ODPOWIEDZ
29 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
To be soft is to be powerful
Whispers of life
Mruczka, but call me Kicia
osiem
outfit
I'm learning how to breathe, to fight,
to hold my heart through darkest nights

Wielkimi krokami zbliżało się lato. Dni były nie tylko coraz dłuższe i coraz gorętsze, ale również coraz bardziej parne, z powietrzem tak ciężkim, że Rosie najchętniej spędzała czas w pracy. Szpital był na tyle porządnie klimatyzowany, że nieraz pod pielęgniarskim fartuchem przydawał jej się długi rękaw. Zwykle letnie dni Rosie najchętniej spędzała w naturze; niezależnie od tego, czy był to ogródek, jezioro w Gentilly, czy podmiejski las. W tym roku jednak nic nie było takie jak dawniej.
Po raz pierwszy od dawna nie miała planów ani na nadchodzący wakacyjny czas, ani na nowo rozpoczęty miesiąc. Rosie uwielbiała planować, uwielbiała tworzyć listy w swoim journalu, rozrysowywać bingo z atrakcjami i stawiać sobie wyzwania, byle tylko zaliczyć jak najwięcej aktywności podczas każdego miesiąca i każdej pory roku. W ten sposób nie tylko odpoczywała, ale miała również poczucie, że korzysta z każdego dnia jak najlepiej, doceniając szczęście, które miała. Bo miała go mnóstwo — była zdrowa, urodziła się w Stanach i miała niemal nieograniczone możliwości. Być może nie było jej stać na ogromną wycieczkę po Europie, podczas której mogłaby zobaczyć Paryż, czy Rzym, ale nie było dnia, w którym nie mogłaby siebie rozpieścić jakąś małą przyjemnością. Była szczęśliwa. A przynajmniej miała mnóstwo powodów do tego, aby rzeczywiście być szczęśliwą. I powody te mogła wymieniać bez końca, będąc ich wszystkich w pełni świadoma, a jednak coś było nie tak.
Podobno czas leczył rany. I Rosie czuła to na własnej skórze. Poznała siłę tego powiedzenia już niejednokrotnie, otrzepując się po ciężkich rozstaniach, czy miłosnych zawodach. Tym razem było inaczej.
Niebawem miały minąć cztery miesiące, odkąd jej serce zostało roztrzaskane. I było już lepiej. Zdecydowanie było lepiej do tego stopnia, że Rosie przestała już nawet unikać Dylana, jak robiła to przez pierwsze dwa miesiące, nie odbierając od niego telefonów, nie odpisując na wiadomości i nawet nie przechodząc obok jego domku, ale wciąż nie było dobrze. Pamiętliwa randka z Jerrym sprawiła, że Marie zakończyła czas szalonego randkowania i tym sposobem została z ogromną ilością wolnego czasu. Wciąż spotykała się z przyjaciółmi, ale prawda była taka, że dotychczas najwięcej czasu spędzała właśni z Dylanem. Odkąd zniknęły ich spotkania, nagle jej dni stały się puste, a to oznaczało, że miała jeszcze więcej czasu na myślenie. Dlatego pracowała więcej. Brała więcej zmian i dyżurów, wszystkim tłumacząc się cholerną klimatyzacją, ale prawda była taka, że szpital stał się jej ostatnią bezpieczną przystanią. Jej koleżanki wiedziały już, że temat jej przyjaciela, z którym wróżyły jej wcześniej przyszłość, teraz był nieporuszanym tematem tabu, podobnie, jak całe życie uczuciowe Rosie. Co nie przeszkadzało im raz po raz próbować ją bezskutecznie swatać.
Przystojny i zagubiony. — Stwierdziła cicho jej koleżanka Lorie. Rosie gwałtownie podniosła głowę. Stały obie przy ladzie, sprawdzając karty dzisiejszych przyjęć. Nie miała pojęcia, czego mogła się spodziewać, ale z całą pewnością nie spodziewała się tego, co zobaczyła.
Cree! — Zawołała na przywitanie z podekscytowaniem, wychodząc zza kontuaru i od razu ruszając w stronę mężczyzny. Jej twarz rozpromieniła się momentalnie i Rosie pierwszy raz od dawna poczuła, że rzeczywiście, prawdziwie się uśmiecha, ani trochę nie robiąc tego z przyzwyczajenia, czy wewnętrznego przymusu. Czekała na to aż się spotkają. Przez długi czas bezskutecznie liczyła, że natkną się na siebie na szpitalnym korytarzu. A teraz tu był. Nie u patologa, nie w kostnicy, a tutaj, w części dziecięcej szpitala, w której nie miał czego szukać. Chyba, że… Przyszedł do niej! Musiał przyjść specjalnie do niej! Rosie uśmiechnęła się jeszcze szerzej, jeśli w ogóle było to możliwe, czując momentalnie, jak policzki zaczynają jej płonąć na samą tę myśl. — Myślałam, że w szpitalu odwiedzasz wyłącznie patologów.

Cree Valentine
28 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Peace without justice is tyranny.
Whispers of life
#6
outfit | Be silly, be honest, be kind

Sprawa nie należała do skomplikowanych – a przynajmniej początkowo tak myślał. Po kilku latach w wydziale zabójstw mało co potrafiło go zaskoczyć. Praca w tym zawodzie stała się codziennością. Zaś wizyty w szpitalu czymś tak naturalnym, jak wyjście do sklepu po zakupy. Nigdy jednak nie miał do czynienia z dziećmi. Nimi zajmowali się psychologowie, często w towarzystwie ich rodziców. On nie musiał sobie tym zawracać głowy, bo i nie był najodpowiedniejszą osobą, by rozmawiać z małymi szkrabami o makabrycznych zdarzeniach. Zresztą tak nierośli obywatele rzadko mieli cenne informacje. Nieczęsto też byli świadkami wydarzeń, które mogłyby zmienić ich postrzeganie świata już na zawsze. Inaczej było w tym przypadku. Chłopiec, który dopiero co skończył dziesięć lat, był jego jedynym tropem. Co gorsza, na własne oczy widział, jak morderca odbiera życie obojgu jego rodzicom. Wylądował w tym miejscu z drobnymi ranami, bo oprawca zamierzał dokończyć dzieła, ale sąsiad ze spluwą skutecznie go wystraszył, czym uratował małemu życie. Detektyw nie miał pojęcia, w jak okropnym stanie psychicznym mógł znajdować się obecnie jego jedyny świadek. Nie był przygotowany na taki przebieg wydarzeń. Choć wiedział, że będzie miał wsparcie ze strony psychologów oraz że wkrótce dołączy do nich dalsza rodzina chłopca, był w pewnym sensie zagubiony. Przy dorosłych nie musiał się ograniczać. Mógł być bezpośredni, trafiać w czułe punkty i, nawet jeśli mógł zostać odebrany jako ktoś bez serca, najważniejsze było dla niego znaleźć sprawcę i wymierzyć sprawiedliwość. Nie tylko dla ofiary, ale także dla jej najbliższych. W tym przypadku musiał porzucić tę taktykę. W końcu trafił na kogoś, kto był zbyt młody i zbyt delikatny, by potraktować go w tak bezemocjonalny sposób. Nie miał w tym żadnego doświadczenia. Czuł się, jakby zaraz miał zdawać egzamin, od którego zależała cała jego przyszła kariera. Nie pomagał też fakt, że się nie wyspał.
Trzymał więc kurczowo kubek bardzo mocnej kawy, który był jego jedyną kotwicą, by zachować trzeźwość umysłu. Doskonale zdawał sobie sprawę ze wzroku ludzi przebywających w korytarzu, gdy w końcu odnalazł oddział dziecięcy. Każdy, kto go znał, doskonale wiedział, czym się zajmował. Z jakimi sprawami przychodził do szpitala i co zwiastowała jego obecność. Był jak ponury żniwiarz, wpadający w odwiedziny tylko wtedy, gdy ktoś zamykał oczy po raz ostatni. Nigdy wcześniej nie zjawił się w tej części budynku. Wielu mogłoby pomyśleć, że się pomylił. On jednak znał te korytarze jak nikt inny. Często niemal automatycznie znajdował znajome pokoje. Jego wizyta w dziecięcym nie była przypadkowa.
Gdy usłyszał jej głos, na moment zatrzymał się w miejscu, jakby w końcu wyrwał się z transu, w którym znajdował się już od dłuższego czasu. Przez to wszystko zapomniał, że Rosie pracowała na tym oddziale. Dopiero teraz doszło do niego, że po ich spotkaniu w kawiarni kobieta nigdy się z nim nie skontaktowała. Był to więc pierwszy raz od tamtego dnia, gdy znowu ją zobaczył. Przez moment nawet się uśmiechnął. Jej widok był miłą odskocznią od tego, co kłębiło się w jego głowie. Przynajmniej na chwilę mógł przestać o tym myśleć.
Rosie, miło cię znowu spotkać – odpowiedział nie mniej entuzjastycznie, acz zdecydowanie z większą powściągliwością, typową dla niego. – Nie spodziewałem się wpaść na ciebie, nawet jeśli pamiętałem, że pracujesz na tym oddziale.
W końcu nie miał pojęcia, w jakich godzinach kobieta pracowała. Było to jednak przyjemne zaskoczenie. Nawet jeśli miał tu coś do załatwienia, mógł jej poświęcić kilka minut. Może i jej towarzystwo pozwoli mu się nieco odstresować przed rozmową z chłopcem. Naprawdę bardzo na to liczył.
Och, do tej pory tak było – przyznał. Co prawda czasem wpadał do innych lekarzy i miał nawet okazję odwiedzić kilka różnych skrzydeł w szpitalu, ale dziecięcy na pewno nie znajdował się na liście. – Trafiła mi się jednak bardzo delikatna sprawa. Mój świadek jest jednym z twoich pacjentów.
Dopiero teraz do niego dotarło, że Rosie mogła mu pomóc dużo bardziej, niż tylko rozmową. Kto, jak nie ona, wiedział lepiej, jak rozmawiać i jak podchodzić do dzieci? Była jego ostatnią deską ratunku. Nie zamierzał nawet udawać, że tak nie było.
Odłożył kubek na parapet, po czym sięgnął po jej dłoń i wyszczerzył się do niej nienaturalnie, szybko zdradzając mimiką, że czegoś od niej oczekuje.
Choć zabrzmi to tajemniczo i może nie na miejscu, to jeśli ty mi nie pomożesz, to już nikt inny nie podoła – wyrzucił całą tę wiązankę jednym tchem. Nie zamierzał przepuścić takiej okazji. – Potrzebuję ekspresowej lekcji, jak rozmawiać z dziećmi.

Rosie Albright
Przyjezdn*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
29 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
To be soft is to be powerful
Whispers of life
Mruczka, but call me Kicia
Paragon wraz z numerem Cree znajdował się w szufladzie nocnej szafki Rosie. Albright patrzyła na niego przynajmniej dwa razy dziennie: rano, niedługo po przebudzeniu, kiedy otwierała szufladę, aby wyjąć z niej telefon, który chowała tam na noc i na wieczór, kiedy go chowała. W rzeczywistości patrzyła na niego częściej; czasem w ciągu dnia, jakby chciała się upewnić, że wciąż tam jest. Siadała wtedy na łóżku i zaglądała do szuflady, po czym wyjmowała go i przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. A czasem wieczorem po prostu przyglądała się cyfrom z taką natarczywością, że udało jej się zapamiętać ciąg cyfr, z których ani razu nie zrobiła użytku.
Chciała zadzwonić albo chociaż wysłać głupiego smsa, ale miała przynajmniej kilkanaście powodów, przez które nie była w stanie się przemóc. Po pierwsze wcale nie była pewna, czy Cree rzeczywiście zostawił jej ten rachunek intencjonalnie, w ten sposób podając jej swój numer, czy była to kwestia zwykłego niedopatrzenia, niemająca żadnego podtekstu, czy drugiego dnia. Było jej to tym ciężej orzec, że on był przecież przystojny i wysoki, a ona w pełni przeciętna i zwyczajna. Po drugie jej ostatnie randki wszystkie kończyły się fiaskiem — czego kwintesencją była ta z Jerrym — i Rosie postanowiła, że daje sobie na wstrzymanie z randkami przynajmniej na jakiś czas. Po trzecie Rosie była minimalną tradycjonalistką i uważała, że w idealnym scenariuszu to nie ona będzie musiała zabiegać o faceta — jak to miało miejsce z Dylanem przez ostatnie lata, a były to zabiegi całkowicie bezskuteczne — tylko to on będzie zabiegał o nią. Cree wiedział, gdzie pracowała, gdyby tylko był jakkolwiek zainteresowany albo miał chęć po prostu się z nią spotkać, wystarczyło, że przyjdzie. Po czwarte było jej głupio. Podczas ostatniego spotkania z Dylanem, w jego urodziny, mimochodem wspomniała mu o tym, że zaczęła się z kimś spotykać. Nie była do końca pewna, dlaczego właściwie to zrobiła; nie chciała w nim przecież wywołać zazdrości, bo to było niemożliwe — był w końcu w swoim super poważnym i super szczęśliwym związku z super wariatką — a jednak nie chciała być gorsza. I właśnie dlatego nagle wystrzeliła z informacją o tym, że z kimś randkuje. A kiedy Dylan zapytał, Rosie rzuciła — pierwszym co przyszło jej do głowy — że był to również detektyw, pracujący na miejscowej komendzie. Identycznie jak Cree. Bo to o nim myślała i to on na chwilę stał się jej wyimaginowanym chłopakiem. Nie zdradziła jego imienia, a jednak Rosie i tak bała się tego, że Dylan przeprowadził śledztwo wśród swoich kolegów i w ten sposób kłamstwo wyjdzie na jaw.
Ale nie wyszło. Bo Cree uśmiechał się do niej i patrzył na nią w ten sam sposób, co wcześniej. A to znaczyło, że nie mogły dojść do niego wieści o tym, że rzekomo się spotykali. Dlatego Rosie teraz również uśmiechała się szeroko. I już chciała powiedzieć: w końcu mnie znalazłeś, ale na całe szczęście nie zdążyła tego zrobić, ponieważ Cree błyskawicznie dał jej do zrozumienia, że ich spotkanie było niczym innym, jak kwestią przypadku.
A raczej nie przypadku, tylko okropnego zdarzenia, które spotkało jednego z małych pacjentów. Już rozumiała, dlaczego tu był. Uśmiech na jej twarzy się rozmył, choć tylko na chwilę.
Wciąż jestem ci winna kawę i ciastko. — Przypomniała mu, bardziej niż gotowa wywiązać się z tego przyjemnego zobowiązania. Czy będzie wypadać, zaproponować mu to, kiedy zakończy już swoje obowiązki na oddziale? — Ale domyślam się, dlaczego tu jesteś. — Dodała, pochmurniejąc. Do szpitala trafiały dzieciaki z różnymi historiami. Nie pierwszy raz na oddziale pojawiał się ktoś z policji, ale historia dziesięcioletniego Eliasa złamała serce wszystkich pracowników; nie tylko empatycznych pielęgniarek, ale też znacznie bardziej gruboskórnych lekarzy.
Chyba wiem, o którą sprawę chodzi. — Rosie nie znała szczegółów. Nikt ich nie znał, a jednak wieści się rozchodziły i kiedy Elias przyjechał karetką do szpitala, wszyscy wiedzieli, w jakich okolicznościach został zabrany.
Drgnęła, nie spodziewając się tak nagłego skrócenia dystansu. Pozwoliła jednak złapać się za dłoń — i to z przyjemnością! Już dawno w końcu nikt jej w ten sposób nie dotykał, nawet jeśli w dotyku Cree nie było nic intymnego i nie miał on żadnych romantycznych podstaw. Zaśmiała się krótko na jego stwierdzenie, nie mając pojęcia, o co może mu chodzić. Nie musiała i bez tego jej ego zostało przyjemnie połechtane w sposób, w jaki od dawna nikt tego nie robił.
Masz jakieś doświadczenie w przesłuchiwaniu dzieci? — Spytała już poważniej. — Będzie przy tym jeszcze psycholog, prawda? — Musiał być, ale wolała się upewnić. Wiedziała dużo o dzieciach, ale w policyjnych procedurach była całkowicie zielona.
Oparła się o parapet, na którym Cree postawił kubek z kawą, po czym zsunęła spojrzenie na ich splecione dłonie. Nie powinni dłużej się już za nie trzymać, prawda? Rosie lekko poluźniła uścisk, czując przy tym na sobie baczne spojrzenie koleżanki. — Oczywiście, że ci pomogę, Elias jest dość skryty, wiesz, że to nie będzie łatwe przesłuchanie?


Cree Valentine
28 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Peace without justice is tyranny.
Whispers of life
Detektyw przez ostatnie dni ani razu nie zastanawiał się nad tym, dlaczego Rosie się z nim nie skontaktowała. Oczywiście pamiętał o pozostawionym rachunku. Pamiętał nawet moment, w którym przesunął go w jej stronę z numerem zapisanym tuż pod kwotą zamówienia, uznając to za wystarczająco czytelny sygnał. Im dłużej jednak o tym myślał, tym bardziej dochodził do wniosku, że wcale nie musiał być tak oczywisty, jak mu się wtedy wydawało. Może gest był zbyt subtelny. Może powinien był zwyczajnie powiedzieć jej wprost, że chciałby się jeszcze kiedyś spotkać albo porozmawiać. A może kobieta uznała, że rachunek został na stole przypadkowo i nie miał żadnego ukrytego znaczenia. Każda z tych możliwości wydawała się równie prawdopodobna.
Nie czuł jednak rozczarowania. Nie był nawet szczególnie zawiedziony. Pracowała w szpitalu. Widział na własne oczy, jak wyglądały jej dyżury i z jakimi sytuacjami musiała się mierzyć każdego dnia. Doskonale rozumiał, że w świecie pełnym chorych dzieci, zmartwionych rodziców i niekończących się obowiązków jakiś numer telefonu zapisany na przypadkowym paragonie mógł bardzo łatwo przegrać walkę o uwagę. Zwłaszcza jeśli jego właściciel nie zdobył się później na żaden bardziej zdecydowany krok. Prawda była jednak taka, że w tej chwili nie miał nawet przestrzeni w głowie, żeby się nad tym rozwodzić. Całą jego uwagę pochłaniała sprawa Eliasa.
Dlatego, gdy Rosie wspomniała o kawie i ciastku, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, choć podszyty wyraźnym zmęczeniem.
Jeśli naprawdę chcesz się zrewanżować, to pomoc w dzisiejszym problemie będzie zdecydowanie więcej warta niż łakocie – odpowiedział z rozbawieniem, ale również z wyraźną nutą niepewności, która rzadko przebijała się przez jego zwykle opanowaną postawę. Było to zresztą wyjątkowo nietypowe uczucie.
Przez lata przyzwyczaił się do tego, że wchodząc do pomieszczenia, wiedział dokładnie, co ma robić. Wiedział, jakie pytania zadawać. Wiedział, kiedy nacisnąć mocniej, a kiedy pozwolić rozmówcy mówić we własnym tempie. Nawet najtrudniejsze przesłuchania posiadały pewne schematy, których nauczył się przez lata pracy. Tutaj nie miał niczego. Nigdy wcześniej nie przesłuchiwał dziecka.
Nigdy nie siedział naprzeciwko kogoś, kto kilka godzin wcześniej stracił oboje rodziców i sam cudem uszedł z życiem. Im bardziej próbował wyobrazić sobie tę rozmowę, tym większy czuł dyskomfort. Nie dlatego, że bał się zapoznać ze szczegółami zbrodni. Był do nich przyzwyczajony. Obawiał się raczej, że przez własny brak doświadczenia zrobi coś niewłaściwego. Zada niewłaściwe pytanie. Naciśnie za mocno. Albo przeciwnie – nie dowie się niczego, co mogłoby pomóc schwytać sprawcę.
Na wzmiankę o tym, że wiedziała, o którą sprawę chodzi, spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.
Domyślałem się, że będziesz wiedziała – przyznał. – Jesteś zbyt inteligentna, żeby coś takiego ci umknęło.
Był w tych słowach zupełnie szczery. Nie próbował jej schlebiać. Po prostu zdążył zauważyć, że Rosie należała do ludzi, którzy dostrzegali znacznie więcej, niż początkowo mogło się wydawać. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że nadal trzyma jej dłoń.
Sam gest wydawał mu się czymś całkowicie naturalnym. Od zawsze skracał dystans łatwiej niż większość ludzi. Klepnięcie po ramieniu, objęcie kogoś podczas zdjęcia czy właśnie złapanie za rękę podczas rozmowy nigdy nie miało dla niego ukrytego znaczenia. Nie szukał w tym romantycznych podtekstów ani nie analizował, jak może zostać odebrane.
Nie miał pojęcia, czy to, co zrobił, było dla kobiety niekomfortowe, zbyt pewne czy naruszało jej przestrzeń osobistą, ale gdy ta nieco poluźniła uścisk, przez moment pomyślał, że może posunął się za daleko.
Przepraszam – rzucił odruchowo, po czym cicho odchrząknął. Puścił ją delikatnie i odwrócił wzrok gdzieś w stronę końca korytarza, jakby nagle wyjątkowo zainteresował go stojący tam wózek z dokumentacją. Po chwili jednak wrócił do tematu, który sprowadził go na oddział.
I nie, nie mam żadnego doświadczenia – przyznał ze szczerością, której nie okazywał często. – Właściwie to jestem kompletnie zielony. Dlatego właśnie potrzebuję pomocy specjalistki.
Spojrzał na nią z błagalnym wzrokiem. Nie mógł być bardziej oczywisty w swojej prośbie.
Ty wiesz, jak rozmawiać z dziećmi. Ja potrafię przesłuchiwać morderców, gangsterów i ludzi, którzy kłamią mi prosto w twarz. Dziesięciolatek to zupełnie inna liga. Nie jestem na to przygotowany.
Nad pytaniem o psychologa zastanowił się przez chwilę.
Tak. Powinien być. A jeśli dobrze pamiętam harmonogram, to istnieje spora szansa, że już siedzi z Eliasem albo pojawi się za kilka minut – odpowiedział pewnie. To przynajmniej dawało mu, pozornie, odrobinę spokoju. Choć niewystarczająco.
Kiedy Rosie wspomniała, że przesłuchanie nie będzie łatwe, ciężko westchnął.
Szczerze? Żadne przesłuchanie w takich sprawach nie jest łatwe. Nieważne, czy rozmawiasz z dzieckiem, dorosłym czy staruszkiem. Kiedy ludzie tracą kogoś bliskiego, wszystko staje się trudniejsze – po tych słowach na moment zamilkł. Nie chciał dodać na głos, że jest jeszcze gorzej, gdy widzisz tę tragedię na własne oczy, sam będąc o krok od podzielenia losu z twoimi najbliższymi.
Ale wiem, że tutaj będzie jeszcze gorzej. A moje wątpliwe umiejętności komunikowania się z maluchami raczej nie pomagają – dodał po chwili. Mimo tych słów nie brzmiał jednak jak człowiek całkowicie pozbawiony nadziei.
W głębi duszy zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie problem wyolbrzymiał. W końcu nie był ponurym, zamkniętym w sobie detektywem, który potrafił rozmawiać wyłącznie językiem raportów i akt spraw. Wręcz przeciwnie. Większość ludzi określała go jako otwartego, przyjaznego i zaskakująco łatwego w obyciu. Potrafił słuchać. Potrafił żartować. Potrafił sprawić, że rozmówca czuł się swobodniej. Może więc rozmowa z chłopcem nie okaże się taką katastrofą, jaką zdążył już kilkukrotnie odegrać w swojej głowie.
Może potrzebował jedynie kilku wskazówek od Rosie, odrobiny pewności siebie i przypomnienia, że niezależnie od wieku siedzącej naprzeciwko osoby, nadal chodziło o to samo – o wysłuchanie kogoś, kto przeżył coś, czego nigdy nie powinien był doświadczyć.

Rosie Albright
Przyjezdn*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
29 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
To be soft is to be powerful
Whispers of life
Mruczka, but call me Kicia
Na chwilę Rosie zrobiło się głupio. W pierwszym odruchu pomyślała o sobie, o szansie na ich ponowne spotkanie, wspólnym spędzeniu czasu i kto wie, być może rozwinięciu historii, która miała całkiem romantyczny początek, rodem z komedii romantycznej — a przynajmniej z Seksu w Wielkim Mieście. Sęk w tym, że Cree nie przyszedł tu flirtować, a był w pracy. I w pracy tej miał przed sobą poważne i odpowiedzialne zadanie, którym do tego wszystkiego się stresował. Jak mogła myśleć o sobie, kiedy w rzeczywistości chodziło o małego chłopca, który był ofiarą okrutnej tragedii, nadającej się na pierwsze strony gazet?!
To nie będzie żaden rewanż, kim musiałabym być, żeby ci nie pomóc? — Spytała czysto retorycznie, machając przy tym dłonią. W takiej sytuacji pomogłaby każdemu, nawet osobie, której nie darzyłaby sympatią, bo nie była to kwestia jej osobistych upodobań, a Eliasa, któremu należała się odpowiednia opieka i pełen profesjonalizm. Tym większą gotowość miała więc pomóc Cree. Choć jednocześnie nie miała pojęcia, jak mogłaby się czymkolwiek przysłużyć. Nie wiedziała nic o śledztwach ani pracy detektywów, nawet jeśli przez lata przyjaźniła się z Dylanem. Hays nigdy nie wprowadzał jej w swoje śledztwa, nie opowiadał też o pracy; co najwyżej mówił o moralnej zgniliźnie panującej na miejscowym komisariacie; o przekupnych policjantach i przykrych incydentach wynikających z frustracji mieszkańców z panującego w mieście bezprawia.
Szpital żyje swoim życiem, tutaj nic się nie ukryje. — Powiedziała cicho i mimowolnie spojrzała w stronę oddziałowego kontuaru. Szpital był jednym wielkim siedliskiem plotek, żadna informacja nie była w stanie się tutaj uchować i… I Rosie pewnie też miała w tym swój udział. Informacje krążyły. Rosie jednak nie uważała, aby było w tym coś złego. Lepiej było, gdy personel medyczny był doinformowany. Rzadko kiedy jednak informacje te płynęły oficjalnymi kanałami.
Wszystko w porządku. — Odparła momentalnie, zgodnie zresztą z prawdą. Nie miała nic przeciwko. Rosie lubiła dotyk, nie miała z nim problemu, a w ostatnim czasie… W ostatnim czasie naprawdę za nim tęskniła. I nie chodziło nawet o tę romantyczną bliskość, a po prostu o bliskość samą w sobie. Choć za czułą bliskością partnerską tęskniła najmocniej. Niemal nie pamiętała już jakim uczuciem było wspólne spanie, za którym tak bardzo niegdyś przepadała. I choćby z tego powodu dotyk Cree był dla niej przyjemny. A były też inne powody.
Wiesz, umiem rozmawiać z dziećmi, ale jednak zwykle dzieje się to w innych sytuacjach. — Spojrzała na niego wymownie. Dzieciaki chętnie zwierzały się pielęgniarkom. Lubiły opowiadać im o swoim życiu, przyjaciołach, planach, a nawet miłostkach czy marzeniach. Im więcej czasu spędzały na oddziale, tym bardziej się otwierały. Nie dotyczyło to jednak wszystkich. A już, szczególnie kiedy mowa była o traumatycznych historiach. A tych wśród małych pacjentów wcale nie brakowało.
Masz rację. — Przyznała mu. Ona nie musiała się z tym mierzyć. O tragicznych przypadkach najbliższych informowali lekarze, nie pielęgniarki. Natomiast prowadzenie śledztwa i rozmowa z kimś, kto w wyniku zbrodni stracił bliską osobę… Rosie nie próbowała sobie tego wyobrażać. Zwyczajnie wolała tego nie robić. Był to kolejny aspekt pracy detektywistycznej, dla którego mogła być wyłącznie pełna podziwu. A przy okazji tym mocniej nie rozumiała, jak można wybrać samodzielnie taką ścieżkę kariery.
Z całą pewnością jesteś świetnym śledczym i masz doświadczenie w prowadzeniu przesłuchań. — Powiedziała pokrzepiająco. Nie mogła tego wiedzieć, ale skoro to właśnie Cree dostał tę sprawę, to była przekonana, że jego przełożony musiał mieć pewność co do jego kompetencji w tym zakresie. — Z dziećmi jest trochę tak, jak z dorosłymi. Jeśli chcesz rady ode mnie, rozmawiając z jakimkolwiek dzieckiem, ważne jest, aby okazać mu szacunek i w żaden sposób nie umniejszać. Nie mówię, żeby traktować dzieci, jak dorosłych, bo nimi nie są. Trzeba je chronić i być względem nich szczególnie ostrożnym, ale nie można też traktować ich tak, jakby były głupie, czy niczego nie rozumiały. Dzieci widzą i rozumieją znacznie więcej, niż dorośli myślą. — Powiedziała całkowicie szczerze to, co jako pierwsze przyszło jej na myśl, a co dla samej Rosie było kwintesencją rozmów z dziećmi. — Ale chyba nie jest to nic, czego byś nie wiedział, co? — Spytała z jakąś wręcz czułą łagodnością w głosie, po czym pochyliła się nieznacznie w jego stronę. — Na tyle, na ile zdążyłam cię poznać, nie podejrzewałabym ciebie, Cree o umniejszanie komukolwiek. Myślę, że po prostu powinieneś nieco bardziej sobie zaufać.

Cree Valentine
28 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Peace without justice is tyranny.
Whispers of life
Przez ułamek sekundy Cree poczuł, jak nagle zrobiło mu się głupio. Wcale nie oczekiwał od Rosie żadnej pomocy dlatego, że była mu coś winna. Nigdy tak o niej nie myślał ani o żadnej innej osobie w podobnych okolicznościach – słowa o rewanżu wypowiedział raczej żartem, lekką przekomarzanką, niż faktycznym roszczeniem. Zerknął w bok, przeczesując wzrokiem szpitalny korytarz, jakby szukał w nim ucieczki od własnej niezręczności, po czym niemal automatycznie podrapał się po dłoni, w geście, który zawsze pojawiał się u niego, gdy czuł się z czymś niekomfortowo. Bywał zbyt swawolny w swoich słowach. Przyjaciele to rozumieli i zdążyli zaakceptować, ale nie powinien tym obarczać już na początku znajomości kobiety, którą spotkał jeden jedyny raz, na dodatek na moment i w bardzo nieciekawych dla niej okolicznościach.
Żartowałem – rzucił szybko, kręcąc głową. – Doskonale wiem, że masz na tyle złote serce, że jeśli mi pomożesz, to i tak nie będziesz oczekiwać niczego w zamian – zawiesił głos na moment, jakby zastanawiał się, czy dodać kolejne zdanie, po czym mimo wszystko zrobił to, uśmiechając się lekko. – Właśnie za to cię lubię.
Prawda była taka, że sam nie różnił się od niej aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Pomagał ludziom, bo chciał, nie dlatego, że musiał albo liczył na jakiekolwiek zadośćuczynienie. Może to wynikało z tego, że był gliną. Może po prostu taki już był z natury. Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Z drugiej strony, sam nie lubił wciągać innych w swoje problemy, a już na pewno nie w pracę. Prośba o pomoc zawsze przychodziła mu znacznie trudniej niż jej udzielanie – i ta sytuacja nie była wyjątkiem. Gdyby nie spotkał Rosie na oddziale, najprawdopodobniej zaczekałby na psychologa i ruszył nieprzygotowany do pokoju chłopca.
Skinął głową na jej stwierdzenie, że w szpitalu nic się nie ukryje. Nie zdziwiło go to. Sprawa morderstwa rodziców Eliasa była głośna – mówił o niej chyba każdy większy program informacyjny. Wielu reporterów próbowało też bezskutecznie dostać się do budynku, żeby przepytać małego świadka. Ckliwy wywiad na wyłączność z ofiarą. Dziennikarze bywali gorsi niż sępy. Nie dość, że żerowali na ludzkiej tragedii, to nie odpuszczali nawet dzieciom. Czasem by ich wszystkich najchętniej zakuł w kajdanki. Niestety nie było to takie proste.
Ucieszył się za, to gdy Rosie odpowiedziała, że wszystko jest w porządku. Bał się przez moment, że przekroczył jakąś granicę, że nie powinien był bez pytania łapać jej za dłoń i trzymać dłużej, niż wypadało. Po jej zapewnieniu rozluźnił barki, które od dłuższej chwili były paskudnie spięte, gotowe przyjąć na klatę każde jej niezadowolenie. To jednak nigdy nie nastąpiło. Po raz kolejny udowodniła mu, jak bardzo sympatyczną i wyrozumiałą jest osobą. Naprawdę to doceniał.
Cieszył się też, że miał w niej takie wsparcie. Że wierzyła w niego bardziej, niż on sam wierzył w siebie, choć przecież prawie w ogóle go nie znała.
Chyba nie jestem najgorszy w swojej pracy – powiedział w końcu, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę. – Ale czasem trafiają mi się sprawy, które obnażają moje słabości. I ta akurat do takich należy.
Nigdy się nie poddawał, ale i on napotykał kłody pod nogami. Nie tylko w postaci sprytnych, trudnych do złapania przestępców, ale też w takich bardziej przyziemnych sytuacjach – jak rozmowa ze skrzywdzonym dzieckiem. Nawet świadomość, że psycholog będzie tuż obok, nie przynosiła mu ulgi. Wiedział, że będzie musiał wyciągnąć z Eliasa wszystko, co mogłoby pomóc w tej sprawie. I wiedział też, że to go zaboli. Nie było innej opcji.
Wysłuchał rady Rosie z widoczną na twarzy uwagą. Dobrze, że mu o tym powiedziała – bo popełniłby kardynalny błąd już na samym początku. Nie zamierzał traktować Eliasa jak głupiego, niczego nierozumiejącego dziecka, ale zdecydowanie planował zadawać pytania tak, jakby rozmawiał z kimś dużo młodszym i dużo mniej ogarniętym, niż chłopiec zapewne był.
Dzięki – rzucił z uśmiechem, po czym dodał żartobliwie: – Widzisz, nawet ja nie jestem najlepszy we wszystkim.
Nie miał problemu, żeby przyznać się przed kimś, że nie wszystko, czego się dotknął, zamieniało się w złoto. W końcu był tylko człowiekiem. Nawet jeśli przez wygląd czy obecną pozycję w pracy miał w życiu nieco z górki. Może właśnie ze względu na to przychodziło mu to z taką łatwością albo najzwyczajniej w świecie nie dbał o swoją reputację. Nie był nikim sławnym. Nie musiał się kreować na kogoś, kim ostatecznie nie był.
Sięgnął wtedy po telefon, spoglądając na ekran. Wiadomość od komendy informowała go, że przez ogromny korek na Claiborne psycholog wciąż jest w drodze i spóźni się kilkanaście minut. Westchnął cicho, chowając urządzenie z powrotem do kieszeni, po czym uniósł wzrok, wracając spojrzeniem do Rosie.
Psycholog utknęła w korku, więc trochę się spóźni – poinformował ją, unosząc lekko brew. – Nie chcę cię zatrzymywać, jeśli masz coś do zrobienia. Więc jeśli jesteś zajęta i nie masz nic przeciwko, to mogę usiąść w poczekalni i tam zaczekać, aż ona dotrze.
Nie chciał niepotrzebnie odciągać jej od pracy. Pewnie była zabiegana nawet bez jego gadulczej natury i lawiny pytań.

Rosie Albright
Przyjezdn*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
29 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
To be soft is to be powerful
Whispers of life
Mruczka, but call me Kicia
Ja też! — Odparła momentalnie i zaraz roześmiała się, czując, jak jej policzki się rumienią. — Po prostu chodziło mi o to, że wiesz, oczywiście, że ci pomogę, a po tym wszystkim dalej będę twoją dłużniczką, wiszącą ci kawę i jakieś pyszne ciasto. — Wyjaśniła, bo naprawdę nie miała nic innego na myśli. Po prostu w ten sposób chciała dać Cree do zrozumienia, że w dalszym ciągu liczy na ich spotkanie i to nie w kategorii spłaty długu, a czysto towarzyskich. — Ale… — Przeciągnęła to słowo, niemal jak krygujące się dziecko. A może to była kwestia różnicy wzrostu pomiędzy nimi i tego, że aby Rosie tak po prostu mogła na niego patrzeć, musiała zadzierać głowę, szczególnie przy tej niewielkiej odległości, która ich dzieliła. — Gdybym wiedziała, że w ten sposób usłyszę tyle miłych rzeczy, to jeszcze raz bym to powiedziała. — Stwierdziła ze śmiechem, myśląc sobie, że z tego komunikacyjnego porozumienia wyniknęły dla niej same przyjemne rzeczy. Cree nie tylko uważał, że ma złote serce, ale jeszcze do tego ją lubił i Rosie pomyślała, że w końcu skorzysta z tego numeru, który jej dał i napisze do niego przy pierwszej możliwej okazji.
Zaśmiała się cicho, kręcąc głową.
Wiesz, nigdy nie widziałam cię w akcji, ale i bez tego myślę, że jesteś w niej naprawdę dobry. W końcu sam mówiłeś, że jesteś pracoholikiem. I widać, że się do niej przykładasz, a do tego wszystkiego jesteś po prostu dobrym człowiekiem. Chyba więc spełniasz wszystkie wymagania, żeby być w niej dobry. — Zauważyła z uśmiechem.
Nigdy nie rozumiała pracy w policji. Nie wiedziała, jak można samodzielnie podjąć decyzję, aby w niej pracować, stykając się nie tylko z tymi wszystkimi okropieństwami i nieszczęściami, co również z samym niebezpieczeństwem, szczególnie jeśli mowa była o Nowym Orleanie. I oczywiście była wdzięczna każdej osobie, która decydowała się służyć w ten sposób miastu, a jednak ani trochę tego nie rozumiała. Nawet Dylan nie był w stanie jej przekonać. Zresztą on sam zdawał się nie mieć ani trochę wiary w tę pracę w tym mieście. Rosie do dnia dzisiejszego nie rozumiała, w jaki sposób w ogóle wstąpił w szeregi policji.
Jestem pewna, że dobrze ci pójdzie. No i poza tym wiesz, te najtrudniejsze przypadki zawsze dają najwięcej satysfakcji. O ile w tym przypadku można o niej w ogóle mówić. — Rosie spojrzała na niego znacząco. — Wiesz, co mam na myśli. Po prostu im cięższy orzech do zgryzienia tym więcej powodów do dumy. — Wyjaśniła, aby tym razem uniknąć jakiegokolwiek nieporozumienia. — Chociaż nie wiem, czy w pracy detektywistycznej się to sprawdza. No ale u mnie tak jest. Zresztą nie tylko w pracy. — Był to fakt potwierdzony naukowo, ale o tym Rosie nie czuła, że musi jakkolwiek napominać.
Nikt nie jest. — Stwierdziła ze śmiechem. Nie wątpiła w szeroką gamę zalet Cree, mogąc od razu wymienić przynajmniej kilka, mimo tego, że widzieli się dotychczas wyłącznie raz, a jednak Rosie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie było człowieka bez wad. Każdy je miał. Ona również. I nawet Dylan miał wady, choć tych Rosie zdawała się nie dostrzegać przez zbyt długi czas.
Spojrzała badawczo na mężczyznę, gdy ten sięgnął po telefon, w pierwszej chwili myśląc, że może coś się wydarzyło. Zaraz jednak kiwnęła głową na wieść, że psycholożka utknęła w korku.
Domyślam się, że nie masz ochoty teraz na ciastko, ale może na kawę? — Rosie wskazała dłonią, aby przybliżył się nieco w jej stronę i sama wyciągnęła się w jego stronę, aby znaleźć się bliżej mężczyzny w taki sposób, jakby chciała mu zdradzić sekret. — Ogólnie nie mówi się o tym głośno, ale w naszym pokoju mamy szalony ekspres, który robi wszystkie możliwe kawy. A że masz części, bo znasz jedną z najbardziej lubianych tutaj pielęgniarek, to myślę, że mogłaby ci ona załatwić jakąś kawę z tego ekstra szalonego ekspresu. — Szepnęła, kiedy Cree znalazł się już bliżej niej. — Miałam właśnie jakąś sobie robić, a że jak sam widzisz, nic się już nie dzieje, to możemy wpić ją wspólnie. Nie będzie to obiecana kawa, tylko takie preludium do niej. Co ty na to?

Cree Valentine
28 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Peace without justice is tyranny.
Whispers of life
Cree poczuł, jak w piersi rozlewa mu się przyjemne, ciepłe uczucie – ta łatwość, z jaką rozmawiało mu się z Rosie, była czymś, czego nie spodziewał się po tak krótkiej znajomości. Był ekstrawertykiem, prawda, obracał się wśród ludzi niemal codziennie, ale specyfika jego pracy sprawiała, że większość jego rozmów toczyła się z przestępcami próbującymi go okłamać, ze skrzywdzonymi członkami rodzin ofiar, a czasem – gdy nikt nie patrzył – z ciałami leżącymi na stole w kostnicy, do których monologował, jakby mogły mu odpowiedzieć. Nie był w tym najlepszy, jeśli chodziło o zwykłe, towarzyskie pogawędki. Nie zawsze wiedział, co powiedzieć. Nie zawsze panował nad tym, w jaki kierunku poprowadzi rozmowę, ani nie potrafił przewidzieć, co ktoś odbierze jako żart, a co jako coś poważnego. Mówił zwykle to, co przyszło mu na język, co nie zawsze było najlepszym sposobem na rozpoczynanie nowych znajomości, a mimo to z Rosie wszystko szło gładko, bez tego znajomego zgrzytu, którego czasem się spodziewał.
Komplementów mi nie brakuje – rzucił z uśmiechem, unosząc lekko brwi i przekrzywiając głowę w jej stronę. – I mogę cię zapewnić, że jeszcze wieloma cię uraczę.
Poczuł się przy tym odrobinę spokojniejszy niż jeszcze piętnaście minut wcześniej. Wchodząc do szpitala, był okropnie zestresowany i zagubiony, choć sama sprawa go nie przerastała – nie było w niej niczego, z czym wcześniej by się nie mierzył ani nad czym by nie pracował. Rozmowa z tak młodym świadkiem była jednak dla niego nowością, której nigdy nie planował i której w rzeczywistości aż do teraz unikał. Zwykle należał do ludzi, którzy podejmowali się nowych wyzwań bez zająknięcia, stawiając im czoła z pewnością siebie graniczącą z brawurą. Ale ostatecznie i on był tylko człowiekiem ze swoimi słabościami, choć rzadko przyznawał się do nich na głos, a już na pewno nie komuś, kogo znał od tak niedawna.
Wiesz – zaczął, opierając się o parapet obok kubka, który zdążył już ostygnąć – w mojej pracy dobre serce czasem nie jest niczym pomocnym. Żeby łapać morderców, trzeba czasem myśleć jak oni. Być zimnym, skrajnie nieczułym na ludzkie cierpienie, wcielić się w kogoś, kto nas obrzydza i z kim nie chcielibyśmy mieć nic wspólnego. Ale to właśnie ta perspektywa czasem zdradza, jaki będzie kolejny krok przestępcy.
Zerknął gdzieś w bok, w stronę okna, za którym miasto tonęło w popołudniowym słońcu, a promienie odbijały się od szyb sąsiedniego budynku z taką intensywnością, że musiał na moment zmrużyć oczy. Ta myśl wymagała od niego odrobiny dystansu. Praca w policji zmieniała człowieka i nie zawsze na lepsze. Moralność zaczynała się zacierać, gdy trzeba było pozostać dobrym człowiekiem, a jednocześnie złapać nieco tej znieczulicy, która pozwalała nie zwariować po tym, co się widziało, słyszało i czuło każdego dnia. Czasem zastanawiał się, ile jeszcze z tej pierwotnej wersji siebie w nim zostało, a ile zastąpiły nawyki wypracowane przez lata siedzenia naprzeciwko ludzi, którzy kłamali mu prosto w oczy, patrząc przy tym z takim spokojem, jakby mówili o pogodzie.
Zgadzam się z tobą co do trudnych przypadków – dodał po chwili, wracając wzrokiem do Rosie i pozwalając, by ten cień powagi zszedł z jego twarzy. – Dają ogromną satysfakcję. Nie tylko przez poziom wyzwania, ale też dlatego, że gdy w końcu łapiesz kogoś, kto zrobił komuś coś naprawdę okropnego, to uczucie ulgi jest nie do opisania. Chyba najlepszym w całej tej pracy.
Potarł nadgarstek, niemal odruchowo, jakby ten drobny gest pomagał mu uporządkować myśli po tym, co przed chwilą powiedział. Gdzieś w tle usłyszał odgłos wózka z dokumentacją turkoczącego po korytarzu, kółka skrzypiące nierówno na linoleum, a chwilę potem jakiś telefon dzwoniący bez odbioru przy kontuarze, uparcie, w kółko, aż w końcu ktoś go wyciszył. Szpitalny gwar toczył się swoim rytmem, zupełnie obojętny na to, co działo się między nimi w tym niewielkim skrawku korytarza.
Nikt nie jest idealny, to prawda – przyznał, kiwając głową z lekkim uśmiechem. – Problem w tym, że ja zawsze próbuję zbliżyć się do ideału, jak tylko mogę. Zwłaszcza w pracy. Nie dlatego, że muszę komuś coś udowadniać. Po prostu im lepszy jestem w tym, co robię, tym skuteczniej łapię ludzi, którzy powinni siedzieć za kratami, i tym lepiej chronię tych, którzy mogliby stać się kolejnymi ofiarami.
Zagryzł wargę na moment, jakby te słowa wybrzmiały odrobinę zbyt poważnie jak na tę rozmowę, po czym uśmiech wrócił na jego twarz, tym razem lżejszy, bardziej swobodny, jakby sam postanowił zrzucić z ramion ten ciężar, zanim zdążył się na dobre zadomowić.
Na wzmiankę o szalonym ekspresie i kawie jako preludium do tej wcześniej obiecanej roześmiał się cicho, kręcąc głową z rozbawieniem, a kąciki jego oczu zmarszczyły się w sposób, który rzadko pokazywał obcym ludziom.
To zdecydowanie lepszy pomysł niż siedzenie w poczekalni i przebieranie nogami, czekając, aż ktoś w końcu przyjedzie – przyznał, odsuwając się nieco od parapetu i poprawiając rękaw koszuli, jakby dawał sobie chwilę, by zebrać myśli przed tym, co zamierzał powiedzieć dalej. – Więc tak – z przyjemnością skorzystam z twojego towarzystwa, póki czekamy na psychologa.

Rosie Albright
Przyjezdn*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
29 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
To be soft is to be powerful
Whispers of life
Mruczka, but call me Kicia
Rosie bez trudu można było zaliczyć do grona ekstrawertyczek; lubiła wchodzić z innymi w kontakt, lubiła spędzać czas z innymi ludźmi i lubiła również mówić. Mówiła zresztą dużo, czasem z większym, a czasem z mniejszym sensem. Opowiadała historie, zdając się na spontaniczność, bez uprzedniego zastanawiania się, czy były one ważne, poprawne politycznie, czy na miejscu. Mówiła po prostu to, co w danej chwili miała ochotę powiedzieć, a że usposobienie miała przyjazne i łagodne, to rzadko kiedy wychodziła z tego jakaś katastrofa. Lubiła też słuchać i dawać przestrzeń innym, bo choć mówiła dużo i często również szybko, nie miała przyjemności w długich monologach. Poza tym była ciekawa innych. Lubiła poznawać świat cudzymi oczyma, z odmiennej perspektywy. I właśnie taką odmienną perspektywą był dla niej Cree. Miała poczucie, że różniło ich wszystko: począwszy od tego, jak wyglądali, poprzez usposobienie, kończąc na wrażeniu, jakie każde z nich robiło. On zdawał się poważny, być może dlatego, że zobaczył rzeczy, z którymi zwyczajni ludzie na co dzień nie mieli żadnej styczności. Ona z kolei miała w sobie coś z dziecka, patrzącego na świat przez różowe okulary. A jednak Cree nie tylko budził jej sympatię i ciekawość.
Policzki jej spłonęły rumieńcem już na samą tę perspektywę, a jednak ani myślała odwodzić go od tego pomysłu.
W takim razie tym bardziej musimy się spotkać w innych okolicznościach. — Odparła z uśmiechem, skutecznie odsuwając od siebie myśl o tym, że było to nic innego, jak otwarty flirt. Była w pracy. Oboje byli. A do tego jego czekało za chwilę trudne przesłuchane. A jednak Rosie w tej krótkiej chwili skupiła się tylko i wyłącznie na mężczyźnie; na jego uśmiechu i ciemnych oczach, w których trudno było dostrzec wyraźnie przebiegającą granicę pomiędzy źrenicami a tęczówkami.
Nie przestała się uśmiechać, choć jej uśmiech zmienił się nieznacznie. Przechyliła głowę, dalej na niego patrząc.
I co, tak po prostu jesteś w stanie wyłączyć to dobre serce? — Spytała. Ton jej głosu zdradzał, że ani trochę w to nie wierzyła. Bo nie istniał sposób, aby to zrobić. Ona to wiedziała. Przekonała się o tym kilkakrotnie aż nazbyt boleśnie. — Bo je masz. Co do tego nie mam wątpliwości. — Dodała. Gdyby go nie miał, nie pomógłby jej wtedy. I dlatego też nie powstrzymała się przed pytaniem, które zaraz wypłynęło spomiędzy jej ust, nim zdążyłaby się ugryźć w język: — Czy to nie jest wykańczające? Tym bardziej, kiedy ustaliliśmy już, że masz dobre serce. Wiesz, wchodzić w głowę mordercy, myśleć tak jak on. — Nawiązała bezpośrednio do jego słów. — Zastanawiam się, z jakimi konsekwencjami wiąże się wcielanie się w osobę, która nas obrzydza. — Uśmiech nie wiedzieć kiedy zniknął z jej ust. Mówiło się, że każda praca miała swoje deformacje zawodowe. Niektóre były mniej, a inne bardziej dotkliwe. Rosie mimowolnie pomyślała o Dylanie, który nigdy nie pasował jej na detektywa, czy w ogóle policjanta. W pracy przyświecała mu konkretna misja, był idealistą i miał jasno określony cel. A jednak zdawał się być też od swojej pracy zdystansowany. Kiedy z niej wychodził, po prostu przestawał być detektywem, a był sobą, uśmiechniętym facetem z Południa. Cree zdawał się być detektywem na pełen etat ani na moment nie opuszczał gardy. Mówił też otwarcie o swoim pracoholizmie i o tym, że nigdy nie wychodził z pracy. I Rosie przemknęło przez myśl, że za tą przystojną twarzą i miłym uśmiechem, musi się kryć coś mrocznego.
To chyba najlepsza część waszej pracy. — Przyznała. Bo cała reszta ją przerażała. To jedno natomiast było budujące. Nowy Orlean jednak nie słynął ze statystyk. — A może właśnie słynął, ale z tych fatalnych.
Nie próbuj tego robić. To właśnie to, co nieidealne jest najbardziej interesujące. — Odparła momentalnie. Rosie rzeczywiście tak uważała. I nie było istotne czy chodziło o ludzi, przedmioty, ubrania, czy choćby wypieki. To, co pozostawało nieidealne było zwyczajnie ludzkie. Pełne uroku i wdzięku. Ona również była nieidealna. I chciała wierzyć — albo raczej mocno wierzyła, że właśnie na tym polegał jej urok.
Świetnie. — Orzekła. — I proponuję pozbyć ci się tego jak najszybciej. — Wskazała na jego papierowy kubek, w którym jak podejrzewała, miał tutejszą kawę. — Ani nie ma to smaku, ani kofeiny. — Szpitalna kawa była paskudna i nawet Rosie to wiedziała, choć na co dzień pijała wyłącznie napoje kawo podobne; ważne, aby były słodkie i miały dużą ilość mleka. Ruszyła w stronę oddziałowego pokoju socjalnego. — Więc? Masz jakieś plany na wakacje, czy nigdy nie bierzesz wolnego i wciąż masz do wykorzystania urlop sprzed kilku lat?

Cree Valentine
28 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Peace without justice is tyranny.
Whispers of life
Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że Cree próbował podrywać Rosie – że prawił jej komplementy i miłe słowa, bo wpadła mu w oko i chciał wypaść w jej oczach jak najlepiej. Prawda była zgoła inna. Przy kobiecie czuł się po prostu bardzo swobodnie. Nie musiał nikogo udawać, nie musiał niczego wykalkulowanego dobierać z jakiegoś repertuaru chwytów, a jednocześnie uważał, że pielęgniarka zasługiwała na kilka miłych słów po tym wszystkim, co dla niego robiła. Nie wykluczał przy tym romantycznego zainteresowania – byłby kłamcą, gdyby twierdził, że w ogóle nie brał tego pod uwagę – ale nie był to jego główny cel. Dobrze czuł się w jej towarzystwie i chciał, żeby trwało to jak najdłużej, niezależnie od tego, w jakim kierunku ostatecznie mogłoby się to rozwinąć.
Przychodziło mu to naturalnie, bez przymuszania się, bez szukania dziwnych, przypadkowych tematów do rozmowy, jak to zwykle bywało podczas pierwszych spotkań. Nie bał się przy niej poruszać tych cięższych spraw, którymi nie dzielił się z byle kim. Rosie, choć miała swoje twarde stanowisko w wielu kwestiach, zawsze wysłuchiwała go do końca i dzieliła się własnym zdaniem w sposób łagodny, pozbawiony oskarżycielskiego tonu. Naprawdę to doceniał.
Może bywał przy tym zbyt poważny. Zbyt spięty, zbyt służbowy na zwykłą pogawędkę w korytarzu. Wymagała tego jednak jego praca. Lekkość i pobłażliwość w oczach wielu wyglądały jak słabość, a przestępcy potrafili to doskonale wykorzystać. Wyczuwali moment, gdy policjant się łamał; nie wiedział, o co jeszcze zapytać; był już pewien, że traci sprawę. Cree nigdy sobie na to nie pozwalał. Nawet gdy miał świadomość, że dowodów jest za mało, żeby kogoś przymknąć, grał kogoś bardziej pewnego swoich słów, niż w rzeczywistości był. Wyłapywał drobne zawahania się, prowadził rozmowę tak, by zeszła na informacje, o których jeszcze nie wiedział. Gdy tylko wyłapywał w czyichś słowach coś, co brzmiało jak poszlaka, natychmiast się na tym skupiał i drążył dalej. Wiele spraw rozwiązał właśnie w ten sposób. Ludzie pod wpływem różnych emocji potrafili wyspowiadać się szybciej, niż sami by tego po sobie oczekiwali.
Z największą przyjemnością – odpowiedział krótko na jej propozycję kolejnego spotkania, nie wracając już do tego wątku. Choć mocno się wyluzował i rozmawiało mu się z nią z zaskakującą swobodą, wciąż był w pracy. Może i miał teraz nieoczekiwaną przerwę w oczekiwaniu na przyjazd psychologa, ale nie mógł całkowicie wyjść z roli. Byłoby to w jego oczach skrajnie nieprofesjonalne.
Musiał się na chwilę zastanowić nad jej kolejnym pytaniem. Odpowiedź nie była taka prosta, jak mogłoby się wydawać.
Bardziej to zagłuszam, niż wyłączam – przyznał w końcu. – Nie robię tego dlatego, że przychodzi mi to z łatwością. Bardziej dlatego, że wiem, że tylko wtedy będę mógł dalej wykonywać ten zawód. Inaczej szybko bym się poddał. Wykończyłoby mnie to. Każda kolejna sprawa przybliżałaby mnie tylko do chęci ucieczki.
A tego właśnie chciał uniknąć. Wiedział, że nie może się poddać, bo rezygnacja niczego by nie zmieniła. Świat nie stałby się przez to lepszy – jedynie odrobinę łatwiejszy dla niego samego. Nie potrafiłby żyć ze świadomością, że mordercy, których mógłby złapać i sprowadzić na nich sprawiedliwość, wciąż gdzieś krążyli, odbierając życie niewinnym ludziom i tylko dlatego, że on nie był wystarczająco silny. Że nie podołał.
Na jej kolejne pytanie tylko krzywo się uśmiechnął.
To wcale nie jest tak wykańczające, jak brzmi – odpowiedział. – Trzeba nauczyć się rozróżniać te dwa światy. Trochę jak jawę od snu, dobro od zła. Myślę jak oni, żeby potem wykorzystać tę wiedzę przeciwko nim. I to samo w sobie sprawia, że człowiek od tego nie głupieje, bo zna swój cel, trzyma się go i wie, że robi to w imię czegoś dobrego.
Miał świadomość, że Rosie mogła nie do końca zrozumieć jego tok myślenia. Żeby to zrozumieć, musiałaby najpierw znaleźć się w jego butach. Doskonale jednak rozumiał jej obawy i to, jak taka praca mogła wpływać na człowieka, na jego sposób myślenia i bycia. W Stanach niejeden policjant, który zaczynał jako dobry, troszczący się o wszystkich człowiek, po latach służby stawał się nerwowy, agresywny, ciężki w obyciu. Jego zawód był jeszcze bardziej przytłaczający, dawał jeszcze więcej okazji, by myśleć o ludziach źle. Starał się jednak zawsze oddzielać pracę od życia prywatnego i jak dotąd, poza pracoholizmem, radził sobie z tym całkiem nieźle. A przynajmniej tak sam sobie wmawiał.
Nie był też pewien, czy to rzeczywiście była najlepsza część jego pracy. Z jednej strony cieszył się, gdy udawało im się złapać przestępcę. Z drugiej – czuł niepokój, a może nawet coś na kształt zmartwienia, myśląc, ilu jeszcze czekało na to, żeby ich zgarnąć. Nowy Orlean pod tym względem niewiele różnił się od komiksowego Gotham. Brakowało tylko Batmana, który wykonałby za nich solidną część roboty.
Nie był skrajnym perfekcjonistą, więc nie dążył do ideału za wszelką cenę, ale w kwestii pracy zawsze starał się być najlepszą wersją siebie. Nie zamierzał się jednak w tym zatracić.
Nie zamierzam niczego robić na siłę – dodał z powracającym, szczerym uśmiechem. – Wiem, że ideały nie istnieją, a próba prześcignięcia samego siebie to jednokierunkowa droga do zatracenia się.
Ruszył za nią, zabierając ze sobą papierowy kubek, ale tylko po to, by po drodze wrzucić go do pierwszego lepszego kosza, mijając wózek z tacami obiadowymi popychany przez jedną z sanitariuszek. Niewiele już w nim zostało, ale i tak nie był fanem zimnej kawy.
Nie miał żadnych planów. Nie miał nawet zaklepanego urlopu – nie dlatego, że wolał pracować, ale dlatego, że w jego zawodzie dni wolnych po prostu było niewiele. Pod tym względem zazdrościł ludziom pracującym w korporacjach i w biurowych rolach. Duże, popularne firmy potrafiły oferować naprawdę solidną pulę urlopu. Detektywom bliżej było do klasycznych, mało hojnych standardów amerykańskiego rynku pracy.
Moja praca pod tym względem nikogo nie rozpieszcza – wyrzucił z siebie, zerkając na nią z boku. – I choć moje stanowisko wiąże się z paroma przywilejami, wciąż mam mniej niż dwa tygodnie urlopu w roku. Często muszę wybierać pojedyncze dni, żeby coś załatwić – jak wtedy, gdy spotkaliśmy się w kawiarni. O tej porze roku zostaje mi już zwykle niewiele dni do wykorzystania. Rzadko starcza na coś więcej, niż na weekend poza miastem.
Zamilkł na moment, jakby pogrążył się we własnych myślach, po czym pokręcił głową.
Więc nie. Żadnych planów – przyznał w końcu. – A ty? Wybierasz się gdzieś?

Rosie Albright
Przyjezdn*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
29 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
To be soft is to be powerful
Whispers of life
Mruczka, but call me Kicia
Już na pierwszy rzut oka wiadome było, jak bardzo Rosie różniła się od Cree. Być może równie dużo ich łączyło — obydwoje pracowali w budżetówce, w zawodach zaufania publicznego, od których wymagało się powołania, byli zaangażowani w swoją pracę i gotowi do pomagania innym — a jednak w każdej innej sytuacji, Rosie dostrzegłaby od razu, jak wiele ich dzieliło. Cree był pracoholikiem, o czym głośno mówił, ani trochę się tego nie wstydząc. Mieszkał z daleka od swojej rodziny, dnie i noce spędzał w pracy, najwidoczniej stawiając ją na piedestale swoich życiowych wartości. Ona była inna. Owszem, lubiła swoją pracę i uważała, że jest istotna, a jednak od zawsze to rodzina i bliscy byli dla niej najważniejsi. Tak miało pozostać już zawsze. Ba! Miała się w tym wyłącznie umocnić wraz z chwilą, kiedy w końcu spotka na swojej drodze właściwą osobę.
Sęk w tym, że Rosie za cholerę nie mogła znaleźć tej właściwej osoby. Jej nieliczne związki ostatecznie za każdym razem kończyły się katastrofą. Zresztą nie tylko związki! Wystarczyło spojrzeć na jej relację z Dylanem, która — choć teoretycznie się nie zakończyła — obfitowała w coś znacznie gorszego niż wyłącznie katastrofę.
I może właśnie dlatego. Może na kanwie swojej samotności, rozżalenia, roztrzaskanego serca i niewyobrażalnej tęsknoty, Rosie z uśmiechem przymykała oczy na wszystko, co ich różniło i co w każdej innej sytuacji zdyskredytowałoby w jej oczach Cree jako potencjalnego partnera. Teraz jednak wszystko to nie istniało. Bo Cree był przystojny, miał odpowiedzialną pracę, pomógł jej, gdy tego potrzebowała, uśmiechał się do niej, prawił jej komplementy i jeszcze do tego wszystkiego był niesamowicie wysoki. — Nie, żeby Rosie, która miała metr sześćdziesiąt w kapeluszu, miała jakikolwiek fetysz wzrostu, a jednak na rynku matrymonialnym, dla większości kobiet była to istotna zmienna i w tej sytuacji, Albright traktowała to wyłącznie jako kolejny plus. I kiedy teraz uśmiechała się do niego, naprawdę czuła, że ich spotkanie nie było wcale przypadkowe, a być może było darem wprost od Boga. Takim ku osłodzie, aby w końcu móc zakończyć etap rozpaczy.
Rosie zastanowiła się nad jego słowami. Pokiwała nawet krótko głową, na znak tego, że to rozumie, choć w rzeczywistości ciężko było jej to zrobić. Bo znaczyło to dla niej tyle, że praca Cree była wbrew jego własnej naturze, całkowicie z nią niezgodna i wchodząca w konflikt. I tym bardziej w związku z tym nie rozumiała, dlaczego był takim pracoholikiem.
I jeszcze jej nie znienawidziłeś? — Spytała być może aż nazbyt szczerze. Nie zdążyła się jednak zastanowić, czy było to pytanie na miejscu. Po prostu je zadała, korzystając ze swobody, która zdążyła się między nimi wytworzyć. — To okropne musieć na czas bycia w pracy zagłuszać część siebie. Ja bym w życiu nie dała rady. — Między innymi właśnie dlatego Rosie została pielęgniarką. Bo była to praca nie tylko w zgodzie z jej wartościami, ale również od pielęgniarek wymagano dokładnie tych cech, którymi epatowała również w życiu prywatnym. — Wiesz, ja zarówno w pracy, jak i poza nią jestem wciąż tą samą Rosie. — Wyjaśniła, choć chyba nie było to już koniecznie. Przygryzła wargę, tym razem powstrzymując się przed kolejnymi pytaniami, które cisnęły się jej na usta. A było ich wiele. Tylko sytuacja ku temu nie sprzyjała.
Mimowolnie pomyślała o wszystkich deformacjach zawodowych. Każdy zawód je miał. Sęk w tym, że niektóre z deformacji były mniej, a niektóre bardziej szkodliwe. Pielęgniarki dla przykładu miały tendencję do nadmiernego kontrolowania stanu zdrowia swoich bliskich, przesadnej opiekuńczości i odpowiedzialności. Nauczyciele mieli tendencję do oceniania i poprawiania, a także przyjmowania pouczającej postawy, z kolei policjanci… Policjanci cechowali się podejrzliwością, pozostawali w nieustannej czujności, a także często szukali służbowej dyscypliny i rygoru również w życiu osobistym. Nie było żadną tajemnicą, że mężczyźni pracujący w służbach mundurowych częściej stawali się sprawcami przemocy domowej.
Odsunęła od siebie te myśli. To zdecydowanie nie był czas na rozmowę o tym. Wakacje. Wakacje były bez porównania lepszym tematem, tym bardziej, że kiedy znaleźli się w pokoju socjalnym, jej koleżanka ze zmiany spojrzała na nich podejrzliwie.
To Cree, detektyw. Przyszedł na przesłuchanie. — Wyjaśniła pokrótce. Elise kiwnęła głową, po czym tłumacząc się obowiązkami, wyszła. Rosie nie miała wątpliwości, że kiedy tylko Valentine opuści ich oddział, to Rosie zostanie zasypana pytaniami. — Na jaką masz ochotę? — Spytała, kierując się w stronę ekspresu.
No tak. Nowy Orlean. — Powiedziała tylko. Mogła się tego domyślić. Z tutejszym niedoborem policjantów i nieustannie popełnianymi przestępstwami, detektywi rzeczywiście nie mieli łatwo z urlopami. — Kolejny słaby punkt waszej pracy. — Uśmiechnęła się pod nosem. Nie mówiła tego złośliwie. W życiu! — Nigdy na długo. Ja też jestem zwolenniczką krótkich urlopów, ale rozłożonych w czasie. Ale tak, niedługo wyjeżdżam z przyjaciółmi nad Ocean. Niedaleko stąd, ale już nie mogę się doczekać. Będą namioty, ocean, ogniska i planuję zorganizować podchody z okazji moich urodzin. Szczerze? — Spytała konspiracyjnie, przybliżając się nieznacznie do bruneta. — Już o niczym innym nie myślę. Codziennie odliczam dni!

Cree Valentine
28 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Peace without justice is tyranny.
Whispers of life
Wiele osób uważało, że ludzie, którzy bardzo się od siebie różnią, nie są w stanie stworzyć udanego związku. Cree uważał wprost przeciwnie. Takie osoby doskonale się uzupełniały, często otwierając partnerów na zupełnie nowe doznania. Jeśli jedna osoba była bardziej rodzinna, a druga bardziej zapatrzona w pracę, wcale nie znaczyło to, że jedna nie dbała o wspólną sytuację finansową, a druga nie interesowała się dziećmi. Wciąż mogli dzielić obowiązki, choć mieli różne priorytety. Nie był jednak fanem staromodnego podziału, w którym kobieta była uwiązana do domu i pociech, a mężczyzna wyłącznie do pracy – nie uważał, żeby taki scenariusz dobrze sprawdzał się w dzisiejszych czasach. Ale przecież społeczeństwo funkcjonowało w ten sposób przez setki lat i ludzie wciąż się ze sobą wiązali. Nie zawsze z przymusu, nie zawsze z rozsądku – czasem po prostu z miłości. Dziś było to prostsze. Obie strony mogły cenić i rodzinę, i pracę, a mimo to, przez charakter i priorytety, jedno z nich mogło być bardziej skupione na domu, a drugie na karierze. Nie widział w tym nic złego, dopóki wzajemnie sobie pomagali, a żadne z nich nie musiało na siłę udawać, że wszystko jest w porządku.
To samo dotyczyło zainteresowań. Brak wspólnych pasji nie był dla niego żadną przeszkodą – wciąż można się było w nich nawzajem wspierać, znaleźć te wspólne, a czasem odkryć, że hobby partnera nagle zaczyna podobać się i tobie. Uważał jednak, że nic złego nie było też w tym, żeby mieć coś tylko dla siebie. Indywidualność w związku miała znaczenie. Nie przepadał za parami, które po czasie zlewały się w jeden organizm, do tego stopnia, że trudno było odróżnić je od siebie. W takich relacjach jego zdaniem szybko pojawiały się nuda, zmęczenie i bylejakość, prowadzące prędzej czy później do rozpadu takiego związku.
Ktoś mógłby go pewnie nazwać gościem z małymi wymaganiami – kimś, kto zaakceptuje niemal wszystko. Byłoby to jednak spore niedopowiedzenie. Był wyrozumiały, ale nie ślepy. Druga osoba powinna mu się podobać zarówno z wyglądu, jak i z charakteru. Między nimi powinna istnieć chemia, a ich wizje wspólnej przyszłości – jakoś do siebie pasować. Nie rozważał partnerów, którzy nie potrafili niczego zdecydować i zgadzali się na wszystko, ale równie mało cenił tych, którzy robili wszystko po swojemu, nie uwzględniając drugiej strony. I choć rzadko mówił o tym głośno, liczyła się dla niego również zgodność w łóżku. To był warunek konieczny. Nie należał do ludzi, którzy przy odmowie zaczynali kłótnie albo szukali czegoś na boku – wtedy raczej się martwił i próbował pomóc. Ale jeśli mimo pożądania bliskości obie strony za sobą nie szalały, wiedział już, że fatalnie się dobrali.
Nigdy nie myślał o żadnej pracy w sposób zero-jedynkowy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nawet jeśli lubił bycie gliną i uwielbiał to, co robił, zdarzały się momenty, ludzie i sprawy, których nienawidził z całego serca, i które zostawiały po sobie niesmak na długo. Nie męczyło go to jednak ani nie przeklinał przez to swojej ścieżki zawodowej. Wiedział, że nie zawsze wszystko mogło być kolorowe.
Nigdy się tak nie czułem – odpowiedział na jej pytanie o nienawiść. – Gdyby tak się kiedyś stało, rzuciłbym ten fach. Tak silne negatywne uczucia kieruję tylko w stronę tych, którzy krzywdzą innych. To tylko mnie upewnia, że moja praca ma sens.
Rzucił jej po tych słowach pokrzepiający uśmiech.
Ze mną chyba też nie jest tak źle – dodał. – W końcu teraz pracuję, a chyba zachowuję się dość podobnie do naszego pierwszego spotkania, prawda?
W pracy zawsze był tym samym Cree co poza nią – może odrobinę mniej żartobliwym i flirciarskim, bo czasem po prostu nie wypadało. Ale to nie znaczyło, że stawał się kimś innym. Po prostu wiedział, kiedy trzeba było być bardziej formalnym, i zdarzało mu się to również w życiu prywatnym. Nie widział w tym żadnego problemu.
Spojrzał na nią i dostrzegł na jej twarzy tę charakterystyczną ciekawość – chęć zadawania kolejnych pytań, wyciągania z niego więcej, poznawania go trochę lepiej jako zwykłego człowieka, nie tylko detektywa. Nie zamierzał rzucać jej pytaj śmiało – obawiał się, że mogłoby ją to speszyć i wtedy na pewno przestałaby. Z drugiej zaś strony nie planował jej też przerywać ani powstrzymywać, gdyby jednak się na to zdecydowała.
Gdy znaleźli się w pokoju socjalnym, skinął tylko głową do wychodzącej kobiety. Nie był to jego pierwszy raz w takim miejscu – może nie na tym konkretnym oddziale, ale rozmowy z patologami często przenosiły się właśnie do stołówek albo pokoi socjalnych. Każdy w szpitalu był wiecznie zabiegany i zarobiony, więc choć czuł się z tym paskudnie, wiedział, że kradnie im czas, gdy w pośpiechu wkładali jedzenie do mikrofalówki między jednym pacjentem a drugim. Nie miał jednak innego wyjścia.
Gdzieś za drzwiami rozległ się przeciągły sygnał aparatury, a chwilę potem dało się usłyszeć czyjś głos, przywołujący kogoś na trzecie piętro do pacjenta. Zapytany o kawę, uśmiechnął się lekko.
Dzisiaj zaszaleję. Latte – rzucił, rozglądając się po niewielkim pomieszczeniu, zastawionym kubkami z nadrukowanymi imionami i tablicą korkową obwieszoną kartkami z życzeniami dla kogoś na urlopie macierzyńskim. – To prawda. Nasza praca byłaby dużo przyjemniejsza i mniej wyniszczająca, gdybyśmy mieli więcej rąk do roboty. Albo, gdyby to miasto nie było tak popularne wśród gangów.
Przyznał jednak sam przed sobą, że nie mógł narzekać na zdobyte doświadczenie. Dwa lata w Nowym Orleanie równały się dziesięciu gdzie indziej.
Mam nadzieję, że będziesz miała przecudowny urlop – powiedział krótko, nie bardzo wiedząc, co mógłby jeszcze dodać. Po krótkiej przerwie, przekrzywiając głowę, zapytał: – Kiedy właściwie masz urodziny? Muszę pomyśleć o prezencie.
Wyszczerzył się do niej, czekając na odpowiedź.

Rosie Albright
Przyjezdn*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
29 lat/a, 159 cm
pielęgniarka dziecięca w Memorial Medical Center
Awatar użytkownika
To be soft is to be powerful
Whispers of life
Mruczka, but call me Kicia
Dla Rosie przy wyborze partnera najważniejsze były wartości. Te, które ona sama wyznawała, były jasno określone; ich horyzont wyznaczał kościół prezbiteriański, do którego niegdyś prowadzali ją rodzice, a teraz sama uczęszczała, aby kultywować swoją wiarę, czyniąc z niej kotwicę swojego dorosłego życia. W kręgach, z których się wychodziła, uchodziła za osobę postępową, a przynajmniej głosowa na Demokratów. Nie ze wszystkimi ich postulatami się w pełni zgadzała, a jednak czuła, że jest jej do nich bliżej, niż do Republikanów, o czym zawsze milczała w domu. Zresztą polityka nie była niczym, co Rosie by specjalnie interesowała. Nie chodziła na wiece, na demonstracje, czy pikiety. Być może dlatego, że jeszcze żadna sprawa nie była dotychczas na tyle ważna jej sercu, aby się w to zaangażować. Być może gdyby powstała demonstracja w obronie nowoorleańskich policjantów, na niej by się pojawiła.
W każdym razie niezależnie od tego na jak liberalną by nie uchodziła, istniała część wartości, które Rosie były szczególnie bliskie i zdecydowania dla niej ważne. I jedną z takich wartości było małżeństwo. Małżeństwo, którego wyczekiwała i którego pragnęła, jakby dalej była co najwyżej nastolatką, a nie dorosłą kobietą. Sęk w tym, że aby wziąć ślub, potrzeba było czegoś więcej, niż wyłącznie chęci. Przede wszystkim trzeba było mieć z kim ten ślub wziąć. Tymczasem Rosie miała za chwilę skończyć dwadzieścia dziewięć lat i przez te wszystkie lata nie znalazła się jeszcze ani jedna osoba, która by się jej oświadczyła. Ba! Nie znalazła się nawet taka, która by ten ślub w ogóle z nią rozważała. I Rosie coraz częściej dochodziła do wniosku, że chyba musiała wziąć sprawy w swoje ręce. — Jak się okazywało była znacznie bardziej liberalna, niż samą siebie by o to mogła podejrzewać.
To całe szczęście! — Odparła, kładąc rękę na klatce piersiowej w okolicy serca, jakby naprawdę w tym momencie spadł jej z niego prawdziwy ciężar. Zaraz jednak spoważniała, jej czoło się zmarszczyło, a oczy nieznacznie zmrużyły, jakby w ten sposób próbowała mu się lepiej przyjrzeć. — Ale nie chcesz mi w ten sposób powiedzieć, że lubisz myśleć jak morderca? — Niby żartowała, a jednak patrzyła na niego w pełni poważnie i właściwie było to poważne pytanie. Rosie po prostu chciała zrozumieć. Chciała zrozumieć, jak można było wchodzić w głowę osoby popełniającej okropne zbrodnie, a później żyć tak, jak wcześniej, pić kawę z tym samym uśmiechem i wychodzić na randki.
No tak. — Przyznała mu. — Ale wiesz, teraz sobie stoisz i rozmawiasz ze mną. Za chwilę, kiedy wejdziesz do sali, aby rozmawiać z Eliasem będzie inaczej. I akurat tę część rozumiem. Rozmawiając z nim, będziesz korzystał ze swojej empatii i z tych dobrych cech, które zdążyłam już poznać. Ale kiedy przesłuchujesz kogoś, kto jest podejrzany o jakieś… Morderstwo. — To słowo z trudem Rosie przeszło przez gardło. Czym innym było mówić o morderstwie z filmu, a czym innym o potencjalnym morderstwie, które rzeczywiście miało miejsce i to w mieście, w którym. na co dzień żyła. — No to musisz schować tę część swoich cech i wykazać się innymi. — Nie był to żaden zarzut. Rosie po prostu była ciekawa. Tym ciekawsza, że Cree już kilkakrotnie i bardzo jasne i wprost dał jej do zrozumienia jak ważna była dla niego jego praca.
Latte! Świetny wybór! — Podchwyciła, sięgając po jeden ze swoich kubków, którym z wielką przyjemnością planowała się z nim podzielić. — Masz ochotę zaszaleć jeszcze bardziej? Mamy syrop karmelowy, orzechowy i czekoladowy. — Zaprezentowała, wskazując na stojące obok szklane butelki z dozownikami. — Mamy też bitą śmietanę. — Dodała szeptem. Rosie była prowodyrką tych deserowych szaleństw. Była temu winna i brała to na siebie.
Zabrała się za robienie kawy. Na wzmiankę o gangach mimowolnie się wzdrygnęła.
Rosie kochała Nowy Orlean. Było to jej miasto. To tutaj się urodziła, tutaj wychowywała. Tutaj chodziła do szkoły, zdzierała kolana na rowerze, ukończyła studia i przeżyła wszystkie swoje miłości. I to tutaj każdego dnia coraz mniej czuła się bezpieczna w związku z tym, co się działo. Przestępczość rosła z roku na rok, skala skorumpowania miejskich urzędników, policjantów, a nawet lekarzy była niewyobrażalna. Prawdziwe miasto mafii.
Nie wiem, jak mogą nic z tym nie robić. I wciąż tak mało wam płacić. — Dodała. Od Dylana wiedziała, że policjanci w Nowym Orleanie zarabiali mniej niż chociażby w Bostonie, gdzie wcześniej pracował Hays. A jednocześnie mieli znacznie więcej pracy, byli bardziej narażeni i do tego ani trochę nie cieszyli się społecznym szacunkiem. Bilans wskazywał same straty, a miasto i tak nic z tym nie robiło. — Naprawdę przykro mi, że tak to wygląda. — Dodała i tym chętniej była gotowa zmienić temat na swoje urodziny. Uśmiechnęła się szeroko, podając mu przygotowaną kawę.
Dziękuję! Wszystko na to się zanosi! — Ani myślała ukrywać swój entuzjazm, który już teraz był duży, a kiedy Cree wspomniał o prezencie, jej oczy wręcz zalśniły. I nie była to kwestia prezentu. — Pod koniec miesiąca. I daj spokój, nie musisz nic przygotowywać. Ale może rzeczywiście będzie to dobra okazja, żeby się spotkać? Może odezwę się do ciebie, jak tylko wrócę?

Cree Valentine
28 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Peace without justice is tyranny.
Whispers of life
Cree nigdy tak naprawdę nie myślał o ślubie. Nie, żeby go całkowicie wykluczał, ale przez to, że nie był religijny, sprowadzał się dla niego głównie do papieru. Ułatwiającego pewne sprawy, dającego pewne prawa, ale pozostającego w sferze zwykłej formalności, nie duchowego przeżycia. Nie rozumiał tej idei, że musiał stanąć w kościele, wypowiedzieć przysięgę przed jakąś siłą wyższą, żeby uczucie, które nosił w sobie do drugiej osoby, nagle nabrało większej wagi. Jeśli miałby kiedyś z kimś dzielić życie na dobre, to raczej wyobrażałby sobie coś skromniejszego. Podpis, świadkowie, może kolacja z najbliższymi. Nic więcej.
Był też z tych dziwnych ludzi, których było bardzo trudno skategoryzować. Nie potrafił w pełni pogodzić się z żadną partią polityczną w Stanach Zjednoczonych. Jedna i druga bardzo mu przeszkadzały. Nie potrafił poprzeć wszystkich postulatów żadnej ze stron. Bo z jednej strony był za pozostawieniem legalnej aborcji, z drugiej nie chciał, żeby ten zabieg został sprowadzony do formy antykoncepcji. Był całym sercem za równością małżeńską, za prawami antydyskryminacyjnymi, ale jednocześnie nie chciał, żeby parady równości stały się miejscem, w którym ludzie pokazywali swoje kinki i fetysze. Nie był przeciwny imigracji, bo sam przecież nim był w tym kraju, ale popierał tylko tę legalną, choć sposób, w jaki dzisiaj Republikanie walczyli o granice, bardzo mu się nie podobał. Był też za tym, żeby każdy wierzył w to, w co chciał, ale nigdy religia nie powinna wpływać na kształt i prawa panujące w państwie.
Dlatego rozmowy ze znajomymi, rodziną czy kolegami w pracy bywały trudne. Jeśli ktoś, z kim rozmawiał, stał raczej po skrajnej opcji, jednej lub drugiej, nigdy nie potrafili się dogadać. Zawsze niesprawiedliwie przypisywano go do tej drugiej opcji. Było to dość męczące. Nie wykłócał się, nie awanturował się, nie próbował nikogo przekonać do swoich racji, ale wciąż ciążyło mu to na sercu.
Zapytany o to, czy lubił myśleć jak morderca, nie potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Nie dlatego, że chciał porzucić pracę w policji i stać się seryjnym mordercą – o tym nie było nawet mowy. Miewał jednak problem z granicami. Czy ktoś, kto naprawdę skrzywdził drugiego człowieka lub wielu na przestrzeni jakiegoś czasu, powinien móc żyć? Czy podatnik powinien łożyć na taką osobę, siedzącą w zamknięciu do końca swoich dni? Był za karą śmierci. Za odebraniem życia komuś, kto uczynił to komuś innemu. Ale tylko w przypadku gdy nie istniały żadne wątpliwości. Nie wybaczyłby sobie, gdyby złapał podejrzanego, uczynił wszystko, żeby ten trafił za kraty, a następnie został stracony, a po czasie okazałoby się, że jednak był niewinny. Teraz miał już trudności ze spaniem – a wówczas? Chyba nigdy więcej nie zasnąłby ze spokojem.
Nie myślę – odpowiedział więc krótko. Nie chciał zagłębiać się w szczegóły. Wolał oszczędzić ich Rosie.
Gdy temat wrócił do chłopca, jego mina nieco zrzedła. Zdążył już trochę zapomnieć o zadaniu, które go czekało. Chciał podejść do niego rzetelnie i dać z siebie wszystko, ale wiedział, że będzie to dla niego trudny czas. Cieszył się jednak, że kobieta miała o nim tak dobre zdanie. Nie był do końca pewien, czy powinna.
Zerknął na syropy i nie powstrzymał radosnego chichotu. Mógł się tego spodziewać.
Jeszcze trochę i otworzą tutaj profesjonalną kawiarnię, a ty zostaniesz jej menedżerką – rzucił z rozbawieniem.
Temat policji i tego, jak wyglądała sytuacja w Nowym Orleanie, był jednym z trudniejszych. Nie dlatego, że nie miała racji – sytuacja rzeczywiście była dość trudna – ale stan i władze nie bardzo chciały cokolwiek zmienić. I nie chodziło tylko o pieniądze.
W akademii ciągle nam powtarzali, że to praca dla pasji, nie dla zarobku – dodał z uśmiechem. – Na początku tego nie rozumiałem. Teraz, po kilku latach służby, zaczynam myśleć podobnie.
Nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio obchodził swoje urodziny. Nie traktował tego dnia jakoś specjalnie. Czasem wyskoczył z kimś na piwo i dostał babeczkę z jedną woskową świeczką do zdmuchnięcia. Innym razem, przez natłok pracy, w ogóle zapominał o tym dniu i gdyby nie telefon od rodziców, nawet by się nie spostrzegł.
Będę czekał – powiedział z uśmiechem, gdy w tej samej chwili telefon zawibrował mu w kieszeni. Wyciągnął go, zerkając na ekran. Psycholog była już na miejscu. Westchnął, trochę zestresowany, może nieco zmęczony na samą myśl, ale podchodząc bliżej Rosie, z przepraszającą miną, powiedział:
Muszę uciekać. Czas na mnie. Dzięki za wszystko, w tym za kawę.
Sięgnął po kubek stojący na stoliku, teraz już gotowy, i zabrał go ze sobą.
Udanej reszty dnia – dodał jeszcze, po czym pochylił się, zostawiając na jej policzku krótki, pieszczotliwy buziak, zanim ruszył w stronę wyjścia, wracając do swoich obowiązków, które nie zamierzały na siebie zaczekać.

Rosie Albright

THE END
Przyjezdn*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
ODPOWIEDZ

Wróć do „Memorial Medical Center”