ODPOWIEDZ
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Słońce przebijało się przez zakurzone żaluzje, malując na ścianach ciasnego mieszkania Nerissy długie, nierówne pasy światła. Dziewczyna leżała na kanapie, niezdolna do ruchu, z głową pulsującą tępym bólem po nieprzespanej nocy w klubie. Zapach stęchlizny i resztek wczorajszego dnia wypełniał każde pęknięcie w tynku.
Długi, które odziedziczyła po zmarłym bracie były dla niej jak ciężki, mokry całun. Każdego ranka budziła się z tym samym duszącym ciężarem w klatce piersiowej.
Kiedy dzwonek rozbrzmiał po raz pierwszy - krótki, suchy, pozbawiony wahania - Nerissa zamarła. Jej serce wykonało gwałtowny skok, a w żołądku poczuła dobrze znany, lodowaty skurcz paniki. Każde pukanie do drzwi było dla niej jak wyrok; widziała już oczyma wyobraźni kolejnych osiłków w skórzanych kurtkach, ich drwiące uśmiechy i groźby. Czekała w bezruchu, wstrzymując oddech, mając nadzieję, że jeśli będzie wystarczająco cicho, to windykator uzna, że mieszkanie jest puste. Ale dzwonek zadzwonił znowu, z natarczywością, która nie pozostawiała złudzeń; nie odejdą dopóki nie otworzy.
Zwlekła się z kanapy, a jej ciało protestowało przy każdym ruchu. Boso przeszła przez przedpokój, czując chłód paneli pod stopami i drżenie własnych kolan. Nie patrzyła w wizjer; nie chciała widzieć kolejnej bezlitosnej twarzy, która przyszła upomnieć się o swoje. Chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi, gotowa na kolejną dawkę upokorzeń.
W progu stał mężczyzna. Nie znała go - był zupełnie obcy. Ubrany w ciemną kurtkę, która zdawała się chłonąć mrok z klatki schodowej, i czapkę z daszkiem głęboko nasuniętą na czoło. Bez słowa, bez cienia uprzejmości, wcisnął jej w dłoń grubą, ciężką, żółtą kopertę.
-Co jest? - zapytała, gdy nieznajomy bez słowa po prostu odwrócił się i odszedł.,
Zatrzasnęła drzwi i wróciła do kuchni, oddychając z taką trudnością, jakby przed chwilą przebiegła maraton.
Nie zagłębiając się w szczegóły, nie analizując , czy na kopercie w ogóle widnieje jej nazwisko, rozerwała papier z taką samą beznamiętnością, z jaką otwierała wszystkie rachunki, czując narastającą w sercu gorycz i bezsilność wobec własnego losu.
Zawartość wysunęła się na blat z głuchym, metalicznym dźwiękiem. Nerissa cofnęła się o krok. Z koperty wypadły dwa ciężkie, surowe klucze o dziwnym profilu, które z cichym brzękiem potoczyły się po drewnianym blacie. Obok nich wylądował plik zdjęć o wysokiej jakości.
Pochyliła się nad nimi, a jej oddech stał się nierówny. Pierwsza fotografia przedstawiała mężczyznę w średnim wieku, wychodzącego z przeszklonego biurowca. Kolejne ukazywały go wewnątrz przytulnej kawiarni, w jego samochodzie, aż w końcu zbliżenie na wejście do jego budynku. Nerissa wzięła do ręki ostatnią kartkę - zestawienie danych osobowych owego mężczyzny i przerażająco wysoką kwotę, której nie spłacił.
W kuchni zrobiło się nagle przeraźliwie cicho. Nerissa powoli odwróciła pustą już kopertę. Na jej zewnętrznej stronie, wypisany markerem o grubym, czarnym filcu, widniał tylko jeden napis: " Mieszkanie 165".
Ktoś pomylił mieszkania.
Nerissa zrozumiała, że nie trzyma w dłoniach swoich rachunków. Trzymała w dłoniach "narzędzia" pracy kogoś, kto zajmował się egzekwowaniem długów od innych. Dziewczyna wpatrywała się w blat, a świat wokół niej zdawał się tracić ostrość. Jej własny oddech wydawał jej się teraz zbyt głośny, niemal agresywny w ciszy kuchni. W głowie czuła znajomy, pulsujący ból, który zawsze pojawiał się, gdy wspomnienia o bracie i długi stawały się nie do zniesienia, ale to, co czuła teraz, było czymś znacznie bardziej dominującym. To nie był już tylko zwykły strach przed jutrem. To było uczucie całkowitego rozbicia, jakby fundamenty, na których z trudem budowała swój pozorny spokój, właśnie runęły.
Przez trzy lata była więźniem systemu, który nie znał litości - każdej nocy w klubie czuła na sobie wzrok mężczyzn, którzy traktowali ją jak przedmiot, a każdego ranka bała się listonosza i domofonu. A teraz?
Teraz trzymała w rękach dowód na to, że ktoś inny czerpie z tego procesu zysk, że ktoś inny uczynił z cudzego nieszczęścia swoje codzienne rzemiosło.
Kiedy jej palce musnęły zimny metal kluczy, przeszły ją dreszcze. Czuła się, jakby dotykała przedmiotu na wskroś skażonego. Ogarnęła ją fala czystego, zwierzęcego przerażenia - zrozumiała, że nieświadomie weszła w posiadanie czegoś, co nie miało trafić do niej. Czegoś czego nie miała w ogóle zobaczyć na oczy. Czuła, jak jej dłonie, dotąd drżące, stają się nagle lodowate, a serce bije w nierównym, chaotycznym rytmie.
To było emocjonalne rozdarcie - między chęcią wyrzucenia tych przedmiotów przez okno i ucieczki jak najdalej, a desperacką, niemal obłędną pokusą, by zatrzymać je przy sobie i zobaczyć do czego może doprowadzić ta chwila przeznaczenia. Nerissa czuła się, jakby w jednej sekundzie życie rzuciło jej wyzwanie, na które nie była gotowa, ale któremu - w swojej rosnącej desperacji - nie potrafiła się już oprzeć.
Szybko jednak zrozumiała, że ta koperta nie jest żadną szansą, lecz wyrokiem, a każda minuta zwłoki przybliża ją do świata, z którego nikt nie wraca bez blizn. Zrozumiała, że jedynym sposobem na uniknięcie katastrofy jest jak najszybsze pozbycie się tego niebezpiecznego bagażu.
-Jesteś zajebista, Nerissa... trzeba mieć talent żeby wjebać się w kłopoty siedząc w domu...,
Drżącymi dłońmi zgarnęła zdjęcie i klucze, wpychając je z powrotem do szorstkiej, żółtej koperty. Każdy jej ruch był teraz nacechowany desperackim pragnieniem powrotu do choćby pozorów bezpieczeństwa, jakie zapewniała jej ta ciasna i duszna codzienność.
Nie było już w niej miejsca na mroczną ciekawość czy pokusę zysku; liczyło się tylko zminimalizowanie strat i uniknięcia starcia z kimś, kto zajmował się zawodowym niszczeniem ludzi. Czuła, jak jej własne serce wali o żebra w rytm narastającej paniki, gdy zaciskała dłoń na kopercie, traktując ją jak rozżarzony węgiel, którego chciała się jak najszybciej pozbyć.
Z zaciśniętą szczęką i wzrokiem wbitym w ciemny korytarz, ruszyła na dół schodami w stronę mieszkania 165, czując, że każdy krok przybliża ją do jednego słusznego rozwiązania. Podeszła pod drzwi i zawahała się tylko przez ułamek sekundy, z dłonią zaciśniętą na szorstkiej kopercie, po czym, nie dając sobie czasu na wycofanie się, trzy razy krótko i zdecydowanie zastukała w drewno. Chciała tylko jednego - oddać to, co nie było jej, i zaszyć się ponownie w swoim małym, nędznym świecie, gdzie jedynym jej problemem pozostaną długi, które przynajmniej znała na wylot.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
#13
Blood is thicker than water | "outfit"
Trigger Warning
brutalność
Noc zaczęła się spokojnie, tak jak większość zleceń tego typu – bez zbędnego teatru, bez patosu, bez niepotrzebnego pokazywania siły, zanim jeszcze okazała się konieczna. Elijah wolał załatwiać takie sprawy możliwie cicho. Rozmowa, ewentualnie stanowczy ton, czasem spojrzenie, które samo w sobie było wystarczającym argumentem. Tym razem klient nazywał się Marcus Deveraux i miał na koncie zaległość, którą przez ostatnie trzy tygodnie skutecznie ignorował, chowając się po barach na obrzeżach Bywater, gdzie muzyka była na tyle głośna, że można było udawać, że nie słyszy się dzwoniącego telefonu.
Znalazł go w końcu w jednym z takich miejsc – ciasnym, dusznym lokalu z poplamionym linoleum, migoczącym neonem reklamującym piwo, którego nikt już nie produkował, i barmanem, który patrzył na wszystko z twarzą człowieka dawno pogodzonego z tym, że jego zakład widział rzeczy gorsze niż kolejna kłótnia o pieniądze. Lynskey usiadł obok Marcusa przy barze, zamówił wodę, którą i tak nie zamierzał pić, i zaczął rozmowę tak jak zawsze – spokojnie, rzeczowo, dając mężczyźnie ostatnią szansę na to, żeby zachował się jak rozsądny człowiek.
Marcus jednak miał inny plan na wieczór. Może alkohol dodał mu odwagi, może desperacja, a może po prostu głupota, która czasem chodziła w parze z jednym i drugim. Zaczął się stawiać. Podniesiony głos, oskarżenia o wymyślone długi, palec wycelowany w twarz Elijaha, jakby to on był tym, kto powinien się tłumaczyć. Kilka osób przy barze odwróciło głowy, ale szybko wróciło do swoich drinków – tutejsi klienci nauczyli się nie wtrącać w sprawy, które ich bezpośrednio nie dotyczyły.
Kiedy mężczyzna poderwał się z krzesła i spróbował uderzyć pierwszy, cała reszta wieczoru potoczyła się w ten przewidywalny, niemal znużony nieuchronnością sposób, jaki Elijah widział już dziesiątki razy. Uchylił się bez wysiłku, chwycił gagatka za nadgarstek i wykręcił go pod kątem, który natychmiast wybił z niego resztki fantazji o bohaterskim oporze. Krzesła się przewróciły. Ktoś krzyknął, żeby przenieśli to na zewnątrz, ale zanim zdążyli, Marcus sięgnął po pierwszą rzecz, jaka nawinęła mu się pod rękę – pustą butelkę stojącą na barze – i machnął nią w stronę głowy Elijaha z desperacją człowieka, który zrozumiał, że przegrywa i nie ma już nic do stracenia.
Nie trafił. Azjata zablokował ruch przedramieniem, poczuł szkło pękające o kość, a potem, zanim mężczyzna zdążył się cofnąć, wyrwał mu resztki butelki z dłoni i, kierowany czystym, zwierzęcym odruchem połączonym z chłodną kalkulacją, przeciągnął ostrą, poszarpaną krawędzią po jego przedramieniu. Krew popłynęła natychmiast, gorąca, ciemna w słabym świetle baru, ochlapując podłogę, bar oraz rękaw koszulki Lynskeya. Deveraux wrzasnął, upadł na kolana, ściskając ranę drugą dłonią, a cała reszta lokalu zamarła w tej specyficznej ciszy, jaka pojawiała się zawsze, gdy przemoc przestawała być abstrakcją i stawała się czymś, co można było poczuć własnym nosem.
Reszta poszła już szybko. Elijah przyklęknął obok skulonego mężczyzny, wyciągnął z jego kurtki portfel, odliczył należną kwotę co do dolara, resztę wepchnął z powrotem i pochylił się nad jego uchem, szepcząc mu coś, czego nikt inny nie usłyszał, ale co sprawiło, że Marcus przytaknął gorączkowo, wciąż trzymając się za ramię. Barman nie zadzwonił po nikogo. Nikt w tym miejscu nie dzwonił po gliny, bo każdy miał coś do ukrycia.
Wyszedł stamtąd, gdy niebo na wschodzie zaczynało już jaśnieć brudnoróżowym, zmęczonym świtem, jaki Nowy Orlean produkował po każdej długiej nocy. Motocykl czekał tam, gdzie go zostawił, a on dosiadł go z rutynową obojętnością człowieka, który robił to zbyt wiele razy, żeby cokolwiek jeszcze go w tym poruszało. Krew na rękawie zdążyła już zaschnąć, ciemniejąc, sztywniejąc na materiale. Nie była ona jego, ale i tak przyklejała się nieprzyjemnie do skóry pod spodem.
Jechał tylnymi uliczkami, unikając głównych arterii, unikając ludzi, unikając wszystkiego, co mogłoby skłonić kogoś do przyjrzenia się mu dłużej niż przez ułamek sekundy. Późny poranek nie sprzyjał anonimowości – ludzie zaczynali wychodzić z domów, biegacze, ludzie z psami, kobiety niosące torby z zakupami – więc trzymał się cienia budynków, opuścił wizjer kasku niżej, niż wymagały tego przepisy i modlił się w duchu do żadnego konkretnego boga, żeby nikt nie zapytał, dlaczego wygląda, jakby właśnie wyszedł z rzeźni.
Dotarł na miejsce szybciej, niż się spodziewał. Zaparkował maszynę niechlujnie niedaleko budynku. Wejście na szóste piętro pokonał, czując w nogach ten specyficzny, ciężki rodzaj zmęczenia, który nie miał nic wspólnego z mięśniami, lecz akumulowanym przez całą noc napięciem. Otworzył drzwi mieszkania 165, wszedł do środka i rzucił kopertę z odzyskaną gotówką na komodę stojącą tuż przy wejściu, gdzie wylądowała z głuchym, satysfakcjonującym dźwiękiem czegoś ciężkiego.
Nie zdążył nawet zamknąć drzwi na klucz, zanim zaczął się rozbierać. Koszulka, sztywna od zaschniętej krwi, wylądowała na podłodze przedpokoju. Buty zrzucił bez rozsznurowywania, kopiąc je gdzieś w kąt. Spodnie zostawił w połowie korytarza, jakby znaczył sobą drogę do łazienki, niczym Jaś i Małgosia zostawiający okruszki, tyle że zamiast chleba były to brudne, poplamione juchą i alkoholem ubrania.
Prysznic wziął szybki, niemal mechaniczny – gorąca woda spłukała z niego zapach dymu papierosowego, taniego piwa i cudzej krwi, podczas gdy on stał nieruchomo, opierając czoło o kafelki, pozwalając ciepłu robić swoje. Umył zęby, patrząc na własne odbicie w zaparowanym lustrze, z wyrazem twarzy człowieka, który już dawno temu przestał się nad sobą zastanawiać, po czym powlókł się do sypialni, gdzie założył parę bokserek i padł na łóżko jak długi, nie zawracając sobie głowy kołdrą, prawidłowo ułożoną poduszką ani czymkolwiek innym poza tragiczną potrzebą snu.
Zasnął niemal natychmiast, w tym gęstym, bezdennym rodzaju snu, jaki przychodził wyłącznie po nocach spędzonych na robieniu rzeczy, o których lepiej było nie myśleć zbyt długo.
Pukanie wyrwało go z tej ciemności powoli, niechętnie, jakby jego świadomość próbowała się bronić przed powrotem do świata. Nie było natarczywe. Nie było agresywne. Ot, zwyczajne, uparte stukanie w drzwi, wystarczająco głośne, żeby przebić się przez warstwy zmęczenia, ale niewystarczające, żeby wywołać w nim jakikolwiek alarm.
Wygramolił się z łóżka z jękiem, który zabrzmiał bardziej jak coś wydobywającego się z gardła starszego mężczyzny niż dwudziestotrzylatka, i ruszył w stronę drzwi, nie trudząc się, by założyć na siebie coś więcej, niż w czym już był. Żaden szlafrok. Żadna koszulka narzucona na ramiona w geście przyzwoitości. Miał to gdzieś. Ktokolwiek stał po drugiej stronie, musiał się z tym pogodzić.
Uchylił drzwi na tyle, żeby móc w nich stanąć, ukazując się przybyłej osobie w pełnej, niezakłóconej niczym okazałości. Zmrużone od światła dnia oczy przesunął po sylwetce kobiety stojącej w progu, nieprzytomnym, jeszcze na wpół pogrążonym we śnie wzrokiem, zanim ziewnął szeroko, bez cienia zażenowania, opierając dłoń o framugę.
Cześć – mruknął głosem chrapliwym od brutalnie przerwanego snu i papierosów sprzed kilku godzin. – W czym mogę pomóc?
Nie zauważył jeszcze koperty w jej dłoniach. Nie dostrzegł jeszcze niczego poza tym, że ktoś obcy stał pod jego drzwiami o tej porze, kimkolwiek był, i że najwyraźniej to on musiał teraz z siebie wykrzesać, choć odrobinę uprzejmości, zanim jego mózg w pełni się obudzi.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Korytarz wydawał się ciaśniejszy niż jeszcze kilka minut temu. Duszne, nieruchome powietrze przykleiło się do skóry, a zapach starego betonu i wilgoci drażnił nozdrza przy każdym, płytkim oddechu. Świetlówka zawieszona nad schodami migotała nieregularnie, rzucając na ściany blade, drżące światło. W tej ciszy każdy dźwięk urastał do nienaturalnych rozmiarów - szelest koperty pod jej palcami, własny oddech i dudniące w uszach bicie serca.
Nerissa stała nieruchomo przed drzwiami mieszkania numer sto sześćdziesiąt pięć, lecz w środku rozpadała się na kawałki.
Przez te kilka sekund, które minęły od zapukania do chwili, gdy po drugiej stronie rozległy się ciężkie kroki, zdążyła podjąć decyzję o ucieczce chyba z dziesięć razy. Mięśnie nóg napinały się mimowolnie, gotowe ponieść ją z powrotem po schodach. Wyobraźnia podsuwała kolejne scenariusze - że odwróci się ma pięcie, wejdzie po schodach zniknie, zanim ktokolwiek zdąży przekręcić zamek. Że wrzuci kopertę do pierwszego lepszego kosza, jakby nigdy jej nie znalazła. Albo że po prostu zostawi ją pod drzwiami i odejdzie, nie oglądając się za siebie.
Żaden z tych pomysłów nie wydawał się jednak wystarczająco dobry,
Im dłużej trzymała kopertę, tym bardziej miała wrażenie, że ciąży w dłoniach niczym ołów. Nie była już zwykłym kawałkiem papieru. Była dowodem. Milczącym świadkiem czegoś, czego nigdy nie powinna była zobaczyć. Zdjęcia, kluczę, nazwisko człowieka, którego życie najwyraźniej zostało wycenione na konkretną kwotę... Wszystko to wracało do niej z niepokojącą wyrazistością.
Rozsądek podpowiadał jedno.
Powinna była pójść na policję.
Oddać kopertę ludziom, którzy zajmowali się takimi sprawami. Zrzucić z siebie ten ciężar i pozwolić komuś innemu podjąć decyzję.
Ale rozsądek od dawna przegrywał u niej z lękiem.
Przez ostatnie lata nauczyła się, że są ludzie, przed którymi nie chroni ani prawo, ani odznaka, ani dobre intencje. Zbyt wiele razy patrzyła, jak ci silniejsi robią, co chcą, podczas gry inni odwracali wzrok. Policja nie była dla niej symbolem bezpieczeństwa. Była kolejną niewiadomą.
Palce zacisnęły się mocniej na szorstkim papierze, aż ostre krawędzie koperty boleśnie wbiły się w skórę. Nerissa niemal nie czuła własnych dłoni. Czuła tylko paniczną potrzebę zakończenia tego wszystkiego. Oddać ją właścicielowi. Usłyszeć zatrzaskiwanie drzwi. Wrócić do swojego mieszkania i wmówić sobie, że ten dzień nigdy się nie wydarzył.
Kiedy po drugiej stronie drzwi rozległ się dźwięk przekręcanego zamka, Nerissa poczuła, jak całe jej ciało instynktownie się napina. Jeszcze mogła się wycofać. Wystarczyłoby odwrócić się na pięcie, wejść po schodach i uznać, że koperta nigdy nie trafiła w jej ręce. Przez ostatnie kilka minut przećwiczyła ten scenariusz w głowie tyle razy, że właściwie dziwiła się, iż nadal stoi pod mieszkaniem numer 165.
Najbezpieczniejszym jednak rozwiązaniem wydawało się oddanie koperty właścicielowi i zniknięcie z jego życia równie szybko, jak się w nim pojawiła.
Przynajmniej taki był plan.
Plan rozpadł się dokładnie w chwili, gdy drzwi się otworzyły.
Nerissa przez kilka sekund zwyczajnie patrzyła.
I patrzyła.
I chyba zapomniała, że wypadałoby powiedzieć cokolwiek.
Przez całą drogę była święcie przekonana, że drzwi otworzy jej jakiś łysy bydlak z karkiem szerszym od framugi. Taki, którego twarz wygląda, jakby przegrała bójkę z tarką do warzyw, a tatuaże zaczynały się gdzieś przy skroni i kończyły dopiero przy kostkach. Człowiek, który jednym spojrzeniem potrafi przekonać każdego dłużnika, że jednak warto było spłacać raty na czas.
Los najwyraźniej uznał, że ma wyjątkowo specyficzne poczucie humoru.
Bo w progu stał młody mężczyzna w samych bokserkach.
Rozczochrane włosy sugerowały, że brutalnie wyrwała go ze snu, a lekko nieprzytomne spojrzenie mówiło wyraźnie, że jego mózg dopiero zastanawia się, czy warto rozpocząć dzisiejszy dzień. Nie wyglądał ani trochę groźnie. Wręcz przeciwnie. Miał zaskakująco łagodne rysy i twarz, której nijak nie potrafiła dopasować do zawartości koperty. Spojrzenie bezwiednie przesunęło się po jego sylwetce, bardziej z czystego niedowierzania niż z ciekawości. Jakby gdzieś po drodze zgubił wszystkie tatuaże, blizny i złowrogą aurę, które tak skrupulatnie dopisała mu w swojej wyobraźni.
Przez krótką chwilę nawet zerknęła na numer mieszkania.
Sto sześćdziesiąt pięć.
Potem znowu na niego.
I znowu na numer.
Jej mózg uparcie próbował odnaleźć w nim cokolwiek, co przypominałoby człowieka ze świata mafii. Cokolwiek. Tatuaż, blizna. Chociaż złamany nos. Tymczasem jedynym, co udało jej się znaleźć, był wyraźny ślad po poduszce odciśnięty na policzku.
To było wręcz obraźliwe.
Jak ktoś z takim arsenałem w szafie mógł wyglądać, jakby jego największym problemem było to, że obudziła go przed pierwszą kawą? Dopiero po chwili uświadomiła sobie, ze od dobrych kilkunastu sekund stoi w kompletnej ciszy i bezceremonialnie go lustruje.
Gdyby sytuacja nie była tak absurdalnie stresująca, prawdopodobnie sama parsknęłaby śmiechem. Niestety wszechświat najwyraźniej uznał, że najlepsze żarty opowiada się właśnie wtedy, gdy człowiek najchętniej zapadłby się pod ziemię. Nerissa odchrząknęła cicho, bardziej po to, by przypomnieć samej sobie, że wciąż potrafi wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, niż dlatego, że rzeczywiście miała coś do powiedzenia.
Z boku musieli wyglądać komicznie.
Ona, stojąca na progu z kopertą przyciśniętą do piersi niczym ostatnią deską ratunku, i on, w samych bokserkach , z miną człowieka, który najwyraźniej wciąż próbował zdecydować, czy to dzieje się naprawdę, czy jego mózg postanowił spłatać mu wyjątkowo dziwny sen.
Wiedziała jednak, że niezależnie od tego, jak niewinnie wyglądał mężczyzna stojący przed nią, pod zaspaną twarzą mógł kryć się ktoś znacznie bardziej niebezpieczny, niż kiedykolwiek chciałaby poznać.
Mimo wszystko nie potrafiła pozbyć się jednej, wyjątkowo natrętnej myśli...że mafia miała zdecydowanie lepszy dział rekrutacji, niż się spodziewała.
Nie mogła pozbyć się wrażenie, że gdzieś po drodze popełniła całą serię wyjątkowo nietrafionych decyzji. Najpierw odebrała cudzą przesyłkę. Później uznała, że otwarcie jej to świetny pomysł. Następnie obejrzała wszystko, co znajdowało się w środku, a na sam koniec stwierdziła, że osobiste dostarczenie koperty właścicielowi brzmi jak plan, który z pewnością nie skończy się katastrofą.
Patrząc na to z odpowiedniej perspektywy, naprawdę trudno było nie podziwiać własnej konsekwencji.
Coraz bardziej irytował ją fakt, że własne sumienie miało dziś wyjątkowo dużo do powiedzenia. Gdyby była odrobinę mniej ciekawska i odrobinę bardziej rozsądna, najprawdopodobniej siedziałaby teraz z kubkiem kawy, zastanawiając się, co obejrzeć, zamiast stać pod drzwiami obcego mężczyzny z sercem bijącym zdecydowanie szybciej, niż powinno.
Mimowolnie pokręciła głową, dochodząc do wniosku, że życie chyba naprawdę uwielbiało sprawdzać, jak daleko można przesunąć granicę absurdu.
Nerissa w końcu zmusiła się do oderwania wzroku od mężczyzny. Odetchnęła cicho, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że oddychanie jest całkiem przydatną umiejętnością, po czym uniosła kopertę nieco wyżej,
- Chyba... to należy do Ciebie. - Wyciągnęła ją w jego stronę, jednak nie puściła od razu. - A przynajmniej bardzo liczę na to, że do Ciebie. Byłoby naprawdę niezręcznie, gdybym właśnie obudziła niewłaściwego faceta.
Na jej ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. Bardziej nerwowy niż rozbawiony.
- Kurier zrobił sobie małą wycieczkę po piętrach i uznał, że moje drzwi będą równie dobre jak Twoje.
Puściła kopertę dopiero wtedy, gdy poczuła, że przejął jej ciężar. Przez ułamek sekundy jej dłoń zawisła w powietrzu, jakby nie do końca wierzyła, że to już koniec. Dopiero po chwili powoli rozprostowała zdrętwiałe palce.
Nie poczuła ulgi.
Raczej coś pomiędzy zmęczeniem a niepokojem, który wciąż uparcie siedział gdzieś z tyłu głowy. Miała nieodparte wrażenie, że choć właśnie pozbyła się koperty, nie pozbyła się konsekwencji jej znalezienia. Przez krótką chwilę wahała się, czy powiedzieć jeszcze coś.
- Miłego wieczoru. Chociaż po takim początku chyba oboje możemy o tym pomarzyć.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Zmrużone jeszcze od zaskakująco ostrego światła w korytarzu oczy przesunęły się po sylwetce kobiety stojącej w progu, rejestrując ją z tą samą powolną obojętnością, z jaką rejestrował wszystko inne tego dnia po nieprzespanej nocy. Nie znał jej. Może migała mu gdzieś na korytarzu, może nawet mieszkała w tym samym budynku – w końcu twarze w Goodridge miały tendencje do powtarzania się – ale nie miał pojęcia, pod jakim numerem, na którym piętrze ani jak się do cholery nazywała. Nie, żeby go to interesowało. Nie zawracał sobie głowy sąsiadami z własnego piętra, a co dopiero kimś, kogo nawet nie potrafił umiejscowić w budynku.
Ziewnął, głośno i bezwstydnie, zasłaniając usta dłonią bardziej z przyzwyczajenia niż z troski o dobre maniery, których i tak nigdy specjalnie nie kultywował. Drugą ręką potarł kark, próbując strząsnąć z siebie resztki snu, które wciąż ciążyły mu na powiekach jak coś nieznośnie fizycznego. Jego mózg pracował na irytująco wolnych obrotach, gdzieś pomiędzy kto to a czy mogę wrócić do łóżka po tym, jak się jej pozbędę.
Dopiero po chwili zauważył, że kobieta go lustruje. Otwarcie, uporczywie, z wyrazem twarzy, którego nie potrafił jeszcze zdekodować – może to przez to, jak wyglądał, w samych bokserkach, z odciśniętym śladem poduszki na policzku, a może dlatego, że spodziewała się zobaczyć kogoś zupełnie innego w tej framudze. Wzruszyłby teraz ramionami, gdyby miał na to ochotę. Z lenistwa jednak się powstrzymał. Ludzie patrzyli na niego różnie. Rzadko go to obchodziło.
Wtedy jego wzrok zjechał w dół, ku jej dłoniom, i coś w nich przyciągnęło uwagę na tyle mocno, że wyrwało go z resztek sennego otępienia.
Koperta.
W fatalnym stanie. Wyraźnie otwarta, pognieciona, może nawet przeszukana. Jeśli kobieta przytargała ją aż tutaj, pod jego drzwi, to mógł się spodziewać jednego – że należała do niego. A przynajmniej powinna była trafić do niego, zanim ktoś inny, obcy, wścibski, zdążył zajrzeć do środka.
Znał jej zawartość. A przynajmniej się jej domyślał i to wystarczyło, żeby żołądek skręcił mu się w nieprzyjemny, bolesny węzeł. W ostatnim czasie trafił na sprawę pewnego chujowego gościa, grubszej ryby, który nie zamierzał po dobroci rozstać się z należną gangowi kasą. Facet miał niezłe plecy – za szerokie jak na skalę zwykłego dłużnika, z którymi Elijah zwykł mieć do czynienia. Nie mógł po prostu wparować do jego miejsca pracy i wesoło rozkwasić mu twarzy, bo jegomość nawet nie nosił przy sobie takiej gotówki. Musiał znaleźć na niego haki. Mocne haki. Coś, co dałoby się wykorzystać, żeby wyciągnięcie z niego pieniędzy było dużo łatwiejsze. Miejsca, w których lubił odpoczywać. Adres domowy. Rodzina. Cokolwiek, na czym facetowi mogło zależeć na tyle, żeby zmiękł i uregulował to, co wisiał Skorpionom. Zwykle najprostszą opcją była żona, dzieciaki, coś w tym stylu. Tego rodzaju metody miały w sobie pewien rodzaj brzydkiego piękna. Zastraszanie działało. Często skuteczniej niż bezpośrednia przemoc, i to bez konieczności brudzenia sobie rąk.
Jego znużona, lekceważąca postawa zmieniła się nie do poznania w ułamku sekundy. Palce zacisnęły się na framudze, kostki aż zbielały, a mięśnie napięły się instynktownie, jakby przygotowywał się na przyjęcie ciosu prosto w brzuch. Coś w jego oczach zapłonęło – nie tym sennym rozdrażnieniem sprzed chwili, ale czymś znacznie ostrzejszym, chłodniejszym. Był wkurwiony. Nie tylko na kuriera, który spartolił coś tak prostego, jak dostarczenie koperty pod właściwy numer, ale też na tę obcą kobietę, która najwyraźniej nie potrafiła się powstrzymać i musiała wsadzić swój nos w coś, co nigdy nie było jej sprawą. Jebać już kuriera, który niczego w swoim życiu więcej nie dostarczy, ale ona stała się teraz jego problemem.
W głowie mignęła mu na krótką, nieprzyjemną chwilę wizja tego, jak zareagowaliby jego przełożeni, gdyby dowiedzieli się, że tak wrażliwe materiały – zdjęcia, dane, klucze – wylądowały w rękach zupełnie obcej baby przez czyjeś niedbalstwo. Nie chciał nawet myśleć, jaką formę przybrałaby ta rozmowa. Skorpiony nie wybaczały takich błędów łatwo, a jeszcze mniej odpuszczał on sam, gdy niedopatrzenie kogoś innego stawało się nagle jego zmartwieniem.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie próbowała nawet przeprosić, czy się wytłumaczyć, choć w tej sytuacji nie zaakceptowałby żadnych wymówek. Nie w tym momencie. Nie, gdy przesyłka wyglądała tak, jakby przeszła przez ręce kogoś, kto nie potrafił oprzeć się pokusie zaglądania tam, gdzie nie powinien.
A gdzie ty się, kurwa, wybierasz? – rzucił głosem nagle znacznie mniej sennym, znacznie bardziej ostrym, gdy zauważył, że kobieta, oddawszy kopertę, poczyniła ruch, jakby zamierzała się odwrócić i zniknąć na schodach, udając, że stan koperty nie był jej dziełem. – Myślisz, że po prostu wciśniesz mi to w ręce i oddalisz się w podskokach, jakby nic się nie stało?
Otworzył drzwi szerzej, jednym pewnym, zdecydowanym ruchem i wskazał głową w głąb mieszkania, gestem, który nie pozostawiał wiele miejsca na negocjacje. Na komodzie leżał naładowany Glock 19. Nie można było go przeoczyć.
Zapraszam. Musimy porozmawiać o tym, dlaczego coś, co nie należało do ciebie i co ewidentnie było zaadresowane do kogoś innego, skończyło otwarte i przeszukane w twoich łapach.
Przez moment przyglądał się jej twarzy, szukając w niej czegoś – strachu, wyzwania, czegokolwiek, co mogłoby mu podpowiedzieć, jak bardzo ta sytuacja będzie skomplikowana. Jego spojrzenie stało się bardziej penetrujące, wolniejsze, jakby oceniał ją cal po calu, próbując zrozumieć, ile faktycznie zdążyła zobaczyć, zanim postanowiła zabawić się w bohaterkę i przynieść mu to osobiście. Głupia decyzja.
Dla własnego dobra posłuchaj mnie teraz uważnie – dodał, zniżając głos do tonu, który miał w sobie więcej ostrzeżenia niż groźby, choć granica między tymi dwoma bywała u niego cienka. – Nawet jeśli osobiście nie zamierzam robić ci żadnych problemów, przynajmniej nie teraz, to są ludzie, którym bardzo zależy, żeby nic z tego, co zobaczyłaś, nie wyszło na światło dzienne. A tacy ludzie potrafią sprawić, że będziesz się bała wracać do własnego mieszkania po zmroku.
Nie planował jej grozić. Nie planował nawet zamieniać z nią więcej niż kilku słów, gdyby koperta trafiła do niego w nienaruszonym stanie, tak jak powinna od samego początku. Ale teraz, gdy był niemal pewien, że to ona ją otworzyła, że to jej niepohamowana ciekawość doprowadziła do przejrzenia jej zawartości – cóż. Sama sprowadziła na siebie kłopoty. Nikt jej w tym nie pomógł, nikt jej nie zmusił. Nie mogła mieć pretensji ani do niego, ani do nikogo innego, prócz siebie samej.
Odsunął się jeszcze o krok, trzymając drzwi otwarte, czekając, aż zdecyduje się przekroczyć próg – bo w jego mniemaniu nie było innej opcji, którą w tym momencie warto byłoby rozważać.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Nerissa przez dłuższą chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Nie dlatego, że zabrakło jej odpowiedzi, lecz dlatego, że jej myśli nie nadążały za tym, jak gwałtownie zmienił się mężczyzna stojący naprzeciwko.
Jeszcze kilka chwil wcześniej wydawał się zwyczajnym facetem, którego obudziło natarczywe pukanie do drzwi. Wyglądał na zdezorientowanego, zmęczonego i bardziej zainteresowanego powrotem do łóżka niż prowadzeniem rozmowy z nieznajomą. W pewnym momencie niemal zaczęła żałować, że w ogóle go obudziła, bo wyglądał tak, jakby za chwilę miał zasnąć na stojąco. Teraz jednak nie potrafiła znaleźć w nim ani śladu tamtego człowieka. Wystarczyło, że spojrzał na kopertę, a wszystko, co przed chwilą wydawało się naturalne, zniknęło bez śladu, pozostawiając po sobie chłód, którego nie dało się już zignorować.
Najbardziej niepokoił ją fakt, że nie potrafiła wskazać chwili, w której to nastąpiło.
Nie krzyknął od razu.
Nie rzucił się w jej stronę.
Nie zrobił niczego gwałtownego, a mimo to odniosła wrażenie, że ktoś w jednej chwili zamienił człowieka stojącego w progu na kogoś zupełnie obcego. Jego spojrzenie przestało być obojętne, a każde kolejne słowo wypowiadane było z taką pewnością, jakby od początku wiedział, że rozmowa zakończy się dokładnie w ten sposób. Nerissa mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy to właśnie był jego prawdziwy charakter, a wcześniejsza senność jedynie chwilową zasłoną, czy może dopiero widok otwartej koperty obudził w nim coś, czego nie zamierzał przed nią ukrywać.
To właśnie ta myśl okazała się najbardziej irytująca. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej cała sytuacja wydawała się banalna.
Kurier wręczył jej przesyłkę, ona bez zastanowienia zaniosła ją do mieszkania i otworzyła, będąc przekonaną, że jest skierowana do niej. Dopiero zawartość uświadomiła jej, że zaszła pomyłka. Nie zamierzała zatrzymywać koperty, nikogo szantażować ani interesować się cudzym życiem. Chciała jedynie naprawić błąd, którego sama przecież nie popełniła. Tymczasem stała teraz naprzeciw człowieka, który patrzył na nią tak, jakby świadomie przekroczyła granicę, za którą nie miała prawa się znaleźć.
Coraz wyraźniej docierało do niej, że z jego perspektywy wyglądało to zupełnie inaczej.
Otwarta koperta mówiła sama za siebie i żadne wyjaśnienia nie były w stanie tego zmienić. Nie mogła mieć do niego pretensji, że wyciągnął właśnie taki wniosek, ale jednocześnie nie potrafiła pozbyć się narastającej frustracji. Wszystko sprowadzało się do jednej absurdalnej pomyłki, za którą teraz oboje mieli zapłacić.
On, bo ktoś obcy zobaczył rzeczy, które powinny zostać tajemnicą.
Ona, bo znalazła się w samym środku historii, z którą nigdy nie chciała mieć nic wspólnego.
Mimo tego nie odwróciła wzroku.
Czuła, jak gdzieś pod skórą narasta znajomy opór, który od lat nie pozwalał jej uginać się pod czyjąkolwiek presją. Nie była głupia i doskonale rozumiała, że sytuacja wymykała się spod kontroli, jednak równie dobrze wiedziała, że jeśli teraz okaże strach albo zacznie się tłumaczyć, tylko utwierdzi go w przekonaniu, że ma nad nią przewagę. Dlatego trwała w miejscu, spokojnie odwzajemniając jego spojrzenie, choć w głowie bez przerwy próbowała znaleźć sposób, by wybrnąć z sytuacji, która jeszcze kilkanaście minut wcześniej wydawała się niemożliwa.
Nerissa jeszcze przez moment wpatrywała się w niego w milczeniu, jakby liczyła, że za chwilę usłyszy coś, co pozwoli jej uwierzyć, iż cała ta sytuacja jest jedynie nieudanym żartem.
Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Każde kolejne słowo wypowiedziane przez mężczyznę tylko utwierdziło ją w przekonaniu, ze nie zamierzał dopuścić do tego, by sprawa zakończyła się zwykłym oddaniem koperty.
Nie podobało jej się to.
Nie podobało jej się również to, z jaką łatwością próbował odebrać jej możliwość wyboru, jakby już z góry założył, że zrobi dokładnie to, czego od niej oczekiwał. Czuła narastającą irytację.
Nie dlatego, że krzyczał, ani dlatego, że jego ton stał się chłodniejszy. Drażniła ją sama świadomość, że ktoś obcy uznał, iż może wydawać polecenia.
Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka, po czym odetchnęła powoli, starając się nie okazać emocji, które coraz mocniej dawały o sobie znać.
- Ciekawe. - Odchyliła lekko głowę, nie spuszczając z niego wzroku. - Wiesz już, co zrobiłam, dlaczego to zrobiłam i jakie miałam intencje. Imponujące.
Na moment zamilkła, dając jego słowom wybrzmieć.
- Szkoda tylko, że ani jedno z tych założeń nie padło z moich ust. Kurier wręczył mi ją do rąk. Nie znalazłam jej pod Twoimi drzwiami ani nie wyciągnęłam ze skrzynki. Otworzyłam ją, bo nie miałam najmniejszego powodu sądzić, że nie jest adresowana do mnie.
Jej spojrzenie na moment stwardniało.
- Więc, jeśli już szukasz winnego całej tej sytuacji, to chyba oboje możemy się zgodzić, że nie jestem jedyną osobą, która popełniła tutaj błąd.
Po jej słowach zapadła na chwilę cisza. Wydawała się cięższa niż wszystkie wypowiedziane wcześniej słowa. Nerissa czuła na sobie jego wzrok niemal fizycznie. Nie był to zwykły kontakt wzrokowy ani próba odczytania emocji. Miał w sobie coś znacznie bardziej niepokojonego - chłodną, metodyczną ocenę, jakby próbował złożyć ją z pojedynczych elementów i zdecydować, ile z tego, co mówiła, zasługuje na wiarę.
Mimowolnie wyprostowała plecy. Nie zamierzała odwracać wzroku ani sprawiać wrażenia, że czuje się przyłapana na czymkolwiek.
Nie odrywała od niego wzroku. Kącik jej ust uniósł się ledwie zauważalnie, bardziej z przekory niż rozbawienia. W jego głosie pobrzmiewało ostrzeżenie, ale nie było ono niczym, czego wcześniej nie słyszała. Życie już nie raz stawiało na jej drodze ludzi przekonanych, że wystarczy kilka odpowiednio dobranych słów, by zmusić ją do posłuszeństwa. Groźby przybierały różne formy, zmieniały twarze i nazwiska, ale ich sens zawsze pozostawał taki sam.
Nie oznaczało to jednak, że je lekceważyła. Doskonale wiedziała, że czasem największym błędem było zignorowanie człowieka, który mówił spokojnie. Mimo to nie zamierzała pozwolić, by strach przemówił za nią.
Delikatnie przechyliła głowę.
- To nie pierwszy raz, kiedy ktoś próbuje przekonać mnie, że powinnam zacząć oglądać się przez ramię . -Jej głos pozostawał spokojny. - I pewnie nie ostatni.
Na moment zawiesiła spojrzenie na jego twarzy.
- Pytanie tylko... czy próbujesz mnie ostrzec, czy przestraszyć?
Przez dłuższą chwilę nie ruszyła się z miejsca. Wydawało się, że czas między nimi niemal stanął w miejscu. Elijah cierpliwie czekał, wciąż przytrzymując otwarte drzwi, a ona uparcie pozostawała na progu, nie zamierzając podporządkować się jego oczekiwaniom.
Dopiero kiedy na moment odwróciła od niego wzrok i spojrzała w głąb mieszkania, jej spojrzenie zatrzymało się na komodzie.
Metal błysnął w świetle padającym z korytarza.
Pistolet.
Serce zabiło jej mocniej, a żołądek ścisnął się nieprzyjemnie. Jeszcze przed chwilą część niej uparcie próbowała wmówić sobie, że być może przesadza, że cała ta rozmowa jest jedynie próbą wywarcia na niej presji. Widok broni skutecznie odebrał jej ten komfort. Nagle wszystko, co powiedział przed chwilą, przestało brzmieć jak przesadzone ostrzeżenie. Stało się boleśnie realne.
Nerissa powoli przeniosła wzrok z powrotem na faceta. Delikatny uśmiech, który jeszcze przed chwilą gościł na jej ustach, zniknął bez śladu. Nie dlatego, że zamierzała okazać mu strach. Po prostu po raz pierwszy od chwili, gdy stanęła pod jego drzwiami, zrozumiała, że ta sytuacja wymknęła się spod kontroli.
W ciszy zrobiła jeden, ostrożny krok do przodu, po czym przekroczyła próg mieszkania. Nie dlatego, że ktoś jej rozkazał. Dlatego, że instynkt podpowiadał jej, iż stanie na korytarzu i udawanie, że nic się nie dzieje, przestało być rozsądnym wyborem.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Elijah nigdy nie należał do ludzi, którzy z przyjemnością sięgali po przemoc jako pierwsze rozwiązanie. Nie dlatego, że brakowało mu do tego środków czy determinacji – po prostu wiedział, że pięści i groźby były narzędziem ostatecznym, nie pierwszym odruchem. Potrafił się powstrzymać. Potrafił walczyć z własną agresją, nawet gdy ta podpowiadała mu najprostsze, najbardziej prymitywne rozwiązanie problemu stojącego właśnie w progu jego mieszkania. Nawet, teraz gdy sytuacja była niepokojąca, mogąca w gorszym scenariuszu wystawić go na spore ryzyko, nie planował rzucać się na kobietę. Nie widział w tym sensu. Podobnie podchodził do swoich dłużników – rozmowa, spokojny ton, czasem nawet tylko odpowiednio dobrane spojrzenie wystarczały, żeby ktoś zrozumiał powagę sytuacji bez konieczności sięgania po coś ostrzejszego. Problem polegał na tym, że same słowa nie zawsze wystarczały. Czasem trzeba było podejść do tematu z odrobiną większej determinacji, żeby ktoś w ogóle zaczął traktować swoją sytuację na serio.
Pozory potrafiły mylić i wiedział to lepiej niż ktokolwiek inny. Z twarzy przypominał raczej chłopaka z okładki jakiegoś k-popowego zespołu niż bandziora, który biegał po mieście z nożem albo wymachiwał ludziom przed nosem bronią. Trochę przesady było w tym wyobrażeniu – nigdy tak naprawdę tego nie robił, ale doskonale wiedział, czym jest przemoc, zastraszanie, a przede wszystkim umiejętne budowanie wokół siebie iluzji kogoś, z kim lepiej nie zadzierać. Wysoki wzrost i wysportowana sylwetka zdecydowanie pomagały w utrzymaniu tego wrażenia. Niejeden dłużnik zmieniał ton głosu, gdy tylko dostrzegał, jak napinają się mięśnie na jego ramionach.
Nie zamierzał obarczać winą wyłącznie kobiety stojącej przed nim, ale to ona odpowiadała za stan przesyłki. On sam, nawet gdy budził się skacowany albo nieprzytomny po nieprzespanej nocy, zawsze rzucał okiem, do kogo były adresowane paczki i listy trafiające pod jego adres. Jeśli widział, że coś nie było dla niego, po prostu tego nie otwierał. Nie posiadał w sobie tej dziecinnej, niepohamowanej ciekawości, która kierowała tyloma ludźmi. Nie był wścibski. Może właśnie dzięki temu, kim był, rozumiał lepiej niż inni, że czasem lepiej było po prostu nie wiedzieć. Że można natknąć się na kogoś takiego jak on – kogoś, kto skrywał sekrety, których poznanie nie zaspokajało gorączkowej potrzeby bycia poinformowanym, tylko sprowadzało na barki problemy ciągnące się długo po tym, jak ciekawość została już dawno zaspokojona. A wszystko to wyłącznie dlatego, że ktoś okazał się zbyt zainteresowany czymś, co nigdy nie było jego.
Nie planował też walczyć, kłócić się ani szarpać z kobietą, gdyby postanowiła mu się przeciwstawić. Nie robił tego, bo musiał. Ściąganie długów było jego robotą. Śledzenie ludzi, którzy wiedzieli za dużo, i pozbywanie się ich leżały w gestii zupełnie innej komórki. Wystarczyłby jeden telefon, jedno pospiesznie zrobione zdjęcie jej twarzy, by stała się czyimś celem. Nie musiałby się nawet zastanawiać, jak dalej potoczyłyby się jej losy. A jednak wyciągnął do niej rękę. Nie dlatego, że musiał. Nie dlatego, że miał w sobie jakieś przeogromne serce, które litowało się nad obcą babą napotkaną na klatce schodowej. Najzwyczajniej w świecie nie chciał rozlewu krwi przez tak niewiele znaczący temat. Jasne, zawartość koperty była niepokojąca i gdyby wylądowała na komendzie policji, mogłaby narobić im problemów. Ale nic w dokumentach, na zdjęciach czy nawet na zewnętrznej stronie koperty nie wskazywało wprost na konkretną osobę ani na gang. Cała jej zawartość równie dobrze mogła należeć do jakiegoś prywatnego detektywa. Wolał jednak dmuchać na zimne i załatwić sprawę teraz, niż zostawić ją przypadkowi.
Machnął ręką na jej słowa, przerywając jej w połowie zdania.
Twoje tłumaczenia w ogóle mnie nie interesują – rzucił, a w jego głosie nie było już śladu tej sennej łagodności sprzed kilku minut. – Nieważne, jak paczka trafiła do twoich łap. Nieważne, co sobie myślałaś i w jakim byłaś stanie, gdy ją otwierałaś. Otwieranie czegoś, na co się nie czekało, i niezerknięcie na to, co napisane jest na kopercie, to wyłącznie twoja wina. Nie zrzucisz tego na nikogo innego, nawet jeśli teraz bardzo się starasz wyjść na przypadkową ofiarę gangsterskich porachunków.
Nie dodał, że kurier, który jako pierwszy popełnił błąd, niedługo przestanie oddychać. Ta wiedza nie była jej do niczego potrzebna. Taka fuszerka nie leżała w interesie Skorpionów. Nie było mowy o zwykłym zwolnieniu z pracy. Ludzie biorący się za tę fuchę doskonale zdawali sobie sprawę z konsekwencji popełnianych błędów. Hajs z takiej roboty był kusząco wysoki, wysiłku potrzeba było niewiele, ale każde niedopatrzenie mogło kosztować życie.
Na jej kolejne pytanie – czy próbuje ją ostrzec, czy przestraszyć – uśmiechnął się tylko kącikiem ust, bez cienia ciepła dostrzegalnego w tym geście.
A ma to jakieś znaczenie? – zapytał, przekrzywiając głowę. – Połącz kropki. Widziałaś zawartość koperty. Pewnie domyślasz się już, z kim masz do czynienia. W tym mieście już nieraz leciały głowy znanych polityków niewygodnych dla pewnych grup, a ty zastanawiasz się, czy to zwykły blef z mojej strony? Be my guest. Możesz się przekonać na własnej skórze. Nikt cię nie zmusza, żebyś mnie słuchała.
W rzeczywistości, po jej pyskówkach, miał ochotę po prostu zamknąć jej drzwi przed nosem, wysłać wiadomość do kogo trzeba i zapomnieć o całej sprawie. Irytowało go jej podejście. Próba pokazania, że to do niej należy ostatnie słowo, że sama decyduje o sobie, nawet jeśli wdepnęła w bagno, z którego bez jego pomocy nie miała szans się wygrzebać.
Kiedy uśmiech zniknął z jej twarzy i weszła do mieszkania, odetchnął nieco spokojniej. Nie dlatego, że unikał sięgnięcia po telefon i skazania kogoś na nieszczęśliwy los – zrobiłby to bez większych skrupułów, gdyby musiał. Odetchnął, bo kobieta, mimo swojej buntowniczej postawy, postanowiła jednak z nim współpracować. Niechętnie, ale jednak.
Wszedł zaraz za nią, zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku, który potem zacisnął w pięści na krótką chwilę, jakby chciał się upewnić, że dźwięk zatrzaśniętego zamka faktycznie dotarł do jej świadomości. Sięgnął po bezrękawnik wiszący niedbale na oparciu kuchennego krzesła i, choć niechętnie, założył go przez głowę, poprawiając materiał na ramionach. Nie przejmował się swoją niemal całkowitą nagością – dawno przestał przejmować się uczuciem skrępowania – ale rozmawianie o sprawach tego kalibru w samych bokserkach wydawało mu się jednak zbyt niepoważne.
Poklepał oparcie krzesła, z którego dopiero co zdjął pognieciony skrawek ubrania, dając kobiecie znać, że może zająć to miejsce.
W jego mieszkaniu panował względny porządek. Brak kurzu, żadnych walających się po podłodze pudełek po jedzeniu na wynos ani brudnych naczyń w zlewie. Jedynym śladem chaotycznego, wczorajszego powrotu były porozrzucane tu i ówdzie ubrania. Nie miał teraz głowy, żeby się tym przejmować. Nie zaprosił jej przecież na towarzyską pogawędkę przy kawie.
Przez cały ten czas nie spuszczał jej z oczu ani na moment. Podszedł do komody i sięgnął po pistolet – ten sam, który najwyraźniej stał się głównym powodem, dla którego zeszła z tonu i postanowiła przyjąć jego zaproszenie. Obrócił broń w dłoni, patrząc na nią z niemal leniwym zainteresowaniem, jakby oglądał narzędzie, po które rzadko sięgał, ale które i tak budziło w nim pewien specyficzny szacunek.
Prawie go nie używam – rzucił nagle, nie patrząc na kobietę, tylko na metal połyskujący w jego dłoni. – Wolę broń białą. Kula zabija za szybko. Ostrze noża jest bardziej precyzyjne. Pozwala się trochę pobawić.
Za oknem, gdzieś na ulicy, przejechał samochód z opuszczonymi szybami, z którego na ułamek sekundy wystrzeliła głośna, basowa muzyka, zanim zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Elijah zerknął w tamtą stronę, jakby dźwięk przypomniał mu, że świat na zewnątrz wcale się nie zatrzymał, obojętny na to, co działo się w tym jednym, niewielkim mieszkaniu.
Odłożył pistolet z powrotem na komodę, ale nie odsunął się od niego daleko, i po chwili niezręcznej ciszy, w której przyglądał się kobiecie z tą samą, chłodną, oceniającą uwagą co wcześniej, w końcu zapytał, bardziej retorycznie niż z oczekiwaniem na konkretną odpowiedź:
Co mam teraz z tobą zrobić, heh? Jak mam się upewnić, że cokolwiek zobaczyłaś w tej kopercie, nigdy nie wyjdzie poza te cztery ściany?
Nie znał odpowiedzi na to pytanie. Nie posiadał żadnego planu. Przewidział wszystko, tylko do momentu, gdy kobieta wejdzie do jego mieszkania. Teraz przyszedł czas na improwizację.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Każde pukanie do drzwi wciąż wywoływało w niej ten sam, nieprzyjemny ucisk w żołądku. Niezależnie od tego, ile razy przeżywała podobne sytuacje, odruch pozostawał niezmienny. Zanim przekręciła klucz w zamku, zawsze podchodziła do judasza. Wstrzymywała oddech, zerkając przez niewielkie wizjerowe szkło, zastanawiając się, kto tym razem czeka po drugiej stronie. Czy będzie to kolejny mężczyzna przysłany, by przypomnieć jej o długu? A może ktoś, kto uzna, że słowa przestały wystarczać i pora sięgnąć po bardziej przekonujące metody?
Strach nigdy nie zniknął.
Po prostu przestał ją paraliżować.
Nauczyła się funkcjonować z nim na tyle dobrze, by nie pozwalać mu przejmować kontroli nad każdym dniem. Wciąż czuła napięcie, wciąż instynktownie nasłuchiwała kroków na klatce schodowej i odruchowo odwracała głowę, gdy miała wrażenie, że ktoś zbyt długo za nią idzie. Różnica polegała na tym, że przestała wpadać w panikę. Życie zmusiło ją do zaakceptowania, że nie wszystkie problemy można przeczekać za zamkniętymi drzwiami.
To właśnie dlatego wieczorem nie dopatrzyła się w kopercie niczego niezwykłego. Mężczyzna wręczył ją prosto do jej rąk z taką pewnością, jakby nie istniała najmniejsza możliwość pomyłki. Na kopercie widniał jedynie numer mieszkania. Nie było nazwiska, które mogłoby wzbudzić jej czujność, nie padło też ani jedno słowo sugerujące, że przesyłka przeznaczona jest dla kogoś innego. W jej rzeczywistości podobne sytuacje zdarzały się zbyt często, by zaczęła doszukiwać się w nich drugiego dna. Była przekonana, że po raz kolejny przyszło jej zmierzyć się z konsekwencjami własnego życia.
Dopiero po otwarciu zrozumiała, że tym razem to nie jej historia została zamknięta w tej kopercie.
I chyba właśnie dlatego tak uparcie próbowała ją oddać. Nie chciała mieć z nią nic wspólnego. Nie dlatego, że bała się odpowiedzialności, ale dlatego, że doskonale wiedziała, jak łatwo przypadkowy człowiek może zostać wciągnięty w cudze problemy. A ona miała już wystarczająco dużo własnych.
Nerissa przez chwilę stała nieruchomo na progu, jakby przekroczenie niewidzialnej granicy między korytarzem, a mieszkaniem wymagało od niej znacznie więcej odwagi, niż chciała sama przed sobą przyznać. Ostatecznie zrobiła powolny krok naprzód, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Choć nie miała pewności, czy podjęła właściwą decyzję, instynkt podpowiadał jej, że dalsze pozostawanie na klatce schodowej nie przyniosłoby niczego dobrego. W ciszy, która zapadła między nimi, usłyszała za plecami cichy dźwięk zamykanych drzwi. Odruchowo odwróciła głowę dokładnie w chwili, gdy Elijah przekręcał klucz w zamku.
Ponownie skupiła wzrok na chłopaku. Dopiero teraz sięgnął po leżący niedaleko czarny bezrękawnik i przeciągnął go przez głowę. Materiał przesunął się po jego ramionach, zasłaniając tors, który jeszcze chwilę wcześniej widziała bez najmniejszego skrępowania. Mimowolnie wróciła pamięcią do momentu, gdy otworzył jej drzwi ubrany jedynie w bokserki. W tamtej chwili cała sytuacja wydawała się niemal komiczna. Teraz tamto pierwsze wrażenie wydawało się wręcz absurdalne.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie rozejrzeć się po wnętrzu mieszkania. Wzrok przesuwał się po kolejnych elementach wyposażenia, aż zatrzymał się na ubraniach niedbale rzuconych na podłogę. Początkowo nie zwróciła na nie większej uwagi, jednak ciemne, nieregularne plamy od razu przykuły jej spojrzenie. Zmarszczyła lekko brwi, próbując wmówić sobie, że to jedynie gra światła albo zwykłe zabrudzenia. Wystarczyła jednak kolejna sekunda, by dotarło do niej, że doskonale wie, na co patrzy.
Krew.
Jej oddech mimowolnie stał się płytszy. Nie potrafiła oderwać wzroku od materiału, choć rozsądek podpowiadał jej, że powinna zrobić dokładnie odwrotnie. Nie widziała do kogo należała, ani co wydarzyło się wcześniej w tym mieszkaniu. W tamtej chwili po raz pierwszy od chwili odebrania koperty pomyślała, że być może największym błędem nie było jej otwarcie, lecz decyzja o zapukaniu do tych drzwi.
Przez krótką chwilę jeszcze stała w miejscu, jakby próbowała przekonać samą siebie, że zachowała nad sytuacją choć odrobinę kontroli. Ostatecznie jednak powoli podeszła do wskazanego krzesła. Nie robiła tego z uległości ani dlatego, że uznała jego polecenie za słuszne. Po prostu coraz wyraźniej dochodziła do wniosku, że znacznie więcej zyska, zachowując spokój niż wdając się w bezsensowną przepychankę.
Usiadła ostrożnie na samym brzegu siedziska, pozostawiając między nimi bezpieczny dystans.
Milczała.
Jej wzrok niemal odruchowo powędrował ku dłoni Elijaha, kiedy sięgnął po pistolet. Z każdą kolejną sekundą coraz trudniej było jej udawać, że obecność broni nie robi na niej żadnego wrażenia. Śledziła ruchy jego palców z uwagą, której sama się po sobie nie spodziewała. Nie wyglądał na człowieka, który trzymał broń pierwszy raz w życiu. Wręcz przeciwnie. Obracał ją z taką swobodą, jakby była zwyczajnym przedmiotem codziennego użytku, kolejnym drobiazgiem leżącym na stole.
To właśnie ta naturalność niepokoiła ją najbardziej.
Nie sam pistolet.
Ludzie posiadający broń z różnych powodów.
Nerissa nieświadomie przełknęła ślinę, odwracając na moment wzrok od metalu. Dopiero wtedy dotarł do niej przytłumiony odgłos silnika dobiegający zza okna. Tam życie toczyło się swoim rytmem. Ktoś wracał z pracy, ktoś inny spieszył się na zakupy, jeszcze ktoś zatrzymał samochód na światłach, nie mając najmniejszego pojęcia, że zaledwie kilka pięter wyżej siedziała naprzeciw obcego mężczyzny z pistoletem na stole i próbowała zrozumieć, w jaki sposób zwykła pomyłka kuriera doprowadziła ją właśnie tutaj.
Ponownie skupiła wzrok na chłopaku, wsłuchując się w każde wypowiadane przez niego słowo. Nie przerywała. Nie próbowała wchodzić mu w zdanie. Obserwowała, jak Elijah jeszcze przez chwilę obraca pistolet w dłoni, po czym bez pośpiechu odłożył go z powrotem na komodę.
Nie odsunął się jednak.
Stał naprzeciw niej, nie spuszczając z niej wzroku ani na moment.
Nerissa wytrzymała to spojrzenie, choć z każdą kolejną sekundą robiło się coraz bardziej niezręcznie.
- Chyba pierwszy raz w życiu ktoś patrzy na mnie tak długo i nadal nie wie, co ze mną zrobić. - nie oderwała od niego wzroku. - Szczerze mówiąc... ja też nie mam pojęcia, co zrobiłabym na Twoim miejscu.
To nie była próba żartu.
Ani prowokacja.
Na chwilę między nimi ponownie zapadła cisza. Nerissa nie odwróciła wzroku. Zbyt długo pracowała w miejscu, w którym spojrzenia obcych ludzi były nieodłącznym elementem każdego wieczoru, by czuć się skrępowana samym faktem, że ktoś się jej przygląda. Nauczyła się żyć z oceną wypisaną na twarzach nieznajomych. Jedni patrzyli na nią z zachwytem, inni z pożądaniem, jeszcze inni z pogardą, jakby sam wykonywany zawód odbierał jej prawo do szacunku.
- Ludzie patrzą na mnie praktycznie codziennie. To akurat wpisane jest w mój zawód. Zazwyczaj po kilku sekundach wiem, czego ode mnie chcą albo co próbują sobie o mnie dopowiedzieć. Ty jesteś chyba pierwszym człowiekiem, który patrzy na mnie tak długo.. i nadal wygląda, jakby nie potrafił zdecydować, co właściwie o mnie myśli.
Jej wzrok na moment powędrował ku leżącemu na komodzie pistoletowi, by zaraz potem ponownie zatrzymać się na twarzy chłopaka. Paradoksalnie to nie broń zwracała teraz jej największą uwagę, lecz człowiek, który przed chwilą odłożył ją z taką swobodą.
Dopiero teraz zaczynała rozumieć, ze nie siedziała naprzeciw kogoś, kto za wszelką cenę próbował ją zastraszyć. Owszem, zrobił wszystko, by uświadomić jej powagę sytuacji, ale gdyby naprawdę zależało my wyłącznie na sile, ta rozmowa skończyłaby się znacznie wcześniej. Zamiast tego zadawał pytania. Obserwował.
To wcale nie poprawiało jej położenia.
Wręcz przeciwnie.
Oznaczało, że o wszystkim zdecyduje jego własna ocena, a nie żadne logiczne argumenty, które mogłaby przedstawić. Doskonale wiedziała, że nie istnieją słowa zdolne zagwarantować drugiemu człowiekowi pełne bezpieczeństwo.
Delikatnie przechyliła głowę, a na jej twarzy pojawił się ledwie zauważalny, zmęczony uśmiech.
- Chyba oboje wiemy, że nie ma odpowiedzi, która sprawi, że nagle poczujesz się spokojniejszy. Mogę Ci obiecać, że nikomu nie powiem o tym, co zobaczyłam. Mogę powiedzieć, że ta koperta nigdy nie trafi do żadnej rozmowy i że zrobię wszystko, żeby jak najszybciej o niej zapomnieć. Mogę powiedzieć dosłownie wszystko co chcesz usłyszeć..
Oparła spojrzenie na jego oczach, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że ani przez chwilę nie próbuje go oszukać.
- Tylko.. żeby to cokolwiek zmieniło, musiałbyś po prostu mi zaufać. A mam wrażenie, że zaufanie jest jedyną rzeczą, której żadne z nas nie może dać drugiemu ot tak.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
ODPOWIEDZ

Wróć do „165”