Jean Lafitte
Mówienie o tym było dobre. Powtarzali to sobie uparcie; rozmawiać trzeba i niekiedy nawet próbowali. Trzeba mówić wszystko, by nic nie pozostało niewypowiedziane. To nic, że jedno o niebie, a drugie o chlebie - złudne poczucie robienia czegokolwiek w kierunku wyjścia na prostą było uskuteczniane.
Od stycznia 2024 roku nie rozmawiali jednak o niczym innym.
Czy mówienie i próbowanie w aż takich ilościach - do momentu, w którym głos się podnosił s a m, a ciało pokrywała gęsia skórka - naprawdę było tym, co faktycznie było potrzebne?
Cholernie się bał, że kiedy mówić przestanie, zostanie nazwany człowiekiem, który kochał syna inaczej i mniej i w ogóle przestał. A nie przestał - nie teraz, kiedy Meksyk wyrastał u niego, jako miejsce, które najbardziej potrzebowało jego obecności.
Tam coś m o ż e jeszcze m ó g ł.
Tutaj, wydawało się, mógł już niewiele. Albo mógł gorzej.
A gorzej miał dość. D O Ś Ć.
Kallen. Kallen. Kallen. Meksyk. Meksyk. Meksyk. Żyje. Nie żyje. Nie szukają. Ona nie przestanie. Powinni przestać. On poszuka. Wyprowadzka. Przeprowadzka. Achilles. Serce. Chujnia. Koniec.
Małżeństwo Faulkner nie robiło niczego innego, prócz kulawego życia wokoło wydarzenia, które zmieniło wszystko. Nic. Jakby ich jestestwo zakończyło się w tamtym momencie na plaży. Jakby wszystko, co było przed nigdy nie istniało, to co było po zbyt długo nie miało odwagi wykiełkować, a teraz było ciężkie i nieprzyzwoicie wykańczające.
Bardian w dresach stał przed komputerem, kiedy doszło do niego, że nie miał absolutnego pojęcia, co się działo u jego żony. Wiedział rzeczy, które były wspólne z jego interesem, ale o niej, jako o człowieku teraz nie wiedział nic. Chodziła do pracy? Pracowała zdalnie? Miała jakiegoś klienta, któremu z chęcią wydrapałaby oczy? Co robiła, gdy zostawała sama?
Nie wiedział, co się stanie później. Nie wiedział, jak Kayla zareaguje. Nie wiedział, czy nie skończy się to jeszcze większym szambem, niżeli to, w którym obecnie pływali.
Wiedział jednak, że ta niewiedza była przepaścią, którą sami wykopali. Głęboką do samego piekła albo i dalej. Wiedział, że chciał spróbować trochę pobyć z kobietą, którą kochał, a nie z matką dziecka, które już nigdy miało nie być ich.
Z jego kobietą, którą znał jeszcze przed tym, jak nadane zostały im role rodziców.
Zanim więc racjonalizm uderzył - bo przecież zdawał sobie sprawę, że n i e byli na etapie schadzek, a i godzina była zbyt późna, by coś cokolwiek po trzydziestym roku życia i mając gdzieś obok siebie śpiące dziecko, chwycił w dłoń telefon. Później, dreptał w miejscu, gdy oczekiwał na wiadomości zwrotne. Zupełnie jak wtedy, kiedy absurdalnie zawróciła mu w głowie kilka lat temu. Wtedy czekało się z lekkością. Teraz serce gniotły realne koszmary.
Odpisując, wbiegł do wspólnej - tak mu mówiła, ale wiedział, że do wspólności było temu tak daleko, jak im jako małżeństwa - garderoby i do plecaka zapakował kilka, wydawało mu się, że odpowiednich, rzeczy.
W dresach i koszulce, wsiadł zaś do auta, ruszając w drogę za miasto, by zabrać ze sobą swoją żonę.
Dopiero gdy wjeżdżał na podjazd, odrobinę zwątpił.
Nie pamiętał, jak rozmawiać z Kaylą o czymś innym. Nie pamiętał, jak prowadzić rozmowę, by nie zeszła na t e tematy. Nie pamiętał, jak to jest być obok, bez próby naprawienia i wyjaśnienia. Nie pamiętał, jak to było, tak po prostu spędzić z nią czas.
A od pewnej horrendalnej kłótni i kilku okropnych słów, które nigdy nie powinny zostać wypowiedziane, nie pamiętał, czy łączyło ich cokolwiek innego, niżeli ich syn.
Żałował, że nie zapalił, nim tu podjechał. Żałował, że nie dał sobie więcej czasu, bo być może daje im właśnie kolejną sposobność do zrobienia jeszcze jednego kroku w przeciwne strony.
Zacisnął dłonie na kierownicy, a auto zatrzymał w momencie, w którym małżonka zamykała drzwi rodzinnego domu.
– Rodzice wiedzą, że… – nie. – A Achilles… – nie. – Wymykasz się? – no trudno. Może to jakiś start.
kayla faulkner
Od stycznia 2024 roku nie rozmawiali jednak o niczym innym.
Czy mówienie i próbowanie w aż takich ilościach - do momentu, w którym głos się podnosił s a m, a ciało pokrywała gęsia skórka - naprawdę było tym, co faktycznie było potrzebne?
Cholernie się bał, że kiedy mówić przestanie, zostanie nazwany człowiekiem, który kochał syna inaczej i mniej i w ogóle przestał. A nie przestał - nie teraz, kiedy Meksyk wyrastał u niego, jako miejsce, które najbardziej potrzebowało jego obecności.
Tam coś m o ż e jeszcze m ó g ł.
Tutaj, wydawało się, mógł już niewiele. Albo mógł gorzej.
A gorzej miał dość. D O Ś Ć.
Kallen. Kallen. Kallen. Meksyk. Meksyk. Meksyk. Żyje. Nie żyje. Nie szukają. Ona nie przestanie. Powinni przestać. On poszuka. Wyprowadzka. Przeprowadzka. Achilles. Serce. Chujnia. Koniec.
Małżeństwo Faulkner nie robiło niczego innego, prócz kulawego życia wokoło wydarzenia, które zmieniło wszystko. Nic. Jakby ich jestestwo zakończyło się w tamtym momencie na plaży. Jakby wszystko, co było przed nigdy nie istniało, to co było po zbyt długo nie miało odwagi wykiełkować, a teraz było ciężkie i nieprzyzwoicie wykańczające.
Bardian w dresach stał przed komputerem, kiedy doszło do niego, że nie miał absolutnego pojęcia, co się działo u jego żony. Wiedział rzeczy, które były wspólne z jego interesem, ale o niej, jako o człowieku teraz nie wiedział nic. Chodziła do pracy? Pracowała zdalnie? Miała jakiegoś klienta, któremu z chęcią wydrapałaby oczy? Co robiła, gdy zostawała sama?
Nie wiedział, co się stanie później. Nie wiedział, jak Kayla zareaguje. Nie wiedział, czy nie skończy się to jeszcze większym szambem, niżeli to, w którym obecnie pływali.
Wiedział jednak, że ta niewiedza była przepaścią, którą sami wykopali. Głęboką do samego piekła albo i dalej. Wiedział, że chciał spróbować trochę pobyć z kobietą, którą kochał, a nie z matką dziecka, które już nigdy miało nie być ich.
Z jego kobietą, którą znał jeszcze przed tym, jak nadane zostały im role rodziców.
Zanim więc racjonalizm uderzył - bo przecież zdawał sobie sprawę, że n i e byli na etapie schadzek, a i godzina była zbyt późna, by coś cokolwiek po trzydziestym roku życia i mając gdzieś obok siebie śpiące dziecko, chwycił w dłoń telefon. Później, dreptał w miejscu, gdy oczekiwał na wiadomości zwrotne. Zupełnie jak wtedy, kiedy absurdalnie zawróciła mu w głowie kilka lat temu. Wtedy czekało się z lekkością. Teraz serce gniotły realne koszmary.
Odpisując, wbiegł do wspólnej - tak mu mówiła, ale wiedział, że do wspólności było temu tak daleko, jak im jako małżeństwa - garderoby i do plecaka zapakował kilka, wydawało mu się, że odpowiednich, rzeczy.
W dresach i koszulce, wsiadł zaś do auta, ruszając w drogę za miasto, by zabrać ze sobą swoją żonę.
Dopiero gdy wjeżdżał na podjazd, odrobinę zwątpił.
Nie pamiętał, jak rozmawiać z Kaylą o czymś innym. Nie pamiętał, jak prowadzić rozmowę, by nie zeszła na t e tematy. Nie pamiętał, jak to jest być obok, bez próby naprawienia i wyjaśnienia. Nie pamiętał, jak to było, tak po prostu spędzić z nią czas.
A od pewnej horrendalnej kłótni i kilku okropnych słów, które nigdy nie powinny zostać wypowiedziane, nie pamiętał, czy łączyło ich cokolwiek innego, niżeli ich syn.
Żałował, że nie zapalił, nim tu podjechał. Żałował, że nie dał sobie więcej czasu, bo być może daje im właśnie kolejną sposobność do zrobienia jeszcze jednego kroku w przeciwne strony.
Zacisnął dłonie na kierownicy, a auto zatrzymał w momencie, w którym małżonka zamykała drzwi rodzinnego domu.
– Rodzice wiedzą, że… – nie. – A Achilles… – nie. – Wymykasz się? – no trudno. Może to jakiś start.
kayla faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić - nieraz na zawsze.
Whispers of life
k
Nie pamiętała ostatniego razu, gdy uśmiechnęła się do telefonu.
Smartfon służył wyłącznie do rzeczy, które obciążały. Do służbowych wiadomości, do kontaktu z lekarzem, umawiania i przekładania wizyt Achillesa, przypominania o lekarstwach, naprawach, rachunkach i ratach. Do odbierania złych aktualizacji, do wysyłania jeszcze gorszych. W telefonie Kayli Faulkner nie było niczego, czym mogłaby się rozchmurzyć.
Do jednej, przypadkowej nocy, którą z jakiegoś powodu naznaczył sms inne niż pozostałe. Mąż nie pytał gdzie co jest w domu, nie przypominał o wymianie oleju w samochodzie ani nie informował, że znów jedzie do Meksyku szukać dziecka, którego znaleźć nie potrafił nikt od dwóch lat. Teraz wybudził ją z lekkiego snu na kanapie propozycją…
W zasadzie nie była pewna j a k ą.
Tak dawno nie rozmawiali w ten sposób. Tak dawno nie było miejsca na żart, na lekkość, na oddech. Ponosiła w tym jakąś winę. Być może uważała do tej pory, że uśmiech jej się nie należy; że uśmiech matki, której zły los odebrał syna, nie ma prawa istnieć. Jednak Kayla Faulkner była tak zmęczona, i tak zdesperowana, że nie potrzebowała wiele by wieczór bujania płaczącego Achillesa stał odrobinę bardziej znośny. Dziecko brata wreszcie padło jak słodki supełek, a jego tymczasowa opiekunka (nalegała na ten termin) przypominała sobie o tym, że w małżeństwie również warto by było golić nogi.
Do pracy wystarczyły długie spodnie. Męża przecież nie było…
Był, ale nie było w miejscach, które mogły zakłuć odrostem.
Do teraz?
Nie miała wielu okazji by zadbać o siebie. Jeśli pojawiał się na to czas, musiała wykorzystać go do spraw bardziej pilnych - odespania utraconych nocy, łykania garści proszków na receptę i spotkania z terapeutką, które wszystko pogarszały zamiast naprawiać. Sama nie wiedziała czy wypada jej wziąć prysznic - wszak opluta była od góry do dołu przez uczącego manier chłopczyka - i wyjść. Czy wolny wieczór jej się należał? Czy musiała tłumaczyć się rodzicom gdzie i z kim szła, skoro aktualnie mieszkała u nich?
Poczuła się znów jak gówniara w szkole średniej. Charakterystyczne ukłucie strachu przed ryzykiem i konsekwencjami, podszyte równocześnie ekscytacją i napięciem przyjemnego oczekiwania.
Zdecydowała lekkomyślnie. Nie pozwoliła sobie na przeprowadzanie analizy zalet i wad rozwiązania, bo zostało jej tylko dwadzieścia siedem minut, z czego większość i tak miało zająć suszenie włosów. Nie miała luksusu głębokich rozważań. Poprosiła tatę o przejście do pomieszczenia, w którym drzemkował Achilles a sama pierwszy raz od tygodnia założyła coś całkowicie czystego. Nie było ani dziecięcej śliny, ani plamy z warzywnej papki - przynajmniej przez te kilka minut mogła poczuć się jak człowiek, który jeszcze żyje.
Dla siebie też, nie tylko dla innych.
Drzwi wejściowe zamykała za sobą ostrożnie. Obawiała się wybudzenia dziecka mniej, niż wybudzenia własnej matki. Miała mniejsze pojęcie o granicach i prywatności niż jej mąż i z całą pewnością leciałaby na podjazd jak torpeda, gotowa wybuchnąć tuż przed Bardianem i zabić tym ich wszystkich. Nie chciała na to pozwolić.
Odpowiedź mogła zatem paść tylko jedna.
— Wymykam się — prędko zamykała za sobą drzwi, jakby właśnie moment kliknięcia zamka dowodził powodzeniu misji. Nie zostali wykryci, bomby nie zdetonowano i wszystko już mogło iść dobrze.
Mogło?
— Przed mamą. Tata taktownie nie pytał, ale podejrzewam, że niewiele się przez te lata zmieniło. Będzie oczekiwał, że zwrócisz mnie w odpowiednim stanie i o odpowiedniej porze — wywróciła oczami.
Do Beumonta seniora nie docierał ani wiek córki, ani obrączka na jej palcu. Kayla wciąż ją nosiła - niezależnie od kłótni, separacji, ani nawet żartobliwych smsów o tym, że mąż zostawi ją za schadzkę z przystojnym nieznajomym.
A przystojny był piekielnie. Wyglądał jak ktoś, komu mogłaby chcieć do końca życia podjadać oliwki z przystawek w restauracjach. I może psuć nerwy tak, że musiałby sobie stworzyć w garażu komnatę męskich tajemnic. Podniosła ciekawskie spojrzenie na profil Faulknera, by wieczór rozpocząć najcięższym z dostępnych dział.
Stan cywilny do tego ją zobowiązywał.
— Żona nie będzie zła, że szlajasz się po nocach z jakąś babą? — im lżej zadawano takie pytania, tym ciężej było się z nich wykaraskać. I dobrze.
Bardian Faulkner
Smartfon służył wyłącznie do rzeczy, które obciążały. Do służbowych wiadomości, do kontaktu z lekarzem, umawiania i przekładania wizyt Achillesa, przypominania o lekarstwach, naprawach, rachunkach i ratach. Do odbierania złych aktualizacji, do wysyłania jeszcze gorszych. W telefonie Kayli Faulkner nie było niczego, czym mogłaby się rozchmurzyć.
Do jednej, przypadkowej nocy, którą z jakiegoś powodu naznaczył sms inne niż pozostałe. Mąż nie pytał gdzie co jest w domu, nie przypominał o wymianie oleju w samochodzie ani nie informował, że znów jedzie do Meksyku szukać dziecka, którego znaleźć nie potrafił nikt od dwóch lat. Teraz wybudził ją z lekkiego snu na kanapie propozycją…
W zasadzie nie była pewna j a k ą.
Tak dawno nie rozmawiali w ten sposób. Tak dawno nie było miejsca na żart, na lekkość, na oddech. Ponosiła w tym jakąś winę. Być może uważała do tej pory, że uśmiech jej się nie należy; że uśmiech matki, której zły los odebrał syna, nie ma prawa istnieć. Jednak Kayla Faulkner była tak zmęczona, i tak zdesperowana, że nie potrzebowała wiele by wieczór bujania płaczącego Achillesa stał odrobinę bardziej znośny. Dziecko brata wreszcie padło jak słodki supełek, a jego tymczasowa opiekunka (nalegała na ten termin) przypominała sobie o tym, że w małżeństwie również warto by było golić nogi.
Do pracy wystarczyły długie spodnie. Męża przecież nie było…
Był, ale nie było w miejscach, które mogły zakłuć odrostem.
Do teraz?
Nie miała wielu okazji by zadbać o siebie. Jeśli pojawiał się na to czas, musiała wykorzystać go do spraw bardziej pilnych - odespania utraconych nocy, łykania garści proszków na receptę i spotkania z terapeutką, które wszystko pogarszały zamiast naprawiać. Sama nie wiedziała czy wypada jej wziąć prysznic - wszak opluta była od góry do dołu przez uczącego manier chłopczyka - i wyjść. Czy wolny wieczór jej się należał? Czy musiała tłumaczyć się rodzicom gdzie i z kim szła, skoro aktualnie mieszkała u nich?
Poczuła się znów jak gówniara w szkole średniej. Charakterystyczne ukłucie strachu przed ryzykiem i konsekwencjami, podszyte równocześnie ekscytacją i napięciem przyjemnego oczekiwania.
Zdecydowała lekkomyślnie. Nie pozwoliła sobie na przeprowadzanie analizy zalet i wad rozwiązania, bo zostało jej tylko dwadzieścia siedem minut, z czego większość i tak miało zająć suszenie włosów. Nie miała luksusu głębokich rozważań. Poprosiła tatę o przejście do pomieszczenia, w którym drzemkował Achilles a sama pierwszy raz od tygodnia założyła coś całkowicie czystego. Nie było ani dziecięcej śliny, ani plamy z warzywnej papki - przynajmniej przez te kilka minut mogła poczuć się jak człowiek, który jeszcze żyje.
Dla siebie też, nie tylko dla innych.
Drzwi wejściowe zamykała za sobą ostrożnie. Obawiała się wybudzenia dziecka mniej, niż wybudzenia własnej matki. Miała mniejsze pojęcie o granicach i prywatności niż jej mąż i z całą pewnością leciałaby na podjazd jak torpeda, gotowa wybuchnąć tuż przed Bardianem i zabić tym ich wszystkich. Nie chciała na to pozwolić.
Odpowiedź mogła zatem paść tylko jedna.
— Wymykam się — prędko zamykała za sobą drzwi, jakby właśnie moment kliknięcia zamka dowodził powodzeniu misji. Nie zostali wykryci, bomby nie zdetonowano i wszystko już mogło iść dobrze.
Mogło?
— Przed mamą. Tata taktownie nie pytał, ale podejrzewam, że niewiele się przez te lata zmieniło. Będzie oczekiwał, że zwrócisz mnie w odpowiednim stanie i o odpowiedniej porze — wywróciła oczami.
Do Beumonta seniora nie docierał ani wiek córki, ani obrączka na jej palcu. Kayla wciąż ją nosiła - niezależnie od kłótni, separacji, ani nawet żartobliwych smsów o tym, że mąż zostawi ją za schadzkę z przystojnym nieznajomym.
A przystojny był piekielnie. Wyglądał jak ktoś, komu mogłaby chcieć do końca życia podjadać oliwki z przystawek w restauracjach. I może psuć nerwy tak, że musiałby sobie stworzyć w garażu komnatę męskich tajemnic. Podniosła ciekawskie spojrzenie na profil Faulknera, by wieczór rozpocząć najcięższym z dostępnych dział.
Stan cywilny do tego ją zobowiązywał.
— Żona nie będzie zła, że szlajasz się po nocach z jakąś babą? — im lżej zadawano takie pytania, tym ciężej było się z nich wykaraskać. I dobrze.
Bardian Faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Jean Lafitte
Kayla zamknęła drzwi samochodu, a Bardian miał wrażenie, że zrobili ogromny krok w przeszłość.
Już kiedyś tu niekiedy podjeżdżał (może innym samochodem, bo rodziców), już kiedyś obserwował, jak ostrożnie zamykała drzwi domu (może był wtedy nieco mniej zestresowany), już kiedyś ekscytacja rozwalała mu usta w uśmiechu (może nieco bardziej pewnym i mniej popękanym pod spodem od gryzienia warg) i już kiedyś, w chwili, w której wsiadała do auta, czuł że zatęskni, jak tylko to auto opuści (może teraz o wiele bardziej niż kiedyś). Wtedy jeszcze nie wiedział, jak bardzo te wspólne godziny zmienią trajektorię ich życia. Przewrotne to, bo mając ją już od lat za żonę i będąc starymi zgredami, znaleźli się w sytuacji, w której prawie wszystko tak samo, ale jednocześnie wszystko absurdalnie inaczej niż wczoraj.
Kayla i Bardian inni niż wczoraj.
Ich wczoraj nie było takie, jakie sobie wymarzył, gdy czekał wtedy w samochodzie.
Ich wczoraj było cholernie krótkie.
Ich wczoraj było cudowne i miało nigdy nie wrócić.
Bo ich wczoraj zniszczyło w końcu ich życia. Albo sami zniszczyli swoją nieuwagą, drobnymi decyzjami, które ostatecznie okazały się najważniejsze. A teraz kulali się, próbując odnaleźć drogę jakąkolwiek, która okazałaby się choć źdźbło lżejsza, bojąc się przyznać, że w każdym rosła nadzieja, choć wcale jej być już nie powinno.
By choć przez jedną noc było normalnie.
Wciąż był zaskoczony, że zaledwie pół godziny po tym krótkim esemesie, żona siedziała przy nim, dlatego starał się nie myśleć co dalej. Nie mógł nie spodziewać się niczego, ale też nie mógł spodziewać się wszystkiego.
Nie chciał jednak ryzykować; ani matką, która mogłaby c o ś, bo właściwie nie był pewny, czy mogłaby i odważyłaby się, ani Achillesem, którego ryk mógł roznieść się przez okna, zatem ledwie zapięła pasy, auto ruszyło, pozostawiając wspomnienie tego, co kiedyś i jadąc w to, co teraz.
– Kiedyś… – zaczął, odchrząkując nieco, gdy skupiał się na drodze. – …przyjeżdżałem po taką jedną, jak bywała w domu rodzinnym. Matka, serio, koszmar, strasznie się bałem, choć grałem chojraka. Ale ojciec… całkiem możliwe, że mam jakieś doświadczenie, więc jestem gotowy znieść kolejne reprymendy – choć wciąż był przygotowany na reprymendę od niej, wszak towarzyszącej kobiecie udało się postarać i pięknie ogarnąć w dwadzieścia pięć minut, podczas gdy on rozczochrany i w dresie. Widziały gały, co brały.
Kierunek, zakręt, prosta, kierunek, zakręt. Długa prosta.
Luźne pytanie zaciążyło. Czy mogło być aż tak normalnie? Czy znowu zrozumieją się tak, że abstrakcja, bo inne rzeczy w głowie?
– Właściwie to nie wiem, wiesz? Istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że mogłaby się nie przejąć albo nie zauważyć. Życie ostatnio ją trochę tyra. Z drugiej strony, ma ostre pazury i gdybym był tobą, trochę bym się obawiał, że jednak mogłaby mi wydrapać oczy. Lubisz ryzyko? – choć wybrzmiewała z tego lekkość, a na ustach utrzymywał się uniesiony w górę kącik warg, tak nie mogło obejść się bez krzty tego, co sądził, że mogłoby być smutnymi realiami.
Zjazd, skręt, światła.
Bardian się lekko pochylił, sięgnął dłonią w stronę jakieś baby, ale w dół, w stronę nóg i palcami lekko podwinął spodnie czy inną część garderoby, którą były okryte. Przejechał opuszkami palców przez całe dwa centymetry odkrytej kobiecej skóry, więc czuł absolutnie N I C.
– Hm – zmarszczył brwi, kiedy ponownie ruszył. – Mąż się nie zorientuje, skoro jednak ogoliłaś nogi? – wcale nie wiedział, czy ogoliła, bo czuł niewiele, ale ciągnął temat w ciemno, bo przecież szanse były aż połowiczne!
Hamulec, zakręt i prawie pusty parking pod ogromnym szyldem, że siłownia, pod którym auto w końcu się zatrzymało.
– Gotowa?
kayla faulkner
Już kiedyś tu niekiedy podjeżdżał (może innym samochodem, bo rodziców), już kiedyś obserwował, jak ostrożnie zamykała drzwi domu (może był wtedy nieco mniej zestresowany), już kiedyś ekscytacja rozwalała mu usta w uśmiechu (może nieco bardziej pewnym i mniej popękanym pod spodem od gryzienia warg) i już kiedyś, w chwili, w której wsiadała do auta, czuł że zatęskni, jak tylko to auto opuści (może teraz o wiele bardziej niż kiedyś). Wtedy jeszcze nie wiedział, jak bardzo te wspólne godziny zmienią trajektorię ich życia. Przewrotne to, bo mając ją już od lat za żonę i będąc starymi zgredami, znaleźli się w sytuacji, w której prawie wszystko tak samo, ale jednocześnie wszystko absurdalnie inaczej niż wczoraj.
Kayla i Bardian inni niż wczoraj.
Ich wczoraj nie było takie, jakie sobie wymarzył, gdy czekał wtedy w samochodzie.
Ich wczoraj było cholernie krótkie.
Ich wczoraj było cudowne i miało nigdy nie wrócić.
Bo ich wczoraj zniszczyło w końcu ich życia. Albo sami zniszczyli swoją nieuwagą, drobnymi decyzjami, które ostatecznie okazały się najważniejsze. A teraz kulali się, próbując odnaleźć drogę jakąkolwiek, która okazałaby się choć źdźbło lżejsza, bojąc się przyznać, że w każdym rosła nadzieja, choć wcale jej być już nie powinno.
By choć przez jedną noc było normalnie.
Wciąż był zaskoczony, że zaledwie pół godziny po tym krótkim esemesie, żona siedziała przy nim, dlatego starał się nie myśleć co dalej. Nie mógł nie spodziewać się niczego, ale też nie mógł spodziewać się wszystkiego.
Nie chciał jednak ryzykować; ani matką, która mogłaby c o ś, bo właściwie nie był pewny, czy mogłaby i odważyłaby się, ani Achillesem, którego ryk mógł roznieść się przez okna, zatem ledwie zapięła pasy, auto ruszyło, pozostawiając wspomnienie tego, co kiedyś i jadąc w to, co teraz.
– Kiedyś… – zaczął, odchrząkując nieco, gdy skupiał się na drodze. – …przyjeżdżałem po taką jedną, jak bywała w domu rodzinnym. Matka, serio, koszmar, strasznie się bałem, choć grałem chojraka. Ale ojciec… całkiem możliwe, że mam jakieś doświadczenie, więc jestem gotowy znieść kolejne reprymendy – choć wciąż był przygotowany na reprymendę od niej, wszak towarzyszącej kobiecie udało się postarać i pięknie ogarnąć w dwadzieścia pięć minut, podczas gdy on rozczochrany i w dresie. Widziały gały, co brały.
Kierunek, zakręt, prosta, kierunek, zakręt. Długa prosta.
Luźne pytanie zaciążyło. Czy mogło być aż tak normalnie? Czy znowu zrozumieją się tak, że abstrakcja, bo inne rzeczy w głowie?
– Właściwie to nie wiem, wiesz? Istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że mogłaby się nie przejąć albo nie zauważyć. Życie ostatnio ją trochę tyra. Z drugiej strony, ma ostre pazury i gdybym był tobą, trochę bym się obawiał, że jednak mogłaby mi wydrapać oczy. Lubisz ryzyko? – choć wybrzmiewała z tego lekkość, a na ustach utrzymywał się uniesiony w górę kącik warg, tak nie mogło obejść się bez krzty tego, co sądził, że mogłoby być smutnymi realiami.
Zjazd, skręt, światła.
Bardian się lekko pochylił, sięgnął dłonią w stronę jakieś baby, ale w dół, w stronę nóg i palcami lekko podwinął spodnie czy inną część garderoby, którą były okryte. Przejechał opuszkami palców przez całe dwa centymetry odkrytej kobiecej skóry, więc czuł absolutnie N I C.
– Hm – zmarszczył brwi, kiedy ponownie ruszył. – Mąż się nie zorientuje, skoro jednak ogoliłaś nogi? – wcale nie wiedział, czy ogoliła, bo czuł niewiele, ale ciągnął temat w ciemno, bo przecież szanse były aż połowiczne!
Hamulec, zakręt i prawie pusty parking pod ogromnym szyldem, że siłownia, pod którym auto w końcu się zatrzymało.
– Gotowa?
kayla faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić - nieraz na zawsze.
Whispers of life
k
Gdy samochód ruszył, Kayla poczuła w żołądku znajomy ścisk. Obawę, że spieprzy coś, czego absolutnie spieprzyć nie chciała. Coś powie, czegoś nie zrobi, źle spojrzy albo westchnie, kiedy nie powinna. Miejsce pasażera było odpowiedzialnością, od której odzwyczaiła się przez ostatnie dwa lata. Najpierw dlatego, że jeździła z mężem w miejsca, które nie zachęcały do żartów i zabawy w drodze: na komisariaty, do biur detektywistycznych czy ambasad. Potem dlatego, że przestali jeździć razem gdziekolwiek. Wymówką były zawsze inne obowiązki, lecz prawdę znali oboje: w pewnym momencie znoszenie kolejnych złych wieści przy tej drugiej osobie było jeszcze bardziej bolesne, a momentami zwyczajnie upokarzające.
Ile razy człowiek mógł się rozsypać przy drugim i pozostać dla nim kimś, na kim można polegać?
Ten limit odkryli w ciągu pierwszych sześciu miesięcy.
Nawet nie pamiętała, co było wcześniej. Jeśli próbowała intensywnie się nad tym zastanowić, część wspomnień wracała. Była to ciężka praca, wymagała skupienia i wyciszenia hałasu bieżących myśli, a te nie poddawały się bez walki.
Próbowała. Próbowała przywołać ten moment, do którego Bardian wracał z lekkością, z którą kojarzył jej się od pierwszego wejrzenia. To była jedna z cech, która ujmowała Kaylę od początku - lekkość sposobu bycia, kompletna niewymuszoność z jaką nawiązywał relacje. Z jaką podchodził do niej, do jej matki, do zmian pracy, do kupna rodzinnego domu. Do wszystkiego.
Zawsze mu tego zazdrościła.
— Poważnie? — uśmiechnęła się szerzej. — Dostałeś kiedyś reprymendę? — pierwszy raz od dawna jej oczy błysnęły naturalną ciekawością kogoś, kto dowiadywał czegoś nowego o własnym ojcu i własnym mężu. W obliczu powtarzalnie beznadziejnego życia po stracie dziecka, ten drobny promyczek słońca dawał bardzo dużo ciepła.
I rozbawienia, bo nie wyobrażała sobie Faulknera zbierającego zjebę od Beaumonta Seniora, gdy randkował z jego dorosłą już córką.
Matka… To inna historia. Po matce można się było spodziewać nawet użycia broni biologicznej.
— Nie wiem, czy istnieje na świecie żona, która by się nie przejęła — wzruszyła ramionami. — Z chwilą założenia obrączki przełącza się w mózgu jeden z trybów - od tego momentu żona widzi i wie wszystko. Przynajmniej tak słyszałam — w czasach, kiedy jeszcze bywała zazdrosna, był to argument koronny.
Kayla wiedziała, bo widziała, że tego dnia Bardian inaczej otworzył mikrofalówkę. Nie umiała wyjaśnić jak inaczej, ale na pewno inaczej tak, że wręcz komunikował jej ostentacyjnie że poznał w pracy kogoś lepszego.
Wiedziała, bo była żoną. A on z tym musiał handlować.
— Jeśli chodzi o ryzyko i sporty wyczynowe, ostatnio próbowałam przespać trzy godziny ciągiem. Nie udało się, ale sądzę, że rekord Guinnessa będzie w zasięgu w trzecim kwartale 2054 roku — zaś spojrzenie pomknęło do ręki, która bezwstydnie sprawdzała, czy nie ominęła żadnych włosków.
Na pewno ominęła, ale to nie był jej problem, tylko dotykającego.
— Nie wiem czy mąż pamięta jeszcze, że w ogóle mam nogi. Bez paniki — zapewniła, by po chwili obrócić i wyjrzeć przez szybę. Rozpoznawała szyld, jednak nie mówił jej nic w kontekście zadanego pytania. Zmarszczyła więc brwi. — Gotowa na co?
Może była zbyt zmęczona, by połączyć kropki. A może tego też nie pamiętała.
Bardian Faulkner
Ile razy człowiek mógł się rozsypać przy drugim i pozostać dla nim kimś, na kim można polegać?
Ten limit odkryli w ciągu pierwszych sześciu miesięcy.
Nawet nie pamiętała, co było wcześniej. Jeśli próbowała intensywnie się nad tym zastanowić, część wspomnień wracała. Była to ciężka praca, wymagała skupienia i wyciszenia hałasu bieżących myśli, a te nie poddawały się bez walki.
Próbowała. Próbowała przywołać ten moment, do którego Bardian wracał z lekkością, z którą kojarzył jej się od pierwszego wejrzenia. To była jedna z cech, która ujmowała Kaylę od początku - lekkość sposobu bycia, kompletna niewymuszoność z jaką nawiązywał relacje. Z jaką podchodził do niej, do jej matki, do zmian pracy, do kupna rodzinnego domu. Do wszystkiego.
Zawsze mu tego zazdrościła.
— Poważnie? — uśmiechnęła się szerzej. — Dostałeś kiedyś reprymendę? — pierwszy raz od dawna jej oczy błysnęły naturalną ciekawością kogoś, kto dowiadywał czegoś nowego o własnym ojcu i własnym mężu. W obliczu powtarzalnie beznadziejnego życia po stracie dziecka, ten drobny promyczek słońca dawał bardzo dużo ciepła.
I rozbawienia, bo nie wyobrażała sobie Faulknera zbierającego zjebę od Beaumonta Seniora, gdy randkował z jego dorosłą już córką.
Matka… To inna historia. Po matce można się było spodziewać nawet użycia broni biologicznej.
— Nie wiem, czy istnieje na świecie żona, która by się nie przejęła — wzruszyła ramionami. — Z chwilą założenia obrączki przełącza się w mózgu jeden z trybów - od tego momentu żona widzi i wie wszystko. Przynajmniej tak słyszałam — w czasach, kiedy jeszcze bywała zazdrosna, był to argument koronny.
Kayla wiedziała, bo widziała, że tego dnia Bardian inaczej otworzył mikrofalówkę. Nie umiała wyjaśnić jak inaczej, ale na pewno inaczej tak, że wręcz komunikował jej ostentacyjnie że poznał w pracy kogoś lepszego.
Wiedziała, bo była żoną. A on z tym musiał handlować.
— Jeśli chodzi o ryzyko i sporty wyczynowe, ostatnio próbowałam przespać trzy godziny ciągiem. Nie udało się, ale sądzę, że rekord Guinnessa będzie w zasięgu w trzecim kwartale 2054 roku — zaś spojrzenie pomknęło do ręki, która bezwstydnie sprawdzała, czy nie ominęła żadnych włosków.
Na pewno ominęła, ale to nie był jej problem, tylko dotykającego.
— Nie wiem czy mąż pamięta jeszcze, że w ogóle mam nogi. Bez paniki — zapewniła, by po chwili obrócić i wyjrzeć przez szybę. Rozpoznawała szyld, jednak nie mówił jej nic w kontekście zadanego pytania. Zmarszczyła więc brwi. — Gotowa na co?
Może była zbyt zmęczona, by połączyć kropki. A może tego też nie pamiętała.
Bardian Faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Jean Lafitte
Tak sobie nieśmiało pomyślał, że bardzo dużo właśnie dostał; już poszło lepiej, niż mógłby prosić, kiedy w chwili spontaniczności brał w łapsko telefon i pytał, czy spała.
Bo nie wiedział. Od przeszło dwóch lat nie miał pojęcia, co się stanie akurat tego konkretnego razu, kiedy staną przy sobie i otworzą usta.
Oskarżenia? Wypominanie? Zaciskające się dłonie wcale nie w czułym geście, mówiącym, że sobie poradzą?
Teraz nic takiego się nie zadziało.
Jeszcze.
Usłyszawszy zdziwienie w jej głosie, zerknął w jej profil, a Kayla wtedy uniosła kąciki ust jeszcze bardziej w górę, uśmiechając się tak, jak już zapomniał, że mogłaby do niego i że w ogóle potrafiła.
Ależ go to dojechało. Ależ była piękna. Ależ przypominała ich syna. Ależ niesprawiedliwość zaschła mu w gardle.
Nawet jeżeli coś pójdzie nie tak - warto było jechać tutaj, byleby tego doświadczyć. Zrobiłby to jeszcze milion cztery razy. A później jeszcze ze dwa.
– Oczywiście – odpowiedź była oczywistością, o czym mógł świadczyć ton jego głosu. – Bo to raz? – próbował sobie przypomnieć tę pierwszą, ale nie był pewny, czy pamiętał z wtedy cokolwiek, tak się stresował, wszak Beaumont samą swoją postawą sprawiał, że tego człowieka się respektowało. – Chyba mu zależało na tym, żebym wiedział, że jego córka zawsze będzie pod jego ochroną – zastanowił się chwilowo, z uważnością wpatrując się w ciemną drogę. – Hm, może stąd te ryby - żeby pokazać, że zawsze… czuwa i ma rękę na pulsie – przecież to nigdy nie było zacieśniane więzi. Fakt, Bardianowi żyło się łatwiej z Seniorem niżeli Seniorową żoną, co nie zmieniało ciągłego uczucia, że nie takiego zięcia sobie życzono.
I miano rację, wszak Kayla nie doświadczyłaby rzeczach, których doświadczać musiała.
Długo nie rozumiał tej szalonej miłości i potrzeby ochrony swojego d o r o s ł e g o dziecka, które wiedziało, czego chciało i miało swój rozum. A później sam został ojcem i trochę inaczej na wszystko spoglądnął. Bycie rodzicem było rolą, która definiowała wszystko, co później.
Bardzo by chciał. Bardzo by chciał, by widziała i wiedziała wszystko. By nie miała wątpliwości i była pewna tego, że próbował zrobić wszystko, co w jego mocy. Jednocześnie, by była świadoma tego, że niektórych nie chciał robić w ogóle.
Grymas przeszedł przez jego usta, kiedy parkował, słysząc jej słowa; rodzice mogli pomagać, ale sam zdawał sobie sprawę z tego, ile zdrowia kosztowały nocne przepychanki z niemowlakiem.
A więc to tak oszczędzała swojego serce.
Tak, że w ogóle.
– W chwili zaobrączkowania zmienia się w mózgu jeden z trybów - od tej chwili mąż traktuje nogi żony jako… no, że są tylko jego. Nie wydaje mi się, żeby mógł o nich zapomnieć, nawet jeśli są nieogolone – odezwał się, gdy odpinał pas, a później zerknął na zdezorientowaną randkę. – W sensie, tak słyszałem – odbił z premedytacją i największym luzem, na jaki mógł się zbyć, byleby tylko nie było widać, że stres go zjada,, a później wyszedł z auta, tylko po to, by je obejść i otworzyć drzwi od strony żony, tym samym dając jej do zrozumienia, że zaiste był to ich stop docelowy. Czy była zatem gotowa, czy nie była… musiała być.
– Wziąłem ci rzeczy – zerknął przez ramię, kiedy weszli do środka.
No przecież wiedziała, gdzie była; mózg musiał już połączyć kropeczki i oświadczyć, że oto została zabrana na pierwszą od wieków randkę na... siłownię. Dość wypustoszałą, bo tylko jeden dryblas cisnął ciężary w kącie, a drugi rozszalałym tempem sunął przez bieżnię. – Tam są szatnie, poczekam. Chcę ci coś pokazać – kiwnął głową, wciskając w jej donie plecak z ubraniami, które, wydawało mu się, że się nadadzą.
To był chyba ten moment, w którym mogło się skończyć, nim się jeszcze zaczęło.
kayla faulkner
Bo nie wiedział. Od przeszło dwóch lat nie miał pojęcia, co się stanie akurat tego konkretnego razu, kiedy staną przy sobie i otworzą usta.
Oskarżenia? Wypominanie? Zaciskające się dłonie wcale nie w czułym geście, mówiącym, że sobie poradzą?
Teraz nic takiego się nie zadziało.
Usłyszawszy zdziwienie w jej głosie, zerknął w jej profil, a Kayla wtedy uniosła kąciki ust jeszcze bardziej w górę, uśmiechając się tak, jak już zapomniał, że mogłaby do niego i że w ogóle potrafiła.
Ależ go to dojechało. Ależ była piękna. Ależ przypominała ich syna. Ależ niesprawiedliwość zaschła mu w gardle.
Nawet jeżeli coś pójdzie nie tak - warto było jechać tutaj, byleby tego doświadczyć. Zrobiłby to jeszcze milion cztery razy. A później jeszcze ze dwa.
– Oczywiście – odpowiedź była oczywistością, o czym mógł świadczyć ton jego głosu. – Bo to raz? – próbował sobie przypomnieć tę pierwszą, ale nie był pewny, czy pamiętał z wtedy cokolwiek, tak się stresował, wszak Beaumont samą swoją postawą sprawiał, że tego człowieka się respektowało. – Chyba mu zależało na tym, żebym wiedział, że jego córka zawsze będzie pod jego ochroną – zastanowił się chwilowo, z uważnością wpatrując się w ciemną drogę. – Hm, może stąd te ryby - żeby pokazać, że zawsze… czuwa i ma rękę na pulsie – przecież to nigdy nie było zacieśniane więzi. Fakt, Bardianowi żyło się łatwiej z Seniorem niżeli Seniorową żoną, co nie zmieniało ciągłego uczucia, że nie takiego zięcia sobie życzono.
I miano rację, wszak Kayla nie doświadczyłaby rzeczach, których doświadczać musiała.
Długo nie rozumiał tej szalonej miłości i potrzeby ochrony swojego d o r o s ł e g o dziecka, które wiedziało, czego chciało i miało swój rozum. A później sam został ojcem i trochę inaczej na wszystko spoglądnął. Bycie rodzicem było rolą, która definiowała wszystko, co później.
Bardzo by chciał. Bardzo by chciał, by widziała i wiedziała wszystko. By nie miała wątpliwości i była pewna tego, że próbował zrobić wszystko, co w jego mocy. Jednocześnie, by była świadoma tego, że niektórych nie chciał robić w ogóle.
Grymas przeszedł przez jego usta, kiedy parkował, słysząc jej słowa; rodzice mogli pomagać, ale sam zdawał sobie sprawę z tego, ile zdrowia kosztowały nocne przepychanki z niemowlakiem.
A więc to tak oszczędzała swojego serce.
Tak, że w ogóle.
– W chwili zaobrączkowania zmienia się w mózgu jeden z trybów - od tej chwili mąż traktuje nogi żony jako… no, że są tylko jego. Nie wydaje mi się, żeby mógł o nich zapomnieć, nawet jeśli są nieogolone – odezwał się, gdy odpinał pas, a później zerknął na zdezorientowaną randkę. – W sensie, tak słyszałem – odbił z premedytacją i największym luzem, na jaki mógł się zbyć, byleby tylko nie było widać, że stres go zjada,, a później wyszedł z auta, tylko po to, by je obejść i otworzyć drzwi od strony żony, tym samym dając jej do zrozumienia, że zaiste był to ich stop docelowy. Czy była zatem gotowa, czy nie była… musiała być.
– Wziąłem ci rzeczy – zerknął przez ramię, kiedy weszli do środka.
No przecież wiedziała, gdzie była; mózg musiał już połączyć kropeczki i oświadczyć, że oto została zabrana na pierwszą od wieków randkę na... siłownię. Dość wypustoszałą, bo tylko jeden dryblas cisnął ciężary w kącie, a drugi rozszalałym tempem sunął przez bieżnię. – Tam są szatnie, poczekam. Chcę ci coś pokazać – kiwnął głową, wciskając w jej donie plecak z ubraniami, które, wydawało mu się, że się nadadzą.
To był chyba ten moment, w którym mogło się skończyć, nim się jeszcze zaczęło.
kayla faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić - nieraz na zawsze.
Whispers of life
k
Nigdy nie potrafiła sobie wyobrazić Beaumonta Seniora w roli straszaka na chłopaków. Nie wydawał jej się groźny z tym poczciwym spojrzeniem dobrego wujka - być może dlatego, że to spojrzenie było dostępne tylko dla niej. Dla córeczki tatusia, która pozostawała idealna nawet wtedy, gdy na męża wybierała...
Jakiegoś Bardiana. Całkiem niezłego, teść nie miał zbyt wielu konkretnych zarzutów poza jednym ogólnym: c o ś mu nie pasowało. Nie potrafił tego nazwać - a może potrafił, ale nie chciał zranić księżniczki i jej ropuchy? Nigdy nie powiedział wprost o co mu chodziło, zaś matka nie miała tych samych hamulców. Ona od początku opowiadała o tym samym: o swoim wyobrażeniu tego, czym byłoby szczęście Kayli. I nie Bardianem. Wyobrażała sobie córkę u boku kogoś wykonującego szlachetny zawód - jak lekarz albo prawnik, żaden tam gość od klikania w kąkuter. W małżeństwie widziała stąpanie po drabinie i awans społeczny, aniżeli uczucie, wszak była pragmatyczna i od zawsze powtarzała, że uczucie nie wystarczy.
Kayla ucinała wszystkie takie uwagi z wprawą snajpera, który namierzał je ze stu metrów, zanim jeszcze strzelec wiedział, że strzał odda. Nie pozwalała robić tym dywagacjom miejsca w rodzinnej przestrzeni, wszak zakochana na zabój. I dopiero teraz, po latach, bujając po nocach cudze dziecko zamiast własnego, wracała do słów matki.
Miłość nie wystarczała. To już było wiadomo na pewno, a warunki w jakich przyszło Faulknerom się o tym przekonać należały do najbrutalniejszych.
Ale pieniądze też nie wystarczyły. Piętrzyły się na kontach, wykorzystywane głównie na opłaty hipoteki, lekarzy i loty do Meksyku. Detektywa, który pił zamiast szukać małego chłopca, bo dopóki nie był jego własnym, jego zaginięcie nie było dla niego istotne.
Jeśli więc nie miłość, i nie status materialny, to co? Sama już nie wiedziała czego brakowało. Dojrzałe pary mówiły o wieloletniej przyjaźni, która dominowała, gdy pożądanie i różowe okulary ustępowały jej miejsca. Kiedyś Kayla nazywała męża swoim najlepszym przyjacielem, ale teraz? Czy przyjaźń mogła istnieć w takich warunkach?
Może najlepszym, na co było ich stać, było zawieszenie broni. I tutaj też nie potrafiła wskazać przyczyny - czy rozejm kusił, bo nie było już sił na wojnę? Czy dlatego, że rzeczywiście oboje pragnęli powrotu do normalności?
Przecież ich normalność już nie istniała, nie bez Kallena.
Wzrok Kayli osiadł na szyldzie siłowni, gdy wysiadła z samochodu. Spoglądała to przed siebie, to na męża pytająco, jakby wciąż jeszcze nie odgadła dlaczego wybrał akurat to miejsce. Nie mogło przecież chodzić o to, że miała obecnie trochę więcej ciałka jak na jego gust - nie byłby aż tak bezczelny (albo głupi!).
— Dużo wiesz o małżeństwie — skinęła z uznaniem, zaś dłonie popchnęły szklane drzwi, przez które weszli do środka. — Ale chyba wciąż niewiele o kobietach — zlustrowała czujnym wzrokiem ten plecaczek, wszak nie było większego testu dla ich relacji niż pytanie, co spakował. Chłopom uniwersalnie brakowało pojęcia o tym, co do czego pasowało i kto nosi jaki rozmiar, więc nie mogła wykluczyć, że znajdzie weń legginsy w których trenowała grubo przed ciążą. — Kiedy myślimy o nocnych, sekretnych schadzkach, zazwyczaj nie wyobrażamy sobie udziału widowni — zaśmiała się cicho, a wzrokiem powiodła do kilku ćwiczących swobodnie osób. Nic, a nic nie interesowała ich ani Kayla, ani Bardian, więc argument architektki był odrobinę przestrzelony.
Westchnęła.
— Nie mów mi nigdy, że nic dla ciebie nie robię — wymierzyła w męża paluszek autorytetu, z którym nie sposób było negocjować, i posłusznie udała się do szatni. Zawartość plecaka oceniła dość dobrze, choć nie rozumiała, dlaczego znajdowały się w nim trzy różne góry i cztery doły, z czego nic nie było częścią tego samego zestawu. Wepchnęła resztę rzeczy do metalowej szafki, nie trudniąc zamykaniem jej na kod. Idąc korytarzem odmówiła sobie pokusy spojrzenia w lustro - wiedziała zbyt dobrze, co zobaczy i czego nie chce zobaczyć.
Bardian - po wszystkim i mimo wszystko - był lepszym widokiem. Jedynym punktem siłowni, na który chciała patrzeć. Nie interesowały jej ani bieżnie, ani ciężarki, ani naszprycowani testosteronem amatorzy piersi z kurczaka bez przypraw.
Zabawne, że wystarczyło zabrać ją z domu, by doszła do tak piorunujących wniosków.
— Rozważałeś może karierę stylisty? Chyba wyglądam nienajgorzej. Doceniam mnogość opcji.
Bardian Faulkner
Jakiegoś Bardiana. Całkiem niezłego, teść nie miał zbyt wielu konkretnych zarzutów poza jednym ogólnym: c o ś mu nie pasowało. Nie potrafił tego nazwać - a może potrafił, ale nie chciał zranić księżniczki i jej ropuchy? Nigdy nie powiedział wprost o co mu chodziło, zaś matka nie miała tych samych hamulców. Ona od początku opowiadała o tym samym: o swoim wyobrażeniu tego, czym byłoby szczęście Kayli. I nie Bardianem. Wyobrażała sobie córkę u boku kogoś wykonującego szlachetny zawód - jak lekarz albo prawnik, żaden tam gość od klikania w kąkuter. W małżeństwie widziała stąpanie po drabinie i awans społeczny, aniżeli uczucie, wszak była pragmatyczna i od zawsze powtarzała, że uczucie nie wystarczy.
Kayla ucinała wszystkie takie uwagi z wprawą snajpera, który namierzał je ze stu metrów, zanim jeszcze strzelec wiedział, że strzał odda. Nie pozwalała robić tym dywagacjom miejsca w rodzinnej przestrzeni, wszak zakochana na zabój. I dopiero teraz, po latach, bujając po nocach cudze dziecko zamiast własnego, wracała do słów matki.
Miłość nie wystarczała. To już było wiadomo na pewno, a warunki w jakich przyszło Faulknerom się o tym przekonać należały do najbrutalniejszych.
Ale pieniądze też nie wystarczyły. Piętrzyły się na kontach, wykorzystywane głównie na opłaty hipoteki, lekarzy i loty do Meksyku. Detektywa, który pił zamiast szukać małego chłopca, bo dopóki nie był jego własnym, jego zaginięcie nie było dla niego istotne.
Jeśli więc nie miłość, i nie status materialny, to co? Sama już nie wiedziała czego brakowało. Dojrzałe pary mówiły o wieloletniej przyjaźni, która dominowała, gdy pożądanie i różowe okulary ustępowały jej miejsca. Kiedyś Kayla nazywała męża swoim najlepszym przyjacielem, ale teraz? Czy przyjaźń mogła istnieć w takich warunkach?
Może najlepszym, na co było ich stać, było zawieszenie broni. I tutaj też nie potrafiła wskazać przyczyny - czy rozejm kusił, bo nie było już sił na wojnę? Czy dlatego, że rzeczywiście oboje pragnęli powrotu do normalności?
Przecież ich normalność już nie istniała, nie bez Kallena.
Wzrok Kayli osiadł na szyldzie siłowni, gdy wysiadła z samochodu. Spoglądała to przed siebie, to na męża pytająco, jakby wciąż jeszcze nie odgadła dlaczego wybrał akurat to miejsce. Nie mogło przecież chodzić o to, że miała obecnie trochę więcej ciałka jak na jego gust - nie byłby aż tak bezczelny (albo głupi!).
— Dużo wiesz o małżeństwie — skinęła z uznaniem, zaś dłonie popchnęły szklane drzwi, przez które weszli do środka. — Ale chyba wciąż niewiele o kobietach — zlustrowała czujnym wzrokiem ten plecaczek, wszak nie było większego testu dla ich relacji niż pytanie, co spakował. Chłopom uniwersalnie brakowało pojęcia o tym, co do czego pasowało i kto nosi jaki rozmiar, więc nie mogła wykluczyć, że znajdzie weń legginsy w których trenowała grubo przed ciążą. — Kiedy myślimy o nocnych, sekretnych schadzkach, zazwyczaj nie wyobrażamy sobie udziału widowni — zaśmiała się cicho, a wzrokiem powiodła do kilku ćwiczących swobodnie osób. Nic, a nic nie interesowała ich ani Kayla, ani Bardian, więc argument architektki był odrobinę przestrzelony.
Westchnęła.
— Nie mów mi nigdy, że nic dla ciebie nie robię — wymierzyła w męża paluszek autorytetu, z którym nie sposób było negocjować, i posłusznie udała się do szatni. Zawartość plecaka oceniła dość dobrze, choć nie rozumiała, dlaczego znajdowały się w nim trzy różne góry i cztery doły, z czego nic nie było częścią tego samego zestawu. Wepchnęła resztę rzeczy do metalowej szafki, nie trudniąc zamykaniem jej na kod. Idąc korytarzem odmówiła sobie pokusy spojrzenia w lustro - wiedziała zbyt dobrze, co zobaczy i czego nie chce zobaczyć.
Bardian - po wszystkim i mimo wszystko - był lepszym widokiem. Jedynym punktem siłowni, na który chciała patrzeć. Nie interesowały jej ani bieżnie, ani ciężarki, ani naszprycowani testosteronem amatorzy piersi z kurczaka bez przypraw.
Zabawne, że wystarczyło zabrać ją z domu, by doszła do tak piorunujących wniosków.
— Rozważałeś może karierę stylisty? Chyba wyglądam nienajgorzej. Doceniam mnogość opcji.
Bardian Faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Jean Lafitte
Kayla zniknęła w szatni, a Bardiana plecy natychmiastowo się zgarbiły, ramiona opadły, powieki przymknęły, a płuca wypuściły nagromadzone powietrze.
Starał się bardzo - b a r d z o - i bardziej niż bardzo chciał czerpać tę chwilę wytchnienia od ciągłych wylewanych na siebie pomyj. Nie potrafił jednak tego stresu tak po prostu zniwelować i wepchnąć w kieszeń luźnych dresów. Przynajmniej jeszcze nie.
Przez ostatni rok przestał się łudzić, że sięgną tego momentu - luźnej rozmowy bez tematów ciężkich i rozwalających od środka. Teraz ten moment trwał - ba! - sam pod wpływemtęsknoty chwili go zapoczątkował i… coś mu nie grało.
Łatwo było zostawić Achillesa u dziadków.
Kataklizm w Meksyku.
Nieudane małżeństwo zamknięte w domu.
Haniebne słowai czyny w niepamięci.
Chociaż na chwilę.
Ale żona się stara dziś też, nawet nie mając pojęcia, gdzie chciał ją zabrać. Bardian nie wie, d l a c z e g o, ale wie jedno - oboje robią coś, czego nie robili od bardzo dawna - próbują c o ś.
Faulkner wsuwa na dłonie rękawice bokserskie, pomagając sobie przy drugiej zębami, a później podchodzi do prowizorycznego, ustawionego w kącie ringu bokserskiego, ale nie to - póki co - jest jego celem. Staje obok, przy worku treningowym i wpierw podskakuje kilkukrotnie, rozciąga szyję, i dopiero wtedy pada głośne bum, gdy wbija pierwszą pięść w materiał.
U l g a.
Rozdrgane dłonie uspokajają się dopiero, kiedy kąt oka krzyczy, że żona się zbliża, a on nie umie powstrzymać uśmiechu, bo jest tak n o r m a l n i e.
– Ha, to nowość – kto by pomyślał, że tak wiele może się zmienić przez dwa lata! Kiedyś ewentualnie mógł wybierać ubrania dla syna jedynie, gdy zostawali w domu, wszak oko małżonki nie akceptowało doboru skarpetek do koszulki, a teraz? Upgrade chyba, a by go uzyskać, wystarczyło zejść do piekła.
– Moja żona… – powrócił do tematu z uśmiechem, zbliżając się o krok i jednocześnie ściągając z łap rękawice. – …miewała problemy nawet z moimi gaciami, w których chodziłem po domu, wyobrażasz sobie? – z ringowej maty zgarnął drugą parę rękawic. – A ja prawie popełniłem błąd i odwołałem randkę z tobą. Otworzyłem szafę i tak bardzo nie wiedziałem, co na c i e b i e włożyć – to był akurat najmniejszy problem. Byli tu praktycznie sami, więc miał nadzieję, że mogła mieć idealnie dobrany komplet, pomięty tiszert męża, albo bluzę, w której niekiedy sypiała - nieważne!
– Daj – poprosił, wskazując na kobiece dłonie, kiedy wykonał ostatnie kroki i stanął tuż tuż, zaraz przy. Mówię, że dała, no bo jak mogłaby nie, skoro tak się postarał i wszystko obmyślił?
Wcisnął nań rękawice, szczerząc się zaś do tego widoku.
– Będziemysię uderzać – uniósł łebek, spoglądając w wielkie oczy. Dał się namówić na jakąś jogę, czy inną medytację sto lat temu, zatem nie miała prawa odmówić mu tej przyjemności. To nic, że bardzo szybko się rozpraszał w trakcie j e j ćwiczeń i ćwiczyć chciał inaczej, bo tamto było w absolutnie innym życiu; życiu nienaznaczonym żadnymi walkami.
Przyszli tutaj z misją, która miała zakończyć się wielkim sukcesem.
– Najpierw się musisz rozluźnić – p o d s t a w y.
Kiwnął głową nieładnie, by podeszła bliżej worka.
Uśmiechnął się, unosząc kącik ust w górę.
– Szyja… – dla przykładu odchylił głowę w lewo, w prawo i jeszcze kilka razy. – Ramiona… – stojąc przy niej, delikatnie dotknął zgrabnego barka, ale był to odruch bezwarunkowy - cofnął dłoń szybciej, niż powinien.
Zero dotyku.
– …trochę niżej i barki w kręgi – zreflektował się słownie o co chodziło, wskazując brodą. – A teraz poskaczemy trochę w miejscu – hop hop, Bardian. – Luźno, na palcach, oddychaj, nie spinaj się – mistrz nauczania, szczególnie, że zazwyczaj trenował sam. – Dopiero potem uderzymy. Czasami przychodzę i uderzam dużo. Jak mam w sobie za wiele… wszystkiego. Można skupić uwagę na jednym miejscu i wyrzucić tutaj złość, albo to, co jest w środku i nigdy nie powinno wyjść nigdzie indziej - wszak dopiero - i niestety - po odkrył tę formę wyżywania się.
kayla faulkner
Starał się bardzo - b a r d z o - i bardziej niż bardzo chciał czerpać tę chwilę wytchnienia od ciągłych wylewanych na siebie pomyj. Nie potrafił jednak tego stresu tak po prostu zniwelować i wepchnąć w kieszeń luźnych dresów. Przynajmniej jeszcze nie.
Przez ostatni rok przestał się łudzić, że sięgną tego momentu - luźnej rozmowy bez tematów ciężkich i rozwalających od środka. Teraz ten moment trwał - ba! - sam pod wpływem
Łatwo było zostawić Achillesa u dziadków.
Kataklizm w Meksyku.
Nieudane małżeństwo zamknięte w domu.
Haniebne słowa
Chociaż na chwilę.
Ale żona się stara dziś też, nawet nie mając pojęcia, gdzie chciał ją zabrać. Bardian nie wie, d l a c z e g o, ale wie jedno - oboje robią coś, czego nie robili od bardzo dawna - próbują c o ś.
Faulkner wsuwa na dłonie rękawice bokserskie, pomagając sobie przy drugiej zębami, a później podchodzi do prowizorycznego, ustawionego w kącie ringu bokserskiego, ale nie to - póki co - jest jego celem. Staje obok, przy worku treningowym i wpierw podskakuje kilkukrotnie, rozciąga szyję, i dopiero wtedy pada głośne bum, gdy wbija pierwszą pięść w materiał.
U l g a.
Rozdrgane dłonie uspokajają się dopiero, kiedy kąt oka krzyczy, że żona się zbliża, a on nie umie powstrzymać uśmiechu, bo jest tak n o r m a l n i e.
– Ha, to nowość – kto by pomyślał, że tak wiele może się zmienić przez dwa lata! Kiedyś ewentualnie mógł wybierać ubrania dla syna jedynie, gdy zostawali w domu, wszak oko małżonki nie akceptowało doboru skarpetek do koszulki, a teraz? Upgrade chyba, a by go uzyskać, wystarczyło zejść do piekła.
– Moja żona… – powrócił do tematu z uśmiechem, zbliżając się o krok i jednocześnie ściągając z łap rękawice. – …miewała problemy nawet z moimi gaciami, w których chodziłem po domu, wyobrażasz sobie? – z ringowej maty zgarnął drugą parę rękawic. – A ja prawie popełniłem błąd i odwołałem randkę z tobą. Otworzyłem szafę i tak bardzo nie wiedziałem, co na c i e b i e włożyć – to był akurat najmniejszy problem. Byli tu praktycznie sami, więc miał nadzieję, że mogła mieć idealnie dobrany komplet, pomięty tiszert męża, albo bluzę, w której niekiedy sypiała - nieważne!
– Daj – poprosił, wskazując na kobiece dłonie, kiedy wykonał ostatnie kroki i stanął tuż tuż, zaraz przy. Mówię, że dała, no bo jak mogłaby nie, skoro tak się postarał i wszystko obmyślił?
Wcisnął nań rękawice, szczerząc się zaś do tego widoku.
– Będziemy
Przyszli tutaj z misją, która miała zakończyć się wielkim sukcesem.
– Najpierw się musisz rozluźnić – p o d s t a w y.
Kiwnął głową nieładnie, by podeszła bliżej worka.
Uśmiechnął się, unosząc kącik ust w górę.
– Szyja… – dla przykładu odchylił głowę w lewo, w prawo i jeszcze kilka razy. – Ramiona… – stojąc przy niej, delikatnie dotknął zgrabnego barka, ale był to odruch bezwarunkowy - cofnął dłoń szybciej, niż powinien.
Zero dotyku.
– …trochę niżej i barki w kręgi – zreflektował się słownie o co chodziło, wskazując brodą. – A teraz poskaczemy trochę w miejscu – hop hop, Bardian. – Luźno, na palcach, oddychaj, nie spinaj się – mistrz nauczania, szczególnie, że zazwyczaj trenował sam. – Dopiero potem uderzymy. Czasami przychodzę i uderzam dużo. Jak mam w sobie za wiele… wszystkiego. Można skupić uwagę na jednym miejscu i wyrzucić tutaj złość, albo to, co jest w środku i nigdy nie powinno wyjść nigdzie indziej - wszak dopiero - i niestety - po odkrył tę formę wyżywania się.
kayla faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić - nieraz na zawsze.
Whispers of life
k
Przez kilka chwil nie była pewna, co było większe: rękawice bokserskie czy jej oczy na widok tychże. Kayla Beaumont była przecież damą. Kayla Faulkner odrobinę mniej, gdy bliskość męża i fraza-zaklęcie („dobrze, kochanie”) sprawiały, że zapominała o zasadach dla grzecznych dziewczynek. Ani jedna, ani druga, nigdy jednak nie myślała o boksie jako formie rozrywki - po pierwsze, trzeba się było zmęczyć. Po drugie i najgorsze - trzeba się było spocić. Nie było dla starannie układanej co rano fryzury większej hańby, niż mocne, gwałtowne ruchy niszczące strukturę pasm i powodujące pierwsze krople wysiłku na czole. Tym razem jednak nie sposób było mówić o ataku sportu na stylowości, bo w domu rodziców pewnie już wniebogłosy darł się Achilles, a Kayla nie pamiętała, kiedy ostatnim razem wyglądała dobrze.
Włosy były d o b r e wtedy, kiedy były umyte i chłopiec akurat nie wyszarpał ich garści w domaganiu uwagi.
Strój był d o b r y wtedy, kiedy był czysty, i chłopcu akurat nie odbiło się prosto na jej bluzkę.
Makijażu nie było wcale, więc wcale nie było d o b r z e.
Posłusznie wyciągnęła dłonie naprzód, pozwalając, by rękawice stały nową przeszkodą pomiędzy nią, a tajemniczym nieznajomym porywającym prosto z podjazdu rodziców.
— Uderzać — powtórzyła po nim krótko, jakby jeszcze raz chciała się upewnić, że nie pomylił czasowników. — Czy ty widziałeś kiedyś mnie uderzającą? Cokolwiek? — cichy śmiech uprzedzał kompletną beznadziejność w zadaniu, jakie jej wytyczył. Nie miała doświadczenia. Była na to zbyt chłodno opanowana - a przynajmniej w życiu, które jeszcze pamiętała jako własne. W ciągu ostatnich dwóch lat odkryła wiele nowych modeli reakcji: żaden, kiedy zanurzała się w słoiczkach z lekami na receptę i wybuchowy, gdy miejsca w mózgu było fatalnie za mało na bodźce, które nie ustępowały. W momentach skradzionych codziennemu życiu - w tej wersji, jaką przyszło jej teraz znosić - lubiła myśleć, że tamta Kayla jeszcze gdzieś istniała. Tamta, której można było nie polubić za prezencję księżniczki, bo nie zatankuje własnego samochodu. Stacje benzynowe nie były odpowiednim miejscem dla kobiet, a walka z dystrybutorem była klasycznym przykładem boy jobs, tak samo jak wynoszenie śmieci.
I ona miała umieć uderzać?
Nic dziwnego, że była tym pomysłem wyjątkowo rozbawiona.
— Dajesz mi same trudne rzeczy — westchnęła. Podstawy? Zależy dla kogo. — Nie byłam rozluźniona od 1993 roku — mniej więcej od pierwszych sekund po poczęciu, bo już wtedy okazało się, że te kilka komórek ma bardzo ambitnie wypełniony terminarz zobowiązań i masę zadań do odhaczenia, idealnie w czasie szybszym, niż konkurencja rówieśnicza.
Mimo tego sceptycyzmu, Kayla stanęła grzecznie w wyznaczonym miejscu i zaczęła poruszać tak, jak nakazywał jej pan trener. Szyja bolała w miejscach, które zapomniała, że są częścią jej ciała. Ramiona - przysięgłaby - trzeszczały przy każdym ruchu, który wykraczał poza codzienny zakres sięgania po Achillesa i odkładania Achillesa. Skóra zadrżała pod niespodziewanym dotykiem, ale nie zdążyła zareagować na bodziec, nim się skończył.
Poskaczemy.
— Nie mam siły — jojczała jak Kallen - po kimś musiał to mieć - gdy trzeba było z placu zabaw dojść do domu na nóżkach, bo mama odgrażała się, że nie będzie klocka nieść przez całą drogę. Ale - również jak Kallen - po przymusowym proteście przystąpiła do krótkiej rozgrzewki. Dopiero luźne, swobodne podskoki pozwoliły zrozumieć, jak bardzo wycieńczone było jej ciało. Jak trzymało się kłamstwa o energii, karmionego adrenaliną, by przetrwać z małym - wciąż cudzym - dzieckiem, tęskniąc za tym własnym, bez męża, który wciąż szukał go w Meksyku.
Jakby dopiero teraz poczuła fizyczny koszt dźwigania pierdolnika, który nie był ciężarem przystosowanym dla żadnego człowieka.
Może to był właśnie przebłysk geniuszu Bardiana - pomysł, by uderzać dużo i mocno, by wszystko zostało w zmaltretowanym worku, aniżeli spiętych i obolałych łopatkach.
Hm.
— Myślałeś kiedyś o tym, żeby przyklejać do worka zdjęcia?
Miała przynajmniej kilka propozycji. Począwszy od zapijaczonego detektywa oszusta.
— Nie mówiłeś — dodała ciszej. — Że tu przychodzisz. Myślałam…
Bardian Faulkner
Włosy były d o b r e wtedy, kiedy były umyte i chłopiec akurat nie wyszarpał ich garści w domaganiu uwagi.
Strój był d o b r y wtedy, kiedy był czysty, i chłopcu akurat nie odbiło się prosto na jej bluzkę.
Makijażu nie było wcale, więc wcale nie było d o b r z e.
Posłusznie wyciągnęła dłonie naprzód, pozwalając, by rękawice stały nową przeszkodą pomiędzy nią, a tajemniczym nieznajomym porywającym prosto z podjazdu rodziców.
— Uderzać — powtórzyła po nim krótko, jakby jeszcze raz chciała się upewnić, że nie pomylił czasowników. — Czy ty widziałeś kiedyś mnie uderzającą? Cokolwiek? — cichy śmiech uprzedzał kompletną beznadziejność w zadaniu, jakie jej wytyczył. Nie miała doświadczenia. Była na to zbyt chłodno opanowana - a przynajmniej w życiu, które jeszcze pamiętała jako własne. W ciągu ostatnich dwóch lat odkryła wiele nowych modeli reakcji: żaden, kiedy zanurzała się w słoiczkach z lekami na receptę i wybuchowy, gdy miejsca w mózgu było fatalnie za mało na bodźce, które nie ustępowały. W momentach skradzionych codziennemu życiu - w tej wersji, jaką przyszło jej teraz znosić - lubiła myśleć, że tamta Kayla jeszcze gdzieś istniała. Tamta, której można było nie polubić za prezencję księżniczki, bo nie zatankuje własnego samochodu. Stacje benzynowe nie były odpowiednim miejscem dla kobiet, a walka z dystrybutorem była klasycznym przykładem boy jobs, tak samo jak wynoszenie śmieci.
I ona miała umieć uderzać?
Nic dziwnego, że była tym pomysłem wyjątkowo rozbawiona.
— Dajesz mi same trudne rzeczy — westchnęła. Podstawy? Zależy dla kogo. — Nie byłam rozluźniona od 1993 roku — mniej więcej od pierwszych sekund po poczęciu, bo już wtedy okazało się, że te kilka komórek ma bardzo ambitnie wypełniony terminarz zobowiązań i masę zadań do odhaczenia, idealnie w czasie szybszym, niż konkurencja rówieśnicza.
Mimo tego sceptycyzmu, Kayla stanęła grzecznie w wyznaczonym miejscu i zaczęła poruszać tak, jak nakazywał jej pan trener. Szyja bolała w miejscach, które zapomniała, że są częścią jej ciała. Ramiona - przysięgłaby - trzeszczały przy każdym ruchu, który wykraczał poza codzienny zakres sięgania po Achillesa i odkładania Achillesa. Skóra zadrżała pod niespodziewanym dotykiem, ale nie zdążyła zareagować na bodziec, nim się skończył.
Poskaczemy.
— Nie mam siły — jojczała jak Kallen - po kimś musiał to mieć - gdy trzeba było z placu zabaw dojść do domu na nóżkach, bo mama odgrażała się, że nie będzie klocka nieść przez całą drogę. Ale - również jak Kallen - po przymusowym proteście przystąpiła do krótkiej rozgrzewki. Dopiero luźne, swobodne podskoki pozwoliły zrozumieć, jak bardzo wycieńczone było jej ciało. Jak trzymało się kłamstwa o energii, karmionego adrenaliną, by przetrwać z małym - wciąż cudzym - dzieckiem, tęskniąc za tym własnym, bez męża, który wciąż szukał go w Meksyku.
Jakby dopiero teraz poczuła fizyczny koszt dźwigania pierdolnika, który nie był ciężarem przystosowanym dla żadnego człowieka.
Może to był właśnie przebłysk geniuszu Bardiana - pomysł, by uderzać dużo i mocno, by wszystko zostało w zmaltretowanym worku, aniżeli spiętych i obolałych łopatkach.
Hm.
— Myślałeś kiedyś o tym, żeby przyklejać do worka zdjęcia?
Miała przynajmniej kilka propozycji. Począwszy od zapijaczonego detektywa oszusta.
— Nie mówiłeś — dodała ciszej. — Że tu przychodzisz. Myślałam…
Bardian Faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Jean Lafitte
Bieganie szybko przestało wystarczać. Bardian mógłby z precyzją zawodowego snajpera wskazać moment, w którym on, jako mąż, przestał mieścić się w sobie, jako człowieku.
Wszystko potrafił w sobie zamknąć - w s z y s t k o. Ważniejsze było, by jej pomóc. Ważniejsze było, by ona przetrwała. Ważniejsze było, by wspierać ją i by jej było choć o grubość włosa lżej. Gdyby się dało, zabrałby jej pamięć i rozpacz, i wepchnął w pokiereszowane resztki swojego organizmu.
Nie dało się, więc był bezużyteczny. Bycie bezużytecznym nie pomagało.
Pamiętał jednak doskonale wzrok żony, kiedy ciało było szybsze niż mózg, a dłonie sięgnęły dalej i mocniej niż powinny. Pamiętał, jak bardzo chciał i pamiętał, jak bardzo mu się wydawało, że dopiero wtedy poczuje ulgę.
Gdyby tylko mógł mocniej i gdyby miał więcej odwagi…
Mocniej mógł w ścianę pokoju Kallena, kiedy Kayla zniknęła, ale ściany rozwalały kostki o wiele bardziej, niż morda detektywa, który bezpowrotnie zabrał im jedyną - najpewniej - szansę na może.
W worek mógł uderzać tak długo, aż ramiona odmawiały posłuszeństwa, a on później musiał przesiadywać w samochodzie, czekając aż minie odrętwienie rąk.
Rozbawiona p r a w d z i w i e Kayla była zapomnianym obrazkiem.
Nie była rozbawiona tym, że on pjerodlił.
Nie była rozbawiona tym, że jak zwykle stał w opozycji do jej racji.
Nie była rozbawiona błotem, w którym się babrali.
Oh, wystarczyło ją nocą wyciągnąć z domu, na co prawdopodobieństwo, że się zgodzi, było bliskie zeru?
– Nie – rzucił swobodnie. – Może w tym problem. Wydaje mi się, że bardzo byś chciała. I że bardzo by ci się spodobało. Ale co ja tam wiem. To nasza pierwsza randka – Bardian wystawił łapsko, wielką rękawicą szturchając ramię krócącej nosem księżniczki. Dość ryzykowny zabieg, zważywszy na kiedyś, ale bardzo go bawiący, jeśli chodziło o teraz.
– Przestań dziamać – trochę złamał zasady, które sam narzucił, wszak ona uderzanie miała zabronione, a on właśnie zrobił to drugi raz. Leciutko; tak lekko, że nawet gdyby była piórkiem, to pewnie nie zrobiłoby to różnicy w jej położeniu.
Potrzebował jej pokazać, jak bardzo to pomaga. A by zobaczyła, musiał jej przecież odrobinę pomóc, ponieważ Kayla była ostatnią kobietą, która teoretycznie mogłaby tego chcieć.
Boks nie miał w sobie za grosz wyuczonej przez życie elegancji. Nie był kuszący. Nie był piękny.
Był brudny od potu. Śmierdzący strasznie. Był szybki. Był nieobliczalny.
Nie było delikatnych dłoni z ładnie wystylizowanymi paznokciami, a uderzające pięści.
Był cios, który mówił więcej, niż chciało ciało.
Było też teraz dwoje ludzi, którzy znali swoje ruchy na pamięć, a mimo to, zapomnieli, kiedy zrobić unik, kiedy odpuścić i kiedy zrobić krok w tył. Uderzanie stało się dniem codziennym, poprzedzanie żałosną kalkulacją sposobów na nieutracenie kontroli i przewagi.
Miłość Faulknerów przestała być idealna. Przestała być mężem i żoną, stając się mężczyzną i kobietą, którzy nieustannie walczyli, ale przecież byłoby prze-jezu-fantastycznie, gdyby z ringu udało się zejść ramię w ramię.
Bardian rozluźnił barki i kark; z karkiem zawsze miał największe problemy - spięty jak diabli dawał się we znaki niemiłosiernie.
Parsknął lekkim chichotem.
– Nie. Ale mam świetną wyobraźnię, pamiętasz? – tego mogła być pewna. – Często walczę ze sobą – zatrzymał się. – Czasami z tobą – dodał absolutnie bezczelnie, ale obiecał sobie szczerość. – I resztą świata – może nie taką do deski szczerość, wszak musiałby wspomnieć, że raz walczył też z Kallenem, bo jednak niekiedy wciąż gdyby się gówniarz pilnował.
– Że co? – dopytał zaciekawiony, kiedy ponownie się zbliżył - jako trener, nie jako mąż. Kontynuował, nie czekając na odpowiedź.
– Noga do przodu. Kolana ugięte – swoim kolanem pchnął nogę w jej kolanie. – Nie złość się na mnie, nie jestem teraz mężem – stał zaraz przy niej. – Rękawice wysoko, żeby chroniły twarz. Lewa prosta B U M – męska rękawica czmychnęła obok niej, mocnym plaskiem kończąc podróż na treningowym worku. – Skręć biodro i wyrzuć bark, tam jest cała siła – tyle wiedział z treningów, które oglądał w internecie. – Wyobraź sobie, kogo tylko chcesz.
kayla faulkner
Wszystko potrafił w sobie zamknąć - w s z y s t k o. Ważniejsze było, by jej pomóc. Ważniejsze było, by ona przetrwała. Ważniejsze było, by wspierać ją i by jej było choć o grubość włosa lżej. Gdyby się dało, zabrałby jej pamięć i rozpacz, i wepchnął w pokiereszowane resztki swojego organizmu.
Nie dało się, więc był bezużyteczny. Bycie bezużytecznym nie pomagało.
Pamiętał jednak doskonale wzrok żony, kiedy ciało było szybsze niż mózg, a dłonie sięgnęły dalej i mocniej niż powinny. Pamiętał, jak bardzo chciał i pamiętał, jak bardzo mu się wydawało, że dopiero wtedy poczuje ulgę.
Gdyby tylko mógł mocniej i gdyby miał więcej odwagi…
Mocniej mógł w ścianę pokoju Kallena, kiedy Kayla zniknęła, ale ściany rozwalały kostki o wiele bardziej, niż morda detektywa, który bezpowrotnie zabrał im jedyną - najpewniej - szansę na może.
W worek mógł uderzać tak długo, aż ramiona odmawiały posłuszeństwa, a on później musiał przesiadywać w samochodzie, czekając aż minie odrętwienie rąk.
Rozbawiona p r a w d z i w i e Kayla była zapomnianym obrazkiem.
Nie była rozbawiona tym, że on pjerodlił.
Nie była rozbawiona tym, że jak zwykle stał w opozycji do jej racji.
Nie była rozbawiona błotem, w którym się babrali.
Oh, wystarczyło ją nocą wyciągnąć z domu, na co prawdopodobieństwo, że się zgodzi, było bliskie zeru?
– Nie – rzucił swobodnie. – Może w tym problem. Wydaje mi się, że bardzo byś chciała. I że bardzo by ci się spodobało. Ale co ja tam wiem. To nasza pierwsza randka – Bardian wystawił łapsko, wielką rękawicą szturchając ramię krócącej nosem księżniczki. Dość ryzykowny zabieg, zważywszy na kiedyś, ale bardzo go bawiący, jeśli chodziło o teraz.
– Przestań dziamać – trochę złamał zasady, które sam narzucił, wszak ona uderzanie miała zabronione, a on właśnie zrobił to drugi raz. Leciutko; tak lekko, że nawet gdyby była piórkiem, to pewnie nie zrobiłoby to różnicy w jej położeniu.
Potrzebował jej pokazać, jak bardzo to pomaga. A by zobaczyła, musiał jej przecież odrobinę pomóc, ponieważ Kayla była ostatnią kobietą, która teoretycznie mogłaby tego chcieć.
Boks nie miał w sobie za grosz wyuczonej przez życie elegancji. Nie był kuszący. Nie był piękny.
Był brudny od potu. Śmierdzący strasznie. Był szybki. Był nieobliczalny.
Nie było delikatnych dłoni z ładnie wystylizowanymi paznokciami, a uderzające pięści.
Był cios, który mówił więcej, niż chciało ciało.
Było też teraz dwoje ludzi, którzy znali swoje ruchy na pamięć, a mimo to, zapomnieli, kiedy zrobić unik, kiedy odpuścić i kiedy zrobić krok w tył. Uderzanie stało się dniem codziennym, poprzedzanie żałosną kalkulacją sposobów na nieutracenie kontroli i przewagi.
Miłość Faulknerów przestała być idealna. Przestała być mężem i żoną, stając się mężczyzną i kobietą, którzy nieustannie walczyli, ale przecież byłoby prze-jezu-fantastycznie, gdyby z ringu udało się zejść ramię w ramię.
Bardian rozluźnił barki i kark; z karkiem zawsze miał największe problemy - spięty jak diabli dawał się we znaki niemiłosiernie.
Parsknął lekkim chichotem.
– Nie. Ale mam świetną wyobraźnię, pamiętasz? – tego mogła być pewna. – Często walczę ze sobą – zatrzymał się. – Czasami z tobą – dodał absolutnie bezczelnie, ale obiecał sobie szczerość. – I resztą świata – może nie taką do deski szczerość, wszak musiałby wspomnieć, że raz walczył też z Kallenem, bo jednak niekiedy wciąż gdyby się gówniarz pilnował.
– Że co? – dopytał zaciekawiony, kiedy ponownie się zbliżył - jako trener, nie jako mąż. Kontynuował, nie czekając na odpowiedź.
– Noga do przodu. Kolana ugięte – swoim kolanem pchnął nogę w jej kolanie. – Nie złość się na mnie, nie jestem teraz mężem – stał zaraz przy niej. – Rękawice wysoko, żeby chroniły twarz. Lewa prosta B U M – męska rękawica czmychnęła obok niej, mocnym plaskiem kończąc podróż na treningowym worku. – Skręć biodro i wyrzuć bark, tam jest cała siła – tyle wiedział z treningów, które oglądał w internecie. – Wyobraź sobie, kogo tylko chcesz.
kayla faulkner
po mieście błąka się tylko jedna dusza