zrobili. To, że gang ją wypluł, jakby była pierwszą lepszą płotką. Poniosła porażkę na całej linii i nie zamierzała udawać, że było inaczej.
Wściekłość pojawiła się dokładnie w momencie, kiedy Leo wstał. Mógł się z niej śmiać do woli, mógł czuć się wygranym, mógł traktować ją jako nic innego, jak żart, nie miał prawa bagatelizować tego wszystkiego, co się stało. Zacisnęła mocno szczęki. Wzrok spuściła na swoje wciąż zaciśnięte na stole dłonie, a później, niewiele myśląc, również wstała. Zrobiła to zamaszyści, przy okazji popychając stół w. stronę Broussarda. Przewrócił się z hukiem. Popielniczka uderzyła z brzdękiem o podłogę, pety wysypały się, a wszystkiemu temu towarzyszył głośny, niekontrolowany wrzask Amary.
Zaraz później drzwi wejściowe zaskrzypiały, szkło zachrzęszczało pod czyimiś butami.
— Co… — Darnell nie miał szansy dokończyć, ponieważ Amara mu przerwała:
— Wynoś się stąd w tym momencie! — Krzyknęła, tylko na chwilę odwracając głowę w tamtym kierunku. — Mamusia z tatusiem muszą porozmawiać. — Te słowa wypowiedziała, powracając spojrzeniem do Broussarda. Było w nich coś zgryźliwego, coś ciężkiego i lepkiego. Jej spojrzenie natomiast było przyszpilające i pierwszy raz od tamtego wieczoru pojawiły się w nim emocje. Zrobiła w jego kierunku dwa powolne kroki niczym kot szykujący się do skoku.
— Nie oczekuję Broussard, że zrozumiesz cokolwiek, co się zadziało. — Jej głos w czystej teorii był spokojny i opanowany. A jednak ten, kto ją znał, byłby w stanie usłyszeć te drobne wibracje, które świadczyły o tym, jak bliska była krzyku. — Ty przez całe swoje życie, od samego zasranego początku dbałeś tylko i wyłącznie o siebie. To inni na ciebie pracowali, żebyś mógł być teraz pierdoloną legendą. Dla ciebie The Byrd było niczym! Dla mnie… — Ręką wskazała na siebie. — Dla mnie był pierdolonym życiem! — Wrzasnęła. — Jebie mnie, co ty uważasz, bo nigdy nie byłeś w stanie spojrzeć dalej, niż poza czubek własnego nosa! Ty wrócisz sobie na bagna i twoja pieprzona legenda, na którą wszyscy pracowali, dalej będzie trwać. Ja bez gangu jestem nikim! — Było to równie przykre, co prawdziwe. — Jestem panią, której zaraz będą przysługiwały zniżki emeryckie, która nie ma niczego! Nie mam rodziny! Nie ma ani siostry, ani męża, ani pierdolonych interesów!
Leo Broussard
k
Leo drgnął, kiedy krzyk kobiety przeciął powietrzę. Odskoczył, nieco zbyt przesadnie, kiedy stół z hukiem przewrócił się na bok, uderzając o podłogę. Cóż… teraz mieszkanie Amary już naprawdę przypominało melinę. Mężczyzna przyglądał się temu całemu przedstawieniu, a w jego głowie elementy powoli dopasowywały się do siebie. Wydął lekko górną wargę, wzrokiem skacząc po całym pomieszczeniu, zastanawiając się jaką decyzję powinien podjąć. Nie było tu współczucia, nie było chęci uratowania jej, nie było senty…
Cholera.
A może jednak nie był człowiekiem bez serca?
Może wspólna historia coś znaczyła? Może te wszystkie dni, kiedy jako dzieci spędzali czas razem, szczerze się lubiąc, a później jako nastolatkowie i dorośli spędzali ten sam czas, nienawidząc się do szpiku kości, osiadły się na nim tak jak osad bagien osiadał się na niektórych ludziach?
Nie wszyscy, których Leo zabierał na swoje… rejsy po bagnach znikali. Niektórzy rzeczywiście wracali, ale później byli jak te plastikowe pojemniki na żywność – nieważne ile razy się je umyło, kolor i zapach jedzenia wciąż na nich pozostawał. Broussard lubił myśleć, że to on zostawiał na nich ten ślad.
I cóż… może to był czas przyznać samemu przed sobą, że Amara zostawiła ślad na nim.
Nie było to jednak ważne.
Ważne było coś innego.
Mógł sobie mówić, że nie chce mieć z nią nic wspólnego. Mógł sobie mówić wiele rzeczy – i zazwyczaj wierzył we wszystkie naraz – ale faktem było to, że ludzie nie bez powodu łączyli się w struktury. Nie bez powodu istniało coś takiego jak The Byrd Gang, a nie kilkunastu odwróconych Robin Hoodów, którzy dymali biednych i tworzyli bogatych, bo dokładnie tak na ten moment działały te nieszczęsne ptaszyny. Samotność bywała romantyczna, ale bywała też nieopłacalna. Będąc w konflikcie z Amarą, wcale sobie nie pomagał. Przeciwnie – rozbijał coś, co mogło jeszcze wyglądać jak jedność. A ludzie patrzyli. Zawsze patrzyli. I zawsze potrzebowali zobaczyć, że ktoś nad tym panuje, że ktoś trzyma to w ryzach, że nie wszystko się rozpadło. Razem byli drużyną. Osobno – problemem.
Leo może i przestał się obnosić z bogactwem tak jak kiedyś, ale nie przestał go lubić. Pieniądz był jedną z niewielu rzeczy, które nigdy go nie zawodziły. I co ważniejsze – sympatia ta była odwzajemniona.
Tyle że… to nie było takie proste.
Bo o ile chłopcy naturalnie zaczynali krążyć wokół jego orbity, Leo nigdy nie był zainteresowany prowadzeniem dla nich czegokolwiek na kształt… struktury. Wolał ludzi spoza gangu. Problem polegał na tym, że teraz nie miał dla nich żadnego miejsca. Jego myśli znowu wróciły do wszystkich mniejszych i większych chłopców. Jeśli miał zostać w Nowym Orleanie, nie mógł po prostu ich odrzucić. To nie była decyzja bez konsekwencji, a Amara zdawała się przeceniać jego wartość, mówiąc, że jego zaszycie się na bagnach nic by nie zmieniło. Zmieniłoby wszystko, ale nie musiał jej tego mówić.
Na moment przeszło mu przez myśl, że może jednak był zbyt skromny…
Rozczulanie się nad samym sobą pozostawił jednak na później. Widział teraz coś, co mógł trzymać nad panią Dupre. Musiał tylko po to sięgnąć. Delikatny uśmiech chciał pojawić się na jego twarzy, powstrzymał go jednak w porę. Nic tak nie demonstrowało przewagi jak spokój. I nic tak nie ustawiało drugiej osoby w miejscu jak powiedziane bez emocji: jak chcesz przestać być żałosna, to mam coś, co możesz robić.
Leo nie skomentował tego, że kobieta sama siebie nazwała przyszłą emerytką. Nie skomentował braku rodziny. Nie dorzucił też, że nie miała jej na swoje własne życzenie, a przynajmniej nie miała z tego powodu siostry i męża.
Zatrzymał się na interesach.
Głównie dlatego, że Amara już wybuchła, a Leo miał w sobie tę szczególną słabość do momentów tuż przed i tuż po wybuchu. Uwielbiał je prowokować. Podkręcać. Przekręcać gałkę kuchenki i patrzeć, jak wszystko zaczyna się gotować, jak napięcie rośnie, jak powierzchnia drży – aż mleko w końcu wykipi. W dokładnie w tej chwili… miał ogromną chęć się odsunąć. Tak, żeby spojrzeć na wszystko z większej perspektywy. Kiedyś między nim, a Dupre było zupełnie inaczej. Kłócili się często, o wszystko i o nic, ale nie były to kłótnie, które trzeba było inicjować. Po prostu tak ze sobą rozmawiali – ktoś mógłby nazwać to stylem komunikacji, gdyby miał ochotę brzmieć mądrze. Teraz jednak Leo nie czuł potrzeby dalszego dręczenia jej. Nie było w tym już nic ciekawego.
Krzesło, które przewróciło się wcześniej, pociągnięte przez stół, podniósł bez pośpiechu. Stół natomiast, leżał teraz żałośnie nogami do góry, jak zwierzę, które jeszcze nie zdecydowało czy zdechło. Leo nie spojrzał na nie dłużej. Postawił krzesło i usiadł.
Rozsunął nogi szeroko, a dłonie rozłożył na udach, po czym powoli je uniósł. – Chcesz interesy? – zapytał, zakładając okulary na nos. – Porozmawiajmy o interesach – dodał spokojnie, splatając dłonie i opierając je na brzuchu. – Co masz?
Amara Dupré
Cholera.
A może jednak nie był człowiekiem bez serca?
Może wspólna historia coś znaczyła? Może te wszystkie dni, kiedy jako dzieci spędzali czas razem, szczerze się lubiąc, a później jako nastolatkowie i dorośli spędzali ten sam czas, nienawidząc się do szpiku kości, osiadły się na nim tak jak osad bagien osiadał się na niektórych ludziach?
Nie wszyscy, których Leo zabierał na swoje… rejsy po bagnach znikali. Niektórzy rzeczywiście wracali, ale później byli jak te plastikowe pojemniki na żywność – nieważne ile razy się je umyło, kolor i zapach jedzenia wciąż na nich pozostawał. Broussard lubił myśleć, że to on zostawiał na nich ten ślad.
I cóż… może to był czas przyznać samemu przed sobą, że Amara zostawiła ślad na nim.
Nie było to jednak ważne.
Ważne było coś innego.
Mógł sobie mówić, że nie chce mieć z nią nic wspólnego. Mógł sobie mówić wiele rzeczy – i zazwyczaj wierzył we wszystkie naraz – ale faktem było to, że ludzie nie bez powodu łączyli się w struktury. Nie bez powodu istniało coś takiego jak The Byrd Gang, a nie kilkunastu odwróconych Robin Hoodów, którzy dymali biednych i tworzyli bogatych, bo dokładnie tak na ten moment działały te nieszczęsne ptaszyny. Samotność bywała romantyczna, ale bywała też nieopłacalna. Będąc w konflikcie z Amarą, wcale sobie nie pomagał. Przeciwnie – rozbijał coś, co mogło jeszcze wyglądać jak jedność. A ludzie patrzyli. Zawsze patrzyli. I zawsze potrzebowali zobaczyć, że ktoś nad tym panuje, że ktoś trzyma to w ryzach, że nie wszystko się rozpadło. Razem byli drużyną. Osobno – problemem.
Leo może i przestał się obnosić z bogactwem tak jak kiedyś, ale nie przestał go lubić. Pieniądz był jedną z niewielu rzeczy, które nigdy go nie zawodziły. I co ważniejsze – sympatia ta była odwzajemniona.
Tyle że… to nie było takie proste.
Bo o ile chłopcy naturalnie zaczynali krążyć wokół jego orbity, Leo nigdy nie był zainteresowany prowadzeniem dla nich czegokolwiek na kształt… struktury. Wolał ludzi spoza gangu. Problem polegał na tym, że teraz nie miał dla nich żadnego miejsca. Jego myśli znowu wróciły do wszystkich mniejszych i większych chłopców. Jeśli miał zostać w Nowym Orleanie, nie mógł po prostu ich odrzucić. To nie była decyzja bez konsekwencji, a Amara zdawała się przeceniać jego wartość, mówiąc, że jego zaszycie się na bagnach nic by nie zmieniło. Zmieniłoby wszystko, ale nie musiał jej tego mówić.
Na moment przeszło mu przez myśl, że może jednak był zbyt skromny…
Rozczulanie się nad samym sobą pozostawił jednak na później. Widział teraz coś, co mógł trzymać nad panią Dupre. Musiał tylko po to sięgnąć. Delikatny uśmiech chciał pojawić się na jego twarzy, powstrzymał go jednak w porę. Nic tak nie demonstrowało przewagi jak spokój. I nic tak nie ustawiało drugiej osoby w miejscu jak powiedziane bez emocji: jak chcesz przestać być żałosna, to mam coś, co możesz robić.
Leo nie skomentował tego, że kobieta sama siebie nazwała przyszłą emerytką. Nie skomentował braku rodziny. Nie dorzucił też, że nie miała jej na swoje własne życzenie, a przynajmniej nie miała z tego powodu siostry i męża.
Zatrzymał się na interesach.
Głównie dlatego, że Amara już wybuchła, a Leo miał w sobie tę szczególną słabość do momentów tuż przed i tuż po wybuchu. Uwielbiał je prowokować. Podkręcać. Przekręcać gałkę kuchenki i patrzeć, jak wszystko zaczyna się gotować, jak napięcie rośnie, jak powierzchnia drży – aż mleko w końcu wykipi. W dokładnie w tej chwili… miał ogromną chęć się odsunąć. Tak, żeby spojrzeć na wszystko z większej perspektywy. Kiedyś między nim, a Dupre było zupełnie inaczej. Kłócili się często, o wszystko i o nic, ale nie były to kłótnie, które trzeba było inicjować. Po prostu tak ze sobą rozmawiali – ktoś mógłby nazwać to stylem komunikacji, gdyby miał ochotę brzmieć mądrze. Teraz jednak Leo nie czuł potrzeby dalszego dręczenia jej. Nie było w tym już nic ciekawego.
Krzesło, które przewróciło się wcześniej, pociągnięte przez stół, podniósł bez pośpiechu. Stół natomiast, leżał teraz żałośnie nogami do góry, jak zwierzę, które jeszcze nie zdecydowało czy zdechło. Leo nie spojrzał na nie dłużej. Postawił krzesło i usiadł.
Rozsunął nogi szeroko, a dłonie rozłożył na udach, po czym powoli je uniósł. – Chcesz interesy? – zapytał, zakładając okulary na nos. – Porozmawiajmy o interesach – dodał spokojnie, splatając dłonie i opierając je na brzuchu. – Co masz?
Amara Dupré
Mruczka
Nigdy nie było w niej teatralnego dramatyzmu — ten zdecydowanie był domeną Zelie. Amara już od dziecka była zachowawcza, wiedząc jednak, że spokój i zaledwie jedna przenikliwa uwaga potrafiły robić wrażenie znacznie większe, niż krzyki, brawura lub teatralne gesty.
Leo od dziecka uwielbiał budować napięcie, przyciągać spojrzenia, bawić się kradzioną uwagą. Był w tym znacznie więcej niż dobry; był rewelacyjny, nie mając sobie równych. Samobójstwem byłoby więc wchodzić z nim w konkury, Amara szybko zrozumiała, że tym, jak może zyskać sama przy tak charyzmatycznym przyjacielu i równie przykuwającej uwagę siostrze, było pozostanie cichą i wyważoną. Z biegiem czasu przekonała się, że było to najlepsze, na co mogła postawić z jeszcze jednego względu: nikt nie lubił krzyczących kobiet. Te momentalnie wyzywało się od histeryczek i szajbusek, szybko je deprecjonując. Gangsterzy w filmach — inaczej niż podczas Rady Dziewięciu — również największy respekt budzili swoim opanowaniem i logicznym myśleniem nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Emocje nie powinny być w stanie przyćmić ich logicznego myślenia i umiejętności strategicznych. Tak przynajmniej było w teorii, bo spotkanie w gmachu baletowego teatru udowodniło, że pięćdziesięcioletni faceci z rzekomym doświadczeniem byli gorsi od nastolatek.
Mała Amie chciała być jednak jak Ojciec Chrzestny. Nie ulegała porywom serca, ucząc się zachowywać kamienną twarz. Potrafiła głośno się śmiać, płakać, czy być wściekła, ale ostatecznie, kiedy znajdowała się na scenie wiedziała, że jej siłą było opanowanie i zachowanie spokoju. Opanowała to do perfekcji, czego kolejnym przykładem było spotkanie Rady Dziewięciu. To właśnie w ten sposób zyskała respekt zarówno starych, długoletnich członków gangu, takich chociażby, jak Santiago, jak i tych wszystkich szczeniaków, którzy z podziwem i dumą nazywali ją później Mommy.
Tę samą, poważną twarz zachowała, opuszczając spotkanie, jak i później, siedząc z Leo w barze. A później wróciła do domu i twarz, którą straciła, opadła, pozostawiając po sobie pustą dziurę. Nie była to maska, bo opanowanie zdawało się wrosnąć w nią na dobre, stanowiąc lwią część jej tożsamości.
A jednak teraz, tam, gdzie wcześniej znajdował się spokój, zionęła dzika wściekłość, której nie powstydziłaby się sama Zelie. Amara nie musiała już się chować za opanowaniem, ponieważ nie miała ku temu najmniejszego powodu. Mogła w końcu zmienić się w histeryczną babę, ponieważ nie miała już żadnej innej tożsamości, która by jej na to nie pozwoliła. Tym właśnie była: starszą panią, która gotowała najlepsze w mieście gumbo, nikim więcej. Nie maiła już chłopców, którym robiłaby pranie mózgu, nie miała już struktury, którą musiałaby trzymać krótko za mordę. Nie miała żadnej rodziny. Mogła puścić lejce i dać się ponieść.
I właśnie dlatego, patrząc na Leo, parsknęła szyderczo. Była pewna, że przewrócenie stołu zakończy tę rozmowę, na którą nie miała najmniejszej ochoty, ale ten zamiast wyjść, podniósł krzesło i usiadł jak gdyby nigdy nic. Amara zmierzyła go wzrokiem.
— O interesach? — Powtórzyła po nim wysokim, niepodobnym do samej siebie tonem. Miała donośny głos, momentami wręcz tubalny, zdecydowanie niski. Teraz jednak wzrosła się nim na jego wyżyny, po czym roześmiała się głośno, jakby Leo powiedział jej coś naprawdę śmiesznego. — O jakich interesach?! — Parsknęła. Nie było już interesów. Było muzeum, które zaniedbała, polegając na jego pracownikach. I nawet jeśli wciąż znajdowały się tam pieniądze i broń należące do gangu, to niczego to nie zmieniało. — Co mam? — Powtórzyła wręcz histerycznie. — Co ja mam?! Ty się mnie naprawdę o to pytasz? Rozejrzyj się, Broussard. Gówno mam! Straciłam wszystko i tylko ty jeden wiesz, jak wiele.
Leo Broussard
Leo od dziecka uwielbiał budować napięcie, przyciągać spojrzenia, bawić się kradzioną uwagą. Był w tym znacznie więcej niż dobry; był rewelacyjny, nie mając sobie równych. Samobójstwem byłoby więc wchodzić z nim w konkury, Amara szybko zrozumiała, że tym, jak może zyskać sama przy tak charyzmatycznym przyjacielu i równie przykuwającej uwagę siostrze, było pozostanie cichą i wyważoną. Z biegiem czasu przekonała się, że było to najlepsze, na co mogła postawić z jeszcze jednego względu: nikt nie lubił krzyczących kobiet. Te momentalnie wyzywało się od histeryczek i szajbusek, szybko je deprecjonując. Gangsterzy w filmach — inaczej niż podczas Rady Dziewięciu — również największy respekt budzili swoim opanowaniem i logicznym myśleniem nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Emocje nie powinny być w stanie przyćmić ich logicznego myślenia i umiejętności strategicznych. Tak przynajmniej było w teorii, bo spotkanie w gmachu baletowego teatru udowodniło, że pięćdziesięcioletni faceci z rzekomym doświadczeniem byli gorsi od nastolatek.
Mała Amie chciała być jednak jak Ojciec Chrzestny. Nie ulegała porywom serca, ucząc się zachowywać kamienną twarz. Potrafiła głośno się śmiać, płakać, czy być wściekła, ale ostatecznie, kiedy znajdowała się na scenie wiedziała, że jej siłą było opanowanie i zachowanie spokoju. Opanowała to do perfekcji, czego kolejnym przykładem było spotkanie Rady Dziewięciu. To właśnie w ten sposób zyskała respekt zarówno starych, długoletnich członków gangu, takich chociażby, jak Santiago, jak i tych wszystkich szczeniaków, którzy z podziwem i dumą nazywali ją później Mommy.
Tę samą, poważną twarz zachowała, opuszczając spotkanie, jak i później, siedząc z Leo w barze. A później wróciła do domu i twarz, którą straciła, opadła, pozostawiając po sobie pustą dziurę. Nie była to maska, bo opanowanie zdawało się wrosnąć w nią na dobre, stanowiąc lwią część jej tożsamości.
A jednak teraz, tam, gdzie wcześniej znajdował się spokój, zionęła dzika wściekłość, której nie powstydziłaby się sama Zelie. Amara nie musiała już się chować za opanowaniem, ponieważ nie miała ku temu najmniejszego powodu. Mogła w końcu zmienić się w histeryczną babę, ponieważ nie miała już żadnej innej tożsamości, która by jej na to nie pozwoliła. Tym właśnie była: starszą panią, która gotowała najlepsze w mieście gumbo, nikim więcej. Nie maiła już chłopców, którym robiłaby pranie mózgu, nie miała już struktury, którą musiałaby trzymać krótko za mordę. Nie miała żadnej rodziny. Mogła puścić lejce i dać się ponieść.
I właśnie dlatego, patrząc na Leo, parsknęła szyderczo. Była pewna, że przewrócenie stołu zakończy tę rozmowę, na którą nie miała najmniejszej ochoty, ale ten zamiast wyjść, podniósł krzesło i usiadł jak gdyby nigdy nic. Amara zmierzyła go wzrokiem.
— O interesach? — Powtórzyła po nim wysokim, niepodobnym do samej siebie tonem. Miała donośny głos, momentami wręcz tubalny, zdecydowanie niski. Teraz jednak wzrosła się nim na jego wyżyny, po czym roześmiała się głośno, jakby Leo powiedział jej coś naprawdę śmiesznego. — O jakich interesach?! — Parsknęła. Nie było już interesów. Było muzeum, które zaniedbała, polegając na jego pracownikach. I nawet jeśli wciąż znajdowały się tam pieniądze i broń należące do gangu, to niczego to nie zmieniało. — Co mam? — Powtórzyła wręcz histerycznie. — Co ja mam?! Ty się mnie naprawdę o to pytasz? Rozejrzyj się, Broussard. Gówno mam! Straciłam wszystko i tylko ty jeden wiesz, jak wiele.
Leo Broussard
k
Trigger Warning
W poście pojawiają się treści o charakterze seksistowskim. Są one elementem kreacji świata i postaci funkcjonującej w realiach przestępczych. Nie są one odzwierciedleniem moich prywatnych poglądów.
Leo nie był ślepy na fakt, że odcięcie się od gangu nie było dla niego ruchem korzystnym. Nie wprost. Nie w krótkiej perspektywie. Tracił sieć, dostęp i ludzi, którzy – jakkolwiek problematyczni – stanowili część większej układanki. Ale kiedy patrzył na to, co nazywało się teraz „strukturą” trudno było mu udawać, że to wciąż była ta sama rzecz, do której kiedyś należał.
Czy naprawdę było mu żal?
Czy naprawdę chciałby brać w tym udział – z tymi ludźmi, którzy nie potrafili dopilnować własnych interesów, własnych ludzi, własnych dzieci?
Leo był dumny i nie chciał brać dłużej udziału w czymś, co coraz bardziej przypominało zbiorową niekompetencję z przyklejoną nazwą „lojalność”. Zresztą… lojalność była tu pojęciem bardzo elastycznym. Zastanawiał się jedynie, czy reszta też to widzi. Czy reszta członków – przemytnicy, pośrednicy i wszyscy ci, którzy trzymali tę strukturę przy życiu od dołu – przyjmie zmianę stołków na górze z tą samą obojętnością.
Czy naprawdę nie miało to dla nich znaczenia? Czy każdy układ, każde nazwisko, każda hierarchia była wymienna, dopóki interes dalej się kręcił? Leo nie był człowiekiem lojalności bezwarunkowej, ale nie był też człowiekiem, który wierzył w całkowity brak konsekwencji.
Mógł więc przyjąć konsekwencje swojej niewyparzonej gęby, zastanawiał się tylko, czy to co zostało z TBG będzie w stanie przyjąć to, co sami na siebie wprowadzili, czy będą dalej żyli w zbiorowym złudzeniu.
- Próbuję z tobą rozmawiać jak z człowiekiem, ze względu na naszą wieloletnią… - zawiesił głos, po czym uśmiech rozciągnął się na jego twarzy - …przyjaźń.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwałby ich relacji przyjaźnią. Nie po tym wszystkim. To, co mieli kiedyś – gdzieś w dzieciństwie, w tych krótkich latach, kiedy faktycznie się lubili – było teraz jak wyblakłe zdjęcie. Ułamek czasu, który nie pasował do reszty.
A jednak Leo po nie sięgnął.
Bo problem z Amarą nie był tylko jej problemem. W ich świecie ludzie nie istnieli osobno. Nie naprawdę. Każdy był przypisany do kogoś, do czegoś – do nazwiska, do ulicy, do historii, koloru skóry, gangu. A Amara była przypisana do niego równie mocno, jak on do niej. Niezależnie od tego, jak bardzo oboje próbowali to ignorować. Jej porażka rozlewała się i prędzej czy później mogła przykleić się do niego. Broussard miał większość rzeczy w kompletnym poważaniu, ale to jak był widziany chciał ustalać sam. Nie mógł pozwolić, żeby Amara była jak ta spleśniała część chleba, która rozmiękczała cały, dobry bochenek.
- Wiem, wiem… - mruknął, podnosząc ręce w geście poddania, jakby ustępował przed czymś absolutnie oczywistym. – Emocje, dramat, koniec świata – machnął dłonią. - Jesteś kobietą, masz swoje… ograniczenia – siedząc, pochylił się do przodu, a potem uniósł brodę, żeby spojrzeć na nią z dołu – demonstracyjnie, przesadnie. – Ale spróbuj się przez to przebić. Na chwilę – mówił wolniej, wyraźniej, jak do dziecka, które trzeba przeprowadzić przez coś bardzo prostego.
W gruncie rzeczy wiele kobiet potrzebowało, żeby raz na jakiś czas jakiś facet po prostu się nimi zajął.
Przechylił głowę, nie odrywając od niej wzroku. – Zastanów się. Długo. Porządnie. Co ty właściwie masz – zachęcił ją cicho, głosem którego nie powstydziłby się sam diabeł namawiający do złego. W swojej głowie jednak Leo nie był żadnym diabłem.
I w gruncie rzeczy nigdy nie próbował nim być.
Nie był też człowiekiem, który szczególnie przywiązywał wagę do wiary w Loa. Nie w głębi serca. Religia, rytuały, symbole… były dla niego użyteczne o tyle, o ile działały. O tyle, o ile ludzie im ulegali. Z czasem jednak, mimo całej tej chłodnej kalkulacji nabrał wobec konstrukcji ich wiary pewnego rodzaju szacunku. Przede wszystkim z tego względu, że zupełnie nie przypominała prostych podziałów uwielbianych przez prostych ludzi.
Bo w Voodoo nie było tej wygodnej binarności. Nie było czystego dobra i czystego zła, nie było jednej strony, która zawsze miała rację i drugiej, która zawsze była błędna.
Oparł się z powrotem na krześle, rozkładając się wygodniej, jakby właśnie zakończył część instruktażową. Po chwili klepnął się lekko w udo. – Jeśli chcesz, możesz podejść – rzucił niemal łagodnie. – Usiąść sobie tutaj… - klepnął kolano jeszcze raz, tym razem wyraźniej. – Do tatusia. I razem się zastanowimy, dobrze?
Amara Dupré
Mruczka
Wiedziała, że Leo miał rację przynajmniej w jednym: nie dało jej się słuchać. W każdej innej sytuacji Amara nie pozwoliłaby sobie na użalanie się nad sobą, ponieważ była kobietą czynu, a nie lamentowania. Mogła więc wyłącznie znaleźć się w roli słuchaczki, a gdyby przyszło jej natknąć się na śmierdzący dymem i stęchlizną dom i zaniedbaną kobietę, która lepiej wyglądałaby martwa, zapewne byłaby znacznie bardziej szorstka i konkretna, niż Leo w tym momencie. Należały jej się wszystkie to słowa i wiele innych, Amara to wiedziała. Fakt jednak był taki, że straciła wszystko. I teraz nie musiała już utrzymywać gardy, bo bez twarzy nieważne już było co stanie się z nią dalej. Użalała się nad sobą w ten sposób, jakiego nie znosiła i na jaki sobie nigdy nie pozwalała. Miała niespełna czternaście lat, kiedy zmarła ich babcie i gdy pozostały bez żadnej opieki. Zamiast lamentować, szukała wtedy sposobu na przetrwanie. Miała dwadzieścia siedem lat, kiedy paliła ciało swojej bliźniaczki. Zamiast pogrążyć się w żałobie, postanowiła być jeszcze bardziej skuteczna niż dotychczas. Była niewiele starsza, kiedy został odebrany jej siostrzeniec. Zamiast smutku mierzyła się wyłącznie ze wściekłością. Miała niewiele ponad czterdzieści lat, kiedy z zimną krwią zamordowała swojego męża. Zamiast się rozdrabniać, czy nad sobą użalać, stała się ikoną siły i poświęcenia.
— Czy ciebie już do reszty popierdoliło? Do reszty już ochujałeś?! — Spytała konkretnie. Broussard w końcu kupił sobie jej uwagę. Amara wpatrywała się w niego dzisiaj po raz pierwszy spojrzeniem, które nie wyrażało pustki, a samo w sobie było dowodem na to, że jeszcze nie tak dawno była zdecydowaną i konkretną kobietą, która nie miała słabości. — Czy wymieniłeś się z Donutem na mózg, że myślisz, że ubolewam nad tym, że mnie wypierdolili? — Spytała otwarcie, ale wcale nie czekała na odpowiedź. — Pierdolę taką radę i taki gang. To nad tym ubolewam! Coś, w co włożyłam tyle energii i pracy zmieniło się w objazdowy cyrk. To jest moja bolączka! — Wrzasnęła, żałując, że stół już był przewrócony, bo z wielką chęcią przewróciłaby go raz jeszcze. — Wiesz, ile dzieciaków przewinęło się przez ten dom?! Tysiące! Pierdolone tysiące! I wszystko po to, żeby teraz pan w garniturze rzucał filiżanką, zapierdalał naszych kolegów, a chłopcy, którzy nawet nie wiedzą czemu znaleźli się w radzie mu klaskali! — Amara krzyczała. Rzadko kiedy to robiła, najczęściej w towarzystwie Broussarda. Przy wszystkich innych miała inne sposoby okazania swojego wkurwienia. Leo jednak działał na nią wyjątkowo.
Bez gangu nie istniała. Miała jednak świadomość również tego, że dni Skorpionów również były policzone. I gdyby miała określić, kogo bardziej opłakiwała: czy siebie, czy gang, nie umiałaby jednoznacznie stwierdzić.
Zamilkła, jeszcze przez chwilę gotowa ponownie krzyknąć lub rzucić czymś innym, tym razem być może w samego Broussarda, ale kiedy padło z jego ust słowo przyjaźń, Amara złagodniała. Nie z sentymentu, czy tkliwości serca, a z powodu świadomości, że Leo sięgający po tę konkretną kategorię zdawał się być niczym innym, jak anomalią.
— Będziesz wypominał mi moje kobiece ograniczenia, a sam pieprzył o naszej przyjaźni? — Spytała zimno, spojrzenie w dalszym ciągu wbijając w jego twarz. Ton jej głosu brzmiał już jednak bardziej, jak ona. Już nie krzyczała i w tym momencie nawet nie miała ochoty niczym rzucić. Przytyki Leo były równie naturalne, co wilgoć w nowoorleańskim powietrzu, a przez to już dawno stały się dla niej przeźroczyste. I może właśnie dlatego, zamiast skupić się na nich, Amara skupiła się na jego następnych słowach. Milczała, wpatrując się w niego.
— Nie mów do mnie, jak do swoich kurew. — Rzuciła mimochodem, tonem tak pobłażliwym, jakby w rzeczywistości mówiła: oj misiu, daj spokój, i w odwrocie do jego rzekomo zapraszającego gestu, cofnęła się, aby w końcu pośladkami oprzeć się o kuchenne szafli i blat.
— Broussard, doskonale wiem, co mam. — Powiedziała w końcu, tonem lekkim z taką swobodą, jakby to nie ona siedziała zamknięta przez ostatnie dnie, ukrywając się przed światem. — Mam to, co najważniejsze, czyli chłopców, a przy tym jeszcze kilka bonusów. — Kilka niemałych bonusów. — A jednak nie mam tego, co czyniło to wszystko jakkolwiek użytecznym: nie mam jebanego gangu.
Leo Broussard
— Czy ciebie już do reszty popierdoliło? Do reszty już ochujałeś?! — Spytała konkretnie. Broussard w końcu kupił sobie jej uwagę. Amara wpatrywała się w niego dzisiaj po raz pierwszy spojrzeniem, które nie wyrażało pustki, a samo w sobie było dowodem na to, że jeszcze nie tak dawno była zdecydowaną i konkretną kobietą, która nie miała słabości. — Czy wymieniłeś się z Donutem na mózg, że myślisz, że ubolewam nad tym, że mnie wypierdolili? — Spytała otwarcie, ale wcale nie czekała na odpowiedź. — Pierdolę taką radę i taki gang. To nad tym ubolewam! Coś, w co włożyłam tyle energii i pracy zmieniło się w objazdowy cyrk. To jest moja bolączka! — Wrzasnęła, żałując, że stół już był przewrócony, bo z wielką chęcią przewróciłaby go raz jeszcze. — Wiesz, ile dzieciaków przewinęło się przez ten dom?! Tysiące! Pierdolone tysiące! I wszystko po to, żeby teraz pan w garniturze rzucał filiżanką, zapierdalał naszych kolegów, a chłopcy, którzy nawet nie wiedzą czemu znaleźli się w radzie mu klaskali! — Amara krzyczała. Rzadko kiedy to robiła, najczęściej w towarzystwie Broussarda. Przy wszystkich innych miała inne sposoby okazania swojego wkurwienia. Leo jednak działał na nią wyjątkowo.
Bez gangu nie istniała. Miała jednak świadomość również tego, że dni Skorpionów również były policzone. I gdyby miała określić, kogo bardziej opłakiwała: czy siebie, czy gang, nie umiałaby jednoznacznie stwierdzić.
Zamilkła, jeszcze przez chwilę gotowa ponownie krzyknąć lub rzucić czymś innym, tym razem być może w samego Broussarda, ale kiedy padło z jego ust słowo przyjaźń, Amara złagodniała. Nie z sentymentu, czy tkliwości serca, a z powodu świadomości, że Leo sięgający po tę konkretną kategorię zdawał się być niczym innym, jak anomalią.
— Będziesz wypominał mi moje kobiece ograniczenia, a sam pieprzył o naszej przyjaźni? — Spytała zimno, spojrzenie w dalszym ciągu wbijając w jego twarz. Ton jej głosu brzmiał już jednak bardziej, jak ona. Już nie krzyczała i w tym momencie nawet nie miała ochoty niczym rzucić. Przytyki Leo były równie naturalne, co wilgoć w nowoorleańskim powietrzu, a przez to już dawno stały się dla niej przeźroczyste. I może właśnie dlatego, zamiast skupić się na nich, Amara skupiła się na jego następnych słowach. Milczała, wpatrując się w niego.
— Nie mów do mnie, jak do swoich kurew. — Rzuciła mimochodem, tonem tak pobłażliwym, jakby w rzeczywistości mówiła: oj misiu, daj spokój, i w odwrocie do jego rzekomo zapraszającego gestu, cofnęła się, aby w końcu pośladkami oprzeć się o kuchenne szafli i blat.
— Broussard, doskonale wiem, co mam. — Powiedziała w końcu, tonem lekkim z taką swobodą, jakby to nie ona siedziała zamknięta przez ostatnie dnie, ukrywając się przed światem. — Mam to, co najważniejsze, czyli chłopców, a przy tym jeszcze kilka bonusów. — Kilka niemałych bonusów. — A jednak nie mam tego, co czyniło to wszystko jakkolwiek użytecznym: nie mam jebanego gangu.
Leo Broussard
k
- Nie będę z tobą rozmawiał, jeśli tak się zachowujesz – odpowiedział spokojnie.
Nie podniósł głosu. Nie było w tym ani groźby, ani emocji. Ton pasował bardziej do kogoś kto ucisza dziecko awanturujące się pośrodku sklepu niż do człowieka stojącego w dusznej kuchni Amary.
Leo został młodym ojcem. Bardzo młodym. Bardzo, bardzo młodym.
Nie czytał poradników o rodzicielstwie bliskości i właściwie nigdy nie uznał, że cokolwiek związanego z opieką nad dzieckiem powinno wchodzić w zakres jego obowiązków. Nie miał do tego cierpliwości. Nie miał też szczególnego zainteresowania tematem. Kogo w ogóle mogło to fascynować? Wycieranie twarzy ubrudzonej jedzeniem, zmienianie pieluch wypełnionych mieszaniną tego, co ludzkie ciało uznawało za zbędne? I to ciągłe słuchanie płaczu i krzyku… To wszystko było po prostu nieprzyjemne.
A jednak został obdarowany wieloma dziećmi – podobno.
- Przyjaźnimy się pomimo twoich ograniczeń – wyjaśnił zwięźle.
Leo czuł, że naprawdę wspina się na wyżyny swojej tolerancji. I rzeczywiście – pomiędzy nim a Amarą od zawsze dochodziło do spięć, ale nie były to spięcia wynikające z pogardy. Przeciwnie. Leo, na swój własny, wypaczony sposób, próbował ją szanować. Nawet jeśli na koniec dnia była kobietą.
Kobietą, która zostawiła swoich ludzi dla miłości, a później swoją miłość dla miejsca przy stole. Miejsca, które ostatecznie też zostawiła dla…
n i e g o ?
Na samą tę myśl poczuł nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami i spojrzał na Amarę z ukosa.
W ostatnich dniach prawie w ogóle nie wracał myślami do babcinym przepowiedni o nim i jednej z sióstr Dupre, o ich rzekomym połączeniu, wspólnym losie i innych rzeczach, które stare kobiety uwielbiały wypluwać spomiędzy zębów pachnących kawą i papierosami. W końcu wszystko wskazywało na to, że przepowiednia się myliła. On siedział w swojej chacie na bagnach. Ona gniła w swoim domu w mieście. Nie byli razem. Nie spędzali czasu w tych samych pomieszczeniach. Nie mieli już nawet wspólnych interesów. Jeśli nie liczyć jego syna – a jej siostrzeńca – który tak naprawdę również niewiele między nimi zmieniał.
A jednak. Spojrzenie Leo powoli przesunęło się po sylwetce Amary jeszcze raz. Centymetr po centymetrze. Z niezdrową wręcz dokładnością człowieka, który próbował dostrzec coś, co wcześniej mu umknęło.
Czy to możliwe, że przepowiednia wcale nie dotyczyła ich obojga?
Czy mogła dotyczyć wyłącznie jego?
Nie jako partnera. Nie jako drugiej połowy czegokolwiek. Raczej jakiegoś punktu, wokół którego Amara obracała się przez całe życie, nawet jeśli sama nie chciała tego zauważyć. Może przepowiednia nie stworzyła więzi – może jedynie nazwała coś, co już istniało. Bo trudno było ignorować fakt, że wszystkie drogi tej kobiety w dziwny sposób prowadziły właśnie do niego. I szczerze mówiąc… Leo nie uważał tego za szczególnie nieprawdopodobne.
Był mężczyzną przystojnym. Nawet absurdalnie przystojnym. Ludzie oczywiście uwielbiali mówić, że uroda nie jest osiągnięciem, że zostaje rozdawana niesprawiedliwie i nie można zrobić nic, żeby zatrzymać ją przy sobie na zawsze. Ale im rzadszy był zasób, tym większą miał wartość. To była zwykła ekonomia. A Leo naprawdę czuł, że pod tym względem został hojnie pobłogosławiony. Oczywiście obok wielu innych rzeczy. Podobał się kobietom. Zawsze. Gdyby Amara zaczęła wymieniać swoje „koleżanki”, lista ta pokrywałaby się z kochankami Broussarda w co najmniej dziewięćdziesięciu procentach. Nie widział więc żadnego logicznego powodu, dla którego akurat ona miała pozostawać odporna na jego urok.
Bo właściwie kim była?
Nikim szczególnym.
Poza jedną rzeczą.
O tak. Tutaj Amara Dupre rzeczywiście potrafiła się wyróżnić.
Była poważna, kiedy inne dzieci się śmiały. Stała z boku napięta jak struna, kiedy reszta chciała tańczyć. A później – przez prawie pięćdziesiąt lat potrafiła trzymać nogi razem, kiedy inne kobiety rozkładały je przed nim bez większego wysiłku z jego strony.
Był to jakiś sposób, by być oryginalną.
Same te myśli wzbudziły w Leo jakiś dziwny, trudny do nazwania niepokój. Coś chłodnego przesunęło mu się pod skórą, zostawiając po sobie nieprzyjemne mrowienie. I było to widać, bo jego twarz nagle straciła tą zwyczajową ruchliwość. Zamilkł na moment, a spojrzenie wciąż błądziło po sylwetce Amary, ale wcale się na niej nie skupiało. Patrzył tak, jakby próbował dostrzec coś znajdującego się daleko za nią. Jakby na sekundę naprawdę odpłynął.
- Nie mówię… - wymamrotał pod nosem. Dopiero po chwili otrząsnął się z tego dziwacznego letargu. Zsunął okulary niżej na nos, żeby spojrzeć jej prosto w oczy, po czym przyłożył dłonie do własnej klatki piersiowej. – Nigdy bym tak do ciebie nie mówił! – sapnął teatralnie oburzony, zastygając w tej pozie na dłuższą chwilę.
Czy Amara Dupre naprawdę miała na jego punkcie aż taką obsesję, że zabarykadowała się w swoim domu, praktycznie zgniła żywcem i ostatecznie doprowadziła do sytuacji, w której to właśnie on musiał przyjść ją ratować?
Ta myśl była niepokojąca.
- Czy ty w ogóle jadłaś? Wyglądasz chudo jak stara szkapa – rzucił nagle podnosząc się ze swojego miejsca.
Spojrzał na przewrócony stół. Przez krótki moment wyglądał nawet, jakby rozważał jego podniesienie, ale szybko doszedł do wniosku, że wyglądałby przy tym idiotycznie, więc zwyczajnie zignorował problem. Zamiast tego ruszył do kuchni. Nie mógł tak stać w miejscu i siłować się z Amarą na spojrzenia. Jej świdrujące, zakochane oczka zaczynały przyprawiać go ciarki. W tym momencie był już nawet skłonny uwierzyć, że kobieta zamordowała swoją siostrę jego rękoma.
Otworzył lodówkę i skrzywił się momentalnie, po czym kaszlnął. Zamknął ją ostrym ruchem i spojrzał na panią domu z autentycznym obrzydzeniem. – Jesteś obrzydliwa. Naprawdę obrzydliwa. Pozwolić jedzeniu się zepsuć? – zapytał tonem człowiek autentycznie zgorszonego takim marnotrawstwem. Po chwili westchnął jednak ciężko, jakby próbował znaleźć w sobie resztki cierpliwości dla istoty wyraźnie niezdolnej do samodzielnego funkcjonowania i otworzył lodówkę ponownie.
W środku nie było prawie nic. A większość tego, co zostało, zdążyło już wyhodować na sobie mikroskopijne cywilizacje będące o krok od wynalezienia ognia i koła.
- Tatuś może zrobić jajecznicę… albo naleśniki, jeśli znajdzie gdzieś tu mąkę bez robaków – oznajmił, zaczynając bez żadnego wstydu otwierać kolejne szafki. – Ale jestem pełen nadziei. Co by chciała mała Ami? – powiedział to z tą samą przesadnie słodką intonacją, której używał wcześniej, drażniąc ją przy stole. „Ami” zabrzmiało jednak starzej niż cała reszta jego słów. Jak coś wyciągniętego spomiędzy lat dzieciństwa. Zakurzonego i złośliwie odświeżonego.
Uśmiechnął się pod nosem, a jednak zaraz przewrócił oczami. – To sobie jakiś stwórz – mruknął kręcąc głową. – Masz też to swoje muzeum, prawda? – nie mógł już słuchać o tym, że wszystko co miała nie znaczyło nic, ponieważ nie miała nad swoją głową szyldu z błyszczącym napisem The Byrd Gang. – Jak dużo jest tam… nieużywanego miejsca?
Leo kucnął przy szafce bez słowa. Otworzył ją jednym, pewnym ruchem i po chwili wyciągnął patelnie. – Czy kiedyś mi nią nie groziłaś? – zaśmiał się pod nosem przesuwając dłonią po jej dnie, a później poprawiając ten ruch materiałem swojej koszuli. Dopiero wtedy wstał i postawił patelnię na kuchence. Pokrętło przekręcił bez wahania, a gdy gaz tylko syknął nachylił się lekko i odpalił zapalniczkę, którą wcześniej wyciągnął z tylnej kieszeni swoich spodni. Krótki płomień drgnął mu przy palcach, odbijając się od metalowej powierzchni palników, zanim złapał niebieski ogień. Kuchnia na moment ożyła cichym, stabilnym szumem. Przez chwilę patrzył na płomień zza ciemnych szkieł okularów. – Chcesz jeszcze zapalić? – podniósł wzrok na Amarę. – Tak dużo chłopców – wrócił spokojnie do swojej wcześniejszej myśli. – Część z nich pewnie niegłupia. Pewnie umieliby nauczyć się czegoś pożytecznego zamiast strzelać do siebie na ulicy jak Lazarev Junior.
Amara Dupré
Nie podniósł głosu. Nie było w tym ani groźby, ani emocji. Ton pasował bardziej do kogoś kto ucisza dziecko awanturujące się pośrodku sklepu niż do człowieka stojącego w dusznej kuchni Amary.
Leo został młodym ojcem. Bardzo młodym. Bardzo, bardzo młodym.
Nie czytał poradników o rodzicielstwie bliskości i właściwie nigdy nie uznał, że cokolwiek związanego z opieką nad dzieckiem powinno wchodzić w zakres jego obowiązków. Nie miał do tego cierpliwości. Nie miał też szczególnego zainteresowania tematem. Kogo w ogóle mogło to fascynować? Wycieranie twarzy ubrudzonej jedzeniem, zmienianie pieluch wypełnionych mieszaniną tego, co ludzkie ciało uznawało za zbędne? I to ciągłe słuchanie płaczu i krzyku… To wszystko było po prostu nieprzyjemne.
A jednak został obdarowany wieloma dziećmi – podobno.
- Przyjaźnimy się pomimo twoich ograniczeń – wyjaśnił zwięźle.
Leo czuł, że naprawdę wspina się na wyżyny swojej tolerancji. I rzeczywiście – pomiędzy nim a Amarą od zawsze dochodziło do spięć, ale nie były to spięcia wynikające z pogardy. Przeciwnie. Leo, na swój własny, wypaczony sposób, próbował ją szanować. Nawet jeśli na koniec dnia była kobietą.
Kobietą, która zostawiła swoich ludzi dla miłości, a później swoją miłość dla miejsca przy stole. Miejsca, które ostatecznie też zostawiła dla…
n i e g o ?
Na samą tę myśl poczuł nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami i spojrzał na Amarę z ukosa.
W ostatnich dniach prawie w ogóle nie wracał myślami do babcinym przepowiedni o nim i jednej z sióstr Dupre, o ich rzekomym połączeniu, wspólnym losie i innych rzeczach, które stare kobiety uwielbiały wypluwać spomiędzy zębów pachnących kawą i papierosami. W końcu wszystko wskazywało na to, że przepowiednia się myliła. On siedział w swojej chacie na bagnach. Ona gniła w swoim domu w mieście. Nie byli razem. Nie spędzali czasu w tych samych pomieszczeniach. Nie mieli już nawet wspólnych interesów. Jeśli nie liczyć jego syna – a jej siostrzeńca – który tak naprawdę również niewiele między nimi zmieniał.
A jednak. Spojrzenie Leo powoli przesunęło się po sylwetce Amary jeszcze raz. Centymetr po centymetrze. Z niezdrową wręcz dokładnością człowieka, który próbował dostrzec coś, co wcześniej mu umknęło.
Czy to możliwe, że przepowiednia wcale nie dotyczyła ich obojga?
Czy mogła dotyczyć wyłącznie jego?
Nie jako partnera. Nie jako drugiej połowy czegokolwiek. Raczej jakiegoś punktu, wokół którego Amara obracała się przez całe życie, nawet jeśli sama nie chciała tego zauważyć. Może przepowiednia nie stworzyła więzi – może jedynie nazwała coś, co już istniało. Bo trudno było ignorować fakt, że wszystkie drogi tej kobiety w dziwny sposób prowadziły właśnie do niego. I szczerze mówiąc… Leo nie uważał tego za szczególnie nieprawdopodobne.
Był mężczyzną przystojnym. Nawet absurdalnie przystojnym. Ludzie oczywiście uwielbiali mówić, że uroda nie jest osiągnięciem, że zostaje rozdawana niesprawiedliwie i nie można zrobić nic, żeby zatrzymać ją przy sobie na zawsze. Ale im rzadszy był zasób, tym większą miał wartość. To była zwykła ekonomia. A Leo naprawdę czuł, że pod tym względem został hojnie pobłogosławiony. Oczywiście obok wielu innych rzeczy. Podobał się kobietom. Zawsze. Gdyby Amara zaczęła wymieniać swoje „koleżanki”, lista ta pokrywałaby się z kochankami Broussarda w co najmniej dziewięćdziesięciu procentach. Nie widział więc żadnego logicznego powodu, dla którego akurat ona miała pozostawać odporna na jego urok.
Bo właściwie kim była?
Nikim szczególnym.
Poza jedną rzeczą.
O tak. Tutaj Amara Dupre rzeczywiście potrafiła się wyróżnić.
Była poważna, kiedy inne dzieci się śmiały. Stała z boku napięta jak struna, kiedy reszta chciała tańczyć. A później – przez prawie pięćdziesiąt lat potrafiła trzymać nogi razem, kiedy inne kobiety rozkładały je przed nim bez większego wysiłku z jego strony.
Był to jakiś sposób, by być oryginalną.
Same te myśli wzbudziły w Leo jakiś dziwny, trudny do nazwania niepokój. Coś chłodnego przesunęło mu się pod skórą, zostawiając po sobie nieprzyjemne mrowienie. I było to widać, bo jego twarz nagle straciła tą zwyczajową ruchliwość. Zamilkł na moment, a spojrzenie wciąż błądziło po sylwetce Amary, ale wcale się na niej nie skupiało. Patrzył tak, jakby próbował dostrzec coś znajdującego się daleko za nią. Jakby na sekundę naprawdę odpłynął.
- Nie mówię… - wymamrotał pod nosem. Dopiero po chwili otrząsnął się z tego dziwacznego letargu. Zsunął okulary niżej na nos, żeby spojrzeć jej prosto w oczy, po czym przyłożył dłonie do własnej klatki piersiowej. – Nigdy bym tak do ciebie nie mówił! – sapnął teatralnie oburzony, zastygając w tej pozie na dłuższą chwilę.
Czy Amara Dupre naprawdę miała na jego punkcie aż taką obsesję, że zabarykadowała się w swoim domu, praktycznie zgniła żywcem i ostatecznie doprowadziła do sytuacji, w której to właśnie on musiał przyjść ją ratować?
Ta myśl była niepokojąca.
- Czy ty w ogóle jadłaś? Wyglądasz chudo jak stara szkapa – rzucił nagle podnosząc się ze swojego miejsca.
Spojrzał na przewrócony stół. Przez krótki moment wyglądał nawet, jakby rozważał jego podniesienie, ale szybko doszedł do wniosku, że wyglądałby przy tym idiotycznie, więc zwyczajnie zignorował problem. Zamiast tego ruszył do kuchni. Nie mógł tak stać w miejscu i siłować się z Amarą na spojrzenia. Jej świdrujące, zakochane oczka zaczynały przyprawiać go ciarki. W tym momencie był już nawet skłonny uwierzyć, że kobieta zamordowała swoją siostrę jego rękoma.
Otworzył lodówkę i skrzywił się momentalnie, po czym kaszlnął. Zamknął ją ostrym ruchem i spojrzał na panią domu z autentycznym obrzydzeniem. – Jesteś obrzydliwa. Naprawdę obrzydliwa. Pozwolić jedzeniu się zepsuć? – zapytał tonem człowiek autentycznie zgorszonego takim marnotrawstwem. Po chwili westchnął jednak ciężko, jakby próbował znaleźć w sobie resztki cierpliwości dla istoty wyraźnie niezdolnej do samodzielnego funkcjonowania i otworzył lodówkę ponownie.
W środku nie było prawie nic. A większość tego, co zostało, zdążyło już wyhodować na sobie mikroskopijne cywilizacje będące o krok od wynalezienia ognia i koła.
- Tatuś może zrobić jajecznicę… albo naleśniki, jeśli znajdzie gdzieś tu mąkę bez robaków – oznajmił, zaczynając bez żadnego wstydu otwierać kolejne szafki. – Ale jestem pełen nadziei. Co by chciała mała Ami? – powiedział to z tą samą przesadnie słodką intonacją, której używał wcześniej, drażniąc ją przy stole. „Ami” zabrzmiało jednak starzej niż cała reszta jego słów. Jak coś wyciągniętego spomiędzy lat dzieciństwa. Zakurzonego i złośliwie odświeżonego.
Uśmiechnął się pod nosem, a jednak zaraz przewrócił oczami. – To sobie jakiś stwórz – mruknął kręcąc głową. – Masz też to swoje muzeum, prawda? – nie mógł już słuchać o tym, że wszystko co miała nie znaczyło nic, ponieważ nie miała nad swoją głową szyldu z błyszczącym napisem The Byrd Gang. – Jak dużo jest tam… nieużywanego miejsca?
Leo kucnął przy szafce bez słowa. Otworzył ją jednym, pewnym ruchem i po chwili wyciągnął patelnie. – Czy kiedyś mi nią nie groziłaś? – zaśmiał się pod nosem przesuwając dłonią po jej dnie, a później poprawiając ten ruch materiałem swojej koszuli. Dopiero wtedy wstał i postawił patelnię na kuchence. Pokrętło przekręcił bez wahania, a gdy gaz tylko syknął nachylił się lekko i odpalił zapalniczkę, którą wcześniej wyciągnął z tylnej kieszeni swoich spodni. Krótki płomień drgnął mu przy palcach, odbijając się od metalowej powierzchni palników, zanim złapał niebieski ogień. Kuchnia na moment ożyła cichym, stabilnym szumem. Przez chwilę patrzył na płomień zza ciemnych szkieł okularów. – Chcesz jeszcze zapalić? – podniósł wzrok na Amarę. – Tak dużo chłopców – wrócił spokojnie do swojej wcześniejszej myśli. – Część z nich pewnie niegłupia. Pewnie umieliby nauczyć się czegoś pożytecznego zamiast strzelać do siebie na ulicy jak Lazarev Junior.
Amara Dupré
Mruczka
Zawsze to ona była tą mądrzejszą. Leo dużo gadał, robił wokół siebie zamieszanie i swoisty teatr. Amara natomiast pozostawała surowa w przynajmniej kilku różnych znaczeniach tego słowa. Nie udawała, nie próbowała przykuwać niczyjej uwagi, zwykle była szorstka w sposobie bycia, zawsze mówiąc to, co przychodziło jej na myśl. I było to wszystko jej swoistą siłą, którą wykuła przez długie lata swojego życia. I może właśnie dlatego nieprzyjemny dreszcz przeszedł przez jej kark wraz ze słowami Leo, bo nikt tak do niej nie mówił już od bardzo, bardzo dawna. Nawet jej babka w ostatnich latach życia nie zwracała się do niej w ten sposób, ponieważ Amara była zbyt poważna, aby musieć ją tak upominać. — Co najwyżej zbierała ochrzan za wtrącanie się w sprawy, które jej nie dotyczyły lub zły sposób korzystania z moździerza.
— Kto by pomyślał, że Leo Broussard okaże się tak szczodry. — Parsknęła, w ten sposób zasłaniając to, czego nigdy przed Broussardem by nie odkryła; dziwny rodzaj wzruszenia zagryzł ją w gardło, niczym papierosowy dym. Był tutaj. Był przez te wszystkie lata, szedł równolegle do niej przez życie i chociaż zdawało się, że nie szli przez nie wspólnie, zawsze mieli się w zasięgu wzroku. Jak widać, nawet wtedy, gdy nic ich już nie łączyło, a ich drogi miały rozstać się już na dobre.
Ostatnim razem rzekomo widzieli się po raz ostatni. A jednak to właśnie Broussard znajdował się w jej kuchni, ten sam Broussard, który stwierdził, że gdyby wtedy, jako nastolatka, nie została ubiegnięta przez Zelie i jako pierwsza rozłożyła przed nim jeszcze bardziej dziecięce, niż kobiece nogi, żyliby teraz w Teksasie, gdzie zdążyliby już odchować wszystkie swoje dzieci. Dokładnie w tym momencie, na myśl o tym, czując na sobie dokładne spojrzenie Leo, które nie omijało choćby centymetra jej ciała, Amara po raz kolejny w życiu przypomniała sobie, że to od zawsze chodziło o ich dwójkę. To zawsze byli oni. I to zawsze była ona.
Przez życie Leo przetoczyła się prawdziwa fala kobiet. Amara nie znała nigdy nikogo, kto mógłby poszczycić się tak znaczącą liczbą kochanek, które Broussard zdawał się kolekcjonować od wczesnych lat nastoletnich. Pozostawił po sobie niezliczoną liczbę dzieci, do których nigdy się nie przyznał, a które zdawały się nosić jego ojcostwo niczym tarczę w postaci identycznych oczu, czy innych odziedziczonych po nim cech. I z całego tego oceanu kobiet, wyłącznie Zelie zdawała się prawdziwie istotna. To jej dziecko uznał jako jedyne, to z nią prowadził życie, bawiąc się w taki dom, jaki poznali, żyjąc w miejscu zapomnianym przez Boga. Zelie jednak odeszła przed dwoma dekadami, a wkrótce po niej zniknął też jej syn. Amara jednak została. Amara była zawsze i jak teraz miała szansę się o tym przekonać, najwidoczniej również na zawsze miała już pozostać.
Ciężar, który poczuła, sprawił, że odwróciła spojrzenie, rozglądając się po ciemnej kuchni, dopiero teraz orientując się, jak okropnie zaniedbała to miejsce w tak krótkim czasie. Dom, będący niegdyś jej osobistym rajem na ziemi, teraz przypominał wyłącznie zgliszcza.
Powróciła do niego spojrzeniem automatycznie, gdy tylko usłyszała ton nijak do Broussarda niepasujący i zamiast natknąć się na twarz zasłoniętą okularami, spojrzała wprost w jego na chwilę odsłonięte oczy. Nie pomyliła się. To nie był przypadek, że to właśnie Leo do niej przyszedł.
Roześmiała się w końcu tubalnie na jego stwierdzenie. Śmiała się niby dlatego, że pomimo kilku dni głodówki wciąż nie miała nic wspólnego z jakąkolwiek starą szkapą — nie licząc zmarszczek, które nagle zdawały się pogłębić — ale w rzeczywistości był to śmiech, z pomocą, którego miała pozbyć się całego tego napięcia, które nagle znalazło się w jej ciele na myśl o tym, że Broussard krążył wokół niej, niczym planeta wokół słońca. Śmiała się więc gromko, wyrzucając z siebie cały niepokój i ucisk z dna żołądka, a przy tym również smutek, który nosiła w sobie od czasu tamtego okropnego spotkania. Bo nie wiedzieć czemu, nagle nie tylko świat, ale również jej życie, objawiło się Amarze w żywszych i bardziej interesujących kolorach.I nie miało to nic wspólnego z olśnieniem, którego nagle doznała.
— Było odwiedzić mnie wcześniej i zabawić się w kucharza. — Rzuciła od niechcenia. Równie dobrze mogłaby powiedzieć po prostu: pierdol się. Bo nie było nic gorszego niż marnotrawstwo jedzenia. Ona zdawała się wiedzieć o tym lepiej, niż ktokolwiek, wciąż pamiętając, że zdarzały się dni, kiedy przez kilka dni nic nie jadła, dopóki ktoś sobie nie przypomniał o niej i o Zelie i o tym, że bliźniaczki najpewniej nie miały już niczego do zjedzenia.
— Przyjmę cokolwiek zjadliwego. — Powiedziała w końcu. Uchodziła za wymagającą względem jedzenia, ponieważ znana była powszechnie jako kucharka wręcz wybitna. I rzeczywiście Amara lubiła dobrze zjeść, i mało które jedzenie smakowało jej równie mocno, jak to przyrządzone przez siebie samą. Prawda jednak była taka, że nie była wybredna. Człowiek głodny był w stanie zjeść wszystko, a ona nagle poczuła głód. Wilczy apetyt budził się w niej ponownie i nie dotyczył wyłącznie jedzenia.
Nie odpowiedziała na tę zaczepkę, bo właśnie tak to brzmiało. Stwórz sobie jakiś, nie mogło być w końcu niczym innym, jak pyskówką, jakby znowu byli tamtymi nastolatkami, które widziały zbyt wiele, nie tylko jak na swój wiek. I dopiero kiedy Leo wspomniał o muzeum, Amara zrozumiała, że to wcale nie była zaczepka. Wbiła spojrzenie w jego plecy.
— Wystarczająco. — Odpowiedziała w końcu po czasie, po którym można byłoby uznać, że zdecydowała się pominąć pytanie Leo. W rzeczywistości jednak analizowała. W brzuchu jej zaburczało i to wcale nie cicho. A mimo wszystko nie spojrzała ani na mężczyznę, ani na patelnię, którą trzymał. Owszem, groziła mu i tą patelnią i innymi, choć nigdy nie zmarnowałaby na niego tak dobrej, żeliwnej patelni. Teraz jednak nie było to nic, co by ją zajęło. Spojrzenie miała utkwione gdzieś w dal, oczy lekko zmrużone. Liczyła. Liczyła wszystkich chłopców, którzy stawiliby się za nią, tych, których musiałaby poświęcić i tych, którzy poświęciliby się sami. Dopiero po dłużej chwili, na kolejne pytanie Leo, powróciła do kuchni i tym samym spojrzała na niego ponownie.
— Nie. — Stwierdziła krótko. Napaliła się już. Na co dzień paliła wyłącznie okazjonalnie. Tytoń, który trzymała w torebce, służył jej za cukierki dla chłopców, których zgarniała z ulicy. — Potrzebuję kawy. — Oznajmiła. I to mówiąc, w końcu się poruszyła. To ona podniosła krzesło, które wcześniej przewróciła, a następnie stół. Popielniczkę w wysypanymi niedopałkami pozostawiła na ziemi. Później i tak będzie musiała posprzątać w całym domu. Zaszurała krzesłem, na którym dotychczas siedział Leo, a które tym razem ona zajęła.
— A ty Broussard? Co ty masz?
Leo Broussard
— Kto by pomyślał, że Leo Broussard okaże się tak szczodry. — Parsknęła, w ten sposób zasłaniając to, czego nigdy przed Broussardem by nie odkryła; dziwny rodzaj wzruszenia zagryzł ją w gardło, niczym papierosowy dym. Był tutaj. Był przez te wszystkie lata, szedł równolegle do niej przez życie i chociaż zdawało się, że nie szli przez nie wspólnie, zawsze mieli się w zasięgu wzroku. Jak widać, nawet wtedy, gdy nic ich już nie łączyło, a ich drogi miały rozstać się już na dobre.
Ostatnim razem rzekomo widzieli się po raz ostatni. A jednak to właśnie Broussard znajdował się w jej kuchni, ten sam Broussard, który stwierdził, że gdyby wtedy, jako nastolatka, nie została ubiegnięta przez Zelie i jako pierwsza rozłożyła przed nim jeszcze bardziej dziecięce, niż kobiece nogi, żyliby teraz w Teksasie, gdzie zdążyliby już odchować wszystkie swoje dzieci. Dokładnie w tym momencie, na myśl o tym, czując na sobie dokładne spojrzenie Leo, które nie omijało choćby centymetra jej ciała, Amara po raz kolejny w życiu przypomniała sobie, że to od zawsze chodziło o ich dwójkę. To zawsze byli oni. I to zawsze była ona.
Przez życie Leo przetoczyła się prawdziwa fala kobiet. Amara nie znała nigdy nikogo, kto mógłby poszczycić się tak znaczącą liczbą kochanek, które Broussard zdawał się kolekcjonować od wczesnych lat nastoletnich. Pozostawił po sobie niezliczoną liczbę dzieci, do których nigdy się nie przyznał, a które zdawały się nosić jego ojcostwo niczym tarczę w postaci identycznych oczu, czy innych odziedziczonych po nim cech. I z całego tego oceanu kobiet, wyłącznie Zelie zdawała się prawdziwie istotna. To jej dziecko uznał jako jedyne, to z nią prowadził życie, bawiąc się w taki dom, jaki poznali, żyjąc w miejscu zapomnianym przez Boga. Zelie jednak odeszła przed dwoma dekadami, a wkrótce po niej zniknął też jej syn. Amara jednak została. Amara była zawsze i jak teraz miała szansę się o tym przekonać, najwidoczniej również na zawsze miała już pozostać.
Ciężar, który poczuła, sprawił, że odwróciła spojrzenie, rozglądając się po ciemnej kuchni, dopiero teraz orientując się, jak okropnie zaniedbała to miejsce w tak krótkim czasie. Dom, będący niegdyś jej osobistym rajem na ziemi, teraz przypominał wyłącznie zgliszcza.
Powróciła do niego spojrzeniem automatycznie, gdy tylko usłyszała ton nijak do Broussarda niepasujący i zamiast natknąć się na twarz zasłoniętą okularami, spojrzała wprost w jego na chwilę odsłonięte oczy. Nie pomyliła się. To nie był przypadek, że to właśnie Leo do niej przyszedł.
Roześmiała się w końcu tubalnie na jego stwierdzenie. Śmiała się niby dlatego, że pomimo kilku dni głodówki wciąż nie miała nic wspólnego z jakąkolwiek starą szkapą — nie licząc zmarszczek, które nagle zdawały się pogłębić — ale w rzeczywistości był to śmiech, z pomocą, którego miała pozbyć się całego tego napięcia, które nagle znalazło się w jej ciele na myśl o tym, że Broussard krążył wokół niej, niczym planeta wokół słońca. Śmiała się więc gromko, wyrzucając z siebie cały niepokój i ucisk z dna żołądka, a przy tym również smutek, który nosiła w sobie od czasu tamtego okropnego spotkania. Bo nie wiedzieć czemu, nagle nie tylko świat, ale również jej życie, objawiło się Amarze w żywszych i bardziej interesujących kolorach.
— Było odwiedzić mnie wcześniej i zabawić się w kucharza. — Rzuciła od niechcenia. Równie dobrze mogłaby powiedzieć po prostu: pierdol się. Bo nie było nic gorszego niż marnotrawstwo jedzenia. Ona zdawała się wiedzieć o tym lepiej, niż ktokolwiek, wciąż pamiętając, że zdarzały się dni, kiedy przez kilka dni nic nie jadła, dopóki ktoś sobie nie przypomniał o niej i o Zelie i o tym, że bliźniaczki najpewniej nie miały już niczego do zjedzenia.
— Przyjmę cokolwiek zjadliwego. — Powiedziała w końcu. Uchodziła za wymagającą względem jedzenia, ponieważ znana była powszechnie jako kucharka wręcz wybitna. I rzeczywiście Amara lubiła dobrze zjeść, i mało które jedzenie smakowało jej równie mocno, jak to przyrządzone przez siebie samą. Prawda jednak była taka, że nie była wybredna. Człowiek głodny był w stanie zjeść wszystko, a ona nagle poczuła głód. Wilczy apetyt budził się w niej ponownie i nie dotyczył wyłącznie jedzenia.
Nie odpowiedziała na tę zaczepkę, bo właśnie tak to brzmiało. Stwórz sobie jakiś, nie mogło być w końcu niczym innym, jak pyskówką, jakby znowu byli tamtymi nastolatkami, które widziały zbyt wiele, nie tylko jak na swój wiek. I dopiero kiedy Leo wspomniał o muzeum, Amara zrozumiała, że to wcale nie była zaczepka. Wbiła spojrzenie w jego plecy.
— Wystarczająco. — Odpowiedziała w końcu po czasie, po którym można byłoby uznać, że zdecydowała się pominąć pytanie Leo. W rzeczywistości jednak analizowała. W brzuchu jej zaburczało i to wcale nie cicho. A mimo wszystko nie spojrzała ani na mężczyznę, ani na patelnię, którą trzymał. Owszem, groziła mu i tą patelnią i innymi, choć nigdy nie zmarnowałaby na niego tak dobrej, żeliwnej patelni. Teraz jednak nie było to nic, co by ją zajęło. Spojrzenie miała utkwione gdzieś w dal, oczy lekko zmrużone. Liczyła. Liczyła wszystkich chłopców, którzy stawiliby się za nią, tych, których musiałaby poświęcić i tych, którzy poświęciliby się sami. Dopiero po dłużej chwili, na kolejne pytanie Leo, powróciła do kuchni i tym samym spojrzała na niego ponownie.
— Nie. — Stwierdziła krótko. Napaliła się już. Na co dzień paliła wyłącznie okazjonalnie. Tytoń, który trzymała w torebce, służył jej za cukierki dla chłopców, których zgarniała z ulicy. — Potrzebuję kawy. — Oznajmiła. I to mówiąc, w końcu się poruszyła. To ona podniosła krzesło, które wcześniej przewróciła, a następnie stół. Popielniczkę w wysypanymi niedopałkami pozostawiła na ziemi. Później i tak będzie musiała posprzątać w całym domu. Zaszurała krzesłem, na którym dotychczas siedział Leo, a które tym razem ona zajęła.
— A ty Broussard? Co ty masz?
Leo Broussard
k
- Jak doskonale wiesz – odezwał się w końcu spokojnie, z tym swoim przeciągniętym, pewnym tonem – ja wolę bawić się w doktora – na sekundę uniósł wzrok, tylko na tyle, żeby sprawdzić reakcję publiczności. Potem, jakby scena właśnie się zmieniła, odwrócił się z powrotem do lodówki. Wstrzymał teatralnie oddech i sięgnął do środka. Wyciągał jajka jedno po drugim, licząc je przesadnie dokładnie. – Jeden… dwa… trzy… cztery… - zatrzymał się na moment, obracając piąte w palcach.
Kury – jeśli się nad tym zastanowić – były całkiem sensownymi stworzeniami. Nie koguty, te miały nieproporcjonalnie dużo ambicji jak na mały rozmiar swoich ciał. Kury natomiast robiły swoje. Znosiły jajka. Regularnie. Nawet wtedy, kiedy nic z tego nie miało się wykluć. I to było interesujące. Nie potrzebowały nic, żeby zostawić po sobie efekt pracy. Były też zdecydowanie lepsze niż krowy – jeśli się nad tym zastanowić. Krowy wymagały całego procesu – zapłodnienia, cielaka, zabierania młodego, całej tej niezręcznej logistyki – żeby w ogóle zaczęły dawać cokolwiek.
Amara wpisywała się w ten obraz z zaskakującą dokładnością. Dzieciaki z ulicy brała do siebie tak samo, jak kura znosiła jajka. Regularnie. Mechanicznie. Jakby to była naturalna część świata. Tak jak kura nie potrzebowała własnych piskląt, żeby znosić jajka tak Amara nie miała własnych dzieci. A mimo to była odpowiedzialna za ten cały rozproszony narybek.
A jednak poza tymi wieloma zaletami, kury miały jedną wadę – jedno, zbyt duże jajko potrafiło je zabić.
- Łap! – rzucił piąte jajko w stronę Amary.
U Aligatorów wyglądało to zupełnie inaczej. Proces nie był ciągły, a sezonowy. I akurat się zaczynał.
W przeciwieństwie do owadów, ptaków i płazów, które sprawiały, że bagna wydawały się stale zajęte dźwiękiem, nieprawione ucho mogłoby przeoczyć ich pomruki czy uderzenia o wodę. Nie było masowego „rechotu” ani chóru. Ich kopulacja nie była czymś, co generowało dużo dźwięku na powierzchni.Z tym Leo akurat zupełnie tych zwierząt nie przypominał.
W tym okresie bagno nie wybaczało głupich ruchów. Samce częściej patrolowały teren i były bardziej skłonne do ataków ostrzegawczych. Brzeg i płytka woda powoli stawały się bardziej zatłoczone, przez co Broussard – mimo, że nie pałał szczególną miłością do swoich suk – czuł, że musi je lepiej pilnować, jeśli nie chce, żeby przypadkiem któraś z nich skończyła jako posiłek energetyczny dla przyszłej mamy-aligatorki.
A dziewczynki miały wiele do zrobienia i potrzebowały sporo energii. Wykopanie gniazda, złożenie kilkudziesięciu jaj, a później bronienie ich.
Porównując je do kur, pomysł zbliżania się do nich bez powodu wydawał się niemal śmieszny, jeśli nie idiotyczny. Zresztą… nie był jednym z tych facetów, którzy szczególnie chętnie odbierał dzieci ich matkom.
- Rozumiem, że nie umiesz już podjąć żadnego wyboru – mruknął cicho pod nosem, otwierając szafki po kolei. Wnętrze kuchni – poza lodówką – zaskakująco trzymało porządek. Nie był to jednak porządek osoby szczęśliwej, wydawał się wynikać jedynie z tego, że rzeczy zwyczajnie nie były używane od jakiegoś czasu, a szafki rzadko były otwierane. Po kilku chwilach wyciągnął papierową torbę i zerknął do środka. Mąki zostało wystarczająco i zadziwiająco nie była pełna nieproszonych lokatorów. W kolejnej szafce znalazł miskę.
- Czy wyglądam jak pieprzony kelner? – prychnął wbijając jajka do miski. Jedno po drugim. Skorupki lądowały na blacie, dołączając do obrazu zewnętrznego brudu domu Amary. Pomimo niemiłej odpowiedzi na jej komentarz o kawie, po chwili na blacie pojawił się jednak kubek, do którego wsypał resztki zmielonej wcześniej kawy. – Potrzebuję zapalić – oznajmił jednak, tonem podobnym do tego, po który kobieta sięgnęła wcześniej. Oczywistym było to, że nie miał na myśli papierosa.
Leo uniósł wzrok znak patelni. Przez chwilę patrzył na nią bez słowa. – Mnie – odpowiedział w końcu, wracając do mieszania ciasta i przygotowywania kawy.
Nie mógł. Zwyczajnie nie mógł powiedzieć Amarze wszystkiego tu i teraz. Nie mógł zrobić tego z kilku względów. Po pierwsze – nie był pewny małego Darnella, który siedział przy drzwiach i do którego uszu mogły dochodzić strzępki ich rozmowy. Po drugie – nie był również pewny samej Dupre. Jak bardzo była wierna The Byrd? Jak wiele była w stanie zrobić, żeby jednak do nich wrócić? Czy mogłaby poświęcić i jego? Czy gdyby to zrobiła przyjęliby ją z powrotem?
- Ile ci zostało? – zapytał więc konkretnie, odbijając temat od siebie.
Jeszcze nawet te kilka dni temu uznałby podobne rozważania za obrazę. Amara była uparta, mściwa, nieznośna i miała wiele innych wad, które z przyjemnością mógłby wyliczać do późnego wieczora, ale nie była głupia. Nie byłą też desperatką. Teraz jednak siedział w jej kuchni i smażył naleśniki w domu, który wyglądał jakby jego właścicielka już dawno przegrała wojnę z samą sobą. Widział uschnięte kwiaty, zasłonięte okna i kobietę, która zdawała się traktować wyrzucenie z The Byrd niczym własny pogrzeb. Broussard spodziewał się po niej gniewu, planów zemsty, politycznych gierek i może nawet kilku trupów. Nie spodziewał się… tego. Nie spodziewał się kobiety, która wyglądała, jakby z piersi wyrwano jej kawałek serca. A ludzie pozbawieni części siebie potrafili robić rzeczy nierozsądne. Nie dlatego, że byli źli ani głupi, tylko dlatego, że desperacko próbowali odzyskać to, co stracili. A jeśli The Byrd rzeczywiście znaczyło dla Amary aż tyle, jeśli był to fundament, na którym budowała całe swoje życie, to nie dało się całkowicie wykluczyć, że w przypływie szaleństwa spróbowałaby kupić sobie drogę powrotną.
Nawet jego kosztem.
- Podejdź tutaj na chwilę – powiedział miękko, pochylając miskę i oglądając jej zawartość. – Nie mogę znaleźć cukru. A szczerzę wierzę, że jesteś wystarczająco słodka, żeby załatwić sprawę.
Amara Dupré
Kury – jeśli się nad tym zastanowić – były całkiem sensownymi stworzeniami. Nie koguty, te miały nieproporcjonalnie dużo ambicji jak na mały rozmiar swoich ciał. Kury natomiast robiły swoje. Znosiły jajka. Regularnie. Nawet wtedy, kiedy nic z tego nie miało się wykluć. I to było interesujące. Nie potrzebowały nic, żeby zostawić po sobie efekt pracy. Były też zdecydowanie lepsze niż krowy – jeśli się nad tym zastanowić. Krowy wymagały całego procesu – zapłodnienia, cielaka, zabierania młodego, całej tej niezręcznej logistyki – żeby w ogóle zaczęły dawać cokolwiek.
Amara wpisywała się w ten obraz z zaskakującą dokładnością. Dzieciaki z ulicy brała do siebie tak samo, jak kura znosiła jajka. Regularnie. Mechanicznie. Jakby to była naturalna część świata. Tak jak kura nie potrzebowała własnych piskląt, żeby znosić jajka tak Amara nie miała własnych dzieci. A mimo to była odpowiedzialna za ten cały rozproszony narybek.
A jednak poza tymi wieloma zaletami, kury miały jedną wadę – jedno, zbyt duże jajko potrafiło je zabić.
- Łap! – rzucił piąte jajko w stronę Amary.
U Aligatorów wyglądało to zupełnie inaczej. Proces nie był ciągły, a sezonowy. I akurat się zaczynał.
W przeciwieństwie do owadów, ptaków i płazów, które sprawiały, że bagna wydawały się stale zajęte dźwiękiem, nieprawione ucho mogłoby przeoczyć ich pomruki czy uderzenia o wodę. Nie było masowego „rechotu” ani chóru. Ich kopulacja nie była czymś, co generowało dużo dźwięku na powierzchni.
W tym okresie bagno nie wybaczało głupich ruchów. Samce częściej patrolowały teren i były bardziej skłonne do ataków ostrzegawczych. Brzeg i płytka woda powoli stawały się bardziej zatłoczone, przez co Broussard – mimo, że nie pałał szczególną miłością do swoich suk – czuł, że musi je lepiej pilnować, jeśli nie chce, żeby przypadkiem któraś z nich skończyła jako posiłek energetyczny dla przyszłej mamy-aligatorki.
A dziewczynki miały wiele do zrobienia i potrzebowały sporo energii. Wykopanie gniazda, złożenie kilkudziesięciu jaj, a później bronienie ich.
Porównując je do kur, pomysł zbliżania się do nich bez powodu wydawał się niemal śmieszny, jeśli nie idiotyczny. Zresztą… nie był jednym z tych facetów, którzy szczególnie chętnie odbierał dzieci ich matkom.
- Rozumiem, że nie umiesz już podjąć żadnego wyboru – mruknął cicho pod nosem, otwierając szafki po kolei. Wnętrze kuchni – poza lodówką – zaskakująco trzymało porządek. Nie był to jednak porządek osoby szczęśliwej, wydawał się wynikać jedynie z tego, że rzeczy zwyczajnie nie były używane od jakiegoś czasu, a szafki rzadko były otwierane. Po kilku chwilach wyciągnął papierową torbę i zerknął do środka. Mąki zostało wystarczająco i zadziwiająco nie była pełna nieproszonych lokatorów. W kolejnej szafce znalazł miskę.
- Czy wyglądam jak pieprzony kelner? – prychnął wbijając jajka do miski. Jedno po drugim. Skorupki lądowały na blacie, dołączając do obrazu zewnętrznego brudu domu Amary. Pomimo niemiłej odpowiedzi na jej komentarz o kawie, po chwili na blacie pojawił się jednak kubek, do którego wsypał resztki zmielonej wcześniej kawy. – Potrzebuję zapalić – oznajmił jednak, tonem podobnym do tego, po który kobieta sięgnęła wcześniej. Oczywistym było to, że nie miał na myśli papierosa.
Leo uniósł wzrok znak patelni. Przez chwilę patrzył na nią bez słowa. – Mnie – odpowiedział w końcu, wracając do mieszania ciasta i przygotowywania kawy.
Nie mógł. Zwyczajnie nie mógł powiedzieć Amarze wszystkiego tu i teraz. Nie mógł zrobić tego z kilku względów. Po pierwsze – nie był pewny małego Darnella, który siedział przy drzwiach i do którego uszu mogły dochodzić strzępki ich rozmowy. Po drugie – nie był również pewny samej Dupre. Jak bardzo była wierna The Byrd? Jak wiele była w stanie zrobić, żeby jednak do nich wrócić? Czy mogłaby poświęcić i jego? Czy gdyby to zrobiła przyjęliby ją z powrotem?
- Ile ci zostało? – zapytał więc konkretnie, odbijając temat od siebie.
Jeszcze nawet te kilka dni temu uznałby podobne rozważania za obrazę. Amara była uparta, mściwa, nieznośna i miała wiele innych wad, które z przyjemnością mógłby wyliczać do późnego wieczora, ale nie była głupia. Nie byłą też desperatką. Teraz jednak siedział w jej kuchni i smażył naleśniki w domu, który wyglądał jakby jego właścicielka już dawno przegrała wojnę z samą sobą. Widział uschnięte kwiaty, zasłonięte okna i kobietę, która zdawała się traktować wyrzucenie z The Byrd niczym własny pogrzeb. Broussard spodziewał się po niej gniewu, planów zemsty, politycznych gierek i może nawet kilku trupów. Nie spodziewał się… tego. Nie spodziewał się kobiety, która wyglądała, jakby z piersi wyrwano jej kawałek serca. A ludzie pozbawieni części siebie potrafili robić rzeczy nierozsądne. Nie dlatego, że byli źli ani głupi, tylko dlatego, że desperacko próbowali odzyskać to, co stracili. A jeśli The Byrd rzeczywiście znaczyło dla Amary aż tyle, jeśli był to fundament, na którym budowała całe swoje życie, to nie dało się całkowicie wykluczyć, że w przypływie szaleństwa spróbowałaby kupić sobie drogę powrotną.
Nawet jego kosztem.
- Podejdź tutaj na chwilę – powiedział miękko, pochylając miskę i oglądając jej zawartość. – Nie mogę znaleźć cukru. A szczerzę wierzę, że jesteś wystarczająco słodka, żeby załatwić sprawę.
Amara Dupré