ODPOWIEDZ
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
#11

Nie lubił ćwiczyć w miejscach pełnych ludzi. Nigdy nie chodziło o nieśmiałość ani dyskomfort związany z byciem obserwowanym. Dawno temu nauczył się ignorować spojrzenia innych. Problem był znacznie prostszy – obecność przypadkowych osób rozpraszała go bardziej, niż chciałby przyznać. Każdy podniesiony głos, każde otwarcie drzwi czy czyjś telefon potrafiły wyrwać go z rytmu. A taniec był jedną z niewielu rzeczy, które pozwalały mu całkowicie odciąć się od świata.

Tego popołudnia więc siedział na swoim motocyklu, przeciskając się przez mniej uczęszczane ulice Nowego Orleanu. Wilgotne powietrze przyklejało się do skóry, a asfalt oddawał ciepło zgromadzone przez cały dzień. Nie spieszył się. Lubił ten moment pomiędzy codziennością a treningiem, kiedy nie musiał jeszcze o niczym myśleć. Silnik jednostajnie mruczał pod nim, a kolejne przecznice znikały za jego plecami.
Nie miał konkretnego celu. Znał jednak kilka miejsc, do których lubił wracać. Opuszczone magazyny, dawne hale produkcyjne i budynki, o których większość mieszkańców dawno już zapomniała. Jedno z takich miejsc odkrył kilka tygodni wcześniej przypadkiem. Stara hala stojąca na obrzeżach przemysłowej części miasta nie wyróżniała się niczym szczególnym. Wyblakłe graffiti pokrywało ściany, część okien była wybita, a czas pozostawił po sobie ślady niemal na każdej powierzchni. Właśnie dlatego przypadła mu do gustu. Nikt tu nie zaglądał.

Zaparkował motocykl przy jednej ze ścian i przez chwilę siedział nieruchomo, wsłuchując się w otaczającą go ciszę. Nie słyszał rozmów, odgłosów ruchliwej ulicy ani muzyki dobiegającej z pobliskich lokali. Tylko wiatr przedzierający się przez uszkodzone okna budynku. Dokładnie tego potrzebował.
Wszedł do środka przez boczne wejście, które wcześniej dostrzegł. Hala była ogromna. Betonowa podłoga ciągnęła się przez większość pomieszczenia, a światło wpadające przez wybite okna tworzyło jasne smugi przecinające zakurzoną przestrzeń. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach starego betonu, rdzy i wilgoci.
Rzucił plecak pod ścianę i od razu zabrał się do rozgrzewki. Nie należał do ludzi, którzy lekceważyli przygotowanie. Rozciągał się dokładnie, przechodząc od jednej partii mięśni do kolejnej. Ramiona, plecy, biodra, uda. Ruchy były spokojne i wypracowane przez lata treningów. Z początku ciało stawiało lekki opór, ale wiedział, że za kilka minut wszystko zacznie pracować tak, jak powinno.
Kiedy skończył rozciąganie, przeszedł do bardziej dynamicznych ćwiczeń. Kilka podskoków, praca nóg, krótkie serie ruchów mających pobudzić mięśnie. Oddech przyspieszył, a na karku pojawiły się pierwsze krople potu. Dopiero wtedy sięgnął po telefon i włączył muzykę.
Pierwsze dźwięki rozeszły się po hali, odbijając od ścian lekkim echem. Elijah zamknął na moment oczy, pozwalając rytmowi wybrzmieć. Potem oddał się ruchowi.
Początkowo jego kroki były ostrożne, niemal zachowawcze. Kilka prostych przeskoków, przeniesienie ciężaru ciała, sprawdzenie tempa. Po chwili jednak wszystko zaczęło układać się naturalnie. Mięśnie przejęły kontrolę szybciej niż myśli. Kolejne przejścia stawały się coraz płynniejsze, obroty szybsze, a układ coraz bardziej wymagający. Przestał zwracać uwagę na otoczenie. Nie było już opuszczonej hali ani miasta znajdującego się gdzieś za ścianami budynku. Istniały wyłącznie muzyka i ruch.
Czas płynął niezauważenie. Koszulka przykleiła się do pleców, włosy opadły na czoło, a oddech stawał się coraz cięższy. Mimo to nie przerywał. Powtarzał te same fragmenty wielokrotnie, poprawiając detale dostrzegalne wyłącznie dla siebie. Raz po raz wracał do najbardziej wymagających elementów, aż mięśnie zaczęły palić z wysiłku.

Dopiero po dłuższym czasie zatrzymał się gwałtownie i oparł dłonie o kolana. Serce waliło mu jak oszalałe, a płuca domagały się chwili wytchnienia. Pot spływał po twarzy i karku, ale mimo zmęczenia na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.
Był wyczerpany. I właśnie dlatego czuł się tak dobrze.
Każdy taki trening przypominał mu, że wciąż się rozwijał. Że nawet jeśli nie wszystko w jego życiu układało się tak, jak powinno, tutaj nadal miał kontrolę. Nad własnym ciałem. Nad własnym postępem. Nad czymś, co należało wyłącznie do niego.
Wyprostował się powoli i spojrzał przez jedno z wybitych okien na ciemniejące niebo. Dzisiaj trening był wyjątkowo udany. Nie perfekcyjny, ale wystarczająco dobry, by wracał do domu z poczuciem satysfakcji. A ostatnio właśnie takich chwil potrzebował najbardziej.
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
Obrazek
Debts are like children:
the smaller they are the more noise they make.

𝑁owy Orlean w dzień potrafił zachowywać się tak, jakby ktoś przykrył całe miasto mokrym prześcieradłem, przycisnął je do asfaltu ciężką dłonią i uznał, że mieszkańcy jakoś sobie poradzą, bo przecież zawsze sobie radzili. Ponad trzydzieści stopni nie było jeszcze tragedią na papierze, dopóki nie dodało się do tego wilgoci, rozgrzanych murów, spalin stojących nisko nad ulicą i tego szczególnego, lepkiego bezruchu, który po zmroku wcale nie ustępował, tylko zmieniał charakter z agresywnego na podstępny. Noc nie przynosiła ulgi, najwyżej inną wersję cierpienia; mniej słońca, więcej pary unoszącej się z kanałów, skóry klejącej się do materiału koszulki, włosów wilgotnych przy karku i nerwów krótszych o dobre kilka centymetrów.
Rune lubił ogień. Naprawdę. Żył z nim od lat, nosił jego ślady na dłoniach, ustach i w gardle, znał jego kaprysy lepiej niż większość ludzi znała własne hasła do banku, potrafił wciągnąć płomień do ust z takim spokojem, że publiczność czasem zapominała oddychać. Ale upał należał do zupełnie innej kategorii. Ogień był partnerem, przeciwnikiem, czasem kochankiem z bardzo złymi intencjami, lecz jednak czymś, co miało kształt, początek, koniec i zasady. Upał był sąsiadem z piekła, który wprowadzał się bez pytania, siadał ci na klatce piersiowej i jeszcze miał pretensje, że nie robisz mu kawy.
Przez większą część dnia próbował przetrwać w sposób godny człowieka, który może i miał opinię idioty od płomieni, ale nie zamierzał umrzeć w kuchni nad zlewem tylko dlatego, że lodówka wydawała się jedynym chłodnym miejscem w mieszkaniu. Pił wodę z butelki, którą wcześniej wrzucił do zamrażarki i o której oczywiście zapomniał, więc teraz walczył z bryłą lodu, próbując wydłubać z niej choć odrobinę płynu. Stał przez chwilę pod prysznicem, najpierw chłodnym, potem prawie zimnym, po czym i tak wyszedł z łazienki spocony, zirytowany i przekonany, że Nowy Orlean powinien płacić odszkodowanie wszystkim ludziom z czynnym układem nerwowym. Ostatecznie założył czarną koszulkę bez rękawów, sprane dżinsy i buty, które widziały już tyle brudu, że mogłyby zeznawać w sądzie jako świadkowie koronni.
Po tym wszystkim, co wydarzyło się niedawno, funkcjonowanie przychodziło mu z większą łatwością, niż jeszcze parę tygodni temu. Przynajmniej na zewnątrz. Ręce przestały mu drżeć przy zapalaniu papierosa, sen wracał w krótkich, poszarpanych kawałkach, a twarz w lustrze coraz rzadziej wyglądała na cudzą. Nie znaczyło to, że obraz tamtego zabójstwa zniknął. Wręcz przeciwnie, był uparty, nieprzyzwoicie cierpliwy i pojawiał się dokładnie wtedy, kiedy Rune najmniej miał na niego miejsce — przy tankowaniu samochodu, między jednym numerem a drugim podczas występu, przy rozmowie z Phoenix przez telefon, nawet przy głupim krojeniu limonki do rumu. Czasem wystarczał kolor, zapach, nierówny dźwięk w tle, a pamięć potrafiła wrócić z taką precyzją, że przez ułamek sekundy robiło mu się zimno mimo temperatury zdolnej usmażyć jajko na masce auta.
Mimo to pracował. Wypełniał swoje obowiązki, nie robił większego burdelu niż zwykle, pilnował ludzi, ognia, terminów i tego, żeby nikt nie uznał jego chwilowej rozsypki za zaproszenie do wejścia mu na głowę. Problem polegał na tym, że ktoś właśnie spróbował.
Chłopak, który jeszcze niedawno brał od niego towar z entuzjazmem godnym początkującego przedsiębiorcy i miną człowieka przekonanego, że na kreskę jest synonimem darmowej próbki, przez pewien czas faktycznie oddawał pieniądze. Z opóźnieniem, z wymówkami, czasem z irytującym uśmiechem, ale oddawał. Rune, w ramach własnej genialnej strategii marketingowej, której nie zapisałby w żadnym poradniku poza tytułem Jak samemu poprosić się o kłopoty, pozwalał mu brać więcej, licząc, że klient się przywiąże, poleci dalej, rozrusza temat. I rozruszał. Tyle że teraz rozruszał głównie ciśnienie w żyłach Whitelawa, bo nagle przestał odbierać telefon, odpisywać na wiadomości i pojawiać się tam, gdzie zwykle można go było złapać.
Z początku Rune próbował załatwić to sam. Bez dramatów. Bez dymu. Bez robienia z siebie człowieka, który musiał od razu biegać po pomoc do większych drapieżników. Napisał raz, drugi, trzeci. Zadzwonił o porze, w której nawet najgorsze życiowe decyzje miały telefon przy ręce. Zostawił krótką wiadomość, potem mniej krótką, potem taką, po której sam parsknął pod nosem, bo brzmiał w niej bardziej jak wkurzony ojciec niż diler z pretensjami. Nic. Cisza po drugiej stronie zaczęła mieć konkretną wartość pieniężną, a pieniądze miały tę brzydką właściwość, że ich brak dość szybko znajdował człowiekowi drogę do tyłka.
Dlatego musiał sięgnąć po solidniejsze narzędzie.
Elijah nie był kimś, z kim Rune spędzał wieczory przy barze, wymieniając się historiami o dzieciństwie i najlepszych sposobach na kaca. Znał go bardziej z widzenia, z krótkich migawek, z cudzych zdań urywanych w pół słowa, z tej specyficznej reputacji, która chodziła przed człowiekiem kilka kroków wcześniej i nie potrzebowała wizytówki. Ściąganie haraczy nie było pracą dla kogoś, kto lubił być lubiany. Trzeba było mieć w sobie pewien rodzaj spokoju, albo przynajmniej umieć go perfekcyjnie udawać, kiedy ludzie zaczynali rozumieć, że dług nie jest metaforą.
Umówili się w Gauche Crescent, a sama nazwa tego miejsca już zdążyła mu wejść pod skórę. Ostatnio zaglądał tam zbyt często, zbyt wiele rzeczy przykleiło się do tych okolic, za dużo wspomnień układało się w głowie w niewygodne sekwencje. Przemysłowa część miasta o tej porze dnia miała w sobie coś z organizmu po ciężkiej chorobie — niby żyła, ale oddychała płytko, między opuszczonymi halami, rdzewiejącymi ogrodzeniami, graffiti wypłowiałym od słońca i betonem, który długo trzymał ciepło. Raptor prowadził się ciężko, szeroko, pewnie, choć klimatyzacja pracowała na granicy modlitwy. Rune trzymał jedną rękę na kierownicy, drugą poprawiał okulary zsuwające się po nosie i co jakiś czas zerkał w lusterka z odruchem, którego jeszcze rok temu może by nie miał.
Na miejscu zaparkował niedaleko bocznej ściany hali. Silnik ucichł z niskim pomrukiem, który przez chwilę wisiał w rozgrzanym powietrzu, zanim połknęła go przestrzeń między budynkami. Motocykl stojący przy murze rzucił mu się w oczy od razu. Nie musiał długo zgadywać. Pasował do człowieka, o którym słyszał — mniej przez markę czy wygląd, bardziej przez samą obecność, przez ten prosty komunikat, że właściciel nie przyjechał tu przypadkiem i nie potrzebował czterech ścian, żeby zaznaczyć terytorium.
— No dobra, kurwa — mruknął pod nosem, wyciągając kluczyki ze stacyjki. — Czyli jednak dzień robi się ciekawszy.
Zabrał z siedzenia telefon, wsunął go do kieszeni i przez krótką chwilę został jeszcze przy samochodzie, pozwalając gorącu uderzyć w niego pełną mocą po wyjściu z kabiny. Brak klimatyzacji przez pierwsze sekundy był niemal osobistą zniewagą. Zapach rozgrzanego metalu, starego betonu i wilgoci przykleił mu się do języka. Odpalił papierosa, zaciągnął się raz, niezbyt głęboko, bo gardło i tak miało dziś wobec niego pretensje, po czym zgasił go po kilku krokach o kawałek betonu. Nie chciał wchodzić do środka z dłonią zajętą czymś tak głupim, nawet jeśli całe jego życie składało się w dużej mierze z głupich rzeczy robionych z pełnym przekonaniem.
Boczne wejście ustąpiło z cichym, metalicznym jękiem. Wewnątrz hala była większa, niż wyglądała z zewnątrz, pusta w sposób, który nie dawał ulgi, tylko wzmacniał każdy dźwięk. Muzyka rozchodziła się po niej echem, odbijała od ścian, mieszała z szelestem pyłu pod butami i odległym szumem miasta. Smugi światła wpadały przez wybite okna, przecinały powietrze pełne kurzu i nadawały miejscu sceniczny charakter, choć scenografia była zrobiona z rdzy, pęknięć i zapomnienia.
Znalazł go po chwili. Mężczyzna był przy jednej z bardziej otwartych części hali, z koszulką przyklejoną do ciała po wysiłku, ciemnymi włosami opadającymi na czoło i sylwetką, która mówiła o dyscyplinie więcej niż jakiekolwiek przechwałki. Rune zatrzymał się na tyle daleko, by nie wejść mu bezczelnie w przestrzeń, ale wystarczająco blisko, żeby nie robić z tego komedii o dwóch typach krzyczących do siebie przez pół magazynu.
Przez moment nie powiedział nic. Nie z powodu onieśmielenia, bo to akurat uczucie zwykle omijało go szerokim łukiem, lecz dlatego, że musiał osadzić się w tej sytuacji. Ciało miało ochotę potraktować halę jako kolejne miejsce z listy tych, w których lepiej nie zostawiać pleców bez kontroli. Głowa podsuwała niewłaściwe obrazy. Pamięć skrobała paznokciem od środka czaszki. Zacisnął zęby, rozluźnił szczękę po sekundzie i przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, odzyskując zwykły, trochę bezczelny wyraz twarzy.
— Elijah? — odezwał się w końcu, głosem chropowatym od upału, papierosów i starego ognia, który na dobre zadomowił się w jego gardle. — Whitelaw. Rune, albo Pyre, jeśli ktoś ci nie sprzedał jeszcze pełnego zestawu plotek razem z imieniem.
Nie pchał się dalej od razu. Oparł ramię o najbliższy betonowy filar, lecz tylko na krótko, bo powierzchnia była ciepła i brudna, a on nie miał dziś cierpliwości do dodatkowych warstw syfu na skórze. Przesunął spojrzeniem po hali, po plecaku rzuconym gdzieś pod ścianą, po telefonie, z którego musiała płynąć muzyka, po pustej przestrzeni, którą Elijah najwyraźniej wykorzystywał do treningu. Taniec nie pasował mu na pierwszy rzut oka do człowieka od haraczy, ale może właśnie dlatego pasował idealnie. Ludzie najgroźniejsi rzadko byli jednowymiarowi. Prosta brutalność była nudna i przewidywalna. Kontrola ciała, rytmu, oddechu — to już brzmiało dużo poważniej.

Elijah Nguyen-Lynskey
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Ktoś mógłby powiedzieć, że był wariatem, decydując się na tak wymagający trening w środku nowoorleańskiego piekarnika. Elijah traktował jednak podobne uwagi jak wygodne wymówki ludzi, którzy szukali powodów, by odpuścić. Poddać się, zanim jeszcze zaczęli walczyć. Upał był tylko kolejną przeszkodą. Taką samą jak zmęczenie, ból mięśni czy momenty, kiedy ciało domagało się odpoczynku, a głowa próbowała przekonać go, że już wystarczy. Nigdy nie wystarczało. Nie, jeśli chciał być lepszy niż wczoraj.
Taniec od dawna przestał być wyłącznie hobby. Nadal sprawiał mu przyjemność, nadal pozwalał wyrzucić z głowy nadmiar myśli, ale z biegiem lat stał się również narzędziem. Każda godzina spędzona na parkiecie przekładała się na lepszą kontrolę nad własnym ciałem. Lepszą równowagę. Szybszy refleks. Większą wytrzymałość. W świecie, w którym funkcjonował, były to umiejętności znacznie bardziej przydatne, niż większość ludzi chciałaby przyznać.
Skorpiony nie były grupą, w której można było sobie pozwolić na stagnację. Nie oznaczało to oczywiście, że codziennie uczestniczył w bójkach albo wracał do domu z poobijanymi żebrami. Wręcz przeciwnie. Znacznie częściej załatwiał sprawy rozmową niż pięściami. Problem polegał na tym, że nie zawsze miał wybór. Czasem ktoś próbował postawić się gangowi. Czasem ktoś błędnie zakładał, że może oszukać niewłaściwych ludzi. Innym razem zwyczajnie trafiał się idiota przekonany o własnej nietykalności. W takich sytuacjach sama uprzejmość nie wystarczała.
Dlatego właśnie teraz, gdy mięśnie paliły żywym ogniem, nie zwalniał tempa. Kolejne przejście wykonał odrobinę za późno. Zaklął pod nosem i zaczął od początku. Pot spływał po karku i plecach, koszulka dawno przykleiła się do skóry, a każdy głębszy oddech przypominał, jak bardzo organizm domagał się przerwy. Ignorował to. Raz jeszcze przeszedł przez najbardziej wymagającą część układu. Potem jeszcze raz. I kolejny.
Dopiero kiedy udało mu się wykonać całość dokładnie tak, jak chciał, gwałtownie się zatrzymał i przez kilka sekund stał nieruchomo pośrodku hali, próbując uspokoić oddech. Serce waliło mu w piersi tak mocno, że niemal zagłuszało muzykę. Czuł zmęczenie w udach, łydkach i barkach. Każdy mięsień protestował. Uśmiechnął się mimo to.
Nie należał do perfekcjonistów. Zawsze jednak wymagał od siebie więcej niż od innych. Już tak po prostu miał. Nigdy nie próbował tego zrozumieć. Dobrze mu było z taką presją, bo sam ją na siebie wywierał. Innym nie pozwalał. Dlatego tak często trenował sam. Potrzebował swobody, ale też spokoju.
Właśnie po to tutaj przyjechał. Choć nie był to jedyny powód.
Jego wzrok mimowolnie przesunął się w stronę wejścia. Wiedział, że prędzej czy później ktoś się pojawi. Dzisiejsze spotkanie nie należało do tych, na które czekał z niecierpliwością. W praktyce było kolejnym obowiązkiem wynikającym z faktu, że nosił barwy Skorpionów.
Nie przepadał za robotami przychodzącymi z innych komórek gangu. Jeszcze mniej przepadał za ludźmi zajmującymi się narkotykami. Nigdy nie oceniał ich otwarcie – każdy miał swoje miejsce w organizacji i wykonywał zadania, które utrzymywały całość w ruchu – ale nie oznaczało to, że musiał ich lubić. Handel dragami był brudnym biznesem. Przyciągał ludzi impulsywnych, niecierpliwych i często głupszych, niż sądzili. A mało inteligentni ludzie generowali problemy. Dużo problemów. To on później musiał je rozwiązywać. W ten lub inny sposób.
Niestety, jeśli sprawa dotyczyła gangu i mieściła się w zakresie jego obowiązków, odmowa nie wchodziła w grę. Nie po to przez lata budował swoją pozycję, żeby nagle zacząć wybierać tylko wygodne zlecenia. Ludzie zaczęliby gadać, że jest wybredny. Że się nie nadaje. Może nawet to, że spękał. Nie mógł sobie na to pozwolić. Jeszcze nie.
Dlatego, kiedy przez dudniący bas usłyszał własne imię, nie był szczególnie zaskoczony.
Odwrócił głowę i dostrzegł sylwetkę stojącą przy jednym z betonowych filarów. Przez krótką chwilę przyglądał się przybyszowi z dystansu, po czym, zamiast od razu podejść, skierował się do telefonu leżącego przy ścianie. Kilka stuknięć palcem wystarczyło, by muzyka ucichła, a hala momentalnie wydała się znacznie większa i pusta.
Wtedy sięgnął po ręcznik rzucony obok plecaka. Przeciągnął nim po karku, twarzy i ramionach, ścierając nadmiar potu, który dosłownie lał się z niego strumieniami. Dopiero gdy odzyskał odrobinę komfortu, ruszył spokojnym krokiem w stronę gościa.
Elijah – potwierdził krótko, zatrzymując się kilka kroków dalej. Nie był już zmęczony ani zdyszany. Zupełnie jakby morderczy trening nigdy się nie wydarzył. – Miło poznać.
Zwykła formalność. Jego ton pozostawał neutralny. Nie chłodny, nie szczególnie serdeczny. Po prostu rzeczowy. Nie szukał w Runie przyjaciela. Był dla niego tylko zleceniodawcą.
Plotki rozchodzą się szybciej niż choroby weneryczne w tym mieście – dodał po chwili, unosząc lekko kącik ust. – Co nieco już słyszałem. O tobie też. Ale nikt nie wspomniał najważniejszego. Kogo trzeba przycisnąć, żeby przypomniał sobie o swoich zaległościach?
Przyjrzał się mężczyźnie uważniej.
Whitelaw wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażał sobie człowieka przedstawiającego się jako Pyre. Trochę chaosu, szczypta problemów wymalowanych na twarzy i całkiem sporo historii, których rozsądni ludzie woleliby nie poznawać. Było w nim coś niepokojącego, ale nie w sposób budzący strach. Bardziej przypominał pożar, który tlił się pod powierzchnią i tylko czekał na odpowiedni podmuch wiatru.
Elijah znał takich ludzi. Oznaczali, że robota będzie trudna i należała raczej do tych nieprzyjemnych. Na szczęście ten typ nie był dla niego niczym nowym.
Sięgnął do kieszeni jeansów, wyciągnął nieco pogniecioną paczkę papierosów i jednym ruchem wysunął jeden z nich. Na szczęście nie były mokre. Zapalniczka błysnęła w półmroku hali. Zaciągnął się głęboko, a potem powoli wypuścił dym, formując kilka równych kółek, które przez moment zawisły nieruchomo w gorącym powietrzu, by potem zniknąć, unosząc się nad nimi.
Dopiero wtedy wyciągnął paczkę w stronę Rune'a.
Nie powinienem palić – stwierdził z rozbawieniem, które ledwie przebiło się przez jego zwykle spokojny ton. – Zwłaszcza po takim treningu.
Nie palił codziennie. Nie był uzależniony. Jednak przed rozmową o robocie po prostu wypadało. Dla uspokojenia nerwów, żeby nie rzucić czymś głupim i zająć sobie palce. Nie należał co prawda do ludzi impulsywnych i niepanujących nad swoimi emocjami, ale jak to mawiają, przezorny zawsze ubezpieczony.
Gdy tak czekał na odpowiedź ze strony mężczyzny, wpatrywał się w niego z intensywnością, która mogła przytłaczać. Nie dlatego, że mu nie ufał – choć nie ufał – ale dlatego, że chciał się zorientować, z kim miał do czynienia.

Rune Whitelaw
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
𝑃ierwsze, co uderzyło go po własnym wejściu, nie było wcale gorąco zalegające pod dachem hali ani zapach kurzu, który drapał w gardło tak uparcie, że człowiek mimowolnie zaczynał żałować każdego wcześniejszego papierosa. Najpierw przyszło kliknięcie. Drobny, prawie niepozorny dźwięk palca na ekranie, a potem nagłe urwanie muzyki, po którym cały budynek zdawał się rozszerzyć o kilka metrów w każdą stronę. Bas przestał odbijać się od betonu, zniknęło echo rytmu, a miejsce, jeszcze przed sekundą wypełnione cudzym ruchem i dźwiękiem, opadło w ciszę ciężką, nierówną, pełną zakamarków. Dopiero wtedy naprawdę zostali tam we dwóch.
Rune nie od razu uznał to za komfortowe.
Cisza miała paskudny zwyczaj dopowiadania rzeczy, których nikt nie wypowiedział na głos. W opuszczonych halach potrafiła być niemal osobnym lokatorem; kręciła się między słupami, chowała w wybitych oknach, czekała przy ścianach pociętych graffiti i przypominała, że człowiek słyszy więcej, kiedy świat przestaje go zagłuszać. Whitelaw przeniósł ciężar ciała na drugą nogę, niby swobodnie, niby od niechcenia, lecz w istocie ustawiając się tak, by mieć przed sobą zarówno mężczyznę, jak i możliwie największy wycinek przestrzeni za jego plecami. Stare odruchy nie pytały o pozwolenie. Po ostatnich tygodniach tym bardziej.
Elijah potwierdził swoje imię krótko, bez żadnego teatralnego dodatku, a potem dorzucił zwyczajowe miło poznać, które w takich okolicznościach brzmiało bardziej jak element procedury niż szczera deklaracja. Rune skinął głową, kącikiem ust zahaczając o cień uprzejmości, bo jego matka może nie wychowała go na człowieka szczególnie bezpiecznego społecznie, ale kilka podstawowych gestów grzecznościowych jednak przetrwało w nim jak chwasty między płytami chodnika.
Czy miło, to się jeszcze okaże, przemknęło mu przez głowę z suchym rozbawieniem, którego nie wypuścił od razu na twarz.
Obserwował uważnie, jak tamten najpierw sięga po ręcznik, ściera pot z karku, twarzy i ramion, a później rusza w jego stronę spokojnie, bez zbędnego pośpiechu. Nie było w tym nic spektakularnego, żadnego popisowego wejścia, żadnego napinania barków pod cudze spojrzenie, i właśnie dlatego Rune uznał to za bardziej warte odnotowania. Ludzie, którzy bardzo chcieli wyglądać groźnie, zwykle męczyli otoczenie własnym teatrem. Ci, którzy naprawdę mieli coś do powiedzenia pięściami, nożem albo samą obecnością, często oszczędzali energię.
Nie cofnął się, choć mięśnie pod skórą miał gotowe do ruchu. Wzrok trzymał spokojny, odrobinę bezczelny, wyuczony w tych wszystkich miejscach, w których pokazanie niepewności kosztowało więcej niż przepłacony drink. Mężczyzna podchodzący bliżej nie wyglądał na kogoś, kto zamierza rzucić się na niego bez ostrzeżenia, ale Rune od dawna nie ufał samym pozorom. Pozory były tanią dekoracją. Szczegóły mówiły więcej: rytm kroku, oddech po wysiłku, ułożenie dłoni, to, czy ktoś szukał drogi ucieczki albo przeciwnie — drogi do gardła.
Na porównanie plotek do chorób wenerycznych parsknął cicho, krótko, bardziej przez nos niż pełnym śmiechem. Hala natychmiast oddała ten dźwięk z powrotem, nieco bardziej pusty i metaliczny.
— W Nowym Orleanie to chyba nawet choroby weneryczne mają swoich informatorów — rzucił, pozwalając sobie na leniwy błysk w oczach. — Człowiek jeszcze nie zdąży zdjąć spodni, a French Quarter już wie, z kim, gdzie i czy warto było.
Brzmiało to prawie lekko, choć pod spodem nadal trzymał ostrożność napiętą jak drut. Nie znał Elijah wystarczająco, by obdarzać go zaufaniem, ale też nie przyszedł tu szukać przyjaciela od zwierzeń. Przyszedł po usługę, a każda usługa w tym mieście miała swój koszt; czasem liczony w gotówce, czasem w przysługach, czasem w czymś znacznie brudniejszym, czego nie dało się potem wyprać z koszuli ani z pamięci. Na wzmiankę o tym, że mężczyzna słyszał również o nim, Whitelaw uniósł jedną brew z przesadną, niemal obrażoną godnością.
— Mam nadzieję, że same superlatywy — powiedział, rozkładając lekko dłoń, jakby naprawdę oczekiwał, że cały półświatek miasta powinien prowadzić o nim wyłącznie entuzjastyczne recenzje. — Typu: odpowiedzialny, rozsądny, nigdy nie podpala rzeczy, których nie powinien, i ogólnie materiał na zięcia. No, ewentualnie na bardzo kosztowny błąd.
Ego było w tym zdaniu wystarczająco duże, by zasłonić dziurę w dachu, ale Rune używał go często jak kolorowej płachty zarzuconej na coś znacznie mniej efektownego. Łatwiej było zgrywać pewnego siebie dupka, niż przyznać, że ostatnio zbyt wiele spraw zahaczało pazurami o nerwy. Łatwiej było stroić miny, niż spojrzeć uczciwie na fakt, że przyszedł do człowieka od ściągania pieniędzy, bo sam nie chciał jeszcze sprawdzić, dokąd zaprowadzi go własna frustracja.
Przez moment pocierał kciukiem bok telefonu ukrytego w dłoni. Ekran był już odblokowany, lista wiadomości czekała, a nazwisko tego małego gnojka świeciło wśród nieodebranych połączeń niczym wyjątkowo irytujący neon.
— Przycisnąć trzeba Dylana Mercera — oznajmił w końcu, bez dalszego przeciągania. — Dwadzieścia siedem lat, mieszkał ostatnio gdzieś przy Dauphine Street, chociaż z tym mieszkał to bym uważał, bo koleś najwyraźniej pomylił adres zameldowania z trybem incognito. Wisi mi trzy tysiące sześćset dolarów za towar. Nie liczę odsetek za bycie mendą, chociaż powinienem, bo wtedy wyszłoby bardziej uczciwie.
Przesunął palcem po ekranie i odwrócił telefon na tyle, by pokazać kilka podstawowych informacji: zdjęcie zrobione jeszcze w okresie, gdy Dylan nie uznał, że może rozpłynąć się w miejskim upale, numer, kilka wiadomości, których ton z każdym dniem stawał się mniej przyjacielski. Nie wciskał urządzenia Elijahowi w rękę. Dawał mu dostęp, ale nie pozbywał się kontroli nad sytuacją, nawet tak drobnej. Może to było śmieszne. Może żałosne. A może po prostu ludzkie.
— Błąd był mój — dodał po chwili, bo nie miał ochoty udawać przed kimś takim, że problem spadł z nieba w pudełku z kokardą. — Dawałem mu czasem na krechę. Najpierw małe ilości, potem większe, bo płacił. Z poślizgiem, ale płacił. Myślałem, że mam klienta, który trochę pajacuje, ale ostatecznie rozumie zasady. Okazało się, że mam klienta, który rozumie tylko, że jeśli wystarczająco długo nie odbiera telefonu, to dług magicznie przechodzi w folklor.
Wypowiadając to, czuł w gardle znajomą cierpkość irytacji. Nie chodziło już wyłącznie o pieniądze, choć trzy tysiące sześćset dolarów potrafiły skutecznie psuć humor, szczególnie w świecie, gdzie każdy przepływ miał znaczenie, a cudza cierpliwość zwykle była liczona dokładniej niż podatki. Bardziej gryzło go poczucie, że ktoś uznał go za wygodnego do oszukania.
— Nie potrzebuję, żebyś zrobił z niego miejską legendę — powiedział, wsuwając telefon z powrotem do kieszeni. — Na razie wystarczy, żeby oddał kasę i zapamiętał, że nie jestem fundacją dla młodych debili z ambicjami większymi niż portfel. Jeżeli będzie trzeba mocniej, pogadamy mocniej. Ale pierwszy ruch ma być czysty. Konkretny.
Przez ułamek sekundy w głowie pojawił się obraz dłoni, krwi, nieruchomego ciała i tamtej paskudnej ciszy po wszystkim. Nie zaprosił go. Nie chciał go teraz. Wcisnął go z powrotem głębiej, tam, gdzie trzymał wszystkie wspomnienia wymagające zamka, łańcucha i bardzo głośnej muzyki, po czym skupił się na teraźniejszości.
Elijah sięgnął po paczkę papierosów. Ten gest przyciągnął wzrok Whitelawa niemal odruchowo. Pognieciony kartonik, jeden wysunięty papieros, błysk zapalniczki w półmroku i pierwsza smuga dymu, która uniosła się w dusznym powietrzu z bezczelną lekkością, zupełnie niewzruszona tym, że obaj znajdowali się w miejscu mało sprzyjającym zdrowym decyzjom. Rune obserwował przez moment kółka dymu, zanim paczka przesunęła się w jego stronę.
Palił przed chwilą. Dosłownie kilka minut wcześniej zdusił papierosa o beton, bo uznał, że wchodzenie na spotkanie z fajką w ręku wyglądało zbyt nonszalancko nawet jak na niego. Organizm nie potrzebował kolejnej dawki nikotyny. Płuca, zawodowo krzywdzone ogniem, dymem i wieloletnim brakiem rozsądku, pewnie napisałyby petycję, gdyby umiały trzymać długopis. Mimo to sięgnął po papierosa bez większego wahania, wyciągając go z paczki dwoma palcami.
— Zwłaszcza po takim treningu brzmi jak coś, co powiedziałby lekarz, zanim człowiek zacznie go unikać — mruknął, obracając papierosa między palcami.
Nie skorzystał z cudzej zapalniczki. Z kieszeni wydobył własną, cięższą, znajomo układającą się w dłoni. Była jedną z tych rzeczy, które nie powinny mieć emocjonalnego znaczenia, a jednak miały. Prezent od Flavii na urodziny; elegancka, porządna, trochę zbyt droga na przedmiot służący głównie do podpalania tytoniu, lontów i okazjonalnie bardzo złych pomysłów. Metal był ciepły od temperatury i jego skóry, gładki pod kciukiem, z drobnym śladem użytkowania przy zawiasie.
Kciuk przesunął się po mechanizmie. Płomień wyskoczył krótko, równo, niemal posłusznie. Rune pochylił głowę, osłaniając ogień dłonią mimo braku wiatru, i przypalił końcówkę papierosa z tą samą niepotrzebną starannością, z jaką inni podpisywali ważne dokumenty. Pierwszy wdech był płytki, bardziej rytualny niż łapczywy. Dym osiadł mu na języku gorzko, znajomo, natychmiastowo.
Uniósł wzrok znad płomienia, jeszcze przez chwilę trzymając zapalniczkę w dłoni, zanim zamknął ją miękkim kliknięciem.
— Na coś trzeba w końcu umrzeć.

Elijah Nguyen-Lynskey
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Nieczęsto zdarzało mu się przyjmować zlecenia bezpośrednio od ludzi, którzy mieli na nich skorzystać. Nie dlatego, że był kimś ważnym. Wręcz przeciwnie. W strukturze Skorpionów pozostawał jednym z tych, których nazwiska rzadko pojawiały się podczas większych narad, a jeszcze rzadziej padały w rozmowach ludzi siedzących na samym szczycie. Był od roboty, nie od wydawania poleceń. Od rozwiązywania problemów, których inni nie chcieli oglądać na własne oczy. Właśnie dlatego zleceniodawcy zwykle woleli zachować od niego bezpieczny dystans. Łatwiej było powiedzieć komuś trzeciemu, że trzeba odzyskać pieniądze, połamać komuś ręce albo sprawić, by pewien niewygodny człowiek zniknął z okolicy, niż spojrzeć w twarz temu, kto rzeczywiście miał wykonać całą tę brudną robotę. Tak działał ten świat. Im mniej widziałeś, tym spokojniej spałeś. Im mniej nazwisk kojarzyłeś, tym mniejsze było prawdopodobieństwo, że kiedyś ktoś zapuka do twoich drzwi z odznaką i pistoletem. Same zlecenia rzadko czymś się od siebie różniły. Czasem chodziło o odzyskanie pieniędzy przegranych przy stoliku w kasynie. Ktoś za bardzo uwierzył w szczęście, postawił więcej, niż posiadał, a później nagle okazywało się, że fortuna jednak nie przepada za hazardzistami. Innym razem wystarczyło obić komuś mordę. Nie za mocno. Tak, żeby przez kilka tygodni przypominał sobie o terminowym spłacaniu pożyczek za każdym razem, gdy spojrzy w lustro. Bywały też sprawy znacznie bardziej skomplikowane, wymagające cierpliwości, obserwacji i odrobiny wyobraźni. Najgorsze nie było jednak samo wykonanie roboty. Najgorsze było to, że jeden źle postawiony krok potrafił zlikwidować pojedynczy problem tylko po to, żeby stworzyć trzy następne. Człowiek odzyskał pieniądze, ale obraził niewłaściwego kuzyna. Zastraszył dłużnika, który przypadkiem okazał się bratankiem wpływowego polityka. Posprzątał jednego idiotę, a tydzień później musiał wykończyć dwóch kolejnych, którzy postanowili się zemścić. Nikt rozsądny nie chciał pracować w ten sposób. Dlatego zlecenia, zamiast trafiać bezpośrednio do bandziorów, najpierw przechodziły przez Skorpionów. Członkowie gangu rozumieli ryzyko. Woleli wcześniej zbadać grunt, upewnić się, że nie pakują własnego człowieka w bagno po samą szyję, a dopiero potem przekazywali sprawę dalej. Tak było bezpieczniej dla wszystkich. Rune stanowił więc wyjątek. Może dlatego od początku obserwował go uważniej, niż zwykł obserwować ludzi spotykanych przy podobnych okazjach. Dym z papierosa unosił się leniwie między nimi, mieszając się z ciężkim powietrzem zalegającym pod wysokim stropem hali. Beton wciąż oddawał ciepło nagromadzone przez cały dzień, a gdzieś wysoko, pomiędzy stalowymi belkami, pojedynczy gołąb zatrzepotał skrzydłami, wywołując krótkie echo, które natychmiast rozpłynęło się w pustce ogromnej przestrzeni.
Elijah nigdy się nie spieszył. To zabawne, zważywszy na fakt, że jeszcze kilka minut wcześniej jego ciało poruszało się z szybkością, której większość ludzi nie byłaby w stanie nawet śledzić wzrokiem. Na parkiecie przypominał żywioł. Tutaj wracał do swojej naturalnej leniwości. Spokojnej. Wyważonej. Każdy ruch wykonywał tak, jakby jego dzień nie miał końca. Nie próbował tym zirytować mężczyznę. Nie miał na to ochoty. Większość ludzi odbierała go zresztą jako całkiem przyjemnego faceta. Łatwo nawiązywał kontakt, potrafił żartować, nie miał w sobie tej sztucznej, wymuszonej powagi, którą wielu gangsterów próbowało nadrabiać własne kompleksy. Owszem, zdarzało mu się powiedzieć o jedno zdanie za dużo. Czasami jego język był cięższy od pięści. Potrafił zirytować nawet najbardziej cierpliwego człowieka. Mimo to naprawdę niewielu ludzi decydowało się rzucić się na niego z rękami. No może poza tymi, którzy przyłapywali go na pieprzeniu ich dziewczyn. Albo chłopaków. Tutaj akurat trudno było mieć do kogokolwiek pretensje. Sam na ich miejscu również próbowałby komuś połamać nos. Daleko było mu do wzoru moralności. Nigdy nie próbował udawać świętego. Wręcz przeciwnie. Miał samobójczy zwyczaj wybierania najgorszych możliwych decyzji tylko dlatego, że wydawały mu się ciekawsze od tych rozsądnych. Jakby los rzucał mu pod nogi proste ścieżki, a on z uporem wybierał te prowadzące przez mokradła.
Na uwagę o plotkach odpowiedział uśmiechem, który pojawił się niemal odruchowo. Nie mógł się z nim nie zgodzić. French Quarter była pod tym względem bezlitosna, ale prawdę mówiąc, nie dotyczyło to wyłącznie tej jednej dzielnicy. Tak wyglądał cały Nowy Orlean. Tutaj człowiek potrafił poznać własną historię życia od kompletnie obcych ludzi i przy okazji dowiedzieć się o sobie rzeczy, o których sam nie miał pojęcia. Każdy coś słyszał. Każdy coś dopowiadał. Każdy znał kuzyna kolegi, który podobno wszystko widział na własne oczy. Czasami plotki pomagały. Znacznie częściej jednak uprzykrzały życie. Zwłaszcza komuś wykonującemu jego robotę.
Coś o tym wiem – wypuścił powoli dym przez nos, nie odrywając wzroku od Whitelawa. – Wypieprzysz kogoś w klubie pełnym przypadkowych ludzi, a następnego dnia dowiadujesz się, że twoja wybranka chodzi z jakimś napakowanym typem, który bardzo nie lubi dzielić się swoją kobietą – kącik jego ust drgnął odrobinę wyżej. – I później musisz podjąć bardzo odpowiedzialną życiową decyzję. Sprzątnąć faceta czy może wrobić kogoś, kto zarobi po mordzie za ciebie.
Brzmiało to lekko. Nawet wesoło. W rzeczywistości była to jedna z tych historii, które wydarzyły się naprawdę. Znacznie wygodniej było znaleźć kogoś, kto od dawna działał mu na nerwy i podrzucić go pod rozwścieczonego osiłka. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Nos połamany właściwej osobie, własna twarz pozostawała nienaruszona, a przy okazji świat stawał się odrobinę bardziej sprawiedliwy. Przynajmniej według jego własnej, mocno pokrzywionej definicji sprawiedliwości. Czy było to tchórzostwo? Z perspektywy postronnego obserwatora zapewne tak. Ci, którzy znali Lynskeya lepiej, wiedzieli jednak, że nie bał się konfrontacji. Po prostu uważał, że skoro można rozwiązać problem cudzymi pięściami, to własne warto zachować na sytuacje, w których naprawdę będą potrzebne.
Jego spojrzenie wróciło do twarzy Rune'a. Nie ufał mu. Ale nie ufał właściwie nikomu. Plotki, które o nim słyszał, traktował z dużym dystansem. Ludzie lubili koloryzować. Zwłaszcza wtedy, gdy opowiadali o cudzych sukcesach. Nie wierzył w połowę historii krążących po mieście. Nigdy im nie zawierzał. Był jednak jeden rodzaj plotek, którego nie ignorował. Te najbrudniejsze. Bo ludzie z zadziwiającą konsekwencją przypisywali sobie odwagę, honor i wszystkie możliwe zalety, jednocześnie robiąc wszystko, by ukryć własne świństwa. Jeśli więc mimo tych wysiłków po ulicach nadal krążyły opowieści o czyjejś wyjątkowej podłości, Elijah zakładał, że rzeczywistość mogła być nawet gorsza niż wersja przekazywana szeptem.
Słowa Rune'a o superlatywach zawisły między nimi na chwilę dłużej, niż powinny. W tym mieście nawet żart potrafił mieć drugie dno, a on dawno nauczył się nie zakładać, że cokolwiek jest tylko głupim dowcipem. Skinął lekko głową, jakby przyjmował to do wiadomości, ale nie przywiązywał do tego większej wagi. W rzeczywistości zapamiętywał więcej, niż pokazywał – ton, sposób mówienia, to minimalne zawahanie się, którego większość ludzi nawet by nie wychwyciła. Nie ufał słowom. Słowa były tanie. Zawsze tak myślał. Dlatego bardziej niż treść interesowało go to, jak Rune się poruszał, jak stał, jak utrzymywał dystans. W tych drobnych gestach kryło się więcej prawdy niż w słowach wypowiedzianych wcześniej na głos.
Kiedy padło nazwisko Dylana Mercera, Lynskey nie zareagował od razu. Pozwolił, żeby ta informacja osiadła jak kurz w hali po jego tańcu. Dopiero po chwili powtórzył je w myślach, bezgłośnie, jakby sprawdzał, czy pasuje do obrazu, który już zaczął się kształtować. Zwykle się nie mylił. Ludzie byli w gruncie rzeczy przewidywalni. Zmieniali dekoracje, ale nie scenariusz.
Słuchał dalej, skupiony bardziej na intuicji niż na samej treści rozmowy. Kwota była niewielka – przynajmniej jak na standardy tego, co zwykle przechodziło przez Skorpiony. Ale właśnie takie sprawy były najgorsze. Nie te duże, spektakularne, tylko te małe, które rozrastały się przez ignorowanie, aż w końcu zaczynały gryźć po kostkach wszystkich wokół. Reputacja znaczyła więcej niż parę tysięcy dolarów. A najgorzej było, gdy ktoś dowiadywał się, że można sobie pozwolić nie zapłacić dealerowi.
Elijah przesunął spojrzenie na telefon drugiego mężczyzny tylko przelotnie. Twarz na zdjęciu nic nie znaczyła. Mogła należeć do kogokolwiek. Przesunął palcem po ekranie, by przewinąć wiadomości. Nic szczególnego w nich nie znalazł. I to było najgorsze – brak charakteru, brak wyróżnika. Tacy ludzie znikali łatwo, ale jeszcze łatwiej wracali jako problem.
Kiedy Rune wspomniał o pieniądzach do zwrotu, Lynskey początkowo nie wykazał zdziwienia. Raczej coś w rodzaju cichej akceptacji, jakby taki element rozmowy był nieunikniony od samego początku, tylko jeszcze nie został nazwany. Nie rozumiał takiej pobłażliwości wobec dłużnika. W tym świecie każdy próbował ustawić się tak, żeby stracić mniej, niż musiał. Whitelaw nawet się nie starał.
W porządku – odpowiedział w końcu, spokojnie, bez nacisku w głosie. – Zgarnę coś ekstra dla siebie, więc nie będziesz musiał mi zapłacić za wykonaną robotę.
Prostota była czymś, co cenił bardziej, niż większość ludzi zdawała sobie sprawę. Im mniej warstw, tym łatwiej można było wbić nóż.
Kiedy rozmowa zeszła na schematy dłużników, Elijah słuchał już trochę bardziej odruchowo, niż z zainteresowania. Znał ten rytm aż za dobrze. Widział go setki razy, w różnych twarzach, w różnych miastach, w różnych wersjach tej samej wymówki.
Zaciągnął się papierosem, wypuszczając dym powoli, jakby dawał sobie chwilę, żeby uporządkować myśli, choć tak naprawdę nie było tam nic do porządkowania.
Oni zawsze są tacy sami – powiedział w końcu, bardziej spokojnie niż oskarżycielsko. – Dopóki mogą, udają, że problem nie istnieje. Pożyczą hajs na lewo i w końcu uregulują należności.
Kiedy mężczyzna sięgnął po zapalniczkę, Elijah obserwował to bez komentarza. Mały płomień, który na moment rozświetlił ich twarze, wyglądał w tej przestrzeni prawie nie na miejscu – zbyt delikatny jak na temperaturę, która nieprzyjemnie kąsała jego skórę.
Przeniósł wzrok na mężczyznę, ale nie w sposób konfrontacyjny. Raczej jak ktoś, kto sprawdza, czy druga strona naprawdę rozumie, o czym mowa.
A kiedy już nie mogą lub nikt nie wyciąga do nich pomocnej dłoni, zaczynają wierzyć, że to nie ich problem. Że wystarczy przeczekać. Przecież to wcale nie taka poważna kwota.
Wypowiedzenie tego na głos brzmiało prawie banalnie. Jak coś, co każdy powinien wiedzieć. A jednak właśnie na tym opierała się większość jego pracy – na ludziach, którzy udawali, że podstawowe zasady przestają ich dotyczyć, jeśli wystarczająco długo je ignorują. On skutecznie wybijał im to z głowy.
Kiedy temat przeszedł na ryzyko i lekarzy, Elijah prychnął cicho, niemal bezgłośnie. Wzrok na moment uciekł gdzieś w bok, w głąb hali, gdzie cień i światło mieszały się w nierównych proporcjach.
Nie wiem, kiedy ostatnio byłem u normalnego lekarza – rzucił spokojnie. – Trudno w końcu wyjaśnić, skąd na ciele znalazła się ta dziura po kuli bez zwracania na siebie uwagi glin.
Nie brzmiało to, jak lekcja życia. Raczej jak obserwacja człowieka, który przestał już udawać, że świat działa inaczej.
Dopiero wtedy spojrzał na Rune'a z większą uwagą. Nie miał potrzeby analizować go bardziej. Jeszcze nie. Ale zapamiętał wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że to nie będzie prosta sprawa. Nie dlatego, że była skomplikowana sama w sobie. Tylko dlatego, że ludzie tacy jak Whitelaw rzadko przychodzili z problemami, które kończyły się dokładnie tam, gdzie powinny.
Cisza, która nastąpiła później, nie była ciężka. Była naturalna. Jak oddech między jednym etapem rozmowy a kolejnym. Azjata zgasił papierosa, przydeptując go butem bez większej uwagi. Dym jeszcze przez chwilę unosił się nisko nad betonem, zanim rozpłynął się całkowicie, jakby nigdy go tam nie było. W tym czasie pomaszerował z powrotem do plecaka. Sięgnął po niego, trzymając go swobodnie nad ziemią, drugą ręką przeszukując wnętrze. Po chwili wyciągnął czysty bezrękawnik. Zdjął przepoconą koszulkę i wpakował ją do mniejszej kieszonki. Nie założył góry na zmianę od razu. Złapał za butelkę, której zawartość wylał sobie na głowę. Pusta wylądowała z powrotem w plecaku, a ten wylądował zaraz na ziemi w tym samym miejscu, w którym leżał wcześniej.
Wtedy wrócił wolnym krokiem do mężczyzny. Jego skóra lśniła od kropelek wody. Czekał, aż wyschnie, zanim założy coś suchego. Wyciągnął ku niemu dłoń w geście akceptacji zlecenia.
Oficjalnie staje się rozwiązaniem twoich problemów – powiedział spokojnie, bardziej informacyjnie niż obiecująco. Nie dodał nic więcej. Bo wszystko, co miało dla niego znaczenie, już zostało powiedziane.

Rune Whitelaw
36 lat/a, 196 cm
Połykacz ognia w Bayou Inferno Troupe
Awatar użytkownika
Every rose has its thorns. Show me yours and I’ll show you hands willing to bleed...
Whispers of life
𝐽eszcze nigdy nie musiał posuwać się do czegoś takiego.
Ta myśl przyszła cicho, bez dramatycznego wejścia, bez huku i bez wielkiego olśnienia, ale mimo to osiadła gdzieś pod mostkiem ciężarem małego, paskudnego kamienia. Od ponad pół roku tkwił już w strukturach Skorpionów; wystarczająco długo, żeby przestać udawać, że to tylko tymczasowy układ, luźna przysługa albo zły wybór, z którego w każdej chwili można wyjść bocznymi drzwiami. Miał swoje zadania, swoich ludzi do pilnowania, swoje trasy, swoje paczki, swoje rozmowy prowadzone półgłosem i transakcje, przy których nikt rozsądny nie zadawał zbyt wielu pytań. Uczył się tego świata na własnej skórze, czasem ze śmiechem, czasem z zaciśniętymi zębami, ale zazwyczaj radził sobie sam.

Zazwyczaj.
Do tej pory długi nie urastały mu do rozmiaru problemu, który wymagał człowieka od haraczy. Zdarzało się, że ktoś przeciągnął termin, zniknął na dwa dni, wymyślił chorą babkę, zepsuty samochód, zajęty telefon, martwego kota albo własny pogrzeb zaplanowany na piątek wieczorem. Rune słyszał już tyle żałosnych usprawiedliwień, że mógłby z nich złożyć tanią książkę motywacyjną dla ludzi bez kręgosłupa. Przeważnie wystarczała rozmowa. Czasem ostrzejszy ton. Czasem jedno spotkanie w miejscu, gdzie klient nagle przypominał sobie, że Whitelaw nie był wyłącznie wysokim facetem od ognia i głupich uśmiechów. Problem Dylana Mercera polegał na tym, że ten najwyraźniej uznał jego cierpliwość za stały element krajobrazu.
A może, co gorsza, uznał ją za słabość. To gryzło najmocniej.
Rune nie był idiotą, chociaż wiele jego życiowych decyzji lubiło składać przeciwko niemu zeznania. Wiedział, że w tym biznesie miękkość działała jak zaproszenie. Zbyt dużo zaufania, zbyt dużo drugich szans, zbyt dużo wiary w to, że ludzie jednak oddadzą, bo przecież raz już oddali, więc muszą rozumieć zasady. Śmieszne. Prawie rozczulające. Na razie nadal był za miękki, zbyt ufny, czasem zwyczajnie za dobry na świat, który za dobroć nie wystawiał rachunku, tylko od razu wyciągał rękę po resztę portfela. Empatia w ciemnych uliczkach Uptown nie była zaletą. Była światełkiem nad wejściem do baru, przy którym zbierały się wszystkie głodne ćmy.
A Dylan okazał się jedną z nich.
Nie chciał nawet myśleć, ilu podobnych cwaniaczków kręciło się po mieście; ilu chłopaków z mokrym spojrzeniem, pustymi kieszeniami i wielkim talentem do wykorzystywania cudzej pobłażliwości czekało na kogoś, kto da im palec. Nagle ten pojedynczy dług przestał być wyłącznie kwotą. Stał się przykładem. Testem. Małym, brudnym sprawdzianem z roli, którą sam przyjął, nawet jeżeli czasem jeszcze nie potrafił jej nosić bez uwierania pod skórą. Jeżeli Dylan zostanie ukarany, inni usłyszą. Prędzej czy później zawsze słyszeli. Plotki rozchodziły się po Nowym Orleanie szybciej niż upał po blaszanym dachu, a Rune wyjątkowo nie miałby nic przeciwko temu, żeby ta jedna historia znalazła kilka chętnych języków.
Wciągnął dym głębiej, pozwalając nikotynie podrażnić gardło i na chwilę zastąpić irytację czymś prostszym, bardziej fizycznym. Papieros między palcami żarzył się drobnym, pomarańczowym punktem, skromnym i posłusznym, zupełnie niepasującym do wielkich spraw, które ludzie lubili rozpalać z równie małych iskier.
Słuchał Elijah w milczeniu, wychwytując nie tylko słowa, ale też ich sens ukryty pod spokojem. To, co tamten mówił o dłużnikach, brzmiało niemal banalnie, a jednak trafiało dokładnie tam, gdzie powinno. Ludzie naprawdę udawali, że problem nie istnieje, dopóki mogli. Przesuwali granice o centymetr, potem o kolejny, a potem robili zdziwione oczy, gdy ktoś wreszcie łapał ich za kark i tłumaczył, że świat nie działa na zasadzie przeczekam, aż wszyscy zapomną.
— Właśnie — odezwał się po chwili, wypuszczając dym bokiem, z leniwym skrzywieniem ust. — Dopóki mogą, udają, że problem nie istnieje. Pożyczą hajs na lewo i w końcu uregulują należności. A jak nie uregulują, to przynajmniej odkryją, że życie potrafi być bardzo edukacyjne.
Nie brzmiał przy tym szczególnie okrutnie. Bardziej jak ktoś, kto dopiero przestawiał w głowie kilka mechanizmów; wyjmował z nich rdzewiejące części, zastępował je czymś twardszym, mniej ładnym, ale znacznie bardziej przydatnym. W zasadzie nigdy nie pomyślałby, że znajdzie się w takim świecie. Nie naprawdę. Oczywiście, zawsze kręcił się blisko krawędzi, zawsze miał talent do kłopotów, dziwnych ludzi i decyzji podejmowanych w złym świetle, ale co innego żyć obok mroku, a co innego nauczyć się poruszać w nim tak, żeby nie wypaść na słabego.
— Jestem w tym wszystkim stosunkowo nowy — przyznał, choć samo wypowiedzenie tego zdania kosztowało jego ego drobną, ale odczuwalną stratę. — Ponad pół roku to niby wystarczająco długo, żeby człowiek przestał robić minę turysty, ale za krótko, żeby nie popełniać głupich błędów. Ten jest mój. Dałem mu palec, a koleś uznał, że cała ręka też pewnie jest w promocji.
Przesunął językiem po zębach, krótko, nerwowo, po czym spojrzał gdzieś w bok, na pas światła rozlany na betonie. Nie chciał ubierać tej sprawy w zbyt wielkie słowa. Nie chciał brzmieć jak ktoś, kto odbywa przed samym sobą lekcję moralności w opuszczonej hali, z papierosem w ustach i człowiekiem od brudnej roboty na wyciągnięcie ręki. A jednak ta lekcja tam była, uparta, niechciana, brzydka. Jeśli zamierzał sprzedawać, musiał być dilerem, nie dobrym wujkiem od odroczonych płatności. Jeśli wszedł do gangu, musiał zrozumieć, że reputacja nie buduje się na uprzejmych wiadomościach i cierpliwym czekaniu.
Na wzmiankę o lekarzu spojrzał z powrotem na rozmówcę, a cień uśmiechu wrócił na jego twarz, trochę krzywy, trochę zmęczony.
— Normalny lekarz to luksus dla ludzi, którzy mają normalne hobby — mruknął. — Ja połykam ogień, pracuję dla gangu i właśnie omawiam z tobą odzyskanie długu w opuszczonej hali. Myślę, że mój lekarz rodzinny, jeśli jeszcze żyje, dawno temu złożył duchową rezygnację.
Dym wydostał się z jego ust w krótkim parsknięciu, niemal śmiechu, choć pod spodem tkwiło coś twardszego. Dziura po kuli, o której wspomniał Elijah, nie była informacją, przy której należało robić wielkie oczy. Nie tutaj. Nie między nimi. Rune odnotował ją jednak bez komentarza, schował razem z innymi szczegółami, które mogły kiedyś okazać się istotne albo przynajmniej wiele mówiły o człowieku, z którym właśnie wiązał kawałek własnego problemu.
Papieros kończył się szybciej, niż powinien. Może dlatego, że palił go zbyt nerwowo, choć starał się tego po sobie nie pokazywać. Żar zbliżył się do filtra, więc zaciągnął się ostatni raz, krótko, niemal z przekory wobec własnych płuc, po czym opuścił rękę i zgasił niedopałek o beton pod butem. Popiół rozsypał się cienką, szarą smugą, wdeptany w posadzkę, która i tak widziała gorsze rzeczy niż kolejny ślad po czyimś nałogu.
Wzrok sam odnalazł Elijah przy plecaku. Nie gapił się bezczelnie, ale też nie udawał, że nagle fascynuje go architektura ruin. Rejestrował ruchy, zmianę koszulki, wodę spływającą po rozgrzanej skórze, ten spokojny, praktyczny sposób, w jaki tamten doprowadzał się do porządku po treningu, jakby rozmowa o pieniądzach, przymusie i konsekwencjach była zwykłym punktem między jednym ćwiczeniem a drugim. Rune nie uznał tego za obojętność. Raczej za wprawę. Za umiejętność oddzielenia spraw w głowie, poukładania ich na półkach bez zbędnego bałaganu. W pewnym sensie zazdrościł mu tego bardziej niż siły.
Sam wciąż miał w sobie za dużo chaosu.
Gdy mężczyzna wrócił i wyciągnął dłoń, Whitelaw przez sekundę patrzył na ten gest z niemal ostrożną uwagą. Oficjalnie staję się rozwiązaniem twoich problemów. Brzmiało to absurdalnie dobrze. Nie w sensie pocieszenia, bo Rune już dawno przestał wierzyć w tanie pocieszenia, ale w sposób konkretny, rzeczowy, niemal elegancki. Rozwiązanie. Nie groźba. Nie obietnica krwawego spektaklu. Po prostu mechanizm, który miał ruszyć, skoro ktoś wreszcie pociągnął za odpowiednią dźwignię.
Uśmiechnął się powoli, z tą swoją irytującą pewnością siebie, która nawet w najgorszym momencie potrafiła wypełznąć na twarz jak kot wracający z cudzej kuchni.
— No proszę — rzucił, sięgając do jego dłoni. — Zawsze marzyłem, żeby moje problemy miały tak dobrze zarysowane ramiona.
Uścisk był pewny, suchszy w intencji niż w dotyku, bo upał nie dawał nikomu szans na pełną godność. Rune nie ścisnął za mocno, nie próbował niczego udowadniać. Nie potrzebował tej żałosnej gry w dominację, w której dwaj faceci mierzą sobie ego przez kości dłoni. Wystarczyło, że nie cofnął się ani o milimetr i przyjął ten układ świadomie, z pełną wiedzą, że od tej chwili sprawa Dylana Mercera przestała być tylko jego prywatnym problemem.
— To mamy deal — powiedział spokojniej, wciąż trzymając jego dłoń przez krótką chwilę.

Elijah Nguyen-Lynskey
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Takie sprawy, takie akcje nie były już niczym nadzwyczajnym w jego prywatnym podręczniku. Elijah miał już za sobą wystarczająco wiele zleceń, żeby żaden nowy klient nie zdołał go czymkolwiek zaskoczyć. Zaczynało się zwykle niewinnie – od odebrania zaległej raty za ochronę od jakiegoś lokalnego sklepikarza, który zapomniał, że w tym mieście nic nie było za darmo. Później przychodziły trudniejsze przypadki: klienci z lepszym zapleczem, lepszą ochroną albo po prostu z większym tupetem. Zdarzały się bójki. Bywały też krwawe rozrachunki z ludźmi, którzy próbowali zmienić porządek świata panujący na ulicach Nowego Orleanu, nie rozumiejąc, że ten układ nie podlegał negocjacjom. Nic z tego nie było dla niego obce. Nic z tego nie budziło w nim niczego więcej niż rutynowe znużenie. Sprawa Rune'a, w porównaniu do wielu innych, przypominała niemal dzień wolny. Załatwi temat w godzinkę, może dwie, a reszta dnia będzie należała wyłącznie do niego.
Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, niedbale, jakby wcześniejszy morderczy trening zaczął o sobie przypominać. Praca dla gangu posiadała swoją prostą filozofię, którą wypracował sobie już dawno temu. Robił swoje i nie zagłębiał się w temat bardziej, niż musiał. Nie interesował się tym, co robiły inne komórki. Nie próbował się z nikim kumplować, nie odwiedzał kasyn ani nie brał narkotyków. Zawsze powtarzał sobie w duchu, że najgorzej jest skończyć jako dłużnik, wcześniej będąc tym, kto ściągał długi od innych. Ludzie, którzy do tego dopuszczali, byli w jego oczach albo słabi, albo po prostu głupi – zbyt pewni siebie, żeby zauważyć, kiedy grunt zaczynał osuwać im się spod nóg. On sam nigdy nie pozwalał sobie na taki luksus. Trzymał się w gotowości każdego dnia, niezależnie od tego, jak długo siedział w Skorpionach. Z tyłu głowy zawsze świeciła mu się ta sama czerwona lampka, przypominająca, że to nie jest klub książki, tylko przestępcza instytucja, która w razie potknięcia nie poklepie go po plecach ani nie da mu szansy naprawić popełnionych błędów. A nie zamierzał odchodzić z tego świata przedwcześnie.
Przyjrzał się mężczyźnie stojącemu przed nim uważniej, przesuwając wzrok od jego twarzy w dół, po ramionach, aż do dłoni wciąż trzymającej niedopałek. Dlatego jego opinia o nim była tak niejednoznaczna. Z tego, co zdążył się dowiedzieć, Whitelaw nie był gościem, z którym chciałoby się zadzierać bez powodu. Nie był potulnym barankiem handlującym dragami po godzinach dla dodatkowej gotówki. A jednocześnie dał się nabrać na najbardziej oczywisty blef, jaki klienci sprzedawali swoim dealerom od niemal zawsze. To był błąd żółtodzioba. Coś, czego nie spodziewałby się po kimś w jego wieku.
Uśmiechnął się lekko, zaledwie kącikiem ust, gdy tamten wspomniał o tym, jak edukacyjne potrafiło być życie. Czy mężczyzna sam nie przekonał się o tym na własnej skórze? A niedługo przekona się o tym także jego dłużnik. Nie zamierzał jednak dociskać go do ściany. Nie leżało w jego interesie ani moralizowanie, ani udzielanie lekcji, o które nikt nie prosił.
Niektórych trzeba po prostu postawić do pionu – rzucił w końcu, gryząc się w język, żeby nie dodać czegoś bardziej uszczypliwego. – Wtedy zaczynają chodzić jak w zegarku.
Skrzyżował ręce na piersi, obserwując, jak Rune gasi papierosa o beton, który widział już wszystko. Wysłuchał później krótkiej spowiedzi mężczyzny o tym, że jest nowy w branży i poczuł, jak coś w nim odpuszcza. Pół roku to faktycznie niewiele. Drobne błędy, które ktoś inny musiał później rozwiązywać, były na tym etapie czymś zupełnie normalnym. Jemu też się zdarzały. Wciąż pamiętał jedną sytuację – zaufał typowi, że ten idzie na tyły, żeby wyciągnąć hajs z sejfu, a wrócił z klamką i zamiarem kropnięcia go na miejscu. Nigdy więcej nie popełnił podobnego błędu. Teraz pilnował rączek dłużników lepiej niż własnych.
Ja nie odwiedzałem szpitali ani lekarzy od lat – dodał na wzmiankę o normalnym lekarzu, wzruszając ramionami. – Nie tylko przez ubezpieczenie, które i tak nie pokryłoby wszystkiego. Bardziej jednak przez to, z jakim typem problemów bym się do nich zgłaszał. Prędzej czy później zainteresowałyby się mną służby mniej skupione na moim zdrowiu, a bardziej na tym, jak leży na mnie pasiasta piżamka.
Podczas gdy mówił, sięgnął do kieszeni jeansów i wyciągnął z niej niewielkie, do połowy opróżnione pudełko gum do żucia. Otworzył je jednym ruchem kciuka, wytrząsnął pastylkę na dłoń i zgrabnie wrzucił ją do ust, cały czas myśląc o tym, w jakim kierunku potoczyło się jego własne życie. Gang miał być tylko szybkim, krótkoterminowym sposobem na dorobienie sobie ekstra kasy – wystarczająco dużo, żeby wrócić na studia i znaleźć porządną pracę. Minęły lata, a on wciąż siedział w strukturach, łupiąc kolejnych ludzi, a jego moralność powoli podupadała. Kiedyś wyciągnięcie noża i zastraszenie kogoś było dla niego niemałym wyzwaniem emocjonalnym. Dzisiaj potrafił przerobić czyjąś twarz w mięsistą papkę, na tyle skutecznie, że trudno było rozpoznać ofiarę bez wcześniejszego poskładania jej z powrotem do kupy.
Zatrzasnął pudełko i wsunął je z powrotem do kieszeni. Palił dosyć często, ale nie przepadał za posmakiem tytoniowego dymu, który pozostawał mu na języku na długo po zgaszeniu papierosa. Powinien już dawno temu przerzucić się na elektryczne, ale wiedział, że w jego robocie długo by takie urządzenie nie przetrwało.
Uśmiechnął się łobuzersko na komentarz Rune'a o swoim ciele, unosząc jedną brew. Był na tyle przyzwyczajony do rozbierania się przed ludźmi – w klubach, na siłowni, w takich sytuacjach jak ta – że dawno przestał przejmować się komentarzami na ten temat. Komplementy jednak zawsze były mile widziane.
Za dotykanie pobieram opłatę – ostrzegł, lekko się napinając, tak że mięśnie na ramieniu zarysowały się wyraźniej pod skórą. – Te ramiona działają świetnie, jeśli przychodzi do ściągania długów. Jak ktoś leci na taki wygląd, to często wystarczy sam firmowy uśmiech numer pięć, żeby wyciągnąć szmal. Jak ktoś obawia się własnego cienia, starczy zjawić się w bezrękawniku i trochę rozćwiczyć mięśnie, by wyglądać na większego. A w ostateczności para w łapie zawsze się przydaje, gdy trzeba komuś połamać kości, a samemu wyjść z szarpaniny bez szwanku.
Gdy uścisk dłoni w końcu się poluzował i stanęli naprzeciwko siebie, twarzą w twarz, przyjrzał mu się z lekkim rozbawieniem, przekrzywiając głowę o kilka stopni w bok. Nie miał pojęcia dlaczego. Może jego wcześniejsze komentarze nieco rozluźniły atmosferę, a może po prostu lubił obserwować, jak ludzie reagują, gdy przestawali się czuć jak na przesłuchaniu.
Chcesz się spotkać drugi raz po odbiór kasy, czy wolisz, żebym ci ją gdzieś podrzucił? – zapytał, wsuwając kciuki za pasek spodni. – Wybieraj. Dla mnie bez różnicy. Nie musimy się jednak widzieć w takiej dziurze zapomnianej przez Boga i klimatyzację. Może być jakiś klub na przedmieściach. Dobra okazja, żeby się czegoś napić.
Propozycja była daleka od zobowiązującej, ale zabawy nigdy sobie nie odmawiał.

Rune Whitelaw
ODPOWIEDZ

Wróć do „Gauche Crescent”