Jean Lafitte
Mówienie o tym było dobre. Powtarzali to sobie uparcie; rozmawiać trzeba i niekiedy nawet próbowali. Trzeba mówić wszystko, by nic nie pozostało niewypowiedziane. To nic, że jedno o niebie, a drugie o chlebie - złudne poczucie robienia czegokolwiek w kierunku wyjścia na prostą było uskuteczniane.
Od stycznia 2024 roku nie rozmawiali jednak o niczym innym.
Czy mówienie i próbowanie w aż takich ilościach - do momentu, w którym głos się podnosił s a m, a ciało pokrywała gęsia skórka - naprawdę było tym, co faktycznie było potrzebne?
Cholernie się bał, że kiedy mówić przestanie, zostanie nazwany człowiekiem, który kochał syna inaczej i mniej i w ogóle przestał. A nie przestał - nie teraz, kiedy Meksyk wyrastał u niego, jako miejsce, które najbardziej potrzebowało jego obecności.
Tam coś m o ż e jeszcze m ó g ł.
Tutaj, wydawało się, mógł już niewiele. Albo mógł gorzej.
A gorzej miał dość. D O Ś Ć.
Kallen. Kallen. Kallen. Meksyk. Meksyk. Meksyk. Żyje. Nie żyje. Nie szukają. Ona nie przestanie. Powinni przestać. On poszuka. Wyprowadzka. Przeprowadzka. Achilles. Serce. Chujnia. Koniec.
Małżeństwo Faulkner nie robiło niczego innego, prócz kulawego życia wokoło wydarzenia, które zmieniło wszystko. Nic. Jakby ich jestestwo zakończyło się w tamtym momencie na plaży. Jakby wszystko, co było przed nigdy nie istniało, to co było po zbyt długo nie miało odwagi wykiełkować, a teraz było ciężkie i nieprzyzwoicie wykańczające.
Bardian w dresach stał przed komputerem, kiedy doszło do niego, że nie miał absolutnego pojęcia, co się działo u jego żony. Wiedział rzeczy, które były wspólne z jego interesem, ale o niej, jako o człowieku teraz nie wiedział nic. Chodziła do pracy? Pracowała zdalnie? Miała jakiegoś klienta, któremu z chęcią wydrapałaby oczy? Co robiła, gdy zostawała sama?
Nie wiedział, co się stanie później. Nie wiedział, jak Kayla zareaguje. Nie wiedział, czy nie skończy się to jeszcze większym szambem, niżeli to, w którym obecnie pływali.
Wiedział jednak, że ta niewiedza była przepaścią, którą sami wykopali. Głęboką do samego piekła albo i dalej. Wiedział, że chciał spróbować trochę pobyć z kobietą, którą kochał, a nie z matką dziecka, które już nigdy miało nie być ich.
Z jego kobietą, którą znał jeszcze przed tym, jak nadane zostały im role rodziców.
Zanim więc racjonalizm uderzył - bo przecież zdawał sobie sprawę, że n i e byli na etapie schadzek, a i godzina była zbyt późna, by coś cokolwiek po trzydziestym roku życia i mając gdzieś obok siebie śpiące dziecko, chwycił w dłoń telefon. Później, dreptał w miejscu, gdy oczekiwał na wiadomości zwrotne. Zupełnie jak wtedy, kiedy absurdalnie zawróciła mu w głowie kilka lat temu. Wtedy czekało się z lekkością. Teraz serce gniotły realne koszmary.
Odpisując, wbiegł do wspólnej - tak mu mówiła, ale wiedział, że do wspólności było temu tak daleko, jak im jako małżeństwa - garderoby i do plecaka zapakował kilka, wydawało mu się, że odpowiednich, rzeczy.
W dresach i koszulce, wsiadł zaś do auta, ruszając w drogę za miasto, by zabrać ze sobą swoją żonę.
Dopiero gdy wjeżdżał na podjazd, odrobinę zwątpił.
Nie pamiętał, jak rozmawiać z Kaylą o czymś innym. Nie pamiętał, jak prowadzić rozmowę, by nie zeszła na t e tematy. Nie pamiętał, jak to jest być obok, bez próby naprawienia i wyjaśnienia. Nie pamiętał, jak to było, tak po prostu spędzić z nią czas.
A od pewnej horrendalnej kłótni i kilku okropnych słów, które nigdy nie powinny zostać wypowiedziane, nie pamiętał, czy łączyło ich cokolwiek innego, niżeli ich syn.
Żałował, że nie zapalił, nim tu podjechał. Żałował, że nie dał sobie więcej czasu, bo być może daje im właśnie kolejną sposobność do zrobienia jeszcze jednego kroku w przeciwne strony.
Zacisnął dłonie na kierownicy, a auto zatrzymał w momencie, w którym małżonka zamykała drzwi rodzinnego domu.
– Rodzice wiedzą, że… – nie. – A Achilles… – nie. – Wymykasz się? – no trudno. Może to jakiś start.
kayla faulkner
Od stycznia 2024 roku nie rozmawiali jednak o niczym innym.
Czy mówienie i próbowanie w aż takich ilościach - do momentu, w którym głos się podnosił s a m, a ciało pokrywała gęsia skórka - naprawdę było tym, co faktycznie było potrzebne?
Cholernie się bał, że kiedy mówić przestanie, zostanie nazwany człowiekiem, który kochał syna inaczej i mniej i w ogóle przestał. A nie przestał - nie teraz, kiedy Meksyk wyrastał u niego, jako miejsce, które najbardziej potrzebowało jego obecności.
Tam coś m o ż e jeszcze m ó g ł.
Tutaj, wydawało się, mógł już niewiele. Albo mógł gorzej.
A gorzej miał dość. D O Ś Ć.
Kallen. Kallen. Kallen. Meksyk. Meksyk. Meksyk. Żyje. Nie żyje. Nie szukają. Ona nie przestanie. Powinni przestać. On poszuka. Wyprowadzka. Przeprowadzka. Achilles. Serce. Chujnia. Koniec.
Małżeństwo Faulkner nie robiło niczego innego, prócz kulawego życia wokoło wydarzenia, które zmieniło wszystko. Nic. Jakby ich jestestwo zakończyło się w tamtym momencie na plaży. Jakby wszystko, co było przed nigdy nie istniało, to co było po zbyt długo nie miało odwagi wykiełkować, a teraz było ciężkie i nieprzyzwoicie wykańczające.
Bardian w dresach stał przed komputerem, kiedy doszło do niego, że nie miał absolutnego pojęcia, co się działo u jego żony. Wiedział rzeczy, które były wspólne z jego interesem, ale o niej, jako o człowieku teraz nie wiedział nic. Chodziła do pracy? Pracowała zdalnie? Miała jakiegoś klienta, któremu z chęcią wydrapałaby oczy? Co robiła, gdy zostawała sama?
Nie wiedział, co się stanie później. Nie wiedział, jak Kayla zareaguje. Nie wiedział, czy nie skończy się to jeszcze większym szambem, niżeli to, w którym obecnie pływali.
Wiedział jednak, że ta niewiedza była przepaścią, którą sami wykopali. Głęboką do samego piekła albo i dalej. Wiedział, że chciał spróbować trochę pobyć z kobietą, którą kochał, a nie z matką dziecka, które już nigdy miało nie być ich.
Z jego kobietą, którą znał jeszcze przed tym, jak nadane zostały im role rodziców.
Zanim więc racjonalizm uderzył - bo przecież zdawał sobie sprawę, że n i e byli na etapie schadzek, a i godzina była zbyt późna, by coś cokolwiek po trzydziestym roku życia i mając gdzieś obok siebie śpiące dziecko, chwycił w dłoń telefon. Później, dreptał w miejscu, gdy oczekiwał na wiadomości zwrotne. Zupełnie jak wtedy, kiedy absurdalnie zawróciła mu w głowie kilka lat temu. Wtedy czekało się z lekkością. Teraz serce gniotły realne koszmary.
Odpisując, wbiegł do wspólnej - tak mu mówiła, ale wiedział, że do wspólności było temu tak daleko, jak im jako małżeństwa - garderoby i do plecaka zapakował kilka, wydawało mu się, że odpowiednich, rzeczy.
W dresach i koszulce, wsiadł zaś do auta, ruszając w drogę za miasto, by zabrać ze sobą swoją żonę.
Dopiero gdy wjeżdżał na podjazd, odrobinę zwątpił.
Nie pamiętał, jak rozmawiać z Kaylą o czymś innym. Nie pamiętał, jak prowadzić rozmowę, by nie zeszła na t e tematy. Nie pamiętał, jak to jest być obok, bez próby naprawienia i wyjaśnienia. Nie pamiętał, jak to było, tak po prostu spędzić z nią czas.
A od pewnej horrendalnej kłótni i kilku okropnych słów, które nigdy nie powinny zostać wypowiedziane, nie pamiętał, czy łączyło ich cokolwiek innego, niżeli ich syn.
Żałował, że nie zapalił, nim tu podjechał. Żałował, że nie dał sobie więcej czasu, bo być może daje im właśnie kolejną sposobność do zrobienia jeszcze jednego kroku w przeciwne strony.
Zacisnął dłonie na kierownicy, a auto zatrzymał w momencie, w którym małżonka zamykała drzwi rodzinnego domu.
– Rodzice wiedzą, że… – nie. – A Achilles… – nie. – Wymykasz się? – no trudno. Może to jakiś start.
kayla faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza