iza
13
Dni zrobiły się dłuższe, wieczory coraz cieplejsze i przez to Loralei miała coraz mniejszą ochotę na siedzenie w domu i robienie na drutach. Nawet jeśli sprawiało jej to jakąś przyjemność podczas zimy, choć ta nowoorleańska nie była tak surowa, jak europejska, o której czasem opowiadał jej ojciec czy dziadek, lubiła wtedy siedzieć z matką w ich domu, teraz tak dziwnie pustym, i dziergać jakieś głupie swetry, szaliki czy inne pierdoły. Gdy jednak słońce było coraz wyżej na horyzoncie, grzało coraz cieplej i coraz to więcej owadów oraz kwiatów budziło się do życia, i ona nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Potrzebowała jakiejś zmiany, a ile można siedzieć z matką, chodzić do kościoła i wymykać się, niczym nastolatka, na schadzki z synem pastora. Polubiła go, na tyle, na ile dziewczyna może polubić kogoś, kto przechodził przez podobne sytuacje we własnym życiu. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy dzieciaki innych pastorów miały tak samo przewalone w życiu i ich rodzice pilnowali ich tak samo, czy stawiano takie same wymagania, czy też miały być wzorem do naśladowania dla wszystkich wiernych. Nigdy w sumie nie myślała o tym, że kiedykolwiek pozna rodzinę innego pastora, bo nie potrafiła zmusić się do myślenia o tym, że jej ojca zabraknie.
Taka była jednak kolej rzeczy, a ona z wolna przyzwyczajała się do tego, że gdy wraca do domu po pracy, w środku czeka tylko matka z obiadem, przygotowanym dla dwóch osób. Zdawało jej się jednak, że i z rodzicielką było coraz lepiej – częściej wychodziła z domu, czy to po to, by pomóc nowemu pastorowi w kościele, czy pójść na spotkanie koła gospodyń, czy zapisać się na jakiś kurs, który do niczego jej się nigdy nie przyda. Matka korzystała z życia, powoli zapominając o wielkiej stracie, choć z córką wciąż odwiedzały grób byłego pastora bardzo często.
Skoro matka mogła wyrywać się z domu, to i blondynka nie chciała być więźniem. Wiedziała, że nie ma co liczyć na powrót do starego towarzystwa. Nie po tym, gdy wypięła się na wszystkich, najpierw nie ze swojej winy, potem już zdecydowanie przez swoje własne zachowanie. Teraz mogła liczyć tylko na Collinsa, o ile ten nie był zainteresowany zaglądaniem pod spódnicę, która nie należała do niej. Na szczęście, głównie dla niej, mężczyzna miał chwilę, dlatego też kobieta zdecydowała się wyciągnąć go do baru z karaoke. Miała ochotę napić się i zedrzeć gardło przy jakimś tandetnym popie. Na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech, gdy z daleka zobaczyła wyższego. Pomachała mu nawet, by wiedział, gdzie na niego czeka. – Byłeś tu już? Mają dobre piwo i świetną kolekcję piosenek do śpiewania – przywitała go z entuzjazmem, wyciągając nawet ręce, by móc się przytulić.
gabriel collins
Stelka
#3
Gabriel Collins nie był materiałem na przyjaciela. Relacje, które zawierał z ludźmi (głównie z kobietami) opisałby raczej jako szybkie i intensywne, niż jako trwałe i dające nadzieję, na wspólne jutro. Trudno było go za to ganić - tyle nasłuchał się, o pięknie budowania więzi, o pielęgnacji swojego związku z bogiem i o trudnościach, które trzeba pokonać, by być dobrym, że... po prostu mu się nie chciało. Nie miał jeszcze trzydziestu lat, daleko mu było do zakładania kajdan, na których ktoś mógłby chcieć wypisać jakieś zobowiązania. Większość swojego życia udawał, że jest dobrym chłopcem i teraz, gdy wreszcie pokazywał, jaki jest naprawdę, nie dostawał zrozumienia i wyrozumiałości, a krzywe spojrzenia ze strony ojca, który czasami wprost mówił, że Gabe nie powinien gorszyć swojego młodszego brata.
Przeniósł więc zainteresowania na innych, a raczej na inną, bo w ścisłym gronie osób, które go obchodziły, znajdowała się aktualnie tylko Loralei. Nie była to płomienna znajomość, chociaż Collins kłamałby twierdząc, że nie lubi uprawiać z nią seksu. Jacques, ze względu na podobne doświadczenia związane z byciem wyrodnym ojcem pastora, rozumiała, jaki jest. A nawet jeśli nie rozumiała to bardzo dobrze udawała, że rozumie, a to mu wystarczyło. Ich relacja była powierzchowna (jak zresztą każda, którą Gabe z kimkolwiek miał), nie wnikali we własne psychiki i motywacje, a jedynie uprawiali seks i całkiem nieźle się bawili.
Dzisiaj wyraźnie stawiali na drugą część tej znajomości, chociaż starszy nie był wielbicielem barów z karaoke, a jeszcze mniej lubił wszystkich, którzy się tam pojawiali. Był marudą, niszczycielem zabawy, tą postacią, która z ironicznym uśmiechem patrzyła na innych i liczyła, że kpiąca mina wyrazi więcej niż tysiąc słów. Tego wieczoru robił jednak wiele, by typowy wyraz zniechęcenia nie pojawił się na jego twarzy. Loralei, która robiła dla tej relacji więcej, niż on kiedykolwiek byłby w stanie, zasługiwała przynajmniej na chwilę przyjemności. Jeśli krzyczenie do mikrofonu i słuchanie ludzi, którym słoń na ucho nadepnął miało jej to zapewnić, to kimże Gabriel był, żeby jej tego odmawiać? Z piwem był w stanie znieść naprawdę wiele. - Naprawdę myślisz, że w ciągu niespełna pół roku tutaj byłem na tyle zdesperowany, by przyjść do baru karaoke? - nie dbał o konwenanse, podobnie jak nie dbał o określanie się, dlatego zostawił na ustach blondynki drobnego buziaka. - Uznajmy, że... ocenię dzisiaj, jak potworny masz gust - na jego usta wkradł się przyjacielski uśmiech. Jacques musiała wiedzieć, że przemoc była jednak jego językiem sympatii.
Loralei Jacques
iza
Loralei ciężko było określić, czy skupia się głównie na towarzystwie Gabriela, czy on jako jedyny był osobą, która chciała spędzać z nią czas. Mimo iż od jej niespodziewanej ucieczki z miasta minęło sporo czasu, a trochę mniej odkąd jej ojciec zmarł, ludzie wciąż nie byli zainteresowani towarzystwem tej, która miała uchodzić za świętą, a okazała się złem wcielonym. Dla wielu, zwłaszcza zagorzałych wiernych, nie było dla niej ratunku, a oni nie chcieli by ich, czy ich dzieci potępiał Stwórca. Czekała jedynie, aż zaczną rozpowiadać plotki i szeptać nowemu pastorowi do ucha tak natarczywie, że i on postanowi obłożyć ją jakimś wykluczeniem ze wspólnoty.
Na razie jednak wszystko było w porządku, a Jacques miała dziwne wrażenie, że jej matka trochę za bardzo chce się pokręcić wokół pastora Collinsa. Czy to dla własnych korzyści, czy właściwie po to, by córka nie została wygnana z miasta i obrzucona jakimiś odchodami wraz z wyzwiskami. Mogła zatem chodzić wolno po mieście, nawet wybierać się do baru wraz z jego synem, który zdołał już zaskarbić sobie jej przychylność. Nie była to relacja, którą należało jakoś wielce pielęgnować i z której mogłoby wyjść coś większego, ale Leia lubiła to, że miała z kim porozmawiać i z kim się zabawić, gdy naszła ich ochota.
Dzisiaj jednak miała ochotę krzyczeć do tego głupiego mikrofonu, pić jakieś piwo wymieszane z wodą, za które przepłaci i zdecydowanie lepsze wypiłaby po kupieniu alkoholu w monopolowym, ale potrzebowała czegoś nowego. Czegoś, co pomoże jej się wyrwać z denerwującej rutyny, w którą wpadła, a której częścią był mężczyzna zaproszony przez nią do towarzystwa. Było to głupie i nie do końca sprawdzało się tak, jak to sobie zaplanowała, ale nie miała innych znajomych. Została sama z Collinsem i czy tego chciał, czy nie, musiał choć udawać, że jest zainteresowany czymś innym, niż seksem z łatwą blondynką, którą Jacques bądź co bądź była.
Uśmiechnęła się lekko, gdy podszedł do niej i przywitał ją buziakiem. Już wymyślała sobie w głowie wymówki, dlaczego zrobił to właśnie w taki sposób, gdyby ktoś ją o to zapytał, bo przecież mężczyźnie wolno było wiele, a za te same rzeczy kobietę można było postawić na płonącym już stosie. Mimo wszystko objęła go lekko w pasie i wzruszyła ramionami. – Nie wiem, może jesteś typem imprezowicza, który lubi karaoke, lubi piwo i lubi obserwować, jak bawią się pijani ludzie, którzy nie potrafią do końca śpiewać, ale po procentach myślą, że jednak wychodzi im to tak, jak Adele.
Po tym jakże uroczym stwierdzeniu wciągnęła go do środka, aby poszukać dla nich wolnego stolika. Przecież musieli najpierw zwilżyć gardła, zanim blondynka nie wyciągnie go, by i on pokazał, na co go stać i czego nauczył się przez tyle lat w kościele.
gabriel collins
Na razie jednak wszystko było w porządku, a Jacques miała dziwne wrażenie, że jej matka trochę za bardzo chce się pokręcić wokół pastora Collinsa. Czy to dla własnych korzyści, czy właściwie po to, by córka nie została wygnana z miasta i obrzucona jakimiś odchodami wraz z wyzwiskami. Mogła zatem chodzić wolno po mieście, nawet wybierać się do baru wraz z jego synem, który zdołał już zaskarbić sobie jej przychylność. Nie była to relacja, którą należało jakoś wielce pielęgnować i z której mogłoby wyjść coś większego, ale Leia lubiła to, że miała z kim porozmawiać i z kim się zabawić, gdy naszła ich ochota.
Dzisiaj jednak miała ochotę krzyczeć do tego głupiego mikrofonu, pić jakieś piwo wymieszane z wodą, za które przepłaci i zdecydowanie lepsze wypiłaby po kupieniu alkoholu w monopolowym, ale potrzebowała czegoś nowego. Czegoś, co pomoże jej się wyrwać z denerwującej rutyny, w którą wpadła, a której częścią był mężczyzna zaproszony przez nią do towarzystwa. Było to głupie i nie do końca sprawdzało się tak, jak to sobie zaplanowała, ale nie miała innych znajomych. Została sama z Collinsem i czy tego chciał, czy nie, musiał choć udawać, że jest zainteresowany czymś innym, niż seksem z łatwą blondynką, którą Jacques bądź co bądź była.
Uśmiechnęła się lekko, gdy podszedł do niej i przywitał ją buziakiem. Już wymyślała sobie w głowie wymówki, dlaczego zrobił to właśnie w taki sposób, gdyby ktoś ją o to zapytał, bo przecież mężczyźnie wolno było wiele, a za te same rzeczy kobietę można było postawić na płonącym już stosie. Mimo wszystko objęła go lekko w pasie i wzruszyła ramionami. – Nie wiem, może jesteś typem imprezowicza, który lubi karaoke, lubi piwo i lubi obserwować, jak bawią się pijani ludzie, którzy nie potrafią do końca śpiewać, ale po procentach myślą, że jednak wychodzi im to tak, jak Adele.
Po tym jakże uroczym stwierdzeniu wciągnęła go do środka, aby poszukać dla nich wolnego stolika. Przecież musieli najpierw zwilżyć gardła, zanim blondynka nie wyciągnie go, by i on pokazał, na co go stać i czego nauczył się przez tyle lat w kościele.
gabriel collins
Stelka
Gabriel byłby głupcem, gdyby nie zakładał, że prędzej czy później wspólnota zacznie szeptać i o nim. Już teraz wiedział, że wierni lubią dużo mówić, bo do jego uszu dochodziły informacje o niewłaściwym prowadzeniu się Loralei, ale wszystkie je ignorował. Wiedział, jak prowadzi się Jacques. Wiedział, że jest dokładnie taka, jak on. I wiedział też, że jego ojciec zrobi wszystko, by informacje o tym, jaki właściwie jest jego starszy syn, nigdy nie dotarły do uszu parafian. Gabe nie mógł się doczekać na myśl o bajce, którą usłyszą, gdy dowiedzą się, że pastor jest nie tylko ojcem, ale też dziadkiem dla dziecka, które jego syn zrobił na długo przed myślą o tym, by wziąć ślub. W końcu maluch miał już kilka lat (dokładnie tyle, ile jego młodszy brat), a obrączka nigdy nie zalśniła na palcu Collinsa, mimo że jego penis był w wielu ciekawych miejscach.
Ostatnio często bywał w Loralei i nawet on, antyromantyk, rozumiał, że kobieta nigdy nie umie się ograniczyć do relacji fizycznej. Ich mózgi były zbudowane inaczej, potrzebowały bliskości, a Gabriel nic nie tracił na tym, że był dla swojej koleżanki po prostu miły. Co więcej - mógł sporo zyskać, a maksymalizowanie korzyści naprawdę wychodziło mu bardzo, bardzo dobrze. Przez jeden wieczór mógł robić wszystko, by Loralei czuła się jak jedyna kobieta na świecie, jeśli później miał czerpać z tego zyski. - Zdecydowanie nie. Wolę głuchnąć od tego, że muzyka jest za głośno i by bolało mnie gardło, bo cały wieczór ją przekrzykiwałem, niż wstyd i upokorzenie, które biją z miejsc takich, jak to - bary karaoke sprawiały, że myślał o imprezach firmowych ludzi, którzy próbują być fajni, albo zdesperowanych ludziach po czterdziestce, którzy szukają swojej młodości w tego typu miejscach albo w kręgielniach czy torach wrotkarskich. - Ale jesteś śliczna i ślicznie wyglądasz, więc wybaczę ci frajerstwo i pobawię się z tobą w wycie do mikrofonu - no właściwie... czemu nie? Nikt nie znał go tutaj takim, jakim był w Portland. Żadna jego reputacja nie mogła ucierpieć, a musiał powoli uciekać od wizerunku dobrego syna pastora, który rozpacza po stracie matki i chce pomóc ojcu w wychowywaniu młodszego brata. Z takim obrazem bardzo szybko dostałby żonę, z którą uprawiałby tylko misjonarkę i to tylko podczas dni płodnych, by przy okazji począć dziecko.
Loralei Jacques
Ostatnio często bywał w Loralei i nawet on, antyromantyk, rozumiał, że kobieta nigdy nie umie się ograniczyć do relacji fizycznej. Ich mózgi były zbudowane inaczej, potrzebowały bliskości, a Gabriel nic nie tracił na tym, że był dla swojej koleżanki po prostu miły. Co więcej - mógł sporo zyskać, a maksymalizowanie korzyści naprawdę wychodziło mu bardzo, bardzo dobrze. Przez jeden wieczór mógł robić wszystko, by Loralei czuła się jak jedyna kobieta na świecie, jeśli później miał czerpać z tego zyski. - Zdecydowanie nie. Wolę głuchnąć od tego, że muzyka jest za głośno i by bolało mnie gardło, bo cały wieczór ją przekrzykiwałem, niż wstyd i upokorzenie, które biją z miejsc takich, jak to - bary karaoke sprawiały, że myślał o imprezach firmowych ludzi, którzy próbują być fajni, albo zdesperowanych ludziach po czterdziestce, którzy szukają swojej młodości w tego typu miejscach albo w kręgielniach czy torach wrotkarskich. - Ale jesteś śliczna i ślicznie wyglądasz, więc wybaczę ci frajerstwo i pobawię się z tobą w wycie do mikrofonu - no właściwie... czemu nie? Nikt nie znał go tutaj takim, jakim był w Portland. Żadna jego reputacja nie mogła ucierpieć, a musiał powoli uciekać od wizerunku dobrego syna pastora, który rozpacza po stracie matki i chce pomóc ojcu w wychowywaniu młodszego brata. Z takim obrazem bardzo szybko dostałby żonę, z którą uprawiałby tylko misjonarkę i to tylko podczas dni płodnych, by przy okazji począć dziecko.
Loralei Jacques
iza
Jacques miała jedynie nadzieję, że kiedyś, wreszcie, zejdzie z języków ludzi we wspólnocie. Wiedziała, że parafianki są plotkarami, przecież zarówno ona, jak i jej matka, również mówiły o wiele za dużo i często skupiały się na życiach osób, które nie powinny ich obchodzić. Nie lubiła jednak, gdy role się odwracały i to ona była oceniana, zwłaszcza, gdy zachowywała się jak każda, normalna kobieta w jej wieku. Ewentualnie młodsza, bo Leia czasem zapominała, że bliżej jej już do trzydziestki, niż do dwudziestki oraz nastoletnich lat. Domyślała się, że zaraz zacznie wisieć nad nią widmo małżeństwa, coraz bardziej wymaganego na niej przez matkę.
Póki co jednak chciała jeszcze trochę korzystać z tej młodości, która może uciekać jej przez palce. Kobiety, tak jej się przynajmniej zdawało, im starsze, tym mniej interesowały mężczyzn. Musiała więc korzystać z tego, póki mogła. Czas mógł jej się kończyć, a kto wie, czy Gabriel nie będzie ostatnim partnerem, z którym pójdzie do łóżka, bo gdy znudzi się i jemu, nikt już nie będzie nią zainteresowany? Nie myślała o nich jak o czymś poważnym. Na razie jedynie cieszyła się z tego, że ma do kogo otworzyć gębę, z kim się zabawić i z kim wyjść na miasto, nawet jeśli ona chciała udawać, że nie łączy ich nic więcej niż znajomość.
Gdyby ktoś ich zobaczył, plotkom nie byłoby końca. I to ona miałaby przez to problem w domu, a nie on. Nawet jeśli pastor porozmawiałby z synem o tym, że nie powinien prowadzać się z parafianką z tak okropną renomą, to i tak Loralei wiedziała, że większe suszenie głowy spadłoby na nią. Nie tylko matka by jej nagadała, nie zdziwiłaby się, gdyby parafianie znowu wytykali ją palcami, a dodatkowo pastor obrzucił ją przysłowiowym łajnem podczas najnowszego kazania. Mimo wszystko chciała wyrzucić te myśli z głowy i dobrze się bawić, nawet jeśli jej partner wyglądał tak, jakby nie był zadowolony z tego miejsca.
- Niesamowite, potrafisz w jednym zdaniu nazwać mnie ślicznotką i frajerką, kobiety pewnie jedzą Ci z dłoni – parsknęła nawet śmiechem, przewracając oczami, bo była przecież kobietą, która jadła mu z ręki. A mimo to potrafiła się z tego śmiać. Westchnęła cicho, układając ręce na biodrach i unosząc lekko brodę, by pokazać swoją determinację. – Wierzę, że będę wyć do mikrofonu lepiej, od Ciebie, skoro Ty i tak podchodzisz do tego, jak do kary cielesnej – spojrzała na niego wymownie, po czym posłała delikatny uśmiech. – Możemy zrobić sobie z tego jakiś konkurs, co Ty na to? Żebyś nie marszczył tak nosa i nie mówił, że źle się bawiłeś – przechyliła głowę z szerszym uśmiechem, trzepocząc przy tym rzęsami tak, jakby chciała go namówić do najgorszego pomysłu jej życia.
gabriel collins
Póki co jednak chciała jeszcze trochę korzystać z tej młodości, która może uciekać jej przez palce. Kobiety, tak jej się przynajmniej zdawało, im starsze, tym mniej interesowały mężczyzn. Musiała więc korzystać z tego, póki mogła. Czas mógł jej się kończyć, a kto wie, czy Gabriel nie będzie ostatnim partnerem, z którym pójdzie do łóżka, bo gdy znudzi się i jemu, nikt już nie będzie nią zainteresowany? Nie myślała o nich jak o czymś poważnym. Na razie jedynie cieszyła się z tego, że ma do kogo otworzyć gębę, z kim się zabawić i z kim wyjść na miasto, nawet jeśli ona chciała udawać, że nie łączy ich nic więcej niż znajomość.
Gdyby ktoś ich zobaczył, plotkom nie byłoby końca. I to ona miałaby przez to problem w domu, a nie on. Nawet jeśli pastor porozmawiałby z synem o tym, że nie powinien prowadzać się z parafianką z tak okropną renomą, to i tak Loralei wiedziała, że większe suszenie głowy spadłoby na nią. Nie tylko matka by jej nagadała, nie zdziwiłaby się, gdyby parafianie znowu wytykali ją palcami, a dodatkowo pastor obrzucił ją przysłowiowym łajnem podczas najnowszego kazania. Mimo wszystko chciała wyrzucić te myśli z głowy i dobrze się bawić, nawet jeśli jej partner wyglądał tak, jakby nie był zadowolony z tego miejsca.
- Niesamowite, potrafisz w jednym zdaniu nazwać mnie ślicznotką i frajerką, kobiety pewnie jedzą Ci z dłoni – parsknęła nawet śmiechem, przewracając oczami, bo była przecież kobietą, która jadła mu z ręki. A mimo to potrafiła się z tego śmiać. Westchnęła cicho, układając ręce na biodrach i unosząc lekko brodę, by pokazać swoją determinację. – Wierzę, że będę wyć do mikrofonu lepiej, od Ciebie, skoro Ty i tak podchodzisz do tego, jak do kary cielesnej – spojrzała na niego wymownie, po czym posłała delikatny uśmiech. – Możemy zrobić sobie z tego jakiś konkurs, co Ty na to? Żebyś nie marszczył tak nosa i nie mówił, że źle się bawiłeś – przechyliła głowę z szerszym uśmiechem, trzepocząc przy tym rzęsami tak, jakby chciała go namówić do najgorszego pomysłu jej życia.
gabriel collins
Stelka
Ludzie biegali za skandalami, a ci, którzy w zasady wiary wpisali sobie (bardzo pośrednio) zakaz plotkowania, byli w tym najlepsi. Jezus (czy ktoś inny, ważny w Biblii, Gabrielowi wszystkie te postacie się myliły) powiedział kiedyś coś o drzazdze w oku nieprzyjaciela i niewidocznej belce we własnym i Collins musiał przyznać, że ktokolwiek to wymyślił był cholernie mądry i miał chyba dar jasnowidzenia, bo trafiał w punkt, komentując tymi mądrościami rzeczywistość, w której jemu przyszło żyć.
Wiedział, że wierni będą mówić o Loralei tak długo, jak będą oddychać. Stała się niemal żywą tarczą, gdy zaczął się z nią zadawać. W końcu, jako przystojny syn nowego pastora, był najlepszą partią w okolicy. I, wbrew pozorom, nie działo się tak dlatego, że był wybitnie przystojny. Miał jednak dziwne wrażenie, że Jacques jest przyzwyczajona do plotek. W końcu opinia o niej docierała i do jego uszu i początkowy zachwyt, który wywoływała w jej ojcu, bardzo szybko zmienił się w potworną niechęć. Gabriel był jednak istotą złośliwą i naprawdę świetnie się bawił, na przekór staruszkowi zadając się z blondynką. To, że (chyba) ją polubił, nie miało (jego zdaniem) żadnego znaczenia. Bo przecież jej nie lubił, a na karaoke błaźnił się rekreacyjnie, bo po prostu lubił to miejsce przesiąknięte desperacją, złym gustem i wszystkim tym, za czym nie przepadał. Mnogość minusów dawała plus. - To jeden z wielu moich niezwykłych atutów, naprawdę jesteś zdziwiona? - był próżny. Na każdym kroku popełniał grzech pychy. Nie zamierzał dać się jednak stłamsić temu idiotycznemu dobremu wychowaniu, które nakazywało człowiekowi bycie szarą myszką i udawanie, że nie miało się nic do zaoferowania. On miał niewiele, ale wiedział, jak to wyeksponować w taki sposób, by sprawiać wrażenie, że jest tego o wiele, wiele więcej. - Skarbie. Nie mam w zwyczaju nie ustępować pięknym damom - bzdura. Nie umiał przegrywać i nawet młodszego brata potrafił oszukiwać tylko po to, by szybciej dotrzeć do linii mety czy pozbyć się wszystkich kart w UNO. - Więc jeśli jesteś w stanie znieść świadomość, że wygrałaś dlatego, że jesteś kobietą, jesteś ładna i masz świetne cycki, to możemy z tego zrobić konkurs - lubił być kuszony. A sposób, w który robiła to Loralei, miał w sobie niezaprzeczalny urok i sprawiał, że on chyba nie chciał się zastanawiać nad tym, dlaczego tak łatwo jej ulega. Zasygnalizował swoją zgodę uniesieniem obu rąk w górę, imitując w ten sposób poddańczy gest. Dodał do tego spuszczoną z rezygnacją głowę, ale finalnie towarzyszył mu uśmiech, którego nie umiał ukryć.
Loralei Jacques
Wiedział, że wierni będą mówić o Loralei tak długo, jak będą oddychać. Stała się niemal żywą tarczą, gdy zaczął się z nią zadawać. W końcu, jako przystojny syn nowego pastora, był najlepszą partią w okolicy. I, wbrew pozorom, nie działo się tak dlatego, że był wybitnie przystojny. Miał jednak dziwne wrażenie, że Jacques jest przyzwyczajona do plotek. W końcu opinia o niej docierała i do jego uszu i początkowy zachwyt, który wywoływała w jej ojcu, bardzo szybko zmienił się w potworną niechęć. Gabriel był jednak istotą złośliwą i naprawdę świetnie się bawił, na przekór staruszkowi zadając się z blondynką. To, że (chyba) ją polubił, nie miało (jego zdaniem) żadnego znaczenia. Bo przecież jej nie lubił, a na karaoke błaźnił się rekreacyjnie, bo po prostu lubił to miejsce przesiąknięte desperacją, złym gustem i wszystkim tym, za czym nie przepadał. Mnogość minusów dawała plus. - To jeden z wielu moich niezwykłych atutów, naprawdę jesteś zdziwiona? - był próżny. Na każdym kroku popełniał grzech pychy. Nie zamierzał dać się jednak stłamsić temu idiotycznemu dobremu wychowaniu, które nakazywało człowiekowi bycie szarą myszką i udawanie, że nie miało się nic do zaoferowania. On miał niewiele, ale wiedział, jak to wyeksponować w taki sposób, by sprawiać wrażenie, że jest tego o wiele, wiele więcej. - Skarbie. Nie mam w zwyczaju nie ustępować pięknym damom - bzdura. Nie umiał przegrywać i nawet młodszego brata potrafił oszukiwać tylko po to, by szybciej dotrzeć do linii mety czy pozbyć się wszystkich kart w UNO. - Więc jeśli jesteś w stanie znieść świadomość, że wygrałaś dlatego, że jesteś kobietą, jesteś ładna i masz świetne cycki, to możemy z tego zrobić konkurs - lubił być kuszony. A sposób, w który robiła to Loralei, miał w sobie niezaprzeczalny urok i sprawiał, że on chyba nie chciał się zastanawiać nad tym, dlaczego tak łatwo jej ulega. Zasygnalizował swoją zgodę uniesieniem obu rąk w górę, imitując w ten sposób poddańczy gest. Dodał do tego spuszczoną z rezygnacją głowę, ale finalnie towarzyszył mu uśmiech, którego nie umiał ukryć.
Loralei Jacques
iza
Loralei niby rzeczywiście była już przyzwyczajona do plotek na swój temat, stała się przecież niejako najpopularniejszym członkiem wspólnoty, głównie przez swoje przewinienia, ale nawet ona, raz na jakiś czas, chciała mieć ten przysłowiowy spokój. Wolałaby wyjść z domu, w towarzystwie, albo sama i nie musieć myśleć o tym, czy podczas kolejnego kazania nie usłyszy ukrytego pstryczka w jej stronę. Za czasów ojca było trochę inaczej, bo wtedy jeszcze potrafiła się kryć, a w plotki na jej temat raczej powszechnie nie wierzono. Teraz – wszystko się zmieniło, a ona coraz bardziej dostrzegała niechęć ze strony pastora Collinsa. Gdyby nie to, że matka by ją chyba zabiła, zapewne przestałaby chodzić do kościoła.
Czasem miała ten moment w swoim życiu, gdzie albo wszystkiego żałowała, albo chciałaby cofnąć czas i pomyśleć o swoim zachowaniu. Nie była pewna, czy popełniłaby te same błędy, czy może jednak przemyślała dwa razy zanim coś zrobi, ale przebywanie na językach całej społeczności było męczące. Zwłaszcza, gdy przez jakiś czas serio chciała się zmienić i udowodnić im, że wcale nie jest złym duchem, którego należy jak najszybciej pozbyć się z okolicy. Nie wiedziała co prawda, jak bardzo towarzystwo Gabriela ma jej w tym pomóc, ale było miło, fajnie i chyba go polubiła.
Nie na tyle, by obsesyjnie myśleć o zamążpójściu i to jeszcze wyjściem za niego, o czym pewnie już od jakiegoś czasu marzyła jej matka, ale chwilowe zainteresowanie nim i zwracanie jego uwagi na siebie było przyjemne. Loralei miała to do siebie, że była pełna sprzeczności. Bo z jednej strony chciała teraz stać się niewidoczna, a z drugiej sama pchała się w towarzystwo, które interesowało wszystkich wokół. Przecież zarówno matki, jak i dziewczęta bez partnerów już ostrzyły kły na młodego syna pastora, który, jak się okazało, żony nie miał. A zawsze przecież mógł jakąś cnotliwą panienkę znaleźć. Pech chciał, że zaczęła kręcić się wokół niego właśnie ona.
- Oh jaki skromny, nie przesadzaj, jeszcze jestem gotowa stwierdzić, że zawsze taki byłeś – przewróciła nawet oczami, bo za ten humor i pychę, która wręcz go rozsadzała, coraz bardziej go ceniła. Był choć trochę ludzki i zdecydowanie nieidealny, czego ze świecą szukać w ich społeczności. A przecież przed cnotliwą Leią wszyscy zgrywali takich pobożnych, że aż jej się rzygać chciało. Z wręcz triumfalnym uśmiechem poprawiła ubrania tak, aby odsłaniały więcej jej przymiotów, po czym zatrzepotała uroczo rzęsami. – Zgoda. A przez to, że Cię tu wyciągnęłam, możesz wybrać piosenkę i zacząć. Jestem ciekawa jak Ty, ten co ma najwidoczniej gust najlepszy pod słońcem, wymyślisz, aby utrzeć mi nos w tym konkursie – przechyliła się w jego stronę i wycisnęła soczystego buziaka na jego policzku, zaraz rozcierając na nim pozostałości swojej szminki.
gabriel collins
Czasem miała ten moment w swoim życiu, gdzie albo wszystkiego żałowała, albo chciałaby cofnąć czas i pomyśleć o swoim zachowaniu. Nie była pewna, czy popełniłaby te same błędy, czy może jednak przemyślała dwa razy zanim coś zrobi, ale przebywanie na językach całej społeczności było męczące. Zwłaszcza, gdy przez jakiś czas serio chciała się zmienić i udowodnić im, że wcale nie jest złym duchem, którego należy jak najszybciej pozbyć się z okolicy. Nie wiedziała co prawda, jak bardzo towarzystwo Gabriela ma jej w tym pomóc, ale było miło, fajnie i chyba go polubiła.
Nie na tyle, by obsesyjnie myśleć o zamążpójściu i to jeszcze wyjściem za niego, o czym pewnie już od jakiegoś czasu marzyła jej matka, ale chwilowe zainteresowanie nim i zwracanie jego uwagi na siebie było przyjemne. Loralei miała to do siebie, że była pełna sprzeczności. Bo z jednej strony chciała teraz stać się niewidoczna, a z drugiej sama pchała się w towarzystwo, które interesowało wszystkich wokół. Przecież zarówno matki, jak i dziewczęta bez partnerów już ostrzyły kły na młodego syna pastora, który, jak się okazało, żony nie miał. A zawsze przecież mógł jakąś cnotliwą panienkę znaleźć. Pech chciał, że zaczęła kręcić się wokół niego właśnie ona.
- Oh jaki skromny, nie przesadzaj, jeszcze jestem gotowa stwierdzić, że zawsze taki byłeś – przewróciła nawet oczami, bo za ten humor i pychę, która wręcz go rozsadzała, coraz bardziej go ceniła. Był choć trochę ludzki i zdecydowanie nieidealny, czego ze świecą szukać w ich społeczności. A przecież przed cnotliwą Leią wszyscy zgrywali takich pobożnych, że aż jej się rzygać chciało. Z wręcz triumfalnym uśmiechem poprawiła ubrania tak, aby odsłaniały więcej jej przymiotów, po czym zatrzepotała uroczo rzęsami. – Zgoda. A przez to, że Cię tu wyciągnęłam, możesz wybrać piosenkę i zacząć. Jestem ciekawa jak Ty, ten co ma najwidoczniej gust najlepszy pod słońcem, wymyślisz, aby utrzeć mi nos w tym konkursie – przechyliła się w jego stronę i wycisnęła soczystego buziaka na jego policzku, zaraz rozcierając na nim pozostałości swojej szminki.
gabriel collins
Stelka
Podejście ojca Gabriela było zmienne, jak humory niestabilnej nastolatki albo pogoda na wiosnę. Collins był do tego przyzwyczajony, podobnie jak do faktu, że w ich drzewie genealogicznym z całą pewnością pełnił rolę tego członka rodziny, którego zdjęcie się zakrywało i o którym nie mówiono. Niestety, nie był jak Brunon z "Encanto" i nie mógł liczyć na własną piosenkę, a jedyną formą uczczenia jego działalności były anegdoty o grzesznikach, które jego ojciec przytaczał w trakcie kazań. Z przerażeniem dostrzegał jednak fakt, że równie często ich bohaterkami staje się pewna blondynka, do której (chyba) miał słabość. Na razie myślał jedynie o jej biodrach i piersiach, nie wyobrażając sobie za wiele, ale wciąż była to jakaś forma słabości.
Zażyłość musiała być ściślejsza niż myślał, skoro zdecydował się przyjść do baru karaoke i był przy tym trzeźwy. Przynajmniej w tym momencie, bo za swój stan później nie zamierzał odpowiadać. - Skromność to cnota. A ja jestem bardzo cnotliwym chłopcem - z dzieckiem i paczką papierosów w kieszeni. Paczką, którą dzisiaj rano zabrał z biurka w pracy po tym, jak jego kolega Dave zostawił je tam, wgapiając się w monitoring w lustrze windy, o którym nikt nie wiedział, że jest lustrem. Kobiety zawsze poprawiały w nim piersi, a jak ktoś nie mógł liczyć na jej względu to parał się podglądactwem i zadowalał marną pornografią. On miał przed sobą piersi o wiele ładniejsze od jakichkolwiek, które odbiły się w galerianym lustrze. - Skoro już tutaj jesteśmy. I jesteśmy żałośni... - zamyślił się na chwilę i w tym zamyśleniu podszedł do maszyny z karaoke. Nie był cierpliwy, dlatego od razu skorzystał z opcji szukaj. Wystukał trzy litery z pięciu, gdy pojawił się interesujący go tytuł, a z głośników już po chwili dobiegły ich uszu dźwięki gitary i charakterystyczne gwizdanie. Gabriel dość szybko złapał za mikrofon i jeszcze nie zdążył się zatrzymać, gdy puścił Loralei oczko i zaczął śpiewać. - Can you blow my whistle baby, whistle baby, let me know - sugestywne spojrzenie w kierunku jego krocza nie było konieczne, ale nie mógł się bez niego obyć. Zwłaszcza wtedy, gdy obejmował Jacques w pasie i przyciągał do siebie.
Loralei Jacques
Zażyłość musiała być ściślejsza niż myślał, skoro zdecydował się przyjść do baru karaoke i był przy tym trzeźwy. Przynajmniej w tym momencie, bo za swój stan później nie zamierzał odpowiadać. - Skromność to cnota. A ja jestem bardzo cnotliwym chłopcem - z dzieckiem i paczką papierosów w kieszeni. Paczką, którą dzisiaj rano zabrał z biurka w pracy po tym, jak jego kolega Dave zostawił je tam, wgapiając się w monitoring w lustrze windy, o którym nikt nie wiedział, że jest lustrem. Kobiety zawsze poprawiały w nim piersi, a jak ktoś nie mógł liczyć na jej względu to parał się podglądactwem i zadowalał marną pornografią. On miał przed sobą piersi o wiele ładniejsze od jakichkolwiek, które odbiły się w galerianym lustrze. - Skoro już tutaj jesteśmy. I jesteśmy żałośni... - zamyślił się na chwilę i w tym zamyśleniu podszedł do maszyny z karaoke. Nie był cierpliwy, dlatego od razu skorzystał z opcji szukaj. Wystukał trzy litery z pięciu, gdy pojawił się interesujący go tytuł, a z głośników już po chwili dobiegły ich uszu dźwięki gitary i charakterystyczne gwizdanie. Gabriel dość szybko złapał za mikrofon i jeszcze nie zdążył się zatrzymać, gdy puścił Loralei oczko i zaczął śpiewać. - Can you blow my whistle baby, whistle baby, let me know - sugestywne spojrzenie w kierunku jego krocza nie było konieczne, ale nie mógł się bez niego obyć. Zwłaszcza wtedy, gdy obejmował Jacques w pasie i przyciągał do siebie.
Loralei Jacques
iza
Jacques wiedziała, że stała się wrogiem publicznym numer jeden w momencie, w którym przestała działać zgodnie z wymaganiami stawianymi jej przez rodziców. Po śmierci ojca, gdy wszyscy dowiedzieli się, co było jednym z powodów pogorszenia się stanu zdrowia starego pastora, nie mieli złudzeń, że do grobu wpędziła go własna córeczka. To nie tak, że nagle martwy Jacques był tym najgorszym i Leia wyrosła na taką, a nie inną kobietę, bo to on ją tak wychował. Nie, to wszystko wina grzechu, który jakoś sączył się do jej ucha przez wszystkie te lata. A skoro była grzesznicą, to trzeba było trzymać się od niej z daleka.
Pastor Collins pewnie chciał strzec swojej rodziny i pilnować, by synowie nie byli z nią widywani. Czuła jego niemiłe spojrzenia, czuła jak te wszystkie anegdotki odbijają się i na niej. A jego starszy syn i tak wszystko to ignorował, chodząc z nią w miejsca publiczne i to do tego takie, w których szanowane dzieci pastorów nie powinny przebywać. Loralei wciąż nie była pewna, czy chce mu pomóc wyjść z tej otoczki perfekcyjnego dzieciaka jeszcze bardziej perfekcyjnego ojca, czy raczej odsunąć się tak, by ta otoczka jednak do niego przylgnęła. By miał chociaż trochę spokoju od natrętnych dewotek, które na siłę będą próbowały go swatać i wmawiać, że blondynka to zło wcielone.
Oboje byli dorośli, a jednak starsi od nich wciąż myśleli, że mogą nimi dyrygować. Jacques niekiedy nie wiedziała, czy chce aby ktoś ją prowadził, czy woli być kowalem swojego losu, ale tego dnia najwyraźniej zdecydowała się na to drugie. Na słowa Gabriela mogła zareagować jedynie uniesieniem brwi i zagryzieniem wargi, aby nie parsknęła mu śmiechem prosto w twarz. – Tak, zdecydowanie jesteś wielce cnotliwy. Bardziej cnotliwego mężczyzny nie poznałam – nie mogła się powstrzymać od przewrócenia oczami. Przynajmniej potrafił ją rozbawić, a sarkazm zaczynał jej się udzielać od nowego znajomego.
Mogła przybić sobie mentalnie piątkę z samą sobą, bo widocznie Pan Maruda znalazł w tej sytuacji jednak coś, co go ucieszyło. Ewentualnie chciał się szybko uwinąć ze śpiewaniem, piciem i wrócić do domu. Lei na tym nie zależało, mogła poudawać, że jest wolna od wścibskich spojrzeń i wytykania palcami nawet do rana. Choć pewnie prędzej by ich z tego baru wygonili, zwłaszcza w momencie, w którym Collins dorwał się do mikrofonu, a Jacques aż pisnęła na jego fałszowanie, próbując ze śmiechem zakryć sobie uszy. Jeszcze trąciła go lekko biodrem, gdy ten ją objął uniemożliwiając skuteczną ucieczkę. – Ojciec nie zmuszał Cię do śpiewania w chórze? – Aż nie mogła uwierzyć, że człowiek z podobną przeszłością, wychowany w praktycznie takim samym otoczeniu, jak ona, był tak nieoszlifowany wokalnie.
gabriel collins
Pastor Collins pewnie chciał strzec swojej rodziny i pilnować, by synowie nie byli z nią widywani. Czuła jego niemiłe spojrzenia, czuła jak te wszystkie anegdotki odbijają się i na niej. A jego starszy syn i tak wszystko to ignorował, chodząc z nią w miejsca publiczne i to do tego takie, w których szanowane dzieci pastorów nie powinny przebywać. Loralei wciąż nie była pewna, czy chce mu pomóc wyjść z tej otoczki perfekcyjnego dzieciaka jeszcze bardziej perfekcyjnego ojca, czy raczej odsunąć się tak, by ta otoczka jednak do niego przylgnęła. By miał chociaż trochę spokoju od natrętnych dewotek, które na siłę będą próbowały go swatać i wmawiać, że blondynka to zło wcielone.
Oboje byli dorośli, a jednak starsi od nich wciąż myśleli, że mogą nimi dyrygować. Jacques niekiedy nie wiedziała, czy chce aby ktoś ją prowadził, czy woli być kowalem swojego losu, ale tego dnia najwyraźniej zdecydowała się na to drugie. Na słowa Gabriela mogła zareagować jedynie uniesieniem brwi i zagryzieniem wargi, aby nie parsknęła mu śmiechem prosto w twarz. – Tak, zdecydowanie jesteś wielce cnotliwy. Bardziej cnotliwego mężczyzny nie poznałam – nie mogła się powstrzymać od przewrócenia oczami. Przynajmniej potrafił ją rozbawić, a sarkazm zaczynał jej się udzielać od nowego znajomego.
Mogła przybić sobie mentalnie piątkę z samą sobą, bo widocznie Pan Maruda znalazł w tej sytuacji jednak coś, co go ucieszyło. Ewentualnie chciał się szybko uwinąć ze śpiewaniem, piciem i wrócić do domu. Lei na tym nie zależało, mogła poudawać, że jest wolna od wścibskich spojrzeń i wytykania palcami nawet do rana. Choć pewnie prędzej by ich z tego baru wygonili, zwłaszcza w momencie, w którym Collins dorwał się do mikrofonu, a Jacques aż pisnęła na jego fałszowanie, próbując ze śmiechem zakryć sobie uszy. Jeszcze trąciła go lekko biodrem, gdy ten ją objął uniemożliwiając skuteczną ucieczkę. – Ojciec nie zmuszał Cię do śpiewania w chórze? – Aż nie mogła uwierzyć, że człowiek z podobną przeszłością, wychowany w praktycznie takim samym otoczeniu, jak ona, był tak nieoszlifowany wokalnie.
gabriel collins
Stelka
Gdyby tylko Gabriel był skłonny do zwierzeń, mógłby bez wahania powiedzieć Loralei, że wie, co czuje, bo też wpędził własną matkę do grobu. Jego młodszy brat był na świecie tylko dzięki niemu - chcąc przykryć jego złe zachowanie, ojciec musiał znaleźć temat zastępczy. Wyszedł z naiwnego założenia, że pozamałżeńską ciążę najlepiej kamuflować tą małżeńską. Nie brał przy tym pod uwagę wieku żony, która zdecydowanie nie powinna już bawić się w małżeństwo. Nie bez powodu ciąże kobiet po 30 roku życia określa się mianem geriatrycznych. Bardzo pośrednio Gabriel był więc odpowiedzialny za śmierć własnej matki. I u niego kluczem mogło się okazać panowanie nad instynktami. Mogło, bo absolutnie się do tego nie kwapił.
Życie, świat - wszystko było żartem, a człowiek nie znaczył w tej przestrzeni nic. Był drobiną i okruszkiem. Collins nauczył się więc nie zwracać zbyt dużej uwagi na to, co sądzą o nim inni. Bo nawet jeśli ktoś był znany (czy to z dobrych, czy złych powodów) nikt nie przejmował się opinią, którą inni mieli na temat jego koszuli. Znaczącą rolę odgrywały czyny, a w tej materii Gabe sięgał po rzeczy spektakularne i zwracające uwagę. Brak umiejętności czy nieznajomość tekstu nie miały znaczenia - niczym rasowy raper wyrzucał z siebie kolejne wersy Whistle, a gdy nie był w stanie doścignąć tempa piosenki robił to co wszyscy, rzucając co piątką sylabę i (czasami) przypadkowo trafiając w punkt. Szybko jednak tego pożałował, bo zrozumiał, że jeśli w tym duecie ktoś okaże się dzisiaj frajerem, to będzie to on.
Spodziewał się, że Loralei ma do zaoferowania coś więcej niż ładne piersi i kształtne pośladki, ale nigdy nie zastanawiał się nad tym, kim dziewczyna może być i jakie skrywa talenty. Wmurowało więc go, a znalezienie odpowiedzi na zaczepkę zajęło mu zbyt dużo czasu, by wciąż mógł uważać, że brzmi jak ktoś cool. - To babskie zajęcie - prychnął, chociaż doskonale wiedział, że śpiewali też mężczyźni. I to czasami lepiej od kobiet. - Ja zamiatałem kościół w czasie prób. Nigdy nie ciągnęło mnie do śpiewania - może gdyby prowadziła go ładna parafianka, a nie emerytowany nauczyciel muzyki... i gdyby dziewczyny w nim nie sądziły, że są kolejnymi wcieleniami Maryji, oczekującymi niepokalanego poczęcia.
Loralei Jacques
Życie, świat - wszystko było żartem, a człowiek nie znaczył w tej przestrzeni nic. Był drobiną i okruszkiem. Collins nauczył się więc nie zwracać zbyt dużej uwagi na to, co sądzą o nim inni. Bo nawet jeśli ktoś był znany (czy to z dobrych, czy złych powodów) nikt nie przejmował się opinią, którą inni mieli na temat jego koszuli. Znaczącą rolę odgrywały czyny, a w tej materii Gabe sięgał po rzeczy spektakularne i zwracające uwagę. Brak umiejętności czy nieznajomość tekstu nie miały znaczenia - niczym rasowy raper wyrzucał z siebie kolejne wersy Whistle, a gdy nie był w stanie doścignąć tempa piosenki robił to co wszyscy, rzucając co piątką sylabę i (czasami) przypadkowo trafiając w punkt. Szybko jednak tego pożałował, bo zrozumiał, że jeśli w tym duecie ktoś okaże się dzisiaj frajerem, to będzie to on.
Spodziewał się, że Loralei ma do zaoferowania coś więcej niż ładne piersi i kształtne pośladki, ale nigdy nie zastanawiał się nad tym, kim dziewczyna może być i jakie skrywa talenty. Wmurowało więc go, a znalezienie odpowiedzi na zaczepkę zajęło mu zbyt dużo czasu, by wciąż mógł uważać, że brzmi jak ktoś cool. - To babskie zajęcie - prychnął, chociaż doskonale wiedział, że śpiewali też mężczyźni. I to czasami lepiej od kobiet. - Ja zamiatałem kościół w czasie prób. Nigdy nie ciągnęło mnie do śpiewania - może gdyby prowadziła go ładna parafianka, a nie emerytowany nauczyciel muzyki... i gdyby dziewczyny w nim nie sądziły, że są kolejnymi wcieleniami Maryji, oczekującymi niepokalanego poczęcia.
Loralei Jacques
iza
Loralei miała o tyle źle, czy może nawet o tyle gorzej, że była przecież kobietą, a kobietom wielu rzeczy nie można było. Mężczyznom pozwalano na o wiele więcej i nawet gdy wina leżała po ich stronie, często spadała w głównej mierze na kobiety. Powinna być już przyzwyczajona, przecież wychowywała się w takim środowisku. Przecież sama wiele razy była świadkiem jak ojciec podczas kazania opowiada historie usłyszane od parafianek na temat rozpustnych kobiet, które jedyne czego chciały to odrobiny wolności i zrozumienia. Tego też chciała ona, ale wiedziała, że jak długo jest córką pastora, tak długo nie będzie jej to dane.
Ojciec zmarł, ale łatka idealnej córeczki przylgnęła do niej na stałe. Przecież to, że rodzic zmarł nie sprawiało, że przestała być nagle jego córką. To, że nie była już tak idealna, jak wszystkim początkowo się wydawało, to co innego. Teraz dodatkowo była na językach wszystkich, bo parafianki myślały, że sprowadza na złą drogę faceta, który mógłby być idealnym kandydatem na męża córki. Czy tam wnuczki, sąsiadki czy kuzynki. Leię to bawiło, bo czasem miała wrażenie, że te wszystkie kobiety zatrzymały się w czasach własnej młodości i trudno było im uwierzyć, że teraz można wybrać sobie męża samodzielnie i nie musi być to ktoś, kogo wszyscy w okolicy znają.
Sama wolałaby wpaść na kogoś w zupełności obcego, kogoś, kto wprowadziłby do jej życia jakiś powiew świeżości i nowości, bo przecież od dziecka powtarzano jej, że znajdzie kogoś z ich wspólnoty. Może nawet kogoś, kto będzie przyszłym pastorem, aby tradycji stało się zadość. Loralei nie chciała tego słuchać, tym bardziej nie chciała, aby rodzice postawili ją przed faktem dokonanym i pokazali palcem, że ten oto kawaler będzie jej mężem. Teraz, gdy ojciec nie żyje, a matka wchodzi praktycznie do tyłka nowego pastora, miała chwilę spokoju, którą wykorzystywała na śmianie się z okropnych umiejętności wokalnych swojego nowego kumpla.
Gdy ten skończył i oczywiście musiał wytknąć, że śpiewanie jest zarezerwowane dla bab, blondynka pokręciła głową. – Przegrasz to i jeszcze pożałujesz, że nie ćwiczyłeś, tylko bawiłeś się miotłą – ona z jednej strony nie miała wyboru, a z drugiej to polubiła. Nie od razu, ale z czasem sama chodziła na próby chóru i scholii, aby chociaż przez chwilę zająć się czymś, co nie było związane z porządkami w domu. Odgoniła go gestem dłoni i skinęła głową w kierunku ich stolika. – Idź, czekaj i patrz – sama z zadziornym, wręcz pewnym siebie uśmiechem podeszła do maszyny, przy której już doskonale wiedziała, czego szukać. Już po chwili wróciła na miejsce z mikrofonem, gdy na ekranie zaczęły pojawiać się pierwsze słowa z piosenki Can’t Fight the Moonlight, które blondynka po krótkim oddechu zaczęła wyśpiewywać.
gabriel collins
Ojciec zmarł, ale łatka idealnej córeczki przylgnęła do niej na stałe. Przecież to, że rodzic zmarł nie sprawiało, że przestała być nagle jego córką. To, że nie była już tak idealna, jak wszystkim początkowo się wydawało, to co innego. Teraz dodatkowo była na językach wszystkich, bo parafianki myślały, że sprowadza na złą drogę faceta, który mógłby być idealnym kandydatem na męża córki. Czy tam wnuczki, sąsiadki czy kuzynki. Leię to bawiło, bo czasem miała wrażenie, że te wszystkie kobiety zatrzymały się w czasach własnej młodości i trudno było im uwierzyć, że teraz można wybrać sobie męża samodzielnie i nie musi być to ktoś, kogo wszyscy w okolicy znają.
Sama wolałaby wpaść na kogoś w zupełności obcego, kogoś, kto wprowadziłby do jej życia jakiś powiew świeżości i nowości, bo przecież od dziecka powtarzano jej, że znajdzie kogoś z ich wspólnoty. Może nawet kogoś, kto będzie przyszłym pastorem, aby tradycji stało się zadość. Loralei nie chciała tego słuchać, tym bardziej nie chciała, aby rodzice postawili ją przed faktem dokonanym i pokazali palcem, że ten oto kawaler będzie jej mężem. Teraz, gdy ojciec nie żyje, a matka wchodzi praktycznie do tyłka nowego pastora, miała chwilę spokoju, którą wykorzystywała na śmianie się z okropnych umiejętności wokalnych swojego nowego kumpla.
Gdy ten skończył i oczywiście musiał wytknąć, że śpiewanie jest zarezerwowane dla bab, blondynka pokręciła głową. – Przegrasz to i jeszcze pożałujesz, że nie ćwiczyłeś, tylko bawiłeś się miotłą – ona z jednej strony nie miała wyboru, a z drugiej to polubiła. Nie od razu, ale z czasem sama chodziła na próby chóru i scholii, aby chociaż przez chwilę zająć się czymś, co nie było związane z porządkami w domu. Odgoniła go gestem dłoni i skinęła głową w kierunku ich stolika. – Idź, czekaj i patrz – sama z zadziornym, wręcz pewnym siebie uśmiechem podeszła do maszyny, przy której już doskonale wiedziała, czego szukać. Już po chwili wróciła na miejsce z mikrofonem, gdy na ekranie zaczęły pojawiać się pierwsze słowa z piosenki Can’t Fight the Moonlight, które blondynka po krótkim oddechu zaczęła wyśpiewywać.
gabriel collins
Stelka
Większość sytuacji, na które teraz i rodzina Gabriela, i społeczność, w której żył, patrzyli przez palce, nie uszłaby mu płazem, gdyby był kobietą. Wierzył w ideę równouprawnienia i naprawdę uważał, że kobiety są równe mężczyzną, ale widział dowody braku tej równości na każdym kroku. Mógł zazdrościć Loralei ładnych piersi i tego, że trzepocząc rzęsami mogła wiele zyskać, ale nie był głupcem i ignorantem. Sama perspektywa okresu i związanego z nim bólu brzucha (a pewnie nie wiedział nawet o połowie rzeczy, które związane były z miesiączkowaniem i nie robił nic w kierunku tego, by się z tym brakiem wiedzy uporać) sprawiały, że na kobiety wolał patrzeć i do nich wzdychać, niż być jedna z nich chociaż przez dzień.
Ponadto lubił swoje życie - swobodę, którą wydrapał zza kurtyny pruderii ojca i jego dewocji oraz wolność, którą miał, dzięki dokonywaniu własnych wyborów. Wciąż zdarzało mu się mieć trudność w braniu odpowiedzialności za swoje życie, ale miał niespełna trzydzieści lat i mnóstwo wody w rzece upłynie, nim nadejdzie moment, gdy zacznie być dla innych wzorem. Niestety, Gabriel nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylił, a jego wiek powinien być tym momentem, w którym będzie miał przynajmniej cień perspektywy na posiadanie dzieci (z prawego łoża) i budowanie swojej przyszłości w oparciu o coś innego niż własne chcę.
Teraz się o to nie martwił, bo dziwnie zauroczony słuchał tego, jak z ust Jacques wydobywają się kolejne dźwięki. Mimo swojej początkowej niechęci wobec tego pomysłu wstał, gdy tylko skończyła śpiewać, bardzo energicznie bijąc jej brawo. Zagwizdał nawet, wykorzystując do tego własne palce, niewzruszony faktem, że na kobiety podobno nie powinno się gwizdać. - Od zawsze wiedziałem, że twoje cycki są nie tylko moimi zabawkami - nie raziła go własna wulgarność. Ba, poruszył przy tym sugestywnie brwiami, przykładając dłonie do piersi w tym oczywistym geście, który świadczyć mógłby o tym, że chwyta jej piersi w dłonie. - Gardło też masz niczego sobie - dodał i chociaż nie miał w planach balansować tym komentarzem na granicy dobrego smaku, to jakoś tak się złożyło, że mu się to przypadkiem udało.
Loralei Jacques
Ponadto lubił swoje życie - swobodę, którą wydrapał zza kurtyny pruderii ojca i jego dewocji oraz wolność, którą miał, dzięki dokonywaniu własnych wyborów. Wciąż zdarzało mu się mieć trudność w braniu odpowiedzialności za swoje życie, ale miał niespełna trzydzieści lat i mnóstwo wody w rzece upłynie, nim nadejdzie moment, gdy zacznie być dla innych wzorem. Niestety, Gabriel nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylił, a jego wiek powinien być tym momentem, w którym będzie miał przynajmniej cień perspektywy na posiadanie dzieci (z prawego łoża) i budowanie swojej przyszłości w oparciu o coś innego niż własne chcę.
Teraz się o to nie martwił, bo dziwnie zauroczony słuchał tego, jak z ust Jacques wydobywają się kolejne dźwięki. Mimo swojej początkowej niechęci wobec tego pomysłu wstał, gdy tylko skończyła śpiewać, bardzo energicznie bijąc jej brawo. Zagwizdał nawet, wykorzystując do tego własne palce, niewzruszony faktem, że na kobiety podobno nie powinno się gwizdać. - Od zawsze wiedziałem, że twoje cycki są nie tylko moimi zabawkami - nie raziła go własna wulgarność. Ba, poruszył przy tym sugestywnie brwiami, przykładając dłonie do piersi w tym oczywistym geście, który świadczyć mógłby o tym, że chwyta jej piersi w dłonie. - Gardło też masz niczego sobie - dodał i chociaż nie miał w planach balansować tym komentarzem na granicy dobrego smaku, to jakoś tak się złożyło, że mu się to przypadkiem udało.
Loralei Jacques
iza
Jacques nigdy nie zastanawiała się, czy wolałaby urodzić się facetem. Niby miło jej było jako kobieta, bo czasem potrafiła wykorzystać swój urok osobisty, aby zdobyć to czy owo. Wiedziała jednak, że w jej świecie nie ma miejsca na kobiety, które dbają same o siebie i są na tyle wyzwolone, by nikt nie patrzył krzywo w ich stronę. Może przesadzała, ale czasem miała wrażenie, że zarówno jej rodzina, jak i najbliższe towarzystwo i cała wspólnota zatrzymała się w średnich wiekach. A ona chciała być damą w opałach tylko w wybranych sytuacjach, natomiast otoczkę cnotliwej panny pragnęła całkowicie porzucić. Im była starsza, tym jednak było gorzej.
W czasach, gdy cnota jest właściwie na wagę złota, ona, jako ta, która wciąż rzekomo żyje w czystości, wystawiana była na piedestale, na którym nie powinna stać. Gdy okazało się jednak, że jest taka sama, jak wszystkie, prędko zmieniono o niej zdanie. Czy ją to dziwiło? Nawet nie. Czy ją to zabolało? Może trochę. To nie tak, że zabiegała o te wszystkie, pozytywne uczucia, które ludzie przelewali w jej stronę, ale chyba była zbytnio przyzwyczajona do tego, że żyje jak pączek w maśle, bo i rodzice ją kochają i wierni uwielbiają na tyle, by zapraszać ją do siebie, by chcieć spędzać z nią czas.
Teraz nikt ze wspólnoty nie chciał się z nią kumplować. Dziewczyny, które wcześniej chciały się zabić, aby Leia pokazała im jak ładnie haftować, teraz nagle omijały ją szerokim łukiem. Ich matki, które co niedzielę po mszy rozmawiały z nią na temat najnowszych trendów albo radziły się w sprawie kwiatów do ogrodu – byłyby zdolne napluć jej w twarz. Może przesadzała, może nie, ale jej jedyną deską ratunku przed zwariowaniem w czterech ścianach był Gabriel, który teraz robił im wstyd w barze z karaoke. Do którego w teorii nie powinni przychodzić, bo przecież zaraz wieść się rozniesie i będzie problem.
Blondynka zeszła prędko z wyznaczonego miejsca, odkładając mikrofon na miejsce. Podeszła do wyższego i zakryła mu usta dłonią, marszcząc lekko nos. – Jaki Ty jesteś obrzydliwy, zaraz wszystkim rozpowiem i będziesz mieć spokój od mamusiek i swatania – uśmiechnęła się nawet lekko, zabierając zaraz dłoń, by spleść ją z drugą za swoimi plecami. Odwróciła się tak, aby widzieć tablicę z wynikami oraz wciąż móc zerkać w stronę kolegi. – Kolejna runda i kto tym razem przegra ten stawia kolejkę? – mogła się droczyć, a mogła też powiedzieć wprost, że słoń mu na ucho nadepnął i przez to, że prawie straciła przez niego słuch, powinien jej to wynagrodzić kupnem alkoholu. Skoro jednak przyszli się tu bawić i dodatkowo chwalić się, czy też żalić, swoimi umiejętnościami wokalnymi, wolała połączyć przyjemne z pożytecznym i go jeszcze bardziej dobić.
gabriel collins
W czasach, gdy cnota jest właściwie na wagę złota, ona, jako ta, która wciąż rzekomo żyje w czystości, wystawiana była na piedestale, na którym nie powinna stać. Gdy okazało się jednak, że jest taka sama, jak wszystkie, prędko zmieniono o niej zdanie. Czy ją to dziwiło? Nawet nie. Czy ją to zabolało? Może trochę. To nie tak, że zabiegała o te wszystkie, pozytywne uczucia, które ludzie przelewali w jej stronę, ale chyba była zbytnio przyzwyczajona do tego, że żyje jak pączek w maśle, bo i rodzice ją kochają i wierni uwielbiają na tyle, by zapraszać ją do siebie, by chcieć spędzać z nią czas.
Teraz nikt ze wspólnoty nie chciał się z nią kumplować. Dziewczyny, które wcześniej chciały się zabić, aby Leia pokazała im jak ładnie haftować, teraz nagle omijały ją szerokim łukiem. Ich matki, które co niedzielę po mszy rozmawiały z nią na temat najnowszych trendów albo radziły się w sprawie kwiatów do ogrodu – byłyby zdolne napluć jej w twarz. Może przesadzała, może nie, ale jej jedyną deską ratunku przed zwariowaniem w czterech ścianach był Gabriel, który teraz robił im wstyd w barze z karaoke. Do którego w teorii nie powinni przychodzić, bo przecież zaraz wieść się rozniesie i będzie problem.
Blondynka zeszła prędko z wyznaczonego miejsca, odkładając mikrofon na miejsce. Podeszła do wyższego i zakryła mu usta dłonią, marszcząc lekko nos. – Jaki Ty jesteś obrzydliwy, zaraz wszystkim rozpowiem i będziesz mieć spokój od mamusiek i swatania – uśmiechnęła się nawet lekko, zabierając zaraz dłoń, by spleść ją z drugą za swoimi plecami. Odwróciła się tak, aby widzieć tablicę z wynikami oraz wciąż móc zerkać w stronę kolegi. – Kolejna runda i kto tym razem przegra ten stawia kolejkę? – mogła się droczyć, a mogła też powiedzieć wprost, że słoń mu na ucho nadepnął i przez to, że prawie straciła przez niego słuch, powinien jej to wynagrodzić kupnem alkoholu. Skoro jednak przyszli się tu bawić i dodatkowo chwalić się, czy też żalić, swoimi umiejętnościami wokalnymi, wolała połączyć przyjemne z pożytecznym i go jeszcze bardziej dobić.
gabriel collins
Stelka
To, jaki miał być mężczyzna, bardzo mocno współgrało z osobowością Gabriela. No, może poza tą częścią o byciu cnotliwym i o dbaniu o kobietę. Te dwie wartości były mu obce i stanowiły kość niezgody między nim i jego ojcem, który był przecież ucieleśnieniem cnót wszelakich. Ciekawe co by powiedział, widząc, że jego syn zaciąga jego parafiankę (tę o złej sławie) do baru karaoke. Czy uznałby, że trafił swój na swego, czy może pomyślałby o tym, że właściwie wyszli na tym lepiej jako wspólnota, bo dwie czarne owce trafiły na siebie i nie będą psuć całej reszty?
Były płaszczyzny, na których Gabriel wciąż był dzieciakiem, który chciał zrobić rodzicowi na złość. I czasami, gdy ojciec jadł śniadanie przy kuchennym stole albo kroił warzywa na blacie, miał krótkie marzenie, że mówi mu o wszystkim tym, co robił tam z Loralei. Później tę ochotę zwalczał. Nie dlatego, że przestawał mieć satysfakcję, ale dlatego, że zemsta i złośliwość najlepiej smakowały na chłodno.
Teraz spędzał miło czas ze swoją nową koleżanką w miejscu, które zdecydowanie nie powinno mu się kojarzyć z dobrą zabawą, a które okazywało się... fajne. Przynajmniej w tych momentach, w których przypominał sobie, że nie przyszli tutaj rywalizować. Bo chociaż lubił wygrywać, to umiał się wycofać z sytuacji, w których na zwycięstwo nie miał szansy. A w szranki z dziewczyną, która latami śpiewała w chórze (gdy on wydobywał wysokie dźwięki z kobiet w inny sposób) nie miało najmniejszego sensu. - Myślę, że powoli zaczynają rozumieć, że skoro w tym wieku nie mam żony i rodziny, to coś jest ze mną nie tak - wygrywał chłopięcą urodą, ale prędzej czy później ludzie ze wspólnoty musieli poznać jego prawdziwy wiek. To później nadeszło, a on coraz częściej widział w ich oczach, że zachwyt zastępowany jest myślą o tym, co jest z nim nie tak, że jeszcze właściwie jest wolny. - To ja pójdę zamówić tę kolejkę, bo oboje wiemy, że będę to ja - nie pił za swoje. Miał przecież diabła za skórą, a pieniądze z jego kieszeni jeszcze kilka godzin temu leżały w kasie wspólnoty jako namacalne świadectwo trudu włożonego w ostatni piknik charytatywny. Dobrze, że nikt nie zdążył tego jeszcze przeliczyć - to miało nastąpić później.
Loralei Jacques
Były płaszczyzny, na których Gabriel wciąż był dzieciakiem, który chciał zrobić rodzicowi na złość. I czasami, gdy ojciec jadł śniadanie przy kuchennym stole albo kroił warzywa na blacie, miał krótkie marzenie, że mówi mu o wszystkim tym, co robił tam z Loralei. Później tę ochotę zwalczał. Nie dlatego, że przestawał mieć satysfakcję, ale dlatego, że zemsta i złośliwość najlepiej smakowały na chłodno.
Teraz spędzał miło czas ze swoją nową koleżanką w miejscu, które zdecydowanie nie powinno mu się kojarzyć z dobrą zabawą, a które okazywało się... fajne. Przynajmniej w tych momentach, w których przypominał sobie, że nie przyszli tutaj rywalizować. Bo chociaż lubił wygrywać, to umiał się wycofać z sytuacji, w których na zwycięstwo nie miał szansy. A w szranki z dziewczyną, która latami śpiewała w chórze (gdy on wydobywał wysokie dźwięki z kobiet w inny sposób) nie miało najmniejszego sensu. - Myślę, że powoli zaczynają rozumieć, że skoro w tym wieku nie mam żony i rodziny, to coś jest ze mną nie tak - wygrywał chłopięcą urodą, ale prędzej czy później ludzie ze wspólnoty musieli poznać jego prawdziwy wiek. To później nadeszło, a on coraz częściej widział w ich oczach, że zachwyt zastępowany jest myślą o tym, co jest z nim nie tak, że jeszcze właściwie jest wolny. - To ja pójdę zamówić tę kolejkę, bo oboje wiemy, że będę to ja - nie pił za swoje. Miał przecież diabła za skórą, a pieniądze z jego kieszeni jeszcze kilka godzin temu leżały w kasie wspólnoty jako namacalne świadectwo trudu włożonego w ostatni piknik charytatywny. Dobrze, że nikt nie zdążył tego jeszcze przeliczyć - to miało nastąpić później.
Loralei Jacques
iza
Loralei świetnie się bawiła. Nawet jeśli nie mogła przyznać tego na głos, zdecydowanie nie w obecności osób z ich wspólnoty, bo jeszcze dostałaby krzywe spojrzenia, podszepty i marudzenie, że sprowadza dobrego człowieka na złą drogę. Ciekawiło ją nawet, kto na tej złej drodze pojawił się wcześniej, ona czy Gabriel. Byli w podobnym wieku, o ile nie tym samym, bo Leia często zapominała o tym, ile Collins ma lat, byli do siebie na tyle podobni, że nawet zastanawiała się, czy nie odeszli od wszelakich cnót w podobnym okresie. Bunt nastoletni objawiał się w różnym wieku, ale prędzej czy później dopadał każdego.
U nich objawił się widocznie w ten sam sposób, co czasami sprawiało, że Jacques chciało się śmiać. Nie sądziła, że znajdzie kogoś z tak podobną historią, do niej i to jeszcze w miejscu takim, jak jej rodzinne miasto. Przecież na miejsce jej ojca mógł zjawić się każdy, ale nie każdy miał syna z tak podobnym usposobieniem i podejściem do życia. A może wszystkie dzieciaki, które wychowywały się w tak ułożonych, jakże religijnych rodzinach, prędzej czy później kończyły w ten sam sposób. Na czymś, co miało chyba przypominać randkę, nie powinna o tym rozmyślać, a jednak myśli same odbiegały w tamtym kierunku.
Zwłaszcza gdy Collins, praktycznie poddając się, poszedł po kolejkę, a ona zastanawiała się w tym czasie, jaką piosenkę wymyślić na kolejną rundę, która nie miała już chyba nawet sensu. Jednym wykonaniem pokazała mu, że jest w niej też jakiś talent. Potrafi wydobyć z siebie dźwięki krystaliczne i to nie takie, które Gabe słyszał już kilkanaście razy w różnych okolicznościach. Zastanawiała się nawet czy nie poprosić go o odprowadzenie do domu. Jeśli będą wystarczająco uważni i w miarę cisi, to może uda im się nawet zakraść do jej pokoju. Powinna się wstydzić tego, że bliżej jej było do trzydziestki, niż dwudziestki, a i tak ukrywała sprowadzanego do domu chłopaka przed matką.
Gdy jej partner przyniósł obiecaną kolejkę, od razu wzięła jeden kieliszek i opróżniła go, odstawiając z hukiem na stolik. Przełknęła ciecz, którą trzymała przez chwilę w ustach i wzdrygnęła się. – Dobra, to jeszcze kilka rund i możemy wracać – chciała się dzisiaj wstawić. Nie stało się nic, ale na drugi dzień miała wolne, matka nie chciała z nią rozmawiać, a wszyscy inni znajomi nagle nie odbierali telefonów albo mieli lepsze zajęcia. A ona została sama i chyba ją to dobijało. Dlatego blondynka chciała zapomnieć o całym świecie i chyba jej się to udało, bo nawet nie pamiętała dokładnie, jak dotarła do swojego domu. Nie była pewna, czy Collins przyszedł z nią, czy zaprosiła go na górę i starała się być cicho, gdy matka spała kilka pomieszczeń dalej, po tej swojej ukochanej melatoninie. Nie była w stanie powiedzieć, co było jawą, a co snem, ale była pewna, że wtedy czuła się dobrze. Jakby znowu mogła oddychać pełną piersią.
gabriel collins
/ztx2
U nich objawił się widocznie w ten sam sposób, co czasami sprawiało, że Jacques chciało się śmiać. Nie sądziła, że znajdzie kogoś z tak podobną historią, do niej i to jeszcze w miejscu takim, jak jej rodzinne miasto. Przecież na miejsce jej ojca mógł zjawić się każdy, ale nie każdy miał syna z tak podobnym usposobieniem i podejściem do życia. A może wszystkie dzieciaki, które wychowywały się w tak ułożonych, jakże religijnych rodzinach, prędzej czy później kończyły w ten sam sposób. Na czymś, co miało chyba przypominać randkę, nie powinna o tym rozmyślać, a jednak myśli same odbiegały w tamtym kierunku.
Zwłaszcza gdy Collins, praktycznie poddając się, poszedł po kolejkę, a ona zastanawiała się w tym czasie, jaką piosenkę wymyślić na kolejną rundę, która nie miała już chyba nawet sensu. Jednym wykonaniem pokazała mu, że jest w niej też jakiś talent. Potrafi wydobyć z siebie dźwięki krystaliczne i to nie takie, które Gabe słyszał już kilkanaście razy w różnych okolicznościach. Zastanawiała się nawet czy nie poprosić go o odprowadzenie do domu. Jeśli będą wystarczająco uważni i w miarę cisi, to może uda im się nawet zakraść do jej pokoju. Powinna się wstydzić tego, że bliżej jej było do trzydziestki, niż dwudziestki, a i tak ukrywała sprowadzanego do domu chłopaka przed matką.
Gdy jej partner przyniósł obiecaną kolejkę, od razu wzięła jeden kieliszek i opróżniła go, odstawiając z hukiem na stolik. Przełknęła ciecz, którą trzymała przez chwilę w ustach i wzdrygnęła się. – Dobra, to jeszcze kilka rund i możemy wracać – chciała się dzisiaj wstawić. Nie stało się nic, ale na drugi dzień miała wolne, matka nie chciała z nią rozmawiać, a wszyscy inni znajomi nagle nie odbierali telefonów albo mieli lepsze zajęcia. A ona została sama i chyba ją to dobijało. Dlatego blondynka chciała zapomnieć o całym świecie i chyba jej się to udało, bo nawet nie pamiętała dokładnie, jak dotarła do swojego domu. Nie była pewna, czy Collins przyszedł z nią, czy zaprosiła go na górę i starała się być cicho, gdy matka spała kilka pomieszczeń dalej, po tej swojej ukochanej melatoninie. Nie była w stanie powiedzieć, co było jawą, a co snem, ale była pewna, że wtedy czuła się dobrze. Jakby znowu mogła oddychać pełną piersią.
gabriel collins
/ztx2