anna
Trigger Warning
krew, obrażenia, myśli o samookaleczeniu
Jeszcze przed opuszczeniem cmentarza prowizorycznie zabezpieczył obrażenia; kierowany stanowczymi poleceniami, ostrożnie opatrzył oczodół i miejsce, w którym obcięto palec, a potem, asekurując partnera, zabrał go do domu, który, podobno, był jedyną rozsądną opcją.
Niewiele (nic) pamiętał z drogi powrotnej. Zapytany nie potrafiłby odpowiedzieć, jak wrócili na Govenor Nicholls Street i wydawało mu się, że chyba tylko cudem nie wpakowali się w większe kłopoty. Kiedy przekroczyli próg domu, Proteus zaprowadził Casa do salonu i posadził go na kanapie.
Głos dający mu jasne i niepozostawiające pola do dyskusji wskazówki, zniknął. Nie było nikogo, kto mógłby mu podpowiadać, ale miał na tyle rozsądku, by dopaść do domowej apteczki i przejrzeć jej zawartość, aby namierzyć plastry i środki przeciwbólowe. Nie przejmował się bałaganem; nie zwracał uwagi na rozsypane witaminy i rozwiniętą opaskę uciskową, która upadła na podłodze, bo teraz najważniejszy był Caspar.
Gdyby nie krótka instrukcja bez chwili zastanowienia pojechałby do szpitala, bo nie był głupi i wiedział, że takie obrażenia wymagały specjalistycznej pomocy, a nie towarzystwa spanikowanego laika, który nie miał pojęcia, co robił. 一 Mam leki i bandaże 一 poinformował drżącym głosem, wracając do partnera, którego pozostawił na kanapie. 一 połknij 一 zachęcił, choć nie wiedział, czy w stanie Caspara było to właściwe (zapomniał także zorganizować mu wodę do popicia tabletek).
Zostawiwszy bandaże i gazy jałowe na sofie, pospiesznie przeszedł do kuchni; z właściwej szafki wyjął czystą miskę, do której nalał ciepłej wody i znów znalazł się przy medium. 一 D-do… 一 Słowa z trudem przechodziły mu przez gardło; bardziej niż kiedykolwiek wcześniej nienawidził siebie, że zostawił go na cmentarzu, czym przyczynił się do tragedii.
Miał pewność, że gdyby tam był, potrafiłby go uratować. Gdyby był, mógłby wziąć na siebie część obrażeń, dzięki czemu Cas nie cierpiałby tak bardzo.
Wiele mogłoby się stać, gdyby b y ł, ale wyszedł; pogrążony we własnym smutku zdecydował się opuścić teren inicjacji, dlatego ponosił p e ł n ą winę.
一 Odmyję Cię 一 poinformował, choć bał się ruszać prowizoryczne opatrunki. 一 To moja wi… 一 urwał, czując obrzydzenie, że nawet w takim momencie pomyślał o sobie. 一 Potrzebujesz czegoś? 一 zapytał w zamian, jednocześnie dokładając jałową gazę namoczoną w wodzie do zakrwawionego policzka ukochanego. 一 Ja… Nie wiem, co robić. Najpierw ten głos, ale teraz zniknął i ja… Boże, przecież ja nie umiem… Co oni ci zrobili? Dlaczego?
Caspar Malveaux
Właściciel sklepu Ova Di Ve, medium, wróżbita, wychowywany w wierzeniach Voodoo. Do niedawna lider TSE, po odejściu stracił lewe oko i prawy palec wskazujący.
Whispers of life
Myre
Był silny, musiał być za nich dwóch, co powtarzał sobie na okrągło. Za siebie, jak zawsze, ale i za Proteusa, żeby ten mógł nabrać sił na ich wspólną przyszłość. Rockwell nie był słaby, nie myślał tak o nim, ale każdy czasami musiał odpocząć, każdy miał gorsze dni i to on, Malveaux, musiał się teraz o niego zatroszczyć. Musieli oddalić się od sekty, bo Caspar uważał, że tylko w ten sposób zapewnią sobie stabilny, bezpieczny grunt, na którym będą mogli umocnić swoją relację.
Rzadko czegokolwiek żałował, ale wciągnięcie Proteusa do sekty było jedną z decyzji, którym bardzo blisko było do żałowania za nie. Jedynym plusem było to, że zebrał się na to, aby być szczerym. Przyznał się przed nim do wszystkiego, obnażył przed nim, a teraz musiał naprawić błędy i dokonać wyboru, a ten był jasny. Myślał o tym, kiedy stracił palec, ta myśl przedostawała się przez ścianę bólu. To samo było podczas wyrwania mu oka z oczodołu 一 to była tortura, cena, którą musiał zapłacić. To było przyrzeczenie, że nie będzie dopominał się o zwrot władzy, a jednocześnie nie wyniesie żadnych informacji poza sektę. Dlatego mogli żyć. Zapłacił również za Proteusa i był pewien, że on również dotrzyma tajemnicy, aby mogli w końcu żyć w spokoju. Musiał to zrozumieć. Caspar potrzebował, żeby Proteusa to zrozumiał.
Słyszał własny krzyk, kiedy oko zostało boleśnie wyszarpnięte z oczodołu, a potem na chwilę nastała ciemność. Cielesność miała swoje zalety, ale i wady, co wiedzieli wszyscy poszukujący wiecznej młodości, piękności i siły. Caspar był wytrzymały, ale nadal jedynie jako zwykły człowiek. On to wiedział i Kalfu to wiedział. Loa wybrał więc rozwiązanie alternatywne, które miało pomóc wydostać się z cmentarza i jego okolic, zanim ktokolwiek zmieniłby zdanie o wymiarze kary. Rzadko kiedy oddalał się od Capra, a na pewno nigdy nie zbliżał aż tak do Proteusa, ale sytuacja właśnie tego wymagała. To nie tak, że chciał temu całkowicie zapobiec, bo wiedział co zrobić należy. Jego celem było zabezpieczenie Caspara po rytuale, który odprawił na nim nowy lider sekty.
Nie pamiętał wiele z drogi powrotnej, chociaż po opuszczeniu cmentarza poczuł ulgę, co pozwoliło mu się rozluźnić, ale jednocześnie starał się zachować przytomność umysłu, żeby odpowiednio się opatrzyć.
Szpital bardzo szybko odrzucił i nie tylko dlatego, że na pewno trudno byłoby wytłumaczyć mu takie obrażenia, ale i dlatego, że uważał, że sam wyleczy się lepiej. Nie chciał zabrać palca, bo to była jego cena i miał zamiar ponieść ją w zamian za ich wolność, bo ta była zdecydowanie cenniejsza. Słowo się rzekło, ostrze przecięło skórę i co się stało, to się nie odstanie. A przynajmniej nie powinno się tego zmieniać.
Dobrze się spisałeś — słowa rozbrzmiały w głowie Proteusa, ale Caspar również mógł je już usłyszeć, chociaż ciszej. Kalfu zbliżał się, powoli, żeby również znieczulić ciało medium, dopóki ten nie dojdzie do siebie. Mężczyzna oddychał ciężko, ale jego puls był stabilny, nawet jeżeli przyspieszony. Wiedział co robić, musiał tylko dostać się do domu i przede wszystkim uśmierzyć ból. Na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze pora. Na jego lekko rozchylonych ustach zebrała się zaschnięta krew, a kiedy spojrzał na Rockwella, można było zauważyć, że na zdrowym oku również ma krwiak, ale widział nim dobrze. Oddech miał świszczący, bo zdążyło zaschnąć mu w gardle.
— Proteusu. Przynieś wilgotny ręcznik, butelkę mocnego alkoholu i skrzynkę z sypialni… wiesz którą. Dziękuję za apteczkę — powiedział powoli, ale wyraźnie. Opierał się plecami o kanapę, zaciskając dłoń na kikucie palca, który dalej krwawił. Tabletki przyjął i połknął, na pewno pomogą mu na dłuższy czas. Miał jednak coś silnego, co znieczuli go dodatkowo miejscowo, żeby mógł się zszyć. — I lustro — dodał zaraz, bo prawie o tym zapomniał.
Był słaby, doskonale o tym wiedział, ale na tyle silny, aby dalej robić to, co należało. Słyszał w głosie partnera poczucie winy i chciał mu to jak najszybciej wytłumaczyć, ale potrzebował robić rzeczy po kolei, aby zachować bezpieczeństwo.
Czuł niepojętą ulgę, bo uwolnił Rockwella od zagrożenia.
proteus rockwell
Rzadko czegokolwiek żałował, ale wciągnięcie Proteusa do sekty było jedną z decyzji, którym bardzo blisko było do żałowania za nie. Jedynym plusem było to, że zebrał się na to, aby być szczerym. Przyznał się przed nim do wszystkiego, obnażył przed nim, a teraz musiał naprawić błędy i dokonać wyboru, a ten był jasny. Myślał o tym, kiedy stracił palec, ta myśl przedostawała się przez ścianę bólu. To samo było podczas wyrwania mu oka z oczodołu 一 to była tortura, cena, którą musiał zapłacić. To było przyrzeczenie, że nie będzie dopominał się o zwrot władzy, a jednocześnie nie wyniesie żadnych informacji poza sektę. Dlatego mogli żyć. Zapłacił również za Proteusa i był pewien, że on również dotrzyma tajemnicy, aby mogli w końcu żyć w spokoju. Musiał to zrozumieć. Caspar potrzebował, żeby Proteusa to zrozumiał.
Słyszał własny krzyk, kiedy oko zostało boleśnie wyszarpnięte z oczodołu, a potem na chwilę nastała ciemność. Cielesność miała swoje zalety, ale i wady, co wiedzieli wszyscy poszukujący wiecznej młodości, piękności i siły. Caspar był wytrzymały, ale nadal jedynie jako zwykły człowiek. On to wiedział i Kalfu to wiedział. Loa wybrał więc rozwiązanie alternatywne, które miało pomóc wydostać się z cmentarza i jego okolic, zanim ktokolwiek zmieniłby zdanie o wymiarze kary. Rzadko kiedy oddalał się od Capra, a na pewno nigdy nie zbliżał aż tak do Proteusa, ale sytuacja właśnie tego wymagała. To nie tak, że chciał temu całkowicie zapobiec, bo wiedział co zrobić należy. Jego celem było zabezpieczenie Caspara po rytuale, który odprawił na nim nowy lider sekty.
Nie pamiętał wiele z drogi powrotnej, chociaż po opuszczeniu cmentarza poczuł ulgę, co pozwoliło mu się rozluźnić, ale jednocześnie starał się zachować przytomność umysłu, żeby odpowiednio się opatrzyć.
Szpital bardzo szybko odrzucił i nie tylko dlatego, że na pewno trudno byłoby wytłumaczyć mu takie obrażenia, ale i dlatego, że uważał, że sam wyleczy się lepiej. Nie chciał zabrać palca, bo to była jego cena i miał zamiar ponieść ją w zamian za ich wolność, bo ta była zdecydowanie cenniejsza. Słowo się rzekło, ostrze przecięło skórę i co się stało, to się nie odstanie. A przynajmniej nie powinno się tego zmieniać.
Dobrze się spisałeś — słowa rozbrzmiały w głowie Proteusa, ale Caspar również mógł je już usłyszeć, chociaż ciszej. Kalfu zbliżał się, powoli, żeby również znieczulić ciało medium, dopóki ten nie dojdzie do siebie. Mężczyzna oddychał ciężko, ale jego puls był stabilny, nawet jeżeli przyspieszony. Wiedział co robić, musiał tylko dostać się do domu i przede wszystkim uśmierzyć ból. Na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze pora. Na jego lekko rozchylonych ustach zebrała się zaschnięta krew, a kiedy spojrzał na Rockwella, można było zauważyć, że na zdrowym oku również ma krwiak, ale widział nim dobrze. Oddech miał świszczący, bo zdążyło zaschnąć mu w gardle.
— Proteusu. Przynieś wilgotny ręcznik, butelkę mocnego alkoholu i skrzynkę z sypialni… wiesz którą. Dziękuję za apteczkę — powiedział powoli, ale wyraźnie. Opierał się plecami o kanapę, zaciskając dłoń na kikucie palca, który dalej krwawił. Tabletki przyjął i połknął, na pewno pomogą mu na dłuższy czas. Miał jednak coś silnego, co znieczuli go dodatkowo miejscowo, żeby mógł się zszyć. — I lustro — dodał zaraz, bo prawie o tym zapomniał.
Był słaby, doskonale o tym wiedział, ale na tyle silny, aby dalej robić to, co należało. Słyszał w głosie partnera poczucie winy i chciał mu to jak najszybciej wytłumaczyć, ale potrzebował robić rzeczy po kolei, aby zachować bezpieczeństwo.
Czuł niepojętą ulgę, bo uwolnił Rockwella od zagrożenia.
proteus rockwell
anna
Głośne słowa dobiegające znikąd sprawiły, że przez krótki moment na jego twarzy gościł słaby uśmiech, lecz kiedy tylko spojrzał na Caspara, opamiętał się i natychmiast spoważniał.
Martwił się tym, jak wyglądał medium; z przejęciem przyglądał się jego twarzy, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądało ich życie.
To bynajmniej nie tak, że jego uczucia miały zmaleć 一 jeśli chodziło o niego to, jak wyglądał Caspar nie miało znaczenia, bo kochał go przede wszystkim za wnętrze. Wątpliwościami napawała go jednak decyzja, którą podjął pod wpływem nieznoszącego sprzeciwu głosu.
Czy brak oka wpłynie na dalszą sprawność? Co, jeśli osłabiony partner nie był w stanie zadbać o siebie należycie? Ile będzie trwała rekonwalescencja?
Z rozmyślań wyrwał go głos Casa; posławszy ukochanemu uważne spojrzenie, Rockwell odnotowywał w głowie kolejne przedmioty, które miał mu przynieść. 一 Jasne. Zaraz wracam. Ty... 一 urwał, bo uznał, że kończenie frazy nie było potrzebne (wszak medium na pewno nie zamierzał się kręcić po domu skoro to jemu zlecił odnalezienie rzeczy).
Posłusznie ruszył do sypialni, gdzie odszukał skrzynkę. Szczerze mówiąc nigdy nie zagłębiał się w to, co dokładnie tam było; jego wiedza ograniczała się do podstawowego stwierdzenia (niekonwencjonalne medykamenty), ale gdyby miał nazwać konkretne lekarstwa, nie podołałby zadaniu.
Po drodze do salonu zgarnął jeszcze lustro, a kiedy znalazł się przy Casparze, poczuł silny 一 w swoim mniemaniu bardzo uzasadniony 一 lęk. Może lepiej byłoby, gdyby jednak pojechali do szpitala? Rockwell miał rozległe znajomości, więc sprawa na pewno zyskałaby szerokiego rozgłosu.
Uznał jednak, że to nie czas na mówienie takich rzeczy i w ciszy podał mu skrzynkę i lustro, po czym ponownie ruszył w głąb domu, by zdobyć wilgotny ręcznik oraz butelkę whiskey, którą trzymali na specjalną okazję (ta jednak nie miała już większego znaczenia, bo teraz przede wszystkim liczyło się z d r o w i e).
Podał ukochanemu wszystko, o co poprosił, a potem usiadł na podłodze w pobliżu, przyglądając się działaniom Malveauxa. 一 Dlaczego nie zrobili krzywdy mnie? Nie musiałeś... 一 odnalezienie właściwego słowa zajęło mu dłuższą chwilę 一 jestem dorosły, mogłem ponieść odpowiedzialność 一 mruknął.
Zapominał, że okoliczności nie sprzyjały takiej rozmowie i że w dobrym tonie byłoby zaczekać na właściwszy moment. Nie myślał racjonalnie, bo znów kierowały nim emocje.
S z l a g.
Caspar Malveaux
Martwił się tym, jak wyglądał medium; z przejęciem przyglądał się jego twarzy, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądało ich życie.
To bynajmniej nie tak, że jego uczucia miały zmaleć 一 jeśli chodziło o niego to, jak wyglądał Caspar nie miało znaczenia, bo kochał go przede wszystkim za wnętrze. Wątpliwościami napawała go jednak decyzja, którą podjął pod wpływem nieznoszącego sprzeciwu głosu.
Czy brak oka wpłynie na dalszą sprawność? Co, jeśli osłabiony partner nie był w stanie zadbać o siebie należycie? Ile będzie trwała rekonwalescencja?
Z rozmyślań wyrwał go głos Casa; posławszy ukochanemu uważne spojrzenie, Rockwell odnotowywał w głowie kolejne przedmioty, które miał mu przynieść. 一 Jasne. Zaraz wracam. Ty... 一 urwał, bo uznał, że kończenie frazy nie było potrzebne (wszak medium na pewno nie zamierzał się kręcić po domu skoro to jemu zlecił odnalezienie rzeczy).
Posłusznie ruszył do sypialni, gdzie odszukał skrzynkę. Szczerze mówiąc nigdy nie zagłębiał się w to, co dokładnie tam było; jego wiedza ograniczała się do podstawowego stwierdzenia (niekonwencjonalne medykamenty), ale gdyby miał nazwać konkretne lekarstwa, nie podołałby zadaniu.
Po drodze do salonu zgarnął jeszcze lustro, a kiedy znalazł się przy Casparze, poczuł silny 一 w swoim mniemaniu bardzo uzasadniony 一 lęk. Może lepiej byłoby, gdyby jednak pojechali do szpitala? Rockwell miał rozległe znajomości, więc sprawa na pewno zyskałaby szerokiego rozgłosu.
Uznał jednak, że to nie czas na mówienie takich rzeczy i w ciszy podał mu skrzynkę i lustro, po czym ponownie ruszył w głąb domu, by zdobyć wilgotny ręcznik oraz butelkę whiskey, którą trzymali na specjalną okazję (ta jednak nie miała już większego znaczenia, bo teraz przede wszystkim liczyło się z d r o w i e).
Podał ukochanemu wszystko, o co poprosił, a potem usiadł na podłodze w pobliżu, przyglądając się działaniom Malveauxa. 一 Dlaczego nie zrobili krzywdy mnie? Nie musiałeś... 一 odnalezienie właściwego słowa zajęło mu dłuższą chwilę 一 jestem dorosły, mogłem ponieść odpowiedzialność 一 mruknął.
Zapominał, że okoliczności nie sprzyjały takiej rozmowie i że w dobrym tonie byłoby zaczekać na właściwszy moment. Nie myślał racjonalnie, bo znów kierowały nim emocje.
S z l a g.
Caspar Malveaux
Właściciel sklepu Ova Di Ve, medium, wróżbita, wychowywany w wierzeniach Voodoo. Do niedawna lider TSE, po odejściu stracił lewe oko i prawy palec wskazujący.
Whispers of life
Myre
Trigger Warning
krew, rany, drastyczne dla wrażliwych osób
Nie mógł jednak zaprzeczać, że kondycja fizyczna nie wiązała się z mentalną. Żeby wybadać pole energetyczne, zarówno ich własne, jak i otoczenia, musiał się uleczyć, a to proces, który zajmie mu dłużej, niż by chciał. Nie miał wyboru. Mógł tylko zadbać o to, aby zrobić to w jak najkrótszym możliwym czasie.
Musiał zrobić to, co musiał. Na rozmowę przyjdzie czas później i nie miał zamiaru jej unikać, chociaż wiedział, że nie będzie należała do najłatwiejszych.
Wizyta w szpitalu była bardziej, niż niepożądana, na to zdecydowałby się tylko i wyłącznie wtedy, jeżeli obrażenia byłyby zbyt duże, aby mógł poradzić sobie z nimi sam. W tym przypadku było inaczej, więc postanowił oszczędzić sobie podejrzliwych pytań i konfrontacji ze służbami, które szpital prawdopodobnie by zawiadomił, widząc faceta z odciętym palcem i wydłubanym okiem.
Pewne rzeczy powinny zostać nieodkryte przez ludzi, którzy nie powinni mieć z nimi nic wspólnego.
Być może w tej myśli było coś więcej, może żałował swoich wcześniejszych wyborów, ale nawet jeżeli, to odpychał od siebie te negatywne myśli, bo niezależnie od nich, czasu nie potrafił cofać i mógł jedynie naprawiać teraźniejszość dla lepszej przyszłości. To właśnie robił.
Następne minuty upłynęły na bardzo nieprzyjemnych czynnościach, kilka łyków alkoholu rozpaliło go od środka, ale wiedział że to nie wystarczy, aby dłonie przestały drżeć ze względu na zbyt duży ból. Zaczął od miejscowego zastrzyku, znieczulającego palec. Musiał uważać, żeby znieczulenie nie objęło całej dłoni, więc wstrzyknął tyle, aby jak najszybciej zszyć kikut. Zdezynfekował ranę, obłożył ją gęstą substancją o silnym, niezbyt przyjemnym zapachu, po czym owinął opatrunkiem i bandażem. Dopiero wtedy odetchnął, czując jak na czoło wstępują mu krople potu.
Druga część miała być znacznie trudniejsza.
— Musiałem. Ponosisz odpowiedzialność odkąd po raz pierwszy postawiłeś nogę na cmentarzu. Nie będę cię dłużej narażał — odparł zachrypniętym głosem i napił się kolejnego łyka alkoholu. Nie mógł też przesadzić, żeby wzrok nie zaczął mu się rozmazywać. Kalfu siedział podejrzanie cicho, jakby sam czuł napięcie, co nie było do niego ani trochę podobne.
Musiał zacisnąć zęby na czymś twardym, włożyć rękawiczki, zdezynfekować wszystkie potrzebne mu przedmioty i przypalić naczynia krwionośne, żeby zatamować krwawienie, które ponowiło się, gdy zdjął zaciski. Ból był duży, na tyle, że dławił krzyki i ledwo skończył przypalanie, osunął się na oparcie kanapy, tracąc przytomność. Wysiłek był za duży, nawet dla niego.
Kiedy tylko jego świadomość odcięła się od ciała, to usiadło prosto, ściągnęło łopatki i otworzyło zdrowe oko szeroko, patrząc przed siebie wyjątkowo przytomnie. Kalfu rozejrzał się po salonie. Jeszcze nigdy nie patrzył oczami Caspara, zawsze był gdzieś w jego głowie, czasami obok, ale nigdy jeszcze nie kontrolował jego ciała i nigdy nie miał takiego zamiaru. Wyjątkowo sytuacja wymagała jednak wyjątkowych rozwiązań.
— Proteus — powiedział niskim, wyjątkowo melodyjnym głosem, zupełnie innym, niż głos Caspara. W jego oku tańczyły złote iskry, co też było czymś zupełnie nowym. Kalfu patrzył na Proteusa nieprzerwanie dłuższą chwilę. Miał ochotę go dotknąć, zobaczyć jak to jest, już wcześniej przychodziło do niego to pragnienie i był pewien, że to naprawdę przyjemne. Miał jednak inne zadanie, więc na nim się skupił. Ciało już nie drżało. Był skoncentrowany i spokojny. Nie odczuwał bólu tak, jak ludzie. Potrafił manipulować ludzkim umysłem, w tym przypadku umysłem Caspara, i wyłączyć na swoje potrzeby część mózgu, odpowiadającą za ból. Zszył naczynia szybko i dokładnie, zdezynfekował rany, nałożył maść i przykrył pusty oczodół opatrunkiem.
— Caspar odpoczywa — odezwał się po chwili, kiedy upewnił się, że ciało medium zostało odpowiednio zabezpieczone. — Należy posprzątać — dodał po chwili, patrząc bez emocji na bałagan wokół siebie i zachlapane krwią lustro. Chyba oczekiwał, że Proteus wszystko ogarnie.
proteus rockwell
anna
一 Więc mogłem ponieść ją sam! 一 krzyknął. Nie potrafił tego powstrzymać; jego emocje brały górę, przez co zachowywał się jak skończony kretyn.
Szybko pożałował swoich słów; kiedy tylko uświadomił sobie, w jakiej sytuacji stawiał rannego Caspara, zagryzł mocno wewnętrzną część policzka i westchnął głośno.
Był skończonym idiotą; był k r e t y n e m, który nie potrafił wytrzymać chwili, bo musiał stawiać się na pierwszym miejscu.
Przyglądał się uważnie działaniom partnera, nie potrafiąc powstrzymać dygotania ciała. Był niesamowicie przytłoczony i przerażony; nie wiedział, czy Cas da sobie radę w pojedynkę, co napawało go lękiem, bo nie miał wystarczająco wiedzy, aby pomóc.
Proteus płakał; po jego policzkach płynęły strumienie słonych łez, a on nie potrafił ich powstrzymać.
Nie umiał żyć bez Caspara; nie umiał sobie wyobrazić, co będzie, jak partner z tego nie wyjdzie, dlatego beczał żałośnie, wpadając w coraz większą panikę.
Jego samopoczucie uległo znacznemu pogorszeniu się, kiedy medium nie mógł powstrzymywać krzyków; właśnie wtedy Rockwell poczuł niemal fizyczny ból, zaś gdy dostrzegł, że mężczyzna traci przytomność, poderwał się ze swojego miejsca, chcąc się nim zaopiekować.
Zaledwie chwilę później wydarzyło się coś, czego Proteus nie potrafił nazwać. Załkawszy głośno, przyglądał się sztywno wyprostowanej sylwetce. 一 Co? 一 rzucił, mając trudność ze zrozumieniem, co tu się właściwie działo. 一 Dlaczego... 一 spróbował, lecz głos znów ugrzązł mu w gardle. Rockwell miał w sobie zbyt wiele emocji; od ich natłoku kręciło mu się w głowie, a sytuacji nie polepszało to, że wciąż płakał.
Dlaczego wpakowali się w tak trudną sytuację?
Jak mieli wyjść z niej obronną ręką, gdy na ich drodze leżało tyle przeszkód?
一 Ja... 一 Trzecioosobowy tryb wypowiedzi tak bardzo wybił go z rytmu, że Proteus nie potrafił zmusić się do powrotu na właściwe tory.
Pomogła mu dopiero dobitniejsza reakcja Kalfu; ogarniająca go fala emocji skłoniła go do wstania i do rozpoczęcia porządków. Należało wiedzieć, że Proteus nie był specjalistą 一 szczerze mówiąc był naprawdę k i e p s k i 一 bo przywykł do tego, że ludzie wykonywali tę pracę za niego, ale tym razem się starał, bo wiedział, że wymagała tego sytuacja.
Uprzątnięcie przestrzeni zajęło mu dłuższą chwilę; kiedy zaś skończył, powrócił do swojej poprzedniej pozycji 一 zająwszy miejsce na podłodze, wyczekująco wpatrywał się w partnera, nie wiedząc, co dalej. 一 Coś jeszcze? 一 spytał, nie wiedząc, z kim miał do czynienia. 一 Caspar? 一 dodał szeptem.
Bał się.
Tak cholernie się bał i pragnął, aby to wszystko się skończyło.
Caspar Malveaux
Szybko pożałował swoich słów; kiedy tylko uświadomił sobie, w jakiej sytuacji stawiał rannego Caspara, zagryzł mocno wewnętrzną część policzka i westchnął głośno.
Był skończonym idiotą; był k r e t y n e m, który nie potrafił wytrzymać chwili, bo musiał stawiać się na pierwszym miejscu.
Przyglądał się uważnie działaniom partnera, nie potrafiąc powstrzymać dygotania ciała. Był niesamowicie przytłoczony i przerażony; nie wiedział, czy Cas da sobie radę w pojedynkę, co napawało go lękiem, bo nie miał wystarczająco wiedzy, aby pomóc.
Proteus płakał; po jego policzkach płynęły strumienie słonych łez, a on nie potrafił ich powstrzymać.
Nie umiał żyć bez Caspara; nie umiał sobie wyobrazić, co będzie, jak partner z tego nie wyjdzie, dlatego beczał żałośnie, wpadając w coraz większą panikę.
Jego samopoczucie uległo znacznemu pogorszeniu się, kiedy medium nie mógł powstrzymywać krzyków; właśnie wtedy Rockwell poczuł niemal fizyczny ból, zaś gdy dostrzegł, że mężczyzna traci przytomność, poderwał się ze swojego miejsca, chcąc się nim zaopiekować.
Zaledwie chwilę później wydarzyło się coś, czego Proteus nie potrafił nazwać. Załkawszy głośno, przyglądał się sztywno wyprostowanej sylwetce. 一 Co? 一 rzucił, mając trudność ze zrozumieniem, co tu się właściwie działo. 一 Dlaczego... 一 spróbował, lecz głos znów ugrzązł mu w gardle. Rockwell miał w sobie zbyt wiele emocji; od ich natłoku kręciło mu się w głowie, a sytuacji nie polepszało to, że wciąż płakał.
Dlaczego wpakowali się w tak trudną sytuację?
Jak mieli wyjść z niej obronną ręką, gdy na ich drodze leżało tyle przeszkód?
一 Ja... 一 Trzecioosobowy tryb wypowiedzi tak bardzo wybił go z rytmu, że Proteus nie potrafił zmusić się do powrotu na właściwe tory.
Pomogła mu dopiero dobitniejsza reakcja Kalfu; ogarniająca go fala emocji skłoniła go do wstania i do rozpoczęcia porządków. Należało wiedzieć, że Proteus nie był specjalistą 一 szczerze mówiąc był naprawdę k i e p s k i 一 bo przywykł do tego, że ludzie wykonywali tę pracę za niego, ale tym razem się starał, bo wiedział, że wymagała tego sytuacja.
Uprzątnięcie przestrzeni zajęło mu dłuższą chwilę; kiedy zaś skończył, powrócił do swojej poprzedniej pozycji 一 zająwszy miejsce na podłodze, wyczekująco wpatrywał się w partnera, nie wiedząc, co dalej. 一 Coś jeszcze? 一 spytał, nie wiedząc, z kim miał do czynienia. 一 Caspar? 一 dodał szeptem.
Bał się.
Tak cholernie się bał i pragnął, aby to wszystko się skończyło.
Caspar Malveaux