35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Zadarła wojowniczo podbródek, kiedy Rune się zbliżył, gotowa na sprzeciw, na zatrzymanie go jeszcze przez chwilę, żeby przeciągnąć to drapiące pod skórą napięcie nawet bardziej, aż do granicy wytrzymałości. Uchyliła już usta, czując na końcu języka kształtujące się słowa, ale kiedy jego dłonie znalazły się na krzywiźnie jej bioder, żaden sprzeciw nie wyrwał się jej z gardła. Ponieważ Flavia spodziewała się gwałtowności, próby zaspokojenia tego głodu, który jeszcze nie osiągnął apogeum, złamania dystansu i dłoni pozbawionych cierpliwości w chęci odzyskania bliskości, którą Flavia rozmyślnie przerwała.
Wszystkiego, co tak dobrze znała i co przerabiała setki razy w najróżniejszych kombinacjach. Agresji, dominacji, czegoś tak prymitywnego, że niemal zwierzęcego, co zresztą zawsze na nią działało. Rune dał jej jednak coś innego. Coś obcego, czego nie ośmielała się jeszcze oceniać ani porównywać; coś, przed czym jej rozsądek się wzbraniał, a ciekawość czego paliła jak rozżarzony węgiel przyłożony do skóry:
Intymność bez pośpiechu, przez którą jego dotyk nabierał niebezpiecznej głębi i duszącego ciężaru.
Bez oporu opadła miękko na materac, kiedy Rune ją na niego popchnął. Jednak dopiero gdy mężczyzna niespodziewanie podążył za nią, oddech ugrzązł Flavii w piersi, a ciało przeszył gorący dreszcz spływający między uda. I chociaż chwilę wcześniej była skupiona na reżyserowanym przez siebie przedstawieniu, chociaż była świadoma każdego cala swojego ciała i każdego gestu — teraz cała jej uwaga nagle skoncentrowała się na mężczyźnie przed nią, a ogniskowało ją spojrzenie wbite w jego twarz. Świat skurczył się gwałtownie, zamknął się w szerokich nagich barkach, pobliźnionym torsie, mokrych włosach opadających w nieładzie na skronie i przeszywającym spojrzeniu bladych tęczówek, odznaczających się wyraźnie od półmroku panującego w sypialni. Chociaż było ciemno, jego oczy zdawały się lśnić, a ich kolor malowało pożądanie i coś jeszcze, coś, czego nazwy zdrowy rozsądek nakazywał nawet nie próbować zgadywać. Przez chwilę absurdalnie bała się, że nie wytrzyma, jeśli Rune ją teraz dotknie. Że wycofa się, bo wszystko niespodziewanie nabrało czegoś zbyt personalnego — zabawne, że dziki seks nie był dla Flavii niczym personalnym — albo wręcz przeciwnie, rzuci się na niego, łamiąc tym samym najważniejszą regułę gry, którą sama przecież zaczęła.
Od udręki tej niepewności Rune wybawił ją jedno uderzenie serca później; jego palce odnalazły suwak i rozpięły go tak niespiesznie, jakby mieli cały czas tego świata. Flavia zagryzła dolną wargę, z całych sił starając się zachować kontrolę nad swoim ciałem, ale nawet mimo to jej oddech stał się cięższy, nierówny, niemożliwy do upilnowania. Nie rzuciła się na niego, jeszcze nie, chociaż w jej oczach zabłysnął głód. O wycofywaniu się nie było nawet mowy. Z lekkiego skosu w dół patrzyła mu w oczy, kiedy boleśnie wolno zdejmował jeden z kozaków, kiedy przesuwał dłonią po skórze, wzniecając tym prostym, niemal niewinnym gestem w dole jej brzucha prawdziwą pożogę. Zaskoczył ją.
Flavia wiedziała — przerobiła to na własnej skórze — że mężczyźni mają przykrą tendencję do uważania, że dominacja łączy się z agresją, że brutalność i siła to jedyna droga do wymuszenia podporządkowania się drugiej osoby. Rzadko który mężczyzna rozumiał subtelność władzy, jej kruchość i podatność na manipulację. Rune był inny.
A każdy jego delikatny dotyk, niespieszny ruch i wyrachowana pauza oddawały mu w dłonie coraz więcej władzy nad jej ciałem i myślami.
N a l e ż a ł a . do niego bez użycia siły.
Bardziej niż kiedykolwiek należała do kogoś innego.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


my hot mortal
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
𝐷ominacja rzadko wyglądała tak, jak ludziom najwygodniej było ją sobie wyobrażać. Nie zawsze miała twarz przemocy, ciężar brutalnej dłoni czy głos podniesiony o ton za wysoko. Czasem przychodziła cicho, z opanowaniem tak dokładnym, że aż bezwstydnym, i właśnie wtedy bywała najdotkliwsza. Rune wiedział o tym aż za dobrze. Klęczał przed nią, rozpalony, spragniony i napięty do granic, a mimo to nie rzucił się na nią jak wygłodniałe zwierzę. Nie pozwolił, żeby głód przejął nad nim całkowitą władzę. To właśnie było w tym najgorsze i jednocześnie najpiękniejsze — że brał ją w posiadanie ruchem powolnym, delikatnym, wyważonym, nie zostawiając przy tym ani odrobiny wątpliwości, kto w tej chwili rozdaje karty.
Wiedział, co robi.
Wiedział to w sposobie, w jaki zwlekał o sekundę dłużej, niż było trzeba. W spojrzeniu zatrzymanym na jej twarzy, zanim wracał niżej. W dłoniach, które nie śpieszyły się tam, gdzie inne męskie dłonie już dawno straciłyby cierpliwość. To nie była łagodność wynikająca z niepewności. To była kontrola. A kontrola, jeśli człowiek naprawdę umiał się nią posługiwać, potrafiła doprowadzić drugą osobę do granicy znacznie skuteczniej niż zwykła gwałtowność.
Nie chciał, żeby to skończyło się szybko. Nie po tym wszystkim. Nie po tygodniu, w którym własna głowa rozrywała go od środka. Nie po tamtej nocy, która ciągle siedziała mu pod skórą jak odłamek szkła, drażniący przy każdym ruchu. Teraz, mając ją przed sobą, z tym gorącem pulsującym między nimi coraz ciężej, chciał czegoś więcej niż prostego rozładowania napięcia. Chciał ją dotykać. Czuć. Smakować długo, dokładnie, aż przestanie rozróżniać, gdzie kończy się jego głód, a zaczyna ona. Chciał ją posiąść nie tylko ciałem, lecz w każdym tym znaczeniu, którego nie dało się wypowiedzieć bez ryzyka, że zabrzmi to zbyt prawdziwie. Obrączka na jej palcu nie robiła na nim żadnego wrażenia. Może powinna. Może w innym życiu zrobiłaby. Tutaj jednak była tylko drobnym błyskiem metalu przy kobiecie, która i tak od dawna należała do grzechów, nie do przyzwoitości.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


sukkub
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


my hot mortal
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


sukkub
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


my hot mortal
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


sukkub
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


my hot mortal
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


sukkub
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


my hot mortal
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


sukkub
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


my hot mortal
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


sukkub
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Kiss while your lips are still red
While he's still silent

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

Później, kiedy leżała na plecach w zmiętej pościeli, z dłonią, której palce muskały biodro Rune’a i zaspokojona dogłębnie tym drugim razem, nie myślała o niczym. Umysł miała pusty i ciężki, tak samo jak zmęczone ciało. Wieczna gonitwa myśli ustała. Był tylko ten pokój, ten mężczyzna i odgłos ich gorących oddechów. W powietrzu unosił się przyjemnie specyficzny zapach po seksie, ciemność przecinała poświata ulicznych latarni, których rozproszone światło przedzierało się przez zasłony, a materac miękko przyjmował ciężar jej ciała. Cisza jej nie przeszkadzała. Właściwie cieszyła się, że Rune nie próbuje zagadać tego spokoju, idealnej równowagi, w jaką sam ją wprowadził. I Flavia miała wrażenie, że mogłaby tak leżeć godzinami; rozluźniona, bez problemów gangu na barkach, bez zobowiązań wobec rodziny, bez czekających na nią dziesiątek decyzji do podjęcia, od których będzie zależeć ludzkie życie. Ot zwykła, zaspokojona kobieta.
Jednak przez tą nonszalancję musiał w końcu przebić się rozsądek.
Nie powinna tu zostawać dłużej, niż to absolutnie konieczne.
Nie powinna pozwalać myślom leniwie błądzić w niebezpiecznych kierunkach.
Nie powinna dawać Rune’owi mylnego wrażenia.
Poruszyła się więc z niemym westchnieniem, zamierzając spokojnie się ubrać i wyjść z godnością, bez tego żałosnego, lepiącego się do skóry przymusu wymknięcia się. Zanim jednak zdążyła podnieść się z łóżka, poczuła, jak mężczyzna łapie jej dłoń. Zatrzymała się natychmiast, bardziej ze zdziwienia niż fizycznej konieczności, i odwróciła się w jego stronę, żeby wbić w niego skonsternowane spojrzenie. Jednak dopiero słowa były jak fizyczny cios, który na moment zaparł jej dech w piersiach.
Zamarła w bezruchu, ani nie oswobadzając dłoni z jego palców, ani nie kładąc się z powrotem i milczała ze spojrzeniem utkwionym nieruchomo w jego twarzy, jakby tam szukała odpowiedzi na niezadane pytanie. Długo. Za długo, żeby próbować przekonać samą siebie, że jeszcze nie podjęła decyzji. Wreszcie poddała się również przed nim; cicho położyła się z powrotem, tym razem na boku i z głową opartą na ramieniu wsuniętym pod poduszkę, żeby móc na niego patrzeć. Nie cofnęła tej dłoni, którą wciąż trzymał, pozwoliła im opaść splecionym na materac pomiędzy nimi. Wiele zastrzeżeń i obwarowań tej decyzji cisnęło się jej na usta i Flavia musiała wspiąć się na absolutne wyżyny siły woli, żeby nie wypowiedzieć ani jednego z nich.
Jutro zajmie się jutrzejszymi problemami.
A dzisiaj…
A tak naprawdę, Rune? — zapytała głosem na pograniczu szeptu, ale w ciszy sypialni, wypełnionej przed chwilą zbyt dużą ilością dźwięków, i tak jej dziwne pytanie zabrzmiało donośnie. — Zdradzałeś ją?
W jej głosie nie brzmiało ani wścibstwo, ani ciekawość, ani żadnego rodzaju osąd czy oczekiwanie, ani tym bardziej próba wybielenia samej siebie czyimiś decyzjami. Flavia zadała je rzeczowo, niemal obojętnie, a tej wdzięcznej miękkości dodał mu panujący wokół nich półmrok.

Hold another hand while the hand's still without a tool
Love while the night still hides the withering dawn
my hot mortal
Ostatnio zmieniony czw 04 cze 2026, 08:55 przez Flavia Rodriguez, łącznie zmieniany 1 raz.
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
𝑇o zdanie wyrwało mu się z ust szybciej, niż zdążył je ocenzurować, i właśnie dlatego brzmiało tak niebezpiecznie prawdziwie. Nie chcę zostać sam. Nie chodziło przecież wyłącznie o tę jedną noc, o ciepło pościeli ani o wygodę, jaką dawała obecność drugiego ciała w łóżku. Nie chodziło nawet tylko o seks, choć jeszcze chwilę wcześniej to właśnie on zalewał mu głowę do tego stopnia, że skutecznie zagłuszał wszystko inne. Pod spodem siedziało coś znacznie bardziej wstydliwego. Samotność po tym wszystkim miała inny ciężar niż dawniej; nie była już zwykłą ciszą mieszkania ani pustką po wyjściu Phoenix do matki. Przypominała raczej otwarte drzwi do miejsca, do którego bał się wracać. Wiedział, co czeka po drugiej stronie, jeśli zostanie sam ze sobą za długo: wspomnienie tamtego wystrzału, widok obcej krwi na nie tej osobie, której powinien był wtedy pilnować, i ten cholerny skurcz pod mostkiem, kiedy docierało do niego raz po raz, że naprawdę to zrobił. Flavia działała więc jak opatrunek przyłożony do rany, której nie umiał zaszyć. Jak zbyt luksusowy, zbyt drogi środek znieczulający, ale skuteczny. Potrzebował jej obecności dokładnie tak, jak człowiek po wynurzeniu potrzebuje powietrza — nie dlatego, że jest rozsądna, dobra i bezpieczna, tylko dlatego, że bez niej znowu zacznie się dusić.
Zamarł więc w oczekiwaniu, z jej dłonią w swojej, niepewny pierwszy raz od dłuższego czasu nie własnego ciała, lecz tego, co właściwie właśnie zrobił. Wokół nich unosiły się dowody spełnienia, tak namacalne, że niemal ciężkie — gęstsze powietrze, ich zapach osadzony na pościeli, pot stygnący na skórze, nierówny oddech i to osobliwe rozluźnienie, które przychodzi dopiero po intensywnym wysiłku i po czymś znacznie bardziej intymnym niż sam ruch ciał. Nosili to na sobie oboje niczym drugą skórę, cienką i niewidzialną warstwę po wszystkim, co przed chwilą sobie zrobili, i wszystko to sprawiało, że chwila przeciągała się niemal boleśnie. Rune patrzył na nią z dołu, bezbronniej, niż lubił, i chociaż nie puścił jej dłoni ani na moment, przez głowę zdążyły mu przemknąć najgorsze wersje tego, co zaraz może się wydarzyć. Że przesadził. Że spłoszył ją tą nagłą odsłoniętą prośbą. Że ona poczuje się przygnieciona, zirytowana albo, co gorsza, rozbawiona tym, że facet po dobrym seksie oczekuje od życia czegoś jeszcze, choćby jednego dodatkowego oddechu we dwoje, zamiast po prostu odsunąć się i udawać, że nic głębszego nie zaszło. Sam o sobie pomyślał z krótką, złośliwą niechęcią — pięknie, Whitelaw, zaraz jeszcze będziesz chciał przytulasów.
Ulga przyszła cicho. Prawie niezauważalnie. Wystarczyło to, że nie wyrwała dłoni i że zamiast naprawdę się oddalić, ułożyła się z powrotem na materacu. Odetchnął wtedy płycej, ostrożnie, niemal tak, żeby sam przed sobą nie zdradzić, jak bardzo tego właśnie potrzebował. Wciąż leżąc na boku, najpierw spojrzał na ich splecione palce; ten obraz był prostszy od wszystkiego, co kotłowało mu się w głowie, a przez to dziwnie kojący. Jej smukła dłoń w jego większej, z palcami zaciśniętymi na tyle mocno, by czuć obecność, ale nie na tyle, by mówić o zawłaszczeniu. Dopiero potem podniósł na nią wzrok, a w jego twarzy pojawiło się lekkie, ledwie uchwytne zdezorientowanie, gdy się odezwała.
Przez sekundę nie złapał, do czego właściwie nawiązuje. Pytanie zawisło między nimi w półmroku i rozbiło się o niego nie od razu. Musiał sięgnąć pamięcią kilka godzin wstecz, do kuchni cuchnącej whisky, do własnego alkoholowego rozkładu, do tego żałosnego momentu, w którym puściły mu hamulce i zaczął wyrzucać z siebie wszystko: o starych, o dzieciństwie, o Cassandrze, o małżeństwie, które rozjechało mu się pod nogami. Obraz wrócił na tyle wyraźnie, by zrozumiał, że to właśnie o to pyta.
Pierwszy odruch był klasyczny. Obrona. Szyderstwo. Gotowe już miał na języku pytanie, czy ona naprawdę uważa, że byłby do tego zdolny, i drugie, znacznie podlejsze, że skoro już rozmawiają o zdradzie, to może warto zauważyć, w czyim łóżku właśnie leży. Zatrzymał się jednak, zanim choćby jedno z tych zdań wydostało się na zewnątrz. Ugryzł się w język dosłownie i w przenośni, bo dość szybko dotarło do niego, że to nie jest szpila. Nie prowokacja. Nie próba przyszpilenia go do ściany cudzym moralizowaniem. W jej głosie nie było złośliwości. Tylko pytanie. Proste, rzeczowe, niemal zbyt spokojne jak na temat, który zwykle otwierał w nim odruchowy gniew.
Przez chwilę milczał, patrząc na nią uważnie, aż w końcu odetchnął i przesunął kciukiem po grzbiecie jej dłoni.
— Nie zdradzałem jej — powiedział w końcu cicho, ale bez wahania. — Byłem wierny. I kochałem ją.
To ostatnie zabrzmiało ciężej, niż planował. Nie dlatego, że żałował tamtego życia w prosty sposób, lecz dlatego, że wciąż było w nim coś gorzkiego w samym fakcie, że to nie wystarczyło. Opuścił na moment wzrok, zaraz jednak wrócił nim do jej twarzy.
— Tyle że dla niektórych, jak widać, to za mało. — Kącik ust drgnął mu krzywo, bez śladu rozbawienia. — Możesz kochać, możesz się starać, możesz nie latać na boki, a i tak ktoś będzie próbował cię ustawić pod siebie tak, żebyś oddychał wtedy, kiedy mu pasuje.
Nie mówił tego z furią. Raczej z tym szorstkim zmęczeniem człowieka, który już dawno przeżuł własne żale, ale nigdy ich do końca nie strawił. W ciszy pokoju jego głos wydawał się niższy, bardziej przygaszony, a jednak stabilny.
— Nie umiałem żyć z kimś, kto chciał decydować za mnie. Co mam robić, gdzie mam być, z kim mam gadać, jak mam żyć, żeby było wygodnie. — Na chwilę odwrócił wzrok ku ciemności za jej ramieniem, jakby tam, na ścianie, wisiało coś, co łatwiej było oglądać niż własną pamięć. — Jestem niespokojnym duchem, Vi. Zawsze byłem. Potrzebuję ruchu, powietrza, własnych decyzji, nawet głupich. A ona próbowała wszystko pozamykać w pudełkach i podpisać, co jest rozsądne, a co nie. Ile mogę dać ludziom. Ile czasu mam poświęcić na pracę. Ile na dom. Ile na bycie takim, jakim ktoś chciał mnie widzieć.
Westchnął cicho, bez teatralności, tylko z ciężarem.
— I wiesz, może dla kogoś to jest normalne. Dla mnie było jak smycz. Coraz krótsza.
Nie chciał mówić o tym za długo. Nie teraz, w tym łóżku, z jej skórą nadal pachnącą ich wspólnym potem i nocą, która wciąż trzymała ich w swoim miękkim uścisku. A jednak nie urwał też tego brutalnie. Pozwolił, by prawda wybrzmiała dokładnie tyle, ile trzeba. Bez upiększeń. Bez gadki o tym, że wszystko było jej winą, bo nie było. Cassandra miała swoje racje, on miał swoje wady, i może po prostu byli za bardzo zbudowani z innych materiałów, żeby nie zacząć się o siebie ścierać do bólu.
W końcu przesunął się odrobinę bliżej, nie puszczając jej dłoni, i spojrzał na nią jeszcze raz, tym razem spokojniej.
— To nie było tak, że chciałem uciec do innych kobiet — dodał po chwili. — Ja po prostu nie chciałem przestać być sobą tylko dlatego, że komuś było ze mną niewygodnie.
Na moment ucichł. Za oknem przejechał samochód, z ulicy dobiegł odległy śmiech, a gdzieś na wycieraczce, pewnie już stygnąc, czekało zamówione jedzenie. Wszystko to wydawało się jednak odległe i dziwnie mało istotne.
Rune jeszcze przez chwilę patrzył na jej twarz, szukając w niej nie oceny, tylko czegokolwiek, co pozwoli mu zrozumieć, po co właściwie o to zapytała. Nie naciskał. Nie dopytywał. Po prostu był tu, bliżej, z palcami splątanymi z jej dłonią i z ciałem rozluźnionym na tyle, by prawda mogła z niego wyjść bez walki.

Drown into eyes while they're still blind
Love while the night still hides the withering dawn


vi
35 lat/a, 172 cm
I'm not bossy, I'm the boss w Preservation Hall
Awatar użytkownika
You will never hear me say "come hold me, console me" when really I'm lonely
Whispers of life
Nie należała do tego specyficznego w jej mniemaniu gatunku kobiet, które potrzebowały oznak czułości i bliskości po seksie; które szukały kontaktu wzrokowego i niewinnego dotyku albo jakiegokolwiek innego dowodu oddania mężczyzny w ramach jakiejś chorej zapłaty za rozłożenie przed nim nóg. Dla niej wystarczającą zapłatą był orgazm — dwa lub trzy, jeśli miała szczęście — ta prymitywna przyjemność, w poszukiwaniu której w ogóle zaczynała tego rodzaju gry, i nic poza tym. Zakładała, że dla tamtych kobiet była to rozpaczliwa próba wypełnienia na chwilę pustki, z którą sobie same nie radziły (właśnie temu nieuświadomionemu schematowi przypisywała niezrozumiałe dla niej pragnienie bliskości rządzące zdecydowaną większością społeczeństwa, które za priorytet stawiało znalezienie sobie drugiej połówki) albo potrzeba potwierdzenia swojego znaczenia w cudzych oczach.
Flavia natomiast ani nie miała w sobie żadnej pustej przestrzeni, którą koniecznie musiałaby wypełniać drugim człowiekiem, ani tym bardziej nie szukała walidacji w oczach innych. Znała swoją wartość. I doskonale radziła sobie sama.
Różni ludzie różnie to w niej nazywali, tak jakby sama rola kobiety wymuszała w niej niezaradność i potrzebę kogoś, kto musiałby jej pomagać iść przez życie; bezdusznością, emocjonalnym chłodem, zdystansowaniem, wyższością, dumą, a nawet wybujałym ego. Nie zatrzymywała się jednak przy nich wystarczająco długo, żeby tych opinii i diagnoz wysłuchać do końca, zbywała je krótkim uśmiechem nasączonym pogardą. Wyjątkiem był rzecz jasna Nathaniel, ale tylko dlatego, że od jego opinii po prostu . n i e . d a ł o . s i ę . uciec. Nie w czterech ścianach ich zbyt dużej rezydencji, w której kątach słowa zostawały uwięzione na zawsze, a lustra pamiętały ślad przemocy i nie w związku, z którego nie było dobrego wyjścia.
A mimo to teraz zdecydowała się zostać z Runem w tym łóżku. Częściowo wbrew sobie, a z całą pewnością wbrew rozsądkowi, który dobijał się z tyłu jej potylicy czerwonym alarmem ostrzegawczym. Z nonszalancją przypisała tę decyzję ciekawości, jaką mężczyzna w niej budził, a później przestała się nad tym zastanawiać i poszła dalej za głosem intuicji, który kazał jej zadać właśnie to pytanie. Och, była doskonale świadoma skąd się wzięło akurat takie, akurat w tej sytuacji, ale nie zamierzała przyznawać się do tego na głos. Dlatego w milczeniu na niego patrzyła i kiedy już sądziła, że odpowiedź nigdy nie padnie, jego rzeczowy, niski głos wreszcie przeciął ciszę. I to pierwsze zwięzłe zdanie w zupełności by jej wystarczyło; Flavia nie oczekiwała od niego ani usprawiedliwiania się, ani wchodzenia w detale prywatnych spraw, na terytorium, do którego obca osoba nie powinna mieć wstępu. Jednak Rune nie zatrzymał się na nim i nie zamknął tematu w kilku słowach, tak jak początkowo się spodziewała. A im więcej mówił, tym bardziej Flavia słuchała go tak, jakby opowiadał jej o antygrawitacji i tworzeniu rozgałęziających się linii czasowych przez podróże w przeszłość; o rzeczach tak jej obcych, że graniczących z niemożliwością. Jednocześnie ten monolog dawał jej szerszy pogląd na człowieka, który leżał przed nią, pod nią i na niej, i który nie wiedzieć kiedy stał się częścią jej codzienności. Wyobrażała sobie jego żonę i jego związek, niemal widziała oczami wyobraźni, jak Rune się w nim dusi, a nawet mimo to nie zdecydował się na zdradę.
Wreszcie do niej dotarło, że on . n a p r a w d ę . wierzył w wierność. Ten wniosek Flavię zarówno ciekawił, jak i konsternował. W jej świecie zdrada była bardziej oczywista niż miłość. Małżeństwo było traktatem handlowym i z tego prostego powodu przyjemności należało szukać poza nim. Nie zwykła nadawać zdradzie miana tragedii osobistej ani robić z niej powodu do zerwania umowy, nie, traktowała ją jak oczywistość, jeśli nie konieczność. Jako naturalną, fizjologiczną potrzebę człowieka wystarczająco uczciwego z samym sobą, żeby się do niej przyznać.
Nie umiałem żyć z kimś, kto chciał decydować za mnie.
Wtedy nagle padło to stwierdzenie i samym brzmieniem wydusiło jej powietrze z płuc, odebrały możliwość oddechu na chwilę krótszą niż uderzenie serca. Zobaczyła w jego słowach własne żałosne odbicie, siebie samą odartą z tej niezależności, w jakiej lubiła się malować. Irytacja ukłuła ją w boku natarczywym bólem, być może odbiła się jakimś dziwnym błyskiem w oczach, ale poza tym przeszła niezauważona. A ona słuchała dalej w milczeniu, ze wzrokiem skupionym na jego ustach.
Zdusiła parsknięcie w reakcji na jego kolejne słowa. Chociaż miała już na końcu języka słowa o tym, że ci wszyscy biedni mężczyźni potrzebują . t y l k o . wolności, a jednocześnie nie widzą nic złego w odbieraniu tej samej wolności swoim kobietom. Szczęśliwie jakimś cudem zdążyła powstrzymać je za zębami, ale jad tej uwagi i tak rozlał się goryczą po jej języku. Cięty sarkazm był czystym odzwierciedleniem jej osobistego, zbierającego się w tyle świadomości żalu do swojego życia i Flavia zdała sobie sprawę, że znalazła się o niebezpiecznie cienki włos od zdradzenia się przed nim z czymś tak osobistym. Jemu, nie tylko mężczyźnie, ale prawie całkiem obcemu mężczyźnie.
Który zabił człowieka, żeby ją uratować.
Ta układanka zaczynała robić się cholernie skomplikowana.
Ludzie zbyt często mylą miłość z aktem własności — odparła zamiast tego leniwie, z cieniem uśmiechu. Nie, żeby Flavia cokolwiek wiedziała o miłości z doświadczenia, ale o uprzedmiotowieniu wiedziała aż nadto. — Z raczej śmieszną chęcią posiadania na wyłączność i założeniem, że związek to zgoda na autorytarne podporządkowanie sobie kogoś, kogo rzekomo kochają. — Mówiła te słowa lekko. Mówiła o nim. Bo nic nie wskazywało przecież na to, że mówi również o sobie. — A obsesja na punkcie wierności to wynalazek słabych ludzi, którzy poczuciem winy i szantażem wymuszają na drugiej stronie to, na utrzymanie czego przy sobie mają zwyczajnie zbyt mało sprawczości — dokończyła spokojnie, świadoma ile beznamiętnej pogardy jest w tym stwierdzeniu, ile cynizmu i wyrachowania. I w jak silnej opozycji ją stawia do romantycznej, sielankowej wizji świata, w którą społeczeństwo tak usilnie pragnęło wierzyć.
Wtedy też poruszyła się nieznacznie, wyplątała dłoń spod jego palców i podniosła ją, żeby niespiesznie przesunąć opuszkami po jego skórze; od barku w dół, wzdłuż prostej linii obojczyka. Wzrokiem wiodła w ślad za tym dotykiem, nie patrząc mu w twarz. Nie przeszkadzała jej rozmowa o jego byłej żonie tuż po tym, jak pieprzyli się w jego pościeli — w końcu sama zaczęła ten temat i właściwie nie widziała w tym nic oburzającego.
Twoja była brzmi na kogoś, kto dobrze wie, jak skutecznie zdusić płomień przez odcięcie mu dopływu tlenu — dodała z cichym rozbawieniem, tylko gdzieś w przestrzeni pomiędzy nimi zostawiając słowa o tym, że Flavia w takich sytuacjach raczej zabiera ze sobą kanister z benzyną. Palce przesunęła niespiesznie na jego tors, a później po bliznach w kierunku szyi. Mówiła cicho, wszystkie dźwięki zamykały się w dzielącej ich przestrzeni, niemal niknęły w odgłosach nocnego miasta za otwartym oknem. — Ale ty, Rune, cholera… Ty masz strasznego pecha do smyczy. — Z tymi słowami zawiesiła głos i podniosła błyszczące spojrzenie, żeby z powrotem spojrzeć mu w oczy.
W jej spojrzeniu nie było jednak nawet delikatnego cienia przeprosin, żalu czy poczucia winy. Raczej proste stwierdzenie faktu co do łączącej ich relacji, która nie zmieniła się tylko dlatego, że przespała się z nim nie raz, ale dwa razy, a teraz leżała z nim w półmroku w pościeli pachnącej ich ciałami i wilgotnej od potu po fizycznym wysiłku, i czuła jak zmęczenie powoli układa ją do snu. Może też jakiś dziwny rodzaj wyzwania, chociaż sama nie wiedziała jakiego konkretnie.

Rune
ODPOWIEDZ

Wróć do „147”