k(ocica)
- Idź. Do. Środka – wycedził powoli przez zęby. Zsunął szybę w dół i wychylił się przez nią patrząc jak Irina kładzie się na ulicy. – Nie odchodzę! Boże! Miałaś być w końcu normalna! Będziesz mnie szantażować?!
Dylan wrzucił wsteczny i powoli cofnął auto, tak żeby widzieć Irinę w całym tym szaleństwie, kiedy leżała na ziemi niczym ukrzyżowana. Różową sukienkę – zupełnie nie w stylu Rosie – można było określić mianem „grzecznej” jak na standardy Petrovej. Materiał podwinął się przy ruchu, odsłaniając jej bieliznę, czego Dylan wcale nie chciał w tym momencie widzieć. Różowe majtki, które w normalnych okolicznościach byłyby tylko jeji jego sprawą, teraz stały się czymś, co mogło ocenić połowa sąsiadów.
I chociaż Irina była piękna – w tej wersji, w tym miejscu i tym momencie, nie potrafił znaleźć już żadnego punktu zaczepienia, który tłumaczyłby, dlaczego w ogóle miałby chcieć zostać. Zacisnął dłonie na kierownicy, patrząc na leżącą na ulicy dziewczynę. Najpierw chciała wrócić, później płakała, potem się śmiała, zaraz krzyczała. A teraz leżała na środku ulicy i prowokowała go, żeby ją przejechał. Tak chaotyczna nigdy nie była. To było coś, czego nie zrobiłby on sam. Dylan tylko prowokował ją do strzelania w jego stronę.
Nacisnął klakson. Raz. Potem drugi.
Oparł głowę o zagłówek i zacisnął szczękę. Chciał krzyczeć, ale zamiast tego tylko wypuścił powietrze nosem. W środku czuł narastającą frustrację, czuł jak wędrowała z żołądka aż do gardła. W ich relacji były dwie zasady, których się trzymali. Irina znikała, a Dylan czekał. I chociaż po akcji z Prescottem Hays zdawał się ruszyć dalej to wciąż wpuścił ją do siebie, przypominając jej, że zawsze może na niego liczyć. Prychnął cicho pod nosem. Po co jej to mówił? Po to, żeby czuła, że jest gotowy być wykorzystywanym raz za razem? Po to, żeby w innych słowach ująć to, że jest idiotą?
Po to, żeby za każdym razem, kiedy jednak będzie potrzebowała odskoczni od swojego brutalnego życia, szła właśnie do niego?
Uderzył w klakson jeszcze raz, dłużej, już bez cierpliwości, a potem po raz kolejny, aż w końcu oparł głowę o kierownicę, jakby nagle zabrakło mu sił. Frustracja i złość zmieszały się z bezradnością i podeszły pod powieki. Dylan szybko przetarł twarz dłonią, próbując odepchnąć od siebie tą słabość i podniósł głowę, po czym bez dalszego zastanowienia ruszył samochodem. Zatrzymał się gwałtownie pół metra bliżej Iriny wraz z momentem, kiedy jedna z sąsiadek wbiegła na jezdnię.
- Co wy robicie?! – krzyknęła, machając rękami i wyglądając na jednocześnie przestraszoną i wściekłą. – Mam dzwonić po policję?!
Nie wysiadł spokojnie – trzasnął drzwiami auta, obserwując jak kobieta kuca przy Petrovej. Sąsiadka była po czterdziestce, niska i pulchniejsza. Zawsze wyglądała jakby skądś wracała, a Dylan kojarzył ją głównie z poranków, kiedy jej nastoletni syn zastawiał wyjazd z podjazdu, a ona krzyczała coś za nim. Jej białe klapki na niewielkim obcasie były odrobione sztucznymi kwiatami, a na jej szyi wisiał ciężki naszyjnik. W sposobie w jakim przy każdym ruchu odbijał się o klatkę piersiową przypominał Dylanowi dzwon dyndający z krowiej szyi.
- Kochanie, słyszysz mnie? Wstawaj, dobrze? Mark! Mark! – zawołała przeciągając samogłoskę imienia. – Podaj mój telefon!
- Nie trzeba! Nie trzeba dzwonić na policję! - zaprotestował szybko Hays. – To… Jeśli NOPD miałoby przyjeżdżać do każdej rozstającej się ze sobą pary mogliby robić tylko to.
Od razu poczuł, że to było złe. Że zabrzmiało źle. I że wcale nie pomogło.
Kurwa.
Irina Petrova
Dylan wrzucił wsteczny i powoli cofnął auto, tak żeby widzieć Irinę w całym tym szaleństwie, kiedy leżała na ziemi niczym ukrzyżowana. Różową sukienkę – zupełnie nie w stylu Rosie – można było określić mianem „grzecznej” jak na standardy Petrovej. Materiał podwinął się przy ruchu, odsłaniając jej bieliznę, czego Dylan wcale nie chciał w tym momencie widzieć. Różowe majtki, które w normalnych okolicznościach byłyby tylko jej
I chociaż Irina była piękna – w tej wersji, w tym miejscu i tym momencie, nie potrafił znaleźć już żadnego punktu zaczepienia, który tłumaczyłby, dlaczego w ogóle miałby chcieć zostać. Zacisnął dłonie na kierownicy, patrząc na leżącą na ulicy dziewczynę. Najpierw chciała wrócić, później płakała, potem się śmiała, zaraz krzyczała. A teraz leżała na środku ulicy i prowokowała go, żeby ją przejechał. Tak chaotyczna nigdy nie była. To było coś, czego nie zrobiłby on sam. Dylan tylko prowokował ją do strzelania w jego stronę.
Nacisnął klakson. Raz. Potem drugi.
Oparł głowę o zagłówek i zacisnął szczękę. Chciał krzyczeć, ale zamiast tego tylko wypuścił powietrze nosem. W środku czuł narastającą frustrację, czuł jak wędrowała z żołądka aż do gardła. W ich relacji były dwie zasady, których się trzymali. Irina znikała, a Dylan czekał. I chociaż po akcji z Prescottem Hays zdawał się ruszyć dalej to wciąż wpuścił ją do siebie, przypominając jej, że zawsze może na niego liczyć. Prychnął cicho pod nosem. Po co jej to mówił? Po to, żeby czuła, że jest gotowy być wykorzystywanym raz za razem? Po to, żeby w innych słowach ująć to, że jest idiotą?
Po to, żeby za każdym razem, kiedy jednak będzie potrzebowała odskoczni od swojego brutalnego życia, szła właśnie do niego?
Uderzył w klakson jeszcze raz, dłużej, już bez cierpliwości, a potem po raz kolejny, aż w końcu oparł głowę o kierownicę, jakby nagle zabrakło mu sił. Frustracja i złość zmieszały się z bezradnością i podeszły pod powieki. Dylan szybko przetarł twarz dłonią, próbując odepchnąć od siebie tą słabość i podniósł głowę, po czym bez dalszego zastanowienia ruszył samochodem. Zatrzymał się gwałtownie pół metra bliżej Iriny wraz z momentem, kiedy jedna z sąsiadek wbiegła na jezdnię.
- Co wy robicie?! – krzyknęła, machając rękami i wyglądając na jednocześnie przestraszoną i wściekłą. – Mam dzwonić po policję?!
Nie wysiadł spokojnie – trzasnął drzwiami auta, obserwując jak kobieta kuca przy Petrovej. Sąsiadka była po czterdziestce, niska i pulchniejsza. Zawsze wyglądała jakby skądś wracała, a Dylan kojarzył ją głównie z poranków, kiedy jej nastoletni syn zastawiał wyjazd z podjazdu, a ona krzyczała coś za nim. Jej białe klapki na niewielkim obcasie były odrobione sztucznymi kwiatami, a na jej szyi wisiał ciężki naszyjnik. W sposobie w jakim przy każdym ruchu odbijał się o klatkę piersiową przypominał Dylanowi dzwon dyndający z krowiej szyi.
- Kochanie, słyszysz mnie? Wstawaj, dobrze? Mark! Mark! – zawołała przeciągając samogłoskę imienia. – Podaj mój telefon!
- Nie trzeba! Nie trzeba dzwonić na policję! - zaprotestował szybko Hays. – To… Jeśli NOPD miałoby przyjeżdżać do każdej rozstającej się ze sobą pary mogliby robić tylko to.
Od razu poczuł, że to było złe. Że zabrzmiało źle. I że wcale nie pomogło.
Kurwa.
Irina Petrova
Mruczka
Wiedziała, że szantaż nie będzie niczym, co do Dylana przemówi. Ostatecznie nie była to jednak jej próba zatrzymania go, a pokaz, że tylko to się dla niej liczyło. Wiedziała, jak to mogło się potoczyć. Wystarczyło chwilę poczekać i jeszcze chwilę pokrzyczeć, aby sąsiedzi w końcu wezwali policję, której Irina na co dzień unikała, niczym przysłowiowy diabeł święconej wody. I o ile radziła sobie z policją, kiedy była w pojedynkę, szybko wymiksowując się z kłopotów, i o ile był w stanie zrobić to za nią Dylan, odgrywając z nią parę o nietypowych upodobaniach seksualnych, o tyle w tym przypadku prawdopodobnie nie istniał sposób, aby zamieść tę awanturę pod dywan w przypadku przyjechania służb. Na nic zdałaby się odznaka Dylana, czy urok Iriny, który w tym momencie zdawał się całkowicie ulotnić.
Istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że policyjna interwencja dla Iriny zakończyłaby się tymczasowym ośrodkiem dla nielegalnych imigrantów, a następnie deportacją. Petrova zdawała sobie z tego sprawę. Podobnie, jak z faktu, że jeśli Dylan nie skończy się dąsać i naprawdę da sobie z nią spokój, nie pozostanie jej nic innego, jak powrócić do życia, którego nie chciała już dłużej prowadzić. Nie chciała więcej budzić się w miejscach, których nie znała, nie pamiętając ostatnich godzin, nie chciała więcej oglądać się za siebie, sprawdzając, czy wyłącznie miała paranoję, czy rzeczywiście ktoś ją obserwował i wcale nie chciała już więcej nowych butów, za które udawała, że ciała sześćdziesięciolatków są w stanie zaprowadzić ją na wyżyny ekstazy. Chciała życia, którego nigdy nie miała, prostego i zwyczajnego wręcz do bólu, dokładnie takiego, jakim dotychczas gardziła. A że Irina — niezależnie od imienia, które nosiła — nie zadowalała się półśrodkami, jeśli miałaby nie dostać tego, co chciała, gotowa była odrzucić wszystko inne.
— To nie jest szantaż! — Odkrzyknęła, wciąż leżąc. — Ja po prostu nie chcę bez ciebie żyć! — Krzyknęła, patrząc w niebo. Gdzieś tam daleko słońce chyliło się ku zachodowi, szum zraszaczy zwiastował początek wieczoru, a beztroskie piski dzieci z okolicznych ogródków były dowodem na to, że życie toczyło się dalej. Dokładnie takie życie, jakiego Irina pragnęła w tym momencie.
Nie drgnęła na żaden z dźwięków klaksonu i nie drgnęła również wtedy, kiedy usłyszała, że Dylan nacisnął pedał gazu. Drgnęła dopiero na dźwięk kobiecego głosu. Przekrzywiła głowę, unosząc ją lekko, aby spojrzeć na kobietę, z którą nigdy nie zamieniła ani słowa, choć czasem machały do siebie krótko, kiedy natykały się na siebie w czasie, gdy Dylan był w pracy. Nie spojrzała w stronę swojego chłopaka, mimo dźwięku trzaskających drzwi, ale podniosła tułów i ostatecznie usiadła, skierowana w stronę sąsiadki.
— On chce mnie zostawić. — Irina jęknęła, zwracając się do sąsiadki.
— Z pewnością znajdziesz sobie nowego chłopaka. — Powiedziała szybko, jakby naprawdę liczyła, że w ten sposób sprawa zostanie załatwiona, a Irina wstanie, otrzepie się i pójdzie go szukać.
— Nie chcę nikogo innego! Chcę spędzić z nim resztę życia! — Stwierdziła z prawdziwym przekonaniem i intonacją mówiącą, że nic nie było bardziej oczywiste. — To najlepsza osoba, jaką kiedykolwiek poznałam. — Sąsiadka pokiwała bez przekonania głową. Spojrzała w górę, na Dylana w sposób nad wyraz znaczący, jednym spojrzeniem mówiąc, że to on powinien się tym zajmować, a nie ona. — Ale on mnie nie chce znać. I to wszystko przez cholerny tort, który piekłam na jego urodziny, a który mi nie wyszedł. — Sąsiadka tym razem spojrzała na nią zdezorientowana. Nijak jednak tego nie skomentowała.
— Rozumiem, kochasz go. — Stwierdziła. Irina niewiele myśląc, pokiwała głową. — Więc to z pewnością jakieś nieporozumienie. No już, wstawaj. — Rzuciła dziarsko. Ruchem dłoni zatrzymała nadjeżdżające z naprzeciwko auto. Niebieski SUV zatrzymał się, mężczyzna w okularach otworzył okno. Z tyłu siedziała dwójka dzieci wyglądająca przez przednią szybę, mimo tego, że były zapięte pasami.
— Co się dzieje, Natalie? Wszystko w porządku? — Zwrócił się do kobiety, wystawiając głowę za okno. Natalie musiała przełknąć wszystkie te słowa, które w pierwszej kolejności przyszły jej najwidoczniej na myśl.
— Mamy tu mały kryzys. — Stwierdziła, po czym spojrzała na Irinę, aby przekonać się, czy słowo to nie wywoła w niej kolejnego napadu histerii, a następnie na Dylana. Rozchyliła usta, po czym zamknęła je, nie mówiąc ani słowa.
Dołączył do nich Mark z telefonem, który bez słowa podał żonie, po czym podszedł do sąsiada w samochodzie, z którym się przywitał i nachylił się w jego stronę, coś szepcząc.
— Słuchajcie, blokujecie ruch, zaraz zrobi się korek. Dzieci są wystraszone. Pan weźmie dziewczynę do domu i porozmawiajcie. Takie rzeczy załatwia się w domu pomiędzy sobą. — Zarządziła sąsiadka, po czym spojrzała na Irinę. — Wrócisz do domu. — Oświadczyła, zwracając się do niej, jak do dziecka. Wyciągnęła w jej stronę pulchne dłonie, gotowa pomóc jej wstać. Irina nie potrzebowała tej pomocy, ale ją przyjęła. Położyła swoje dłonie na jej, ale nie wstała od razu. Zamiast tego odwróciła głowę, aby spojrzeć na Dylana.
— Wrócisz ze mną do domu? Proszę.
Dylan Hays
Istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że policyjna interwencja dla Iriny zakończyłaby się tymczasowym ośrodkiem dla nielegalnych imigrantów, a następnie deportacją. Petrova zdawała sobie z tego sprawę. Podobnie, jak z faktu, że jeśli Dylan nie skończy się dąsać i naprawdę da sobie z nią spokój, nie pozostanie jej nic innego, jak powrócić do życia, którego nie chciała już dłużej prowadzić. Nie chciała więcej budzić się w miejscach, których nie znała, nie pamiętając ostatnich godzin, nie chciała więcej oglądać się za siebie, sprawdzając, czy wyłącznie miała paranoję, czy rzeczywiście ktoś ją obserwował i wcale nie chciała już więcej nowych butów, za które udawała, że ciała sześćdziesięciolatków są w stanie zaprowadzić ją na wyżyny ekstazy. Chciała życia, którego nigdy nie miała, prostego i zwyczajnego wręcz do bólu, dokładnie takiego, jakim dotychczas gardziła. A że Irina — niezależnie od imienia, które nosiła — nie zadowalała się półśrodkami, jeśli miałaby nie dostać tego, co chciała, gotowa była odrzucić wszystko inne.
— To nie jest szantaż! — Odkrzyknęła, wciąż leżąc. — Ja po prostu nie chcę bez ciebie żyć! — Krzyknęła, patrząc w niebo. Gdzieś tam daleko słońce chyliło się ku zachodowi, szum zraszaczy zwiastował początek wieczoru, a beztroskie piski dzieci z okolicznych ogródków były dowodem na to, że życie toczyło się dalej. Dokładnie takie życie, jakiego Irina pragnęła w tym momencie.
Nie drgnęła na żaden z dźwięków klaksonu i nie drgnęła również wtedy, kiedy usłyszała, że Dylan nacisnął pedał gazu. Drgnęła dopiero na dźwięk kobiecego głosu. Przekrzywiła głowę, unosząc ją lekko, aby spojrzeć na kobietę, z którą nigdy nie zamieniła ani słowa, choć czasem machały do siebie krótko, kiedy natykały się na siebie w czasie, gdy Dylan był w pracy. Nie spojrzała w stronę swojego chłopaka, mimo dźwięku trzaskających drzwi, ale podniosła tułów i ostatecznie usiadła, skierowana w stronę sąsiadki.
— On chce mnie zostawić. — Irina jęknęła, zwracając się do sąsiadki.
— Z pewnością znajdziesz sobie nowego chłopaka. — Powiedziała szybko, jakby naprawdę liczyła, że w ten sposób sprawa zostanie załatwiona, a Irina wstanie, otrzepie się i pójdzie go szukać.
— Nie chcę nikogo innego! Chcę spędzić z nim resztę życia! — Stwierdziła z prawdziwym przekonaniem i intonacją mówiącą, że nic nie było bardziej oczywiste. — To najlepsza osoba, jaką kiedykolwiek poznałam. — Sąsiadka pokiwała bez przekonania głową. Spojrzała w górę, na Dylana w sposób nad wyraz znaczący, jednym spojrzeniem mówiąc, że to on powinien się tym zajmować, a nie ona. — Ale on mnie nie chce znać. I to wszystko przez cholerny tort, który piekłam na jego urodziny, a który mi nie wyszedł. — Sąsiadka tym razem spojrzała na nią zdezorientowana. Nijak jednak tego nie skomentowała.
— Rozumiem, kochasz go. — Stwierdziła. Irina niewiele myśląc, pokiwała głową. — Więc to z pewnością jakieś nieporozumienie. No już, wstawaj. — Rzuciła dziarsko. Ruchem dłoni zatrzymała nadjeżdżające z naprzeciwko auto. Niebieski SUV zatrzymał się, mężczyzna w okularach otworzył okno. Z tyłu siedziała dwójka dzieci wyglądająca przez przednią szybę, mimo tego, że były zapięte pasami.
— Co się dzieje, Natalie? Wszystko w porządku? — Zwrócił się do kobiety, wystawiając głowę za okno. Natalie musiała przełknąć wszystkie te słowa, które w pierwszej kolejności przyszły jej najwidoczniej na myśl.
— Mamy tu mały kryzys. — Stwierdziła, po czym spojrzała na Irinę, aby przekonać się, czy słowo to nie wywoła w niej kolejnego napadu histerii, a następnie na Dylana. Rozchyliła usta, po czym zamknęła je, nie mówiąc ani słowa.
Dołączył do nich Mark z telefonem, który bez słowa podał żonie, po czym podszedł do sąsiada w samochodzie, z którym się przywitał i nachylił się w jego stronę, coś szepcząc.
— Słuchajcie, blokujecie ruch, zaraz zrobi się korek. Dzieci są wystraszone. Pan weźmie dziewczynę do domu i porozmawiajcie. Takie rzeczy załatwia się w domu pomiędzy sobą. — Zarządziła sąsiadka, po czym spojrzała na Irinę. — Wrócisz do domu. — Oświadczyła, zwracając się do niej, jak do dziecka. Wyciągnęła w jej stronę pulchne dłonie, gotowa pomóc jej wstać. Irina nie potrzebowała tej pomocy, ale ją przyjęła. Położyła swoje dłonie na jej, ale nie wstała od razu. Zamiast tego odwróciła głowę, aby spojrzeć na Dylana.
— Wrócisz ze mną do domu? Proszę.
Dylan Hays
k(ocica)
Detektyw prychnął, a potem jego obie dłonie uniosły się do góry tylko po to, żeby wylądować we włosach – zacisnął palce na ciemnych, lekko falowanych pasmach i przez moment po prostu wbił spojrzenie w niebo.
Miał wrażenie, że przy Irinie przybyło mu siwych włosów. Nie liczył ich i nie robił z tego wielkiej sprawy, ale wiedział, że tam były. Ukryte gdzieś między ciemnymi kosmykami.
Słuchał jej nie dowierzając jakiego wariata z niego robiła. Bo nie było żadnego tortu. Nie było żadnej urodzinowej niespodzianki, która skończyła się katastrofą. A nawet jeśli ciasto było i jeśli faktycznie coś jej nie wyszło to Dylan był ostatnią osobą, która uznałaby to da dobry powód do zniknięcia bez słowa.
„Hej, nie udało mi się upiec urodzinowego tortu, więc stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli w ogóle się nie pojawię.”
Dopiero kiedy usłyszał głos Petrovej wrócił wzrokiem do całej sytuacji na ulicy. W pierwszym odruchu miał ochotę po prostu odwrócić się i pójść do domu. Zostawić samochód Irinie do zaparkowania i zostawić ten cały cyrk. Ale wiedział, że nie może.
Przesunął wzrokiem po oknach, po firankach, po sylwetkach, po samochodach. Westchnął ciężko i w końcu nachylił się w stronę Iriny. Wyciągnął w jej stronę ręce.
- Chodź do auta.

Dylan sięgnął do lodówki, w ogóle nie reagując na przygotowane w środku jedzenie. Wcześniej pewnie przesadnie by się ucieszył. Wcześniej pewnie nazwałby Irinę najlepszą dziewczyną pod słońcem. Wcześniej…
Piwo syknęło, kiedy kapsel odskoczył na blat, a mężczyzna usiadł przy stole po drodze biorąc małego łyka. Zimny płyn rozlał się po języku, bąbelki delikatnie podszczypały go zanim nie przesunęły się do gardła, zostawiając za sobą charakterystyczną, chmielową goryczkę. Przymknął na moment oczy. Chłód przeszedł przez przełyk aż do żołądka, skuteczniej niż cokolwiek innego ugaszając narastające w nim napięcie. Przynajmniej na chwilę zamiast palącego w gardło smaku złości, czuł tylko zwykłą gorycz piwa.
Hays nie do końca pamiętał moment, kiedy piwo przestało smakować jak coś zakazanego, a zaczęło być po prostu częścią wieczoru. Nie stało się to wraz z momentem, kiedy świętował swoje dwudzieste pierwsze urodziny. Na początku smakowało bardziej jak kara, pierwszy łyk zawsze kończył się tym samym grymasem i przełknięciem śliny, ale z perspektywy czasu pamiętał raczej miejsce niż smak. Plażę pod Charleston, piasek, który dopiero stygł pod stopami, puszkę przekazywaną z rąk do rąk i ściszone głosy chłopaków. Ktoś z ekscytacji śmiał się za głośno, a ktoś inny mówił, że trzeba być cicho. Jedna puszka przypadała wtedy na trzech kolegów. No i trzeba było znaleźć kogoś kto to piwo by im kupił…
Podniósł spojrzenie na Petrovą. Nie czuł ani zwycięstwa, ani ulgi ani nawet szczególnej radości. Czuł się zmęczony. Tak zwyczajnie, fizycznie zmęczony. Jeszcze pół godziny wcześniej chciał pojechać na rower, przewietrzyć głowę i pobyć sam ze sobą. Poudawać obrażonego, zanim zgodziłby się z nią porozmawiać. Teraz miał wrażenie, że w ciągu tego krótkiego czasu przeżył kilka dni.
Co gorsza nie miał nawet poczucia, że cokolwiek zostało rozwiązane. Był zły. Naprawdę zły. Nie na te wszystkie rzeczy, które wydarzyły się wcześniej, nie na zniknięcie i nie na urodziny. Na to, że nie pozwoliła mu wyjść. Na to, że zrobili przedstawienie dla całej ulicy. Na to, że sąsiedzi wyszli z domów. Na to, że później będzie musiał patrzeć tym ludziom w oczy.
A najbardziej na to, że mimo tej całej złości i upokorzenia, kiedy spojrzał na jej obtarte ramię, nadal było mu jej szkoda.
- Jeśli myślisz, że uwierzę, że wyje-olałaś mnie – poprawił się w ostatniej chwili i napił się z butelki. Potrzebując przemyśleć, co powiedzieć.
To była jedna z tych rzeczy, które kiedyś od razu rzuciłyby się Dylanowi w oczy. Teraz jednak brzmiało to naturalnie, jakby zawsze tak mówił. Podczas tej dziwnej, rozciągniętej i porwanej znajomości z Iriną jego język wyostrzył się, a słownik bez większego sprzeciwu wzbogacił o przekleństwa, które przestały być zarezerwowane tylko dla momentów stresu. Zaczęły schodzić w zdania gładko. Dopiero po czasie, kiedy wszystko między nimi znów się rozpadło, uderzyło go, jak bardzo zmienił się sposób, w jaki mówił. Że te słowa nie były już „wyjątkiem”, tylko częścią normalnego tonu.
Ciężko było się tego oduczyć. Jednak przy Rosie musiał się pilnować. Przy niej było mu głupio tak mówić, a jej było głupio słuchać takich słów.
- Dobra – rzucił w końcu chłodno. Butelkę z piwem odłożył mocnym ruchem na blat stołu. – Okłam mnie. Miejmy to z głowy – rozłożył ręce, jakby naprawdę szykował się na cios. – Tylko postaraj się.
Irina Petrova
Miał wrażenie, że przy Irinie przybyło mu siwych włosów. Nie liczył ich i nie robił z tego wielkiej sprawy, ale wiedział, że tam były. Ukryte gdzieś między ciemnymi kosmykami.
Słuchał jej nie dowierzając jakiego wariata z niego robiła. Bo nie było żadnego tortu. Nie było żadnej urodzinowej niespodzianki, która skończyła się katastrofą. A nawet jeśli ciasto było i jeśli faktycznie coś jej nie wyszło to Dylan był ostatnią osobą, która uznałaby to da dobry powód do zniknięcia bez słowa.
„Hej, nie udało mi się upiec urodzinowego tortu, więc stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli w ogóle się nie pojawię.”
Dopiero kiedy usłyszał głos Petrovej wrócił wzrokiem do całej sytuacji na ulicy. W pierwszym odruchu miał ochotę po prostu odwrócić się i pójść do domu. Zostawić samochód Irinie do zaparkowania i zostawić ten cały cyrk. Ale wiedział, że nie może.
Przesunął wzrokiem po oknach, po firankach, po sylwetkach, po samochodach. Westchnął ciężko i w końcu nachylił się w stronę Iriny. Wyciągnął w jej stronę ręce.
- Chodź do auta.
Dylan sięgnął do lodówki, w ogóle nie reagując na przygotowane w środku jedzenie. Wcześniej pewnie przesadnie by się ucieszył. Wcześniej pewnie nazwałby Irinę najlepszą dziewczyną pod słońcem. Wcześniej…
Piwo syknęło, kiedy kapsel odskoczył na blat, a mężczyzna usiadł przy stole po drodze biorąc małego łyka. Zimny płyn rozlał się po języku, bąbelki delikatnie podszczypały go zanim nie przesunęły się do gardła, zostawiając za sobą charakterystyczną, chmielową goryczkę. Przymknął na moment oczy. Chłód przeszedł przez przełyk aż do żołądka, skuteczniej niż cokolwiek innego ugaszając narastające w nim napięcie. Przynajmniej na chwilę zamiast palącego w gardło smaku złości, czuł tylko zwykłą gorycz piwa.
Hays nie do końca pamiętał moment, kiedy piwo przestało smakować jak coś zakazanego, a zaczęło być po prostu częścią wieczoru. Nie stało się to wraz z momentem, kiedy świętował swoje dwudzieste pierwsze urodziny. Na początku smakowało bardziej jak kara, pierwszy łyk zawsze kończył się tym samym grymasem i przełknięciem śliny, ale z perspektywy czasu pamiętał raczej miejsce niż smak. Plażę pod Charleston, piasek, który dopiero stygł pod stopami, puszkę przekazywaną z rąk do rąk i ściszone głosy chłopaków. Ktoś z ekscytacji śmiał się za głośno, a ktoś inny mówił, że trzeba być cicho. Jedna puszka przypadała wtedy na trzech kolegów. No i trzeba było znaleźć kogoś kto to piwo by im kupił…
Podniósł spojrzenie na Petrovą. Nie czuł ani zwycięstwa, ani ulgi ani nawet szczególnej radości. Czuł się zmęczony. Tak zwyczajnie, fizycznie zmęczony. Jeszcze pół godziny wcześniej chciał pojechać na rower, przewietrzyć głowę i pobyć sam ze sobą. Poudawać obrażonego, zanim zgodziłby się z nią porozmawiać. Teraz miał wrażenie, że w ciągu tego krótkiego czasu przeżył kilka dni.
Co gorsza nie miał nawet poczucia, że cokolwiek zostało rozwiązane. Był zły. Naprawdę zły. Nie na te wszystkie rzeczy, które wydarzyły się wcześniej, nie na zniknięcie i nie na urodziny. Na to, że nie pozwoliła mu wyjść. Na to, że zrobili przedstawienie dla całej ulicy. Na to, że sąsiedzi wyszli z domów. Na to, że później będzie musiał patrzeć tym ludziom w oczy.
A najbardziej na to, że mimo tej całej złości i upokorzenia, kiedy spojrzał na jej obtarte ramię, nadal było mu jej szkoda.
- Jeśli myślisz, że uwierzę, że wyje-olałaś mnie – poprawił się w ostatniej chwili i napił się z butelki. Potrzebując przemyśleć, co powiedzieć.
To była jedna z tych rzeczy, które kiedyś od razu rzuciłyby się Dylanowi w oczy. Teraz jednak brzmiało to naturalnie, jakby zawsze tak mówił. Podczas tej dziwnej, rozciągniętej i porwanej znajomości z Iriną jego język wyostrzył się, a słownik bez większego sprzeciwu wzbogacił o przekleństwa, które przestały być zarezerwowane tylko dla momentów stresu. Zaczęły schodzić w zdania gładko. Dopiero po czasie, kiedy wszystko między nimi znów się rozpadło, uderzyło go, jak bardzo zmienił się sposób, w jaki mówił. Że te słowa nie były już „wyjątkiem”, tylko częścią normalnego tonu.
Ciężko było się tego oduczyć. Jednak przy Rosie musiał się pilnować. Przy niej było mu głupio tak mówić, a jej było głupio słuchać takich słów.
- Dobra – rzucił w końcu chłodno. Butelkę z piwem odłożył mocnym ruchem na blat stołu. – Okłam mnie. Miejmy to z głowy – rozłożył ręce, jakby naprawdę szykował się na cios. – Tylko postaraj się.
Irina Petrova
Mruczka
Trigger Warning
LOL
Irina wyminęła lodówkę, opierając się biodrami o kuchenny blat. Przestanie pić. Właściwie powinno jej to dobrze zrobić. Nie wspominając o tym, że teraz, kiedy nie tańczyła, spalała bez porównania mniej kalorii, więc zmuszona była restrykcyjnie obciąć ilość przyjmowanych dziennie kalorii.
Milczała przez dłuższy czas. Wściekłość Dylana była wyczuwalna w powietrzu. Irina zdążyła po raz kolejny dzisiejszego dnia zwątpić w to, czy uda jej się wypić piwo, którego wcześniej nawarzyła. Była jednak zdeterminowana. A mimo to milczała. Wzrok spuściła w dół. Przesunęła nim po różowych falbankach sukienki, później swoich nogach, aż w końcu utkwiła go w stopach, wpatrując się w paznokcie pomalowane w kolorze bladego różu, do którego dalej nie zdążyła się przyzwyczaić. Myślała. Gorączkowo rozmyślała, w jaki sposób okłamać Dylana, aby po pierwsze jej uwierzył, a po drugie, zrozumiał, że popełnił błąd. Nieważne było, czy wzbudzi w nim litość, poczucie winy, tęsknotę, czy miłość, ważny był efekt, który chciała osiągnąć, gotowa walczyć o niego, nawet porzucając swoją dumę, którą na co dzień nosiła, jak tarczę.
Podniosła w końcu głowę na dźwięk szkła, które uderzyło o stół. Odetchnęła głęboko, dłonie dalej zaciskając na blacie kuchennej szafki.
— Nie chcę cię okłamywać. Odkąd tutaj wróciłam, ani razu tego nie zrobiłam. — Powiedziała poważnie. W jej głosie nie było śladu ani po złości, ani po histerii, ani po łzach, ani nawet po żalu, czy
— Naprawdę upiekłam ci tort. — Gówno prawda, ale Irina zdążyła tyle razy powtórzyć w myślach tę wersję, że sama zdołała już w nią uwierzyć. To była przykra historia. A że Dylan miał ją za dziewczynę, której tylko takie się przytrafiały, to chciała wierzyć, że może dlatego właśnie uda jej się nią do niego trafić. — Sobota była idealna. Pojechałam do centrum, kupiłam dla ciebie prezenty, a później zabarykadowałam się w mieszkaniu, żeby upiec mój pierwszy tort w życiu. Jak rozmawialiśmy, to wiedziałam, że raczej nie wrócę, bo okazało się, że to się musi kurewsko długo piec, później ostygnąć, odleżeć, trzeba to nasączyć, a dopiero później ogarnąć krem… — Nie wiedziała wcześniej tego wszystkiego. Irina lubiła gotować i robiła to dobrze, ale przy ciągu całego swojego życia nie upiekła niczego innego oprócz kilku owsianek. A jednak zdążyła sprawdzić w internecie, jak się robi pieprzony tort, żeby teraz kłamać Dylanowi prosto w oczy. — No w każdym razie próbowałam to wszystko ogarnąć, żeby wstać w niedzielę rano, zgarnąć wszystko i przyjechać do ciebie jeszcze zanim zdążysz się obudzić. — Wciąż stała oparta o szafki. Dotychczas trzymane na rancie blatu dłonie, skrzyżowała na piersiach, po czym wzruszyła ramionami. — No a później wszystko się zaczęło. Najpierw okazało się, że zjebałam ten tort i musiałam cały go wyrzucić. Jak zjechałam na dół, to przyczepił się do mnie jakiś facet i nawet pomyślałam, że może powinnam zadzwonić po ciebie, żebyś po mnie przyjechał, a jak wróciłam na górę… Okazało się, że w tym czasie ktoś napisał mi na drzwiach, że jestem kurwą. I wiesz co? I pomyślałam, że może to wszystko nie wydarzyło się bez przyczyny. Że może powinnam dać ci spokój, bo jedyne co robię, to sprowadzam same problemy na ciebie. I że może najlepszym prezentem dla ciebie na urodziny będzie to, że dam ci spokój, a ty wrócisz sobie do swojego życia sprzed czasu Iriny. — Tego, w którym masz przyjaciół i w ogóle. — Machnęła ręką, w ten sposób nawiązując do jego własnych wcześniejszych słów. Jej ton zadrżał. Irina nie musiała się starać, aby się to stało, bo kiedy opowiadała tę historię, wciągnięta w nią i przekonana, że w jakiejś rzeczywistości rzeczywiście miała miejsce, to było jej przykro. Poza tym wiedziała, że historia, którą opowiadała, była niczym w porównaniu do tej, która wydarzyła się naprawdę.
— Więc tak, olałam cię. Bardzo celowo olałam cię w twoje urodziny, chociaż miałam dla ciebie wszystko przygotowane i już wcześniej wymyśliłam, jak będziemy ten dzień świętować. — Przygryzła dolną wargę na tyle mocno, że kiedy w końcu otworzyła ponownie usta, odbijał się na niej czerwony ślad jej zębów.
— Spędziłam twoje urodziny, ukrywając się przed światem w mieszkaniu i zastanawiając się, czy ktoś nie próbuje się do mnie włamać. W nocy praktycznie w ogóle nie spałam, tylko myślałam o tym wszystkim i wiesz co? I doszłam do wniosku, że jestem kretynką. Że tak, że to wszystko mogły być znaki, ale mówiące, że mam spierdalać z tego życia i wracać tutaj, do ciebie. — W końcu odbiła się od szafek i w dwóch krokach pokonała dystans, który dotąd ich dzielił. Nie usiadła mu jednak na kolanach, jak to miała w zwyczaju robić, nie zajęła też drugiego krzesła, a znalazła dla siebie miejsce pomiędzy męskimi nogami. Zwykle to Dylan przed nią klęczał, lubiąc sytuować się niżej. Tym razem to Irina zeszła na kolana i to wcale nie w celu seksualnym. Uklęknęła pomiędzy jego nogami, dłonie kładąc na jego udach, nieco powyżej kolan. Spojrzała na niego z dołu.
— Wiem, że spierdoliłam sprawę i że w miniony weekend byłam chujową dziewczyną. Ale przez ostatnie miesiące naprawdę się starałam. A teraz… Teraz chcę się jeszcze bardziej starać. Spójrz na mnie. Przecież jest nam ze sobą dobrze. A mogłoby być jeszcze lepiej. Chcę zacząć żyć z tobą na poważnie. Naprawdę, Dylan. Chcę, żebyśmy ogarnęli moje dokumenty, przenieśli się do Charleston, czy gdziekolwiek tylko będziesz chciał. Chcę poznać twoich rodziców, chodzić z tobą do kościoła i w końcu przestać brać hormony. Przecież mnie kochasz, prawda?
Dylan Hays