Carson O'Riley
Uśmiechnął się lekko, spoglądając z dołu (boku?) na czubek głowy chłopaka, który na nim leżał. Tak, bez wątpienia sytuacja nie wyglądała tak, jakby sobie tego życzył czy nawet oczekiwał.
– Wiesz… w innych okolicznościach pewnie i mnie by się podobało – mruknął lekko, wspierając się na łokciach. Bo nie trzeba było chyba tłumaczyć, że taki rodzaj bliskości był odbierany zupełnie inaczej, gdy leżało się z biodrem wciśniętym w twardą powierzchnię. Nie mówiąc już o tym, że było zimno i wilgotno, bo przez spadek temperatury, wilgoć zaczęła zbierać się już przy ziemi. Nowy Orlean był wilgotny, zwłaszcza wieczorami. Wiedział o tym doskonale zwłaszcza wtedy, gdy czuł jak włosy na jego głowie zaczynają się skręcać a podkoszulek przyklejać do pleców, nawet wtedy gdy nie oddawał się żadnym aktywnościom fizycznym. W swoim mieszkaniu musiał zainstalować też pochłaniacz wilgoci, który pokazywał mu każdego ranka, jak wiele wody kręciło się w powietrzu.
– Przeprosiny przyjęte – powiedział. Należało przyznać, że Elijah nie wyglądał na osobę, którą wydawało się, że był. Chłopak sprawiał wrażenie niepozornego i takiego, który raczej nie chciał się wyróżniać z tłumu, co w sumie pasowałoby do kogoś, kto zajmował się sprawami, które mogły wpędzić go w stan, w którym się obecnie znajdował. W końcu ludzie tacy raczej nie starali się przyciągać uwagi. Carson z pewnością by coś takiego zrobił i tak się zachowywał. Gdyby miał zajmować się czymś nielegalnym, czym oczywiście nigdy zajmować się nie chciał, bo w tym kraju, osobom takim jak on, nie przynosiło to zbyt wiele pożytku. A on nie chciał trafić do więzienia na maksymalny wymiar kary. O tym, jak wymiar sprawiedliwości traktował osoby czarnoskóre można było rozpisywać się i dyskutować długimi godzinami. Elijah był niepozorny pewnie dlatego, że miał taka uroczą buźkę, której widok sprawiał, że można było posądzić go o bycie całkowicie nieszkodliwym. Jedyne co sprawiało, że Carson nie rozwinął jeszcze w stosunku do chłopaka jakiegoś instynktu rodzicielskiego to fakt, że ciemnowłosy był o głowę wyższy od niego.
– Uważam, że wypada kogoś zaprosić przynajmniej na pizzę, żeby mieć siłę na dalsze aktywności – powiedział. No i gdzie tu było kłamstwo? Z resztą on sam nie należał do osób, które były święte, jeśli chodziło o spędzanie nocy z innymi ludźmi. Lubił bliskość i lądować w łóżku z facetami, którzy mu się podobali, ale nie zapraszał do siebie facetów od razu po poznaniu ich. Wynikało to z prostego faktu – był ostrożny. Zgodnie ze statystykami, faceci byli niebezpieczni i nigdy nie było wiadomo, na kogo można było trafić. Na szczęście miał on dość dobrą intuicję, jeśli chodziło o to, czy jakiś człowiek był dla niego odpowiednim towarzystwem. Nigdy się w tej ocenie nie pomylił, ale z samego faktu, że kiedyś zawsze mógł być ten pierwszy raz, to wolał pójść wspólnie coś zjeść i ocenić, z kim miał do czynienia. Jeśli o Elijah chodziło, to sam nie wiedział, co miał o nim myśleć, bo chociaż chłopak nie sprawiał wrażenia, jakby chciał mu zrobić krzywdę, to i tak dawał pewne czerwone flagi, których O’Riley nie był w stanie zignorować.
Próba wstania uwieńczona została lekkim, aczkolwiek przeszywającym bólem biodra, gdy skóra nagle przestała być dociskana do twardej ziemi. Odetchnął jednak z ulgą, gdy już stał na nogach. Teraz mógł pomyśleć, co zrobić. Uśmiechnął się nieznacznie, słysząc coś, co można było uznać za komplement. Nie uważał się za osobę przesadnie silną, jednak nie był też słabeuszem. Zdarzały się jednak momenty, że nie był w stanie odkręcić słoika i musiał uciekać się do starych i często niebezpiecznych zabiegów z podważaniem pokrywki nożem. W takich chwilach naprawdę żałował, że nie mieszkał z żadnym facetem, który mógłby robić to za niego. Po chwili wysiłku, gdy zakrętki były już oddzielone od słoików, przypominał sobie, że mieszkanie samemu było jednak wygodniejsze. Lubił swobodę i ciszę, która wiązała się z mieszkaniem solo, nie mówiąc już o tym, że nie musiał przed nikim odpowiadać i tłumaczyć się ze swoich postępowań, co znaczyło, że każda pomyłka i błąd, który robił, pozostawała tylko między nim a Wszechświatem.
– Nie powinieneś się sam podnosić – powiedział, gdy zauważył, że Elijah chciał się podnieść. Nie zdążył jednak zaprotestować wyraźniej, bo zanim się odezwał, Elijah już stał na nogach i chwiał się, co z jednej strony martwiło Carsona, a z drugiej pokazywało, że może nie było z nim tak źle, jak mogło mu się wydawać na samym początku. Nie sprawiał jednak wrażenia, jakby miał utrzymać się na motocyklu, co z resztą potwierdził niemal od razu, gdy tylko znalazł się w jego pobliżu i niemal przewrócił się razem z nim.
– To nie wygląda dobrze, wiesz? – powiedział, przeciągając się mocno. Nie czuł się źle, nie wiedział jednak dalej, w jakim stanie jest Elijah… jedyne o czym wiedział, to fakt, że trzeba było powoli wracać do domu. Noc zaczynała robić się chłodna i nie chciał spędzić tutaj ani chwili dłużej. Podszedł do chłopaka i jego maszyny. Z bliska pojazd wyglądał jeszcze bardziej onieśmielająco i w głowie Carsona pojawiła się myśl, jak obaj zdzierają sobie twarze na asfalcie podczas wypadki. W tym samym momencie wpadł jednak na pomysł. – Pojedziesz taksówką a ja poprowadzę ten motocykl pod budynek… nie może być aż tak ciężki. Tylko musiałbyś wziąć Pucka ze sobą – powiedział, kiwając głową.
Elijah Nguyen-Lynskey
– Wiesz… w innych okolicznościach pewnie i mnie by się podobało – mruknął lekko, wspierając się na łokciach. Bo nie trzeba było chyba tłumaczyć, że taki rodzaj bliskości był odbierany zupełnie inaczej, gdy leżało się z biodrem wciśniętym w twardą powierzchnię. Nie mówiąc już o tym, że było zimno i wilgotno, bo przez spadek temperatury, wilgoć zaczęła zbierać się już przy ziemi. Nowy Orlean był wilgotny, zwłaszcza wieczorami. Wiedział o tym doskonale zwłaszcza wtedy, gdy czuł jak włosy na jego głowie zaczynają się skręcać a podkoszulek przyklejać do pleców, nawet wtedy gdy nie oddawał się żadnym aktywnościom fizycznym. W swoim mieszkaniu musiał zainstalować też pochłaniacz wilgoci, który pokazywał mu każdego ranka, jak wiele wody kręciło się w powietrzu.
– Przeprosiny przyjęte – powiedział. Należało przyznać, że Elijah nie wyglądał na osobę, którą wydawało się, że był. Chłopak sprawiał wrażenie niepozornego i takiego, który raczej nie chciał się wyróżniać z tłumu, co w sumie pasowałoby do kogoś, kto zajmował się sprawami, które mogły wpędzić go w stan, w którym się obecnie znajdował. W końcu ludzie tacy raczej nie starali się przyciągać uwagi. Carson z pewnością by coś takiego zrobił i tak się zachowywał. Gdyby miał zajmować się czymś nielegalnym, czym oczywiście nigdy zajmować się nie chciał, bo w tym kraju, osobom takim jak on, nie przynosiło to zbyt wiele pożytku. A on nie chciał trafić do więzienia na maksymalny wymiar kary. O tym, jak wymiar sprawiedliwości traktował osoby czarnoskóre można było rozpisywać się i dyskutować długimi godzinami. Elijah był niepozorny pewnie dlatego, że miał taka uroczą buźkę, której widok sprawiał, że można było posądzić go o bycie całkowicie nieszkodliwym. Jedyne co sprawiało, że Carson nie rozwinął jeszcze w stosunku do chłopaka jakiegoś instynktu rodzicielskiego to fakt, że ciemnowłosy był o głowę wyższy od niego.
– Uważam, że wypada kogoś zaprosić przynajmniej na pizzę, żeby mieć siłę na dalsze aktywności – powiedział. No i gdzie tu było kłamstwo? Z resztą on sam nie należał do osób, które były święte, jeśli chodziło o spędzanie nocy z innymi ludźmi. Lubił bliskość i lądować w łóżku z facetami, którzy mu się podobali, ale nie zapraszał do siebie facetów od razu po poznaniu ich. Wynikało to z prostego faktu – był ostrożny. Zgodnie ze statystykami, faceci byli niebezpieczni i nigdy nie było wiadomo, na kogo można było trafić. Na szczęście miał on dość dobrą intuicję, jeśli chodziło o to, czy jakiś człowiek był dla niego odpowiednim towarzystwem. Nigdy się w tej ocenie nie pomylił, ale z samego faktu, że kiedyś zawsze mógł być ten pierwszy raz, to wolał pójść wspólnie coś zjeść i ocenić, z kim miał do czynienia. Jeśli o Elijah chodziło, to sam nie wiedział, co miał o nim myśleć, bo chociaż chłopak nie sprawiał wrażenia, jakby chciał mu zrobić krzywdę, to i tak dawał pewne czerwone flagi, których O’Riley nie był w stanie zignorować.
Próba wstania uwieńczona została lekkim, aczkolwiek przeszywającym bólem biodra, gdy skóra nagle przestała być dociskana do twardej ziemi. Odetchnął jednak z ulgą, gdy już stał na nogach. Teraz mógł pomyśleć, co zrobić. Uśmiechnął się nieznacznie, słysząc coś, co można było uznać za komplement. Nie uważał się za osobę przesadnie silną, jednak nie był też słabeuszem. Zdarzały się jednak momenty, że nie był w stanie odkręcić słoika i musiał uciekać się do starych i często niebezpiecznych zabiegów z podważaniem pokrywki nożem. W takich chwilach naprawdę żałował, że nie mieszkał z żadnym facetem, który mógłby robić to za niego. Po chwili wysiłku, gdy zakrętki były już oddzielone od słoików, przypominał sobie, że mieszkanie samemu było jednak wygodniejsze. Lubił swobodę i ciszę, która wiązała się z mieszkaniem solo, nie mówiąc już o tym, że nie musiał przed nikim odpowiadać i tłumaczyć się ze swoich postępowań, co znaczyło, że każda pomyłka i błąd, który robił, pozostawała tylko między nim a Wszechświatem.
– Nie powinieneś się sam podnosić – powiedział, gdy zauważył, że Elijah chciał się podnieść. Nie zdążył jednak zaprotestować wyraźniej, bo zanim się odezwał, Elijah już stał na nogach i chwiał się, co z jednej strony martwiło Carsona, a z drugiej pokazywało, że może nie było z nim tak źle, jak mogło mu się wydawać na samym początku. Nie sprawiał jednak wrażenia, jakby miał utrzymać się na motocyklu, co z resztą potwierdził niemal od razu, gdy tylko znalazł się w jego pobliżu i niemal przewrócił się razem z nim.
– To nie wygląda dobrze, wiesz? – powiedział, przeciągając się mocno. Nie czuł się źle, nie wiedział jednak dalej, w jakim stanie jest Elijah… jedyne o czym wiedział, to fakt, że trzeba było powoli wracać do domu. Noc zaczynała robić się chłodna i nie chciał spędzić tutaj ani chwili dłużej. Podszedł do chłopaka i jego maszyny. Z bliska pojazd wyglądał jeszcze bardziej onieśmielająco i w głowie Carsona pojawiła się myśl, jak obaj zdzierają sobie twarze na asfalcie podczas wypadki. W tym samym momencie wpadł jednak na pomysł. – Pojedziesz taksówką a ja poprowadzę ten motocykl pod budynek… nie może być aż tak ciężki. Tylko musiałbyś wziąć Pucka ze sobą – powiedział, kiwając głową.
Elijah Nguyen-Lynskey
Eli
Gdyby natknął się na Carsona podczas najzwyczajniejszego pod słońcem dnia, prawdopodobnie by go zupełnie zignorował. Nie był to mężczyzna na pierwszy rzut oka, który w jakikolwiek sposób był dla niego interesujący. Nie dlatego, że nie był w jego typie, bo w tej materii Azjata był wyjątkowo pokręcony i sąsiad odhaczał swoją osobą wiele punktów z listy, ale był pozornie zwyczajny. Nie pasowało to do jego stylu bycia. Ludzie w jego otoczeniu zawsze byli nietuzinkowi. Zwariowani, kolorowi, rzucający się w oczy każdemu, kto ich nie znał. Jego co prawda wyróżniało głównie pochodzenie, ale było ono na tyle szaloną mieszanką, że niemal każdy pytał, jak to w ogóle możliwe i czy na pewno nie wyznaje judaizmu. Nie był religijny, więc odpowiedź padała szybko, ale jego żydowskie korzenie wciąż stanowiły temat do długich rozmów.
Przez to wszystko ciężko było zwrócić jego uwagę. Taka osoba musiała wykazać się kreatywnością. Wśród znajomych miał głównie tancerzy, ale też wielu z nich śpiewało, malowało czy posługiwało się bronią białą na tyle dobrze, że ciężko było nie odnieść wrażenia, że są aktorami. Carson nie wyróżniał się z tłumu na pierwszy rzut oka. Czarny chłopak ze sąsiedztwa. Sympatyczny z buzi, nieco mniej z usposobienia, ale niczego mu w tym temacie nie brakowało. Nudy.
Teraz sytuacja się zmieniła. Nie tylko dlatego, że Carson mu pomógł. Wydawał się interesujący. Potrafił zażartować nawet z sytuacji, w której się znaleźli; nie powstrzymywał się od pyskowania i nie traktował go z góry jak bandziora, którego najlepiej zostawić na ławce w parku i udawać, że niczego nie widział. To mogła być co prawda naiwność, która nie była ani seksowna, ani zbyt rozsądna, ale wydawało mu się, że chłopak ma dobre serce. Choć nie potrzebował litości i jakoś sobie by poradził, z mniejszym lub większym trudem, to nie mógł zaprzeczyć, że tak było milej.
– W sumie racja. Możemy się poprzytulać w lepszych okolicznościach. Mam wygodne łóżko – odbił piłeczkę z uśmiechem, nie do końca żartując. Był z tych osób, które niczego nie ukrywały. Nie chował swoich potrzeb za pięknymi słowami. Nie istniały dla niego tematy tabu. Śpiewał jak na przesłuchaniu, ale z własnej woli.
Czy jego przeprosiny były szczere? Niekoniecznie. Rzucił je, bo tak wypadało. Nie było mu przykro. W końcu nic, co się wydarzyło, nie było jego celowym działaniem. Nie przewrócił się na Carsona z premedytacją. Nie chciał, by się okaleczył, pomagając mu. Nie był jednak złym gościem na co dzień. Potrafił też docenić to, że ktoś podał mu rękę w potrzebie, nawet jeśli nie musiał. Obawiał się nawet nieco o sąsiada, bo choć nie liczył na powrót goryla, który go tak załatwił, to jeśli jakimś cudem tak by się stało, naraziłby nie tylko siebie, ale i właśnie Carsona. Tego planował uniknąć za wszelką cenę. Nie chciał, by ktoś obrywał za jego błędy.
– Pizza to nie jest taki głupi pomysł, szczególnie że nie jestem za dobrym kucharzem. Jeszcze bym nas potruł – wypalił szczerze. Za jedzenie zawsze w ich mieszkaniu odpowiadała Colette. Może i nie była kucharzem, a jej potrawy były co najwyżej poprawne, ale przede wszystkim były zjadliwe. Tego samego nie można było powiedzieć o jego dziełach. Dlatego z czasem ograniczył się do parzenia herbaty i przygotowywania kanapek ze składników, których nie dało się tak łatwo zepsuć. Radził sobie też z popcornem. Nie wychodził mu spalony. Za często.
Czy ponownie zlekceważył uwagi sąsiada, gdy przetoczył się do swojej maszyny? Może. Był jednak na tyle dużym uparciuchem, że nie powinno to nikogo dziwić.
– To chyba lepiej, jeśli próbuję, nie? Przynajmniej nie będziesz musiał mnie nosić. A może chciałbyś? – po tych słowach uraczył go swoim najsłodszym uśmiechem, na jaki mógł się zebrać. W czasie jego niedługiego pobytu w gangu tylko kilka razy zdarzyło mu się kogoś nosić, ale nigdy sam tego nie potrzebował. Wyjątkowo dobrze unikał poważniejszych urazów. Nawet dzisiejsza sytuacja nie była jeszcze na tyle opłakana.
Wszystko go bolało, ale starał się pozostać silnym. Nie tylko dla własnej dumy, ale też po to, by nieco ułatwić robotę sąsiadowi. Ten już i tak przez niego ucierpiał. Nie chciał dokładać mu zmartwień.
– Wydaje mi się, że trochę za długo siedziałem i moje nogi zapomniały o swoich podstawowych funkcjach – odparł. Choć ból był irytujący, nie przeszkadzał mu już na tyle, by nie mógł poruszać się o własnych siłach. – Jest ciężki. To kawał bestii. Nie mogę ci pozwolić go targać przez kilka przecznic, bo ręce ci odpadną.
Zresztą nie ufał okolicy. Ktoś jeszcze zainteresuje się jego maleństwem i spróbuje je przejąć. Przy okazji Carson narazi własny kark dla nieswojego jednośladu.
– Bierz psa i siadaj za mną. Będę ostrożny i pojedziemy wolno, ale i tak dotrzemy dużo szybciej, niż gdybyś miał pchać ten motocykl. Tylko postaraj się nie trzymać mnie w pasie, bo z tym mam największy problem – zakomunikował. Ton jego głosu sugerował, że nie przyjmie odmowy.
Złapał za kask, szybko go założył na głowę, a drugi podał Carsonowi. Wskoczył na siodełko z grymasem bólu i złapał za kierownicę. – Nie jest tak źle, jak myślałem. W tej pozycji jest mi nawet wygodnie. Może dlatego wcześniej byłem w stanie dojechać tu w jednym kawałku.
Był pewien swoich słów. Nie narażałby życia sąsiada, a już na pewno swojego. Choć był ryzykantem, nie należał do tych głupich ani nadpobudliwych.
Carson O'Riley
Przez to wszystko ciężko było zwrócić jego uwagę. Taka osoba musiała wykazać się kreatywnością. Wśród znajomych miał głównie tancerzy, ale też wielu z nich śpiewało, malowało czy posługiwało się bronią białą na tyle dobrze, że ciężko było nie odnieść wrażenia, że są aktorami. Carson nie wyróżniał się z tłumu na pierwszy rzut oka. Czarny chłopak ze sąsiedztwa. Sympatyczny z buzi, nieco mniej z usposobienia, ale niczego mu w tym temacie nie brakowało. Nudy.
Teraz sytuacja się zmieniła. Nie tylko dlatego, że Carson mu pomógł. Wydawał się interesujący. Potrafił zażartować nawet z sytuacji, w której się znaleźli; nie powstrzymywał się od pyskowania i nie traktował go z góry jak bandziora, którego najlepiej zostawić na ławce w parku i udawać, że niczego nie widział. To mogła być co prawda naiwność, która nie była ani seksowna, ani zbyt rozsądna, ale wydawało mu się, że chłopak ma dobre serce. Choć nie potrzebował litości i jakoś sobie by poradził, z mniejszym lub większym trudem, to nie mógł zaprzeczyć, że tak było milej.
– W sumie racja. Możemy się poprzytulać w lepszych okolicznościach. Mam wygodne łóżko – odbił piłeczkę z uśmiechem, nie do końca żartując. Był z tych osób, które niczego nie ukrywały. Nie chował swoich potrzeb za pięknymi słowami. Nie istniały dla niego tematy tabu. Śpiewał jak na przesłuchaniu, ale z własnej woli.
Czy jego przeprosiny były szczere? Niekoniecznie. Rzucił je, bo tak wypadało. Nie było mu przykro. W końcu nic, co się wydarzyło, nie było jego celowym działaniem. Nie przewrócił się na Carsona z premedytacją. Nie chciał, by się okaleczył, pomagając mu. Nie był jednak złym gościem na co dzień. Potrafił też docenić to, że ktoś podał mu rękę w potrzebie, nawet jeśli nie musiał. Obawiał się nawet nieco o sąsiada, bo choć nie liczył na powrót goryla, który go tak załatwił, to jeśli jakimś cudem tak by się stało, naraziłby nie tylko siebie, ale i właśnie Carsona. Tego planował uniknąć za wszelką cenę. Nie chciał, by ktoś obrywał za jego błędy.
– Pizza to nie jest taki głupi pomysł, szczególnie że nie jestem za dobrym kucharzem. Jeszcze bym nas potruł – wypalił szczerze. Za jedzenie zawsze w ich mieszkaniu odpowiadała Colette. Może i nie była kucharzem, a jej potrawy były co najwyżej poprawne, ale przede wszystkim były zjadliwe. Tego samego nie można było powiedzieć o jego dziełach. Dlatego z czasem ograniczył się do parzenia herbaty i przygotowywania kanapek ze składników, których nie dało się tak łatwo zepsuć. Radził sobie też z popcornem. Nie wychodził mu spalony. Za często.
Czy ponownie zlekceważył uwagi sąsiada, gdy przetoczył się do swojej maszyny? Może. Był jednak na tyle dużym uparciuchem, że nie powinno to nikogo dziwić.
– To chyba lepiej, jeśli próbuję, nie? Przynajmniej nie będziesz musiał mnie nosić. A może chciałbyś? – po tych słowach uraczył go swoim najsłodszym uśmiechem, na jaki mógł się zebrać. W czasie jego niedługiego pobytu w gangu tylko kilka razy zdarzyło mu się kogoś nosić, ale nigdy sam tego nie potrzebował. Wyjątkowo dobrze unikał poważniejszych urazów. Nawet dzisiejsza sytuacja nie była jeszcze na tyle opłakana.
Wszystko go bolało, ale starał się pozostać silnym. Nie tylko dla własnej dumy, ale też po to, by nieco ułatwić robotę sąsiadowi. Ten już i tak przez niego ucierpiał. Nie chciał dokładać mu zmartwień.
– Wydaje mi się, że trochę za długo siedziałem i moje nogi zapomniały o swoich podstawowych funkcjach – odparł. Choć ból był irytujący, nie przeszkadzał mu już na tyle, by nie mógł poruszać się o własnych siłach. – Jest ciężki. To kawał bestii. Nie mogę ci pozwolić go targać przez kilka przecznic, bo ręce ci odpadną.
Zresztą nie ufał okolicy. Ktoś jeszcze zainteresuje się jego maleństwem i spróbuje je przejąć. Przy okazji Carson narazi własny kark dla nieswojego jednośladu.
– Bierz psa i siadaj za mną. Będę ostrożny i pojedziemy wolno, ale i tak dotrzemy dużo szybciej, niż gdybyś miał pchać ten motocykl. Tylko postaraj się nie trzymać mnie w pasie, bo z tym mam największy problem – zakomunikował. Ton jego głosu sugerował, że nie przyjmie odmowy.
Złapał za kask, szybko go założył na głowę, a drugi podał Carsonowi. Wskoczył na siodełko z grymasem bólu i złapał za kierownicę. – Nie jest tak źle, jak myślałem. W tej pozycji jest mi nawet wygodnie. Może dlatego wcześniej byłem w stanie dojechać tu w jednym kawałku.
Był pewien swoich słów. Nie narażałby życia sąsiada, a już na pewno swojego. Choć był ryzykantem, nie należał do tych głupich ani nadpobudliwych.
Carson O'Riley
Carson O'Riley
Zwyczajność była w jego wypadku rarytasem. Carson nigdy nie planował się wyróżniać. Mieszanie się w tłumie było czymś, do czego wręcz dążył. Nie było bowiem prawdziwej wolności od anonimowości. Kiedyś będąc małym dzieckiem, chciał mieć moc, która pozwalałaby mu za tworzyć na kartkach papieru najróżniejsze rzeczy, które później mógłby przenieść do prawdziwego życia zupełnie pomijając jakiekolwiek prawa fizyki związane z zachowaniem masy. Obecnie jednak prawdziwe szczęście dałaby mu moc niewidzialności. I nie dlatego, że chciałby po prostu zniknąć z oczu wszystkich ludzi, ale ze względu na to, że dzięki temu mógłby robić co tylko mu się podobało. I owszem, mógłby wykorzystywać to do niecnych celów i z pewnością wiele z nich by uczynił, jednak głównie pragnął wślizgiwać się do muzeów w środku nocy, by mieć je tylko dla siebie. Właśnie wtedy mógłby przyjrzeć się eksponatom i obrazom z takiego bliska, że nie potrzebowałby szkieł powiększających czy aparatów z zoomem. Co więcej mógłby wszystkiego dotykać i nawet nikt nie zorientowałby się, że to zrobił. Było to oczywiście nudne, więc nie mówił o tym na prawo i lewo. Inną rzeczą była oczywiście możliwość najzwyklejszego zniknięcia w sytuacjach, które bywały niewygodne i niebezpieczne. Ameryka stawała się groźnym państwem. Nie wiedział, do czego rządzący dążyli, ale zdawać by się mogło, że z każdym kolejnym dniem, życie przeciętnego mieszkańca, nie mówiąc już o mniejszościach, stawało się trudniejsze. Chciał więc zniknąć, zaszyć się gdzieś w jakimś miejscu, z którego mógłby po prostu wszystko obserwować tak, jakby było to wyświetlane na największym ekranie kinowym jaki tylko istniał. Chciał móc uciec policji, jeśli ta akurat przejeżdżałaby obok, a on wydawałby się z jakiegoś powodu podejrzany. Miał bowiem dość rozpamiętywania i przypominania sobie wszystkiego, co mówił mu ojciec o tym, jak miał się zachowywać i co mówić.
Nie zgrywaj bohatera i nie pakuj się w niepotrzebne kłopoty powiedział mu ojciec, gdy w telewizji nieustannie pokazywali film z czarnoskórym mężczyzną przyciskanym przez białe kolano do asfaltu. To samo mówiła mu matka, gdy wraz ze znajomymi chciał wybrać się na jeden z pierwszych marszy BLM, który organizowany był w Nowym Orleanie. Życie dla ludzi takich jak on było trudne i nie mógł sobie pozwolić na to, by o tym zapomnieć. Musiał się poprawiać i upominać o to, by nie palnąć jakiejś głupoty podczas gdy inni ludzie najzwyczajniej w świecie mówili do niego rzeczy i udawali urażonych, gdy ktoś zwracał im za nie uwagę. Czasami chciałby być niewidzialny również dlatego, by popchnąć tych ludzi, by rozwalili sobie te puste łby na wystającej płycie chodnikowej lub innym równie mało fortunnym miejscu. I nikt by go o nich nie podejrzewał, a on miałby sumienie czystsze niż kiedykolwiek wcześniej. Czasami właśnie o tym myślał, gdy zamykał oczy i kładł zmęczoną głowę na ubitej poduszce.
– No proszę… facet z niezłą furą i jeszcze lepszym łóżkiem, dobrze, że mieszkasz niedaleko – zaśmiał się kiwając głową. Niezbyt wiedział, do czego tak właściwie zmierzała ta rozmowa, ale uznał w końcu, że skoro jeszcze nie dostał nożem między żebra, to sytuacja nie wyglądała tragicznie. Oczywiście nie licząc tego, że on sam był potłuczony, a jego towarzysz potężnie obity
– A wiesz, że ciężko jest zjebać makaron? Moja matka zawsze mówiła, że trzeba mieć niezły talent do tego, by zepsuć makaron – powiedział wzruszając ramionami. Nie wiedział, skąd wzięła mu się nagle ta anegdota, ale jednocześnie naszła go ogromna ochota na makaron. Wstał, otrzepał się z ziemi i błota, które przykleiło mu się do spodni i oparł stopę o ławkę, by zawiązać buta. Nie chciał ryzykować kolejnego upadku.
– A rób sobie, co chcesz – uniósł ręce w geście kapitulacji. Zrozumiał już, że trafił na mocnego przeciwnika, który nie pozwoli sobie mówić, co miał robić. Uśmiechnął się jednak i szybko wymierzył palec wskazujący w twarz Azjaty. – Tylko jak coś ci się stanie, to proszę mi nie płakać, bo jestem z tych, którzy lubią mówić a nie mówiłem – skwitował podchodząc bliżej. Wiedział zresztą, że miał rację i że Azjata prędzej czy później odczuje to, co tak naprawdę mu się stało, jeśli nie dzisiejszego wieczoru, to z pewnością kolejnego dnia. Carson nie znał się na wielu rzeczach, ale wiedział doskonale, jak działało ludzkie ciało, więc mógł przewidzieć to, jak będzie zachowywać się to Elijah. Usadowił się jednak wygodnie, w kask pakując Pucka, którego nie mógł trzymać na kolanach, bo nie było to ani wygodne, ani bezpieczne. Miał więc nadzieję, że podczas jazdy nie wywrócą się, a ich twarze nie rozsmarują się po asfalcie, niemniej jednak musiał zaryzykować. I w sumie przez większość trasy siedział spokojnie z zamkniętymi oczyma, nie chcąc widzieć ewentualnego wypadku. Na szczęście udało im się dojechać spokojnie i w jednym kawałku.
– Cieszę się, że twoje umiejętności prowadzenia tego potwora są lepsze, niż te w walkach wręcz i samoobrony – mruknął, gdy stał już pod drzwiami swojego mieszkania. Żartował oczywiście, bo nie chciał kopać leżącego, niemniej jednak nie w jego stylu było mówienie do widzenia i miłego wieczoru. Odprowadził chłopaka wzrokiem, a później zamknął drzwi swojego mieszkania.
ztx2
Elijah Nguyen-Lynskey
Nie zgrywaj bohatera i nie pakuj się w niepotrzebne kłopoty powiedział mu ojciec, gdy w telewizji nieustannie pokazywali film z czarnoskórym mężczyzną przyciskanym przez białe kolano do asfaltu. To samo mówiła mu matka, gdy wraz ze znajomymi chciał wybrać się na jeden z pierwszych marszy BLM, który organizowany był w Nowym Orleanie. Życie dla ludzi takich jak on było trudne i nie mógł sobie pozwolić na to, by o tym zapomnieć. Musiał się poprawiać i upominać o to, by nie palnąć jakiejś głupoty podczas gdy inni ludzie najzwyczajniej w świecie mówili do niego rzeczy i udawali urażonych, gdy ktoś zwracał im za nie uwagę. Czasami chciałby być niewidzialny również dlatego, by popchnąć tych ludzi, by rozwalili sobie te puste łby na wystającej płycie chodnikowej lub innym równie mało fortunnym miejscu. I nikt by go o nich nie podejrzewał, a on miałby sumienie czystsze niż kiedykolwiek wcześniej. Czasami właśnie o tym myślał, gdy zamykał oczy i kładł zmęczoną głowę na ubitej poduszce.
– No proszę… facet z niezłą furą i jeszcze lepszym łóżkiem, dobrze, że mieszkasz niedaleko – zaśmiał się kiwając głową. Niezbyt wiedział, do czego tak właściwie zmierzała ta rozmowa, ale uznał w końcu, że skoro jeszcze nie dostał nożem między żebra, to sytuacja nie wyglądała tragicznie. Oczywiście nie licząc tego, że on sam był potłuczony, a jego towarzysz potężnie obity
– A wiesz, że ciężko jest zjebać makaron? Moja matka zawsze mówiła, że trzeba mieć niezły talent do tego, by zepsuć makaron – powiedział wzruszając ramionami. Nie wiedział, skąd wzięła mu się nagle ta anegdota, ale jednocześnie naszła go ogromna ochota na makaron. Wstał, otrzepał się z ziemi i błota, które przykleiło mu się do spodni i oparł stopę o ławkę, by zawiązać buta. Nie chciał ryzykować kolejnego upadku.
– A rób sobie, co chcesz – uniósł ręce w geście kapitulacji. Zrozumiał już, że trafił na mocnego przeciwnika, który nie pozwoli sobie mówić, co miał robić. Uśmiechnął się jednak i szybko wymierzył palec wskazujący w twarz Azjaty. – Tylko jak coś ci się stanie, to proszę mi nie płakać, bo jestem z tych, którzy lubią mówić a nie mówiłem – skwitował podchodząc bliżej. Wiedział zresztą, że miał rację i że Azjata prędzej czy później odczuje to, co tak naprawdę mu się stało, jeśli nie dzisiejszego wieczoru, to z pewnością kolejnego dnia. Carson nie znał się na wielu rzeczach, ale wiedział doskonale, jak działało ludzkie ciało, więc mógł przewidzieć to, jak będzie zachowywać się to Elijah. Usadowił się jednak wygodnie, w kask pakując Pucka, którego nie mógł trzymać na kolanach, bo nie było to ani wygodne, ani bezpieczne. Miał więc nadzieję, że podczas jazdy nie wywrócą się, a ich twarze nie rozsmarują się po asfalcie, niemniej jednak musiał zaryzykować. I w sumie przez większość trasy siedział spokojnie z zamkniętymi oczyma, nie chcąc widzieć ewentualnego wypadku. Na szczęście udało im się dojechać spokojnie i w jednym kawałku.
– Cieszę się, że twoje umiejętności prowadzenia tego potwora są lepsze, niż te w walkach wręcz i samoobrony – mruknął, gdy stał już pod drzwiami swojego mieszkania. Żartował oczywiście, bo nie chciał kopać leżącego, niemniej jednak nie w jego stylu było mówienie do widzenia i miłego wieczoru. Odprowadził chłopaka wzrokiem, a później zamknął drzwi swojego mieszkania.
ztx2
Elijah Nguyen-Lynskey