23
Waylen Chetwood & Amalia E. Monroe
Dopiero kiedy zatrzymał samochód na poboczu zdał sobie sprawę z tego, że krwi było za dużo.
Skupiony na kierowaniu, nie zwracał uwagi na nic poza jezdnią. Rwący ból w prawym boku był na tyle nieznośny, że od czasu do czasu ciemniało mu przed oczami. Kiedy tak się działo, zaciskał paznokcie na kierownicy tak mocno, że wreszcie, dzięki nieprzyjemnemu naciskowi plastiku na jego opuszki palców, zapominał o piekącym bólu pod żebrami.
– Wysiadamy – mruknął, po czym chwycił za klamkę, nacisnął na nią i pchnął do drzwi do przodu.
– Tutaj? – Frankie, siedzący dotychczas obok niego i co rusz rzucający mu zmartwione spojrzenia, nie wydawał się przekonany. W innych okolicznościach Waylen wcale by mu się nie dziwił – na pierwszy rzut dookoła nich nie znajdowało się nic prócz wysokich chaszczy i ciemności – ale w tym momencie, stając na kamiennej powierzchni i zaciskając usta z bólu, nie był w stanie udzielić mu wyczerpującego uzasadnienia wyboru akurat tego miejsca.
– Waylen, tutaj nic nie ma – odezwał się siedmioletni Matthew, gdy już wygramolił się z samochodu. W teorii tylne siedzenia Chevroletu mogły pomieścić tylko trzy osoby, ale jemu udało upchnąć się na tył aż piątkę dzieciaków. Były na tyle małe, że nawet nie przeszło mu przez myśl, że podróż mogłaby okazać się dla nich niewygodna. Zresztą, sądząc po ich przerażonych minach i ciszy, która panowała w samochodzie przez całą drogę, wcale im to nie przeszkadzało.
– W prawo – powiedział tylko i, na wszelki wypadek, machnął ręką w odpowiednim kierunku. Gdy wszyscy wysiedli już z auta, zamknął je, chociaż nie sądził, aby ktokolwiek pokusił się o jego kradzież. Po pierwsze – jak już zostało zauważone, dookoła prawie niczego nie było. Po drugie – cały bok wysłużonego Chevroleta był paskudnie obdarty z lakieru. Musiał otrzeć się nim o jakiś inny samochód, gdy w panice próbował wyjechać z Uptown. – Musimy przejść przez ten rów – poinstruował ich, wychodząc na prowadzenie. – Tylko nie skaczcie. Gdzieś nieopodal powinna być kładka. – Nie powinien przyciskać rąk do boku. Jak tylko to zrobił, rana znowu się otworzyła i teraz znowu miał dłonie pełne krwi.
– Tu? – zapytał Frankie. – Tu coś jest! Jak ciemno, ja pierdolę!
– Frankie.
Nie wiedział nawet kiedy stał się tym odpowiedzialnym. Tym karcącym młodszych z nich za przekleństwa i ratujących ich z opresji, ilekroć sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Jeszcze kilka lat temu to on byłby tym siedzącym na tyle samochodu i pozwalającym starszym członkom gangu zadbać o swoje bezpieczeństwo. Tego wieczoru role się odwróciły.
Wyciągnął z kieszeni spodni telefon, włączył w nim latarkę, po czym, wyminąwszy Franka, podał ją któremuś z dzieciaków.
– Za mną.
On sam dobrze pamiętał już tę drogę. W ostatnich miesiącach bywał u Eve często, prawdopodobnie częściej niż powinien i wiedział już, którędy powinien iść, aby nie wpaść w żadną dziurę i nie podrzeć sobie ubrania na wystających gałęziach.
– Macie się zachowywać – uprzedził ich, gdy wyszli zza zarośli i wreszcie zobaczyli zarys niewielkiego domku. Waylen odetchnął z ulgą, gdy dostrzegł, że w jednym z okien świeciło się światło. – Poczekajcie tu obok. Nie oddalajcie się. Zaraz po was wrócę.
Nie zamierzał sprowadzać do Eve szóstki nierozgarniętych dzieciaków, jeśli nie wyrazi na to zgody.
Wciąż naciskając jedną dłonią na ranę, wszedł po schodach na ganek. Pod jego stopami rozległo się ciche skrzypienie drewnianych stopni. Znowu zakręciło mu się w głowie, ale myśl, że wszyscy na niego liczyli nie pozwoliła mu znaleźć ukojenia w braku świadomości.
Przysunął zaciśniętą pięść do drzwi i zapukał na tyle głośno, żeby nie musieć robić tego po raz kolejny.
amalia e. monroe




