Miejscow*
24 lat/a, 170 cm
Prostytutka Wynajęte mieszkania
Awatar użytkownika
Whispers of life
On the corner of my bed,
and maybe on the beach.
You could do it on your own,
While you're looking at me.
Urywany, szybki oddech przeplatał się łamanymi pod stopami, suchymi gałązkami wyłożonymi na zamokłym mchu. Świat wydawał się niesamowicie cichy – Cecil nie dosłyszał trzepotu ptasich skrzydeł, ani odległego ryku jeleni chociaż był koniec sierpnia i właśnie trwał ich okres godowy.
Wszystko było obumarłe, zimne i nieprzyjazne, nawet zielone korony wysokich drzew.
Dwóm jego krokom wtórowało kilkanaście kolejnych za nim – ociężałych i cuchnących tak, że nawet ze znacznej odległości czuł swąd zgnilizny i rozkładu. Smukła sylwetka była niewątpliwym atutem, gdy zwinnie pokonywał kolejne przeszkody pod postacią obalonych pni i małych strumyków. Mięśnie piekły, ale nie zamierzał zwalniać bo zwolnienie – szczególnie teraz – oznaczałoby niezbyt przyjemną śmierć.
A Summers bardzo lubił zasadę: To nie czas na umieranie.
Oddychał coraz ciężej. Materiałowa maska całkowicie przesłaniała jego twarz, odsłaniając jedynie oczy. Stara strzelba widziała na jego ramieniu, doczepiona do pojemnego plecaka, wypchanego tym co udało mu się zebrać po drodze: kilka starych bandaży, butelka wody, scyzoryk i marny zapas jedzenia. Luźno rzucone naboje walały się po ciasnej przestrzeni plecaka, teraz całkowicie zbędne: broń nie była poręczna, a przeładowanie jej wymagało czasu. Powiedzmy sobie też szczerze: nie był najlepszym strzelcem.
Był natomiast szczęściarzem, skoro od kilku miesięcy sam radził sobie podczas apokalipsy, nie tracąc żadnej kończyny i nie zamieniając się w chodzące zwłoki. Co więcej, niecałe trzy kilometry dalej miał całkiem przytulne lokum stworzone ze starej wieży radiowej. Małe, ciasne i własne, a co ważniejsze, bezpieczne. Nocami czytał po raz kolejny te same tomiki książek, oświetlając wnętrze przytarganymi z sąsiedniego miasta lampkami naftowymi, okna zasłaniając zaś praktycznie wszystkim, co znalazł pod ręką.
Sapnął, wybiegając z zagajnika i ledwo utrzymując równowagę na błotnistym terenie. Ześlizgnął się z górki, wywołując gęstą lawinę mokrego piachu, a potem odbił się od metalowej, drucianej siatki. Wspiął się po niej, przeskakując przez nią i dopiero wtedy – pochylając się i opierając dłonie na kolanach – odetchnął kilka razy.
Kurwa — jęknął przestraszony, kiedy do siatki dopadło kilku goniących go zombie. Cecil odskoczył, spoglądając na nich uważnie. Obdrapane, zakrwawione ręce przeciskały się przez szerokie oczka ogrodzenia, gdy wykrzywione twarze desperacko pragnęły przedostać się przez przeszkodę, czując zapach świeżej krwi, wrzącej w żyłach Summersa.
Cofnął się ostrożnie, ostatni raz upewniając, że siatka wytrzyma, a potem obrócił się biegiem w stronę małego miasteczka, które jeszcze tego ranka oznaczył krzyżykiem na wysłużonej, starej mapie.
Nie było już świata pełnego kolorów i życia. Wszędzie roztaczał się opustoszały krajobraz pozbawiony uroku. Miasta – duże czy małe – przypominały zbiór starych budynków w których trudno było się doszukać chociażby jednego, całego okna. Obdrapane drzwi udekorowane były porwanymi ostrzeżeniami i dumnymi hasłami, które może kiedyś jeszcze podnosiły kogoś na duchu. Nie było bezpańskich kotów, nie było błąkających się psów. Wiatr niósł po ulicach śmieci i żałosne, gardłowe jęki stawiające włoski na karku. Wszystko było ogołocone, postarzałe i poniszczone.
I nigdzie. NIGDZIE nie było żywej duszy.
Ci, którym udało się przetrwać osadzili się w przygotowanych schronach i terenach ogrodzonych wysokimi murami. Wiele małych społeczeństw rozrzuconych po stanach, o własnych zasadach, politykach i karach. Gdy miało się więcej szczęścia, wioska miała generator prądu, a nawet ciepłą wodę o konkretnych godzinach. Próbowano żyć normalnie.
Tak, jakby się dało.
Z doświadczenia wiedział, że wszystko miało swoją cenę. Tym większą, im więcej miało się do stracenia.
Wielki, niebieski neon już dano nie działał, ale nadal sugerował, że można dostać wewnątrz świeże warzywa i owoce. Drzwi starego supermarketu były uchylone, a stary maszt reklamowy łopotał smętnie na wietrze. Na liście rzeczy potrzebnych, Cecil wypisał puszkowane jedzenie i może suszone mięso. Zadowoliłby się też landrynkami, bo zapasy niebezpiecznie się kurczyły, a zima całkowicie pochłonęła wszystko co udało mu się uzbierać. Uznałby się za farciarza, gdyby odnalazł jakieś leki, a może i nowy koc, bo stary był już porwany i w dodatku szybko łapał wilgoć.
Cisza zachęciła go do wejścia. Powoli przemierzał dalsze pomieszczenie, dyskretnie snując się pomiędzy połamanymi regałami i stojakami na gazety. Lodówki były puste i niedziałające, ale na ziemi znalazł jedną paczkę fajek, którą od razu wsunął do plecaka.
W końcu wydal z siebie niemy okrzyk radości, gdy witryna z medykamentami została tylko częściowo zrabowana, głównie z leków narkotycznych. Reszta ocalała: bandaże, plastry i dziwne syropy, których etykietki zamierzał przeczytać później.
Zsunął plecak, pakując większość rzeczy do środka. Nagle huk tłuczonego szkła zadźwięczał mu w uszach i w ostatniej chwili przesłonił twarz, ratując się przed odłamkami. Ciężkie, śmierdzące cielsko rzuciło się na niego, a impet uderzenia sprawił, że Cecil jęknął, boleśnie wbijając się w regał, który zachwiał się i przewrócił, wznosząc w powietrze chmurę kurzu. Zombie rozchyliło paszczę pozbawioną skóry, siłując się z chłopakiem, który ostatkiem sił, próbował zepchnąć go z siebie, jednocześnie unikając ostrych, podrapanych paznokci.
Złaź! — wrzasnął, czując narastającą panikę. Zepchnął z siebie kreaturę, a potem przeczołgał się pod regałem na drugą stronę, zaraz potykając się, gdy próbował uniknąć długich, powykręcanych rąk drugiego trupa. Przeszywający wrzask zmroził krew, gdy Cecil biegiem rzucił się do najbliższych drzwi.
Nagle jednak pogniła dłoń chwyciła go za kostkę, przewracając z łomotem na ziemię. Cecil jęknął, uderzając głową w twardy beton, a potem wierzgnął nogami, chcąc się uwolnić. Kątem oka dostrzegł ruch, wymacał więc mały nożyk w jednej z kieszeni, ale dłonie drżały mu tak bardzo, że wypuścił go z brzdękiem.
Nie, nie, nie...— zaskomlał, wyszarpując kostkę z impetem, przy okazji trącając kolejną z małych półek. Cecil odruchowo zacisnął powieki i przesłonił głowę rękoma, gdy z kolejnym hukiem mebel upadł na ziemię, przy okazji zgniatając jednego z trupów.

Logan Reid
Miejscow*
38 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
What would you do if there was nothing holding you back?
Wybudzony z płytkiego snu, usłyszał, że ktoś wszedł do opuszczonego sklepu, który pełnił raczej funkcję jego grobu niż bezpiecznego schronienia. Mimowolnie zacisnął zdrętwiałe palce na chłodnym metalu dociśniętej do ciała broni i nasłuchiwał. Z początku bez żalu pomyślał, że to kolejny truposz, któremu posłuży za posiłek, ale po docierających do pokoju socjalnego odgłosach wywnioskował, że intruz prawdopodobnie był człowiekiem.
Nie wstając z podłogi, dyskretnie przysunął się bliżej drzwi, pozostawiając na kafelkach wyraźny ślad krwi. Uchylił drzwi, obserwując chłopaka, gdy ten wrzucał do plecaka zdobyte przedmioty. Wyglądało na to, że był zupełnie sam i miał ze sobą zapasy, których Reid kurewsko potrzebował.
Skrzywił się, spoglądając na przesiąkniętą krwią szmatę, którą dociskał do swojego boku, próbując zatamować krwawienie, ale nim zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, w sklepowej hali rozległ się huk tłuczonego szkła. Obserwował przebieg wydarzeń, przekonany, że jego jedyna szansa na ratunek zaraz sama zmieni się w powłóczące nogami, wiecznie głodne i pojękujące zombie. Oparł potylice o ścianę, czując mdłości i narastające zawroty głowy, które utrudniały mu skupienie.
Stracił sporo krwi. Jeżeli spędzi tu kolejną noc, to zginie. Jeśli nie z powodu agresywnych truposzy, to odniesionych ran i dołączy do ich armii. Sam nie miał szans przeżyć, ale gdyby udało mu się przekonać tego dzieciaka…
Znacząco spojrzał na trzymaną w dłoni spluwę, a następnie warknął głucho i ostatkiem sił ciężko podniósł się z podłogi, ślizgając na wilgotnych od krwi kafelkach. Oparł się o automat z przekąsami, z trudem zyskując pion. Chwiejnym stanął w uchylonych drzwiach w momencie, w którym rozległ się kolejny huk. Hałas ściągnie do sklepu truposzy z promienia kilkuset metrów. Logan nie marnował oddechu na szpetne przekleństwo, które cisnęło mu się na usta, próbując pośród chmury kurzu zorientować się szybko w sytuacji.
Dostrzegł, że jeden z żywych trupów został przygnieciony przez regały, a drugi zaciskał swoje brudne łapska na nodze chłopaka, by wbić zęby w jego łydkę, charcząc przy tym i pojękując, a z jego pozbawionej warg gęby spływała stróżka śliny. Logan krótko spojrzał w kierunku plecaka, który mógłby po prostu zabrać, ale nie był w stanie uciec z połamanymi żebrami, gdy każdy głębszy oddech powodował kłujący ból w piersi. Potrzebował tego dzieciaka żywego. Cecil wierzgnął, trafiając butem w ryj potwora, ale to nie było w stanie go powstrzymać, choć siła ciosu bez wątpienia złamała mu szczękę. Sekundę po tym rozległ się huk wystrzału z pistoletu, a mózg trafionego trupa eksplodował po podłodze i spodniach chłopaka. Nadgniłe zwłoki bezwładnie opadły na podłogę z charakterystycznym plaśnięciem.
Chłopak nie mógł wiedzieć, że to był ostatni nabój, który został mu litościwie zostawiony, by mógł palnąć sobie w łeb, więc trzymany przez rannego faceta pistolet był już kompletnie bezużyteczny.
Nie jestem ugryziony — zapewnił od razu, unosząc rękę do góry, ale nie wypuścił broni. Zawiesił ją na kciuku, a drugą dłonią wciąż dociskał szmatę do rany. — Zbieraj się. Musimy stąd spierdalać, zanim będzie ich więcej — wydał polecenie, łapiąc z powrotem pistolet z wprawą, a następnie machnął nim w kierunku drzwi, zza których przyszedł.
Potrzebowali auta, ale musieliby mieć cholerne szczęście, gdyby udało im się znaleźć samochód, które dałoby się jeszcze odpalić i miało benzynę w baku.
Gdy Cecil zdołał podnieść się z ziemi i przeszedł przez próg, Logan zamknął drzwi i ciężko się o nie oparł, przekręcając klucz w zamku, a następnie odsuwając pod klamkę plastikowe krzesło w ramach prowizorycznej barykady, która mogłaby spowolnić zombie.
Powiedz, że nie przyszedłeś tu o własnych nogach — mruknął, taksując dzieciaka zmęczonym spojrzeniem. Gówniarz wyglądał, jakby radził sobie zdecydowanie lepiej od niego.

Crystal Summers
Beza
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
24 lat/a, 170 cm
Prostytutka Wynajęte mieszkania
Awatar użytkownika
Whispers of life
On the corner of my bed,
and maybe on the beach.
You could do it on your own,
While you're looking at me.
W chwili walki o własne życie, wszystko działo się jednocześnie zbyt szybko i zbyt wolno – dokładnie mógłby wyliczyć ilość oddechów, które wykonał, ale za cholerę nie zliczyłby uderzeń serca. Działał jak na autopilocie, panicznie próbując wyrwać nogę z uścisku, czując jak jeszcze moment a krzywe, ostre pazury przedrą się przez materiał spodni, raniąc mu nogę i prawdopodobnie tym samym przekreślając jakiekolwiek szanse na przeżycie.
Zaciskając zęby, ostatni raz dźwignął się w górę, szamocząc się bez rezultatu. A potem huk wystrzału sprawił, że zadźwięczało mu nieprzyjemnie w uszach, a mięśnie spięły się jeszcze bardziej w paraliżującym bólu. Uścisk minął, ale swąd gnijącego ciała doszedł do jego nosa od razu, gdy fragmenty mózgu ubrudziły jego nogi, sprawiając, że żółć podeszła mu do gardła. W powietrzu jeszcze unosił się metaliczny zapach prochu, gdy zaskoczone, okrągłe oczy wzniosły się w górę, padając prosto na nieznajomego mężczyznę.
Cecil cofnął się nieufnie po ziemi, dostrzegając krwawy ślad pod jego nogami. Niepewnie spojrzał na broń, a potem znowu na twarz, próbując przez pierwsze sekundy określić intencje mężczyzny, oraz na ile prawdopodobnym było, że rany nie zostały zadane przez trupy.
Pierwszym o czym pomyślał to to, że miałby okropnego pecha, gdyby koleś jego postury okazał się wygłodniałym zombie.
Drugim natomiast było, że ledwo mógł oddychać przez zasłonięte materiałem usta, dlatego szybko zsunął z nich prowizoryczną maskę, odsłaniając spoconą, piegowatą twarz.
Ale Cię urządzili — rzucił, podrywając się z ziemi jakby odzyskał nagle większość sił — Jezu — jęknął, wdeptując w resztki gnijących organów, a potem szybko zbliżył się do plecaka, wrzucając do niego resztę rzeczy, jednocześnie zerkając raz po raz na nieznajomego. Przerzucił sobie torbę przez ramię i nie dyskutując za wiele, wślizgnął się pod ramieniem faceta do pomieszczenia z którego przyszedł.
Dzięki — powiedział, gdy otoczyła ich zdradziecka, nieprzyjemna cisza. Przestrzeń była ponura i brudna, a spojrzenie Cecila padło na fragment ściany, przy której wcześniej siedział Logan – zakrwawionej, mokrej i przyprawiającej o dreszcz niepokoju.
Pochylił się, łapiąc kilka oddechów. Nie trudno było zauważyć, że stara się nie zbliżać do mężczyzny, trzymając się na bezpieczną odległość wyciągniętych dłoni (lub lufy strzelby, jak kto woli). Był małym i odważnym gówniarzem, dlatego zamiast ucieczki, szybko przeanalizował możliwe opcje, potarł nos i skrzyżował dłonie na klatce piersiowej.
I był w lepszej sytuacji – oprócz zadrapań i solidnego obicia, a także nieprzyjemnego pulsowania z tyłu głowy, był cały, miał potrzebne opatrunki w torbie i zapewne prowiant na kilka kolejnych dni. Facet przed nim miał broń, babrzącą się ranę i wyglądał jakby był bliski stracenia przytomności.
Jak inaczej miałbym się tu dostać? — rzucił, marszcząc tylko brwi. W kręcone, zmierzwione włosy wcisnęło się kilka liści i gałązek, a niesforne kosmyki opadały na młodzieńczą twarz sprawiając, że wyglądał na jeszcze młodszego niż był w rzeczywistości — nie mam prawka — dodał, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Znowu zsunął ciężki plecak, który opadł tuż obok jego nóg.
Okej, słuchaj — powiedział — najpierw trzeba Cię opatrzeć. Ale byłbym wdzięczny, gdybyś oddał mi broń — zerknął na nieznajomego, a potem wyciągnął w jego stronę dłoń — to nic osobistego, sam rozumiesz. Takie czasy — burknął, co brzmiałoby nawet jak żart, gdyby się przy tym uśmiechnął. Środek bezpieczeństwa na poziomie marnym – typ wyglądał jakby mógł go zabić jednym machnięciem silnej ręki. Cecil liczył więc na to, że jednak umiejętność pierwszej pomocy będzie niezłą kartą przetargową.
Niecałe trzy kilometry stąd mam niezła bazę wypadową. Mam dobre leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Musimy się tylko tam dostać. Nie mam też czasu, żeby lepiej się temu przyjrzeć, więc zatamuję krwawienie i...Będziemy liczyć na to, że nie padniesz — wyprostował się, ostrożnie podchodząc o krok do Logana. Poruszył znacząco palcami, czekając na broń i dopiero teraz uśmiechnął sympatycznie.
Mam na imię Cecil i jeśli chcesz mnie jednak zabić, to w plecaku nie znajdziesz nic specjalnie wartościowego. A poza tym naprawdę wiem, którędy się stąd wyrwać. Byłem skautem — wyszczerzył się.
Wcale nie był. Wyczytał gdzieś o nich w jakimś starym magazynie, ale to ich obozowanie brzmiało całkiem ekstra.

Logan Reid
Miejscow*
38 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
What would you do if there was nothing holding you back?
Schrypnięty, niski i zbolały śmiech wyrwał się z piersi Redia, gdy z ust chłopaka padła absurdalna odpowiedź. Urwał się jednak raptownie, ponieważ towarzyszyło mu tępe ukłucie w klatce piersiowej. Logan mrugnął z niedowierzaniem, gdy dziarski gówniarz próbował zgrywać pewnego siebie cwaniaka, stojąc na muszce pistoletu, jakby w świecie opanowanym przez żywe trupy obowiązywała jeszcze logika i jakiekolwiek zasady. Rzeczywistość pogrążona była w brutalnym szaleństwie, ale dzieciakowi na pewno nie brakowało charakteru i szczęścia skoro przetrwał.
Kurwa. No tak. Jeszcze jakiś kundel by ci wlepił mandat za brak prawka — skomentował, kiwając głową ze zrozumieniem, ale nawet ten drobny i niepotrzebny ruch przypłacił nasilającymi się zawrotami. — Nie oddam ci broni. Sam rozumiesz. Takie czasy — zacytował jego argument z krzywym, zawadiackim uśmiechem, którym kiedyś musiał bez większego trudu dobierać się laskom do majtek.
Oparł się ramieniem o ścianę, bo nawet stanie wymagało zbyt wiele wysiłku, a następnie wysłuchał planu chłopaka, odczuwając narastające rozczarowanie. Nie było mowy, żeby w tym stanie pokonał dystans trzech kilometrów, nawet gdyby nie groziła im pogoń i cuchnące trupy. Pod palcami czuł, jak lepka krew przesiąka przez materiał. Jeśli chciał przeżyć, musiał myśleć szybko.
Do dupy ten twój plan — skwitował szorstko. Broń uprawniała go podejmowania decyzji, a chłopak był mu coś winien, skoro zmarnował ostatnią kulkę na uratowanie jego krągłego tyłka. — Zrobimy inaczej, skaucie — zdecydował, próbując wyobrazić sobie gówniarza w mundurku. Cecil wyglądał na grzecznego chłopca, który zgarniał wszystkie odznaki, co było na rękę Loganowi. Skoro należał do dzielnych skautów, to znaczy, że przywykł do słuchania poleceń i ich wykonywania bez głupich pytań. To musiało wystarczyć. — Zbieraj manatki. Narobiłeś tyle hałasu, że nie możemy tu zostać, bo zaraz będzie więcej tych pierdolonych zasrańców. Dalej, ruszaj się — pogonił go, lekko machając przy tym bronią. — Znam miejsce, w którym możemy przeczekać.
Gdy Cecil narzucił z powrotem torbę na ramię, Logan ruszył wolnym i chwiejnym krokiem w stronę prowadzących na zaplecze drzwi. Opuścili sklep tylnym wyjściem i wyglądało na to, że większość trupów rzeczywiście skupiła się wokół sklepowej witryny. W niewielkim miasteczku nie było ich na szczęście dużo. Logan ruszył boczną uliczką, ostrożnie za każdym razem wychylając się zza rogu budynku i wypatrywał niebezpieczeństwa. Ominęli jeszcze dwa truposze, które bezładnie kręciły się na parkingu przed centrum handlowym i nie niepokojeni dotarli do sklepu meblowego. Reid przekręcił klamkę, a drzwi ustąpiły.
Idź przodem — rozkazał, ponownie mierząc z broni do chłopaka.
W środku nie było jednak żadnego zagrożenia. Logan ciężkim krokiem minął wystawione na sprzedaż kanapy, wybierając prowadzące na górę schody. Zacisnął dłoń na ich poręczy, pozostawiając na niej czerwoną smugę i z wyraźnym trudem wszedł na piętro. Miejsce nie zostało splądrowane, ponieważ nie było tu nic cennego. Mijali przykładowo urządzone pomieszczenia, jakby spacerowali po muzeum dawnych czasów, choć przecież od tej rzeczywistości dzieliło ich zaledwie parę miesięcy. Wystarczyło kilka tygodni, by cywilizowany świat się załamał, a dobór kubków pod kolor zasłon w kuchni kompletnie stracił na znaczeniu.
Usiadł ostrożnie na kanapie w jednym z luksusowo urządzonych salonów, nie przejmując się krwawą plamą, którą zapewne pozostawi na jasnym obiciu. Rzucił przesiąkniętą krwią szmatę na stolik, a następnie uniósł się, by złapać koszulkę pod karkiem i z cichym syknięciem zsunąć ją z ciała, odsłaniając ranę postrzałową. Osunął się z powrotem na poduszki, by lufą broni wskazać na Cecila.
Dalej. Bierz się do roboty.

Crystal Summers
Beza
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
24 lat/a, 170 cm
Prostytutka Wynajęte mieszkania
Awatar użytkownika
Whispers of life
On the corner of my bed,
and maybe on the beach.
You could do it on your own,
While you're looking at me.
Tak naprawdę Cecil wcale nie był odważny. Nie był ani hardy, ani brawurowy, a jego serce – w momencie gdy stał przed mężczyzną – biło tak mocno, że był niemal pewien, że wyskoczy mu z piersi.
Był tylko chłopcem, zaledwie dwudziestoparoletnim, któremu zabroniono się bać, bo każda obawa była zagrożeniem dla jego życia. Żyjąc w koszmarze sam stał się jego częścią. Gdyby nie to, nie stałby teraz przed Loganem, udając skauta, któremu brakowało zielonego mundurka.
Świat opierał się na wymianach – pieniądze nie miały wartości odkąd nie było nikogo, kto by ich pragnął. Liczyły się umiejętności, ale nawet one nie zdziałały nic przeciwko pistoletowi wymierzonemu prosto w niego.
Westchnął, gdy mężczyzna zanegował jego propozycję, a potem przewrócił oczami na drobną uszczypliwość. Miał rację. I był w zdecydowanie lepszej sytuacji mediatorskiej.
Spoko. Warto było spróbować — mruknął tylko, niechętnie zerkając na broń.
Prychnął cicho, bo słowa mężczyzny brzmiały jakby wszystko – włącznie z okropna raną postrzałową – było jego winą. Do tej pory nigdy nie narobił bałaganu, poza tym nie spodziewał się truposzy w cichym środku starego marketu. A gdy go zaatakowały, wszystko działo się już tak szybko, że nie mógł powstrzymać walących się regałów, których hałas zapewne przyciągnął całą resztę obrzydliwych zombie.
Bardzo chciałby się więc nie zgodzić, ale nieznajomy miał rację. Im dłużej tu tkwili, tym mniejsze były ich szanse, żeby się stąd wydostać.
Narzucił na ramię plecak, poprawiając strzelbę, nadal całkowicie nieprzydatną tak jak płynna umiejętność komunikacji. Ostatni raz zerknął na mężczyznę, a potem wyszedł z budynku tylnym wyjściem w towarzystwie nieznajomego.
Rozglądając się po okolicy, Cecil dostrzegł wiele opustoszałych domów – ze zbitych szyb wystawały stare, brudne firanki, a parterowe mieszkania odsłaniały poniszczone meble, zbyt ciężkie by zabrać je ze sobą w chwili ucieczki. Pierwsze miesiące pamiętał jak przez mgłę: narastający chaos, panikę, zamykane szpitale. Egzekucje na ulicach i strzały, które do tej pory dźwięczały mu w uszach.
Pośpiech. Wieczny bieg przed siebie, w coraz większej ciemności. Ludzie nie byli gotowi na apokalipsę.
On nie był gotowy na apokalipsę.
Logan mógł dostrzec, że Cecil rzeczywiście całkiem nieźle słucha poleceń. Rozumie milczące gesty i znaczące spojrzenia, a trudny czas nauczył go bycia niesamowicie cicho, gdy skradali się do sklepu meblowego, który miał być ich tymczasową bazą. Co jakiś czas zerkał tylko na ranę mężczyzny, którą ten dociskał dłonią, ale chociaż wiele zdań cisnęło mu się na język, milczał mając nadzieję, że dotrą na miejsce zanim ten straci przytomność.
Wolałby nie stawać przed dylematem zostawienia go na pożarcie lub bycia pożartym razem z nim.
Byłoby milej gdybyś przestał jednak machać bronią — powiedział cicho, wsuwając się do budynku. Schody zatrzeszczały pod jego stopami, a na palcach został kurz, gdy przytrzymał się drewnianej poręczy. Powietrze przesiąknięte było wilgocią, pleśnią wciśniętą w materiały i odorem śmierci, zapewne martwych szczurów lub innych, małych ssaków.
W zamkniętym pomieszczeniu poczuł pewną ulgę. Patrzył jak mężczyzna ciężko siada i zdejmuje z bólem koszulkę, odsłaniając zakrwawiony bok. Spojrzenie Summersa przesunęło się po spoconych mięśniach, napiętych i wymęczonych cierpieniem. Spokojną obserwację przerwał rozkaz, a potem otchłań pistoletowej lufy.
Plecak opadł ciężko obok kanapy, gdy Cecil zbliżył się do niej energicznie.
Nie ruszaj się — polecił, a potem wyciągnął z plecaka to, co mogło posłużyć do przemycia rany — wyszła na wylot? — spytał, dopiero z bliska zauważając, czym rana była spowodowana. Postrzał, prawdopodobnie sądząc po charakterystycznie rozszarpanej tkance. Pochylił się nad mężczyzną, wsuwając dłoń między jego ciało a poduszki – palce przesunęły się po skórze, w końcu natrafiając na ranę z tyłu pleców. Podniósł wzrok na twarz Logana, znając już odpowiedź na swoje pytanie.
Okej — mruknął do siebie. Trzy butelki wody spoczęły na kanapie, zaraz obok antyseptyku i małego, plastikowego pudełeczka — nie mam nic do znieczulenia — ostrzegł niepewnie, odkręcając jedną z butelek, którą nasączył kawałek materiału – plecak skrywał pewnie więcej pierdół niż niejeden pokój nastolatki, bo gdyby poszukać lepiej znalazłyby się tam fajki, zapalniczka, zszywacz (bez zszywaczy) i breloczek z rakietą kosmiczną.
Była też szmatka.
Zgarnął potargane włosy z twarzy, a potem zabrał się za przemywanie rany, uważnie oczyszczając jej krawędzie.
Weź ręce — poprosił, dla większej wygody klękając przed nim, starając się zachować zimną krew, gdy osocze oblepiło jego palce. Po wodzie przyszedł czas na antyseptyk, ale nim polał ranę, zawahał się i podał mężczyźnie zwinięty rulon bandażu — wsadź między zęby — poprosił cicho, wyraźnie zmartwiony — potem postaram się to zszyć. A potem tył. I nie wiem czy nie dostaniesz później gorączki więc...Po prostu wsadź to do ust, dobrze? — mruknął, ocierając czoło przedramieniem, jedną z dłoni otwierając pudełko w którym znajdował się zestaw igieł. Niezbyt ostre, ale musiało wystarczyć.
Tak jak jego talent do zszywania ludzi.
Nienajlepszy, ale innej opcji nie posiadali.

Logan Reid
Miejscow*
38 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
What would you do if there was nothing holding you back?
Nie schował broni, a gdy Cecil zbliżył się do niego, by sprawdzić ranę na plecach, zimna lufa pistoletu naparła na jego klatkę piersiową. Apokalipsa to nie konkurs popularności, więc Logan nie musiał być miły. Już pierwszego dnia ludzie zapomnieli, czym są dobre maniery, nie potrzebowali też wiele więcej czasu, by w niepamięć poszła życzliwość. Zasady rządzące światem szybko uległy brutalnej aktualizacji.
Obserwował działania chłopaka podejrzliwie. Gówniarz sprawiał wrażenie dobrego dzieciaka, ale pozory lubiły mylić, a Reid był boleśnie świadom tego, że znajdował się na łasce nieznajomego. Skoro magazynek spluwy był pusty, nie mógłby się nawet skutecznie bronić, gdyby ten coś odjebał. Nawet zresztą wtedy jego szanse na przeżycie były marne. Syknął cicho, gdy Cecil zaczął oczyszczać ranę, a potem zacisnął zęby, próbując udawać, że odkażanie w ogóle go nie rusza. Zgrywał twardziela, choć tak naprawdę nie było przed kim. Coraz więcej energii wymagało od niego zachowanie przytomności. Obraz się rozmazywał, a ból stawał się niemożliwy do zignorowania.
Nie miał dość siły, by wdawać się w dyskusje, więc przyjął od niego bandaż, mając nadzieję, że Cecil wie, co robi. Ręce mu nie drżały, a w dużych oczach błyszczała jedynie troska i determinacja, która dawałyby Loganowi nadzieję, gdyby tylko ten był nieco bardziej pozytywnym gościem.
A potem dasz mi buziaczka, żeby nie bolało? — mruknął ironicznie, zanim wsunął materiał do ust.
Jeszcze przez chwilę próbował pozornie kontrolować sytuację, ale gdy igła zagłębiła się w obolałe ciało, pistolet wylądował na miękkich poduszkach, w które Logan gwałtownie wbił palce. Dyszał ciężko przekleństwa przez wciśnięty w wargi bandaż. Rzucił tylko surowe spojrzenie w stronę Summersa, chcąc go w ten sposób pogonić.
W końcu jednak odchylił głowę do tyłu, wbijając spojrzenie w kasetony zawieszone wysoko nad nimi. Mięśnie na jego brzuchu spinały się spazmatycznie, a krople potu spływały po rozgrzanej skórze. Logan za wszelką cenę próbował zachować przytomność, choć perspektywa ucieczki przed zmęczeniem i cierpieniem w kompletną pustkę nigdy nie wydawała się tak kusząca. Nie uległ jej, choć z każdym kolejnym przeciągnięciem nici coraz bezwstydniej tłumił warkliwe krzyki w bandażu. W końcu jednak nawet one zaczęły słabnąć.
Potrzebował chwili po zszyciu pierwszej rany. Łapał gwałtownie powietrze, gdy mroczki tańczyły mu przed oczami. Błądził nieobecnym spojrzeniem po piegowatej buzi Cecila, a jego ruchy były ociężałe i nieporadne. Odchylił się jednak w kanapie, niemo nakazując chłopakowi dokończenie zadania.
Dwa razy niemal stracił przytomność, a po wszystkim wypluł bandaż na podłogę i ciężko dysząc, opadł z powrotem na kanapę. Chciał jeszcze coś powiedzieć, wyciągnął też dłoń w kierunku porzuconej broni, ale nie zdołał jej dosięgnąć. Odpłynął, gdy udręczone ciało nie miało już dość siły, by stawiać opór zmęczeniu, jego tors unosił się jednak wciąż w płytkich oddechach, świadcząc o tym, że wbrew logice nadal żył.
I zawdzięczał to chłopakowi.
Przebudził się kilka godzin później, gdy sklep pogrążony był w głębokim mroku i głębokiej ciszy. Instynktownie poderwał się do siadu, co spowodowało gwałtowny ból i wyrwało spomiędzy spierzchniętych, spragnionych ust szorstkie przekleństwo. Uniósł dłoń do boku, by dotknąć starannie opatrzonej rany i przypomnieć sobie o zaradnym gówniarzu, który wyciągnął go z tego gówna. Rozejrzał się szybko wokół zarówno w poszukiwaniu swojego pistoletu, jak i Cecila. Chłopak miał ze sobą zapasy i wspomniał o bezpiecznej kryjówce, a skoro taki był z niego skaut to chyba nie zostawiłby rannego na pastwę truposzy?
Logan mruknął poirytowany chwilą słabości, czekając, aż wzrok przyzwyczai mu się do mroku i pozwoli ocenić, jak bardzo chujowa była sytuacji, w której obecnie tkwił.

Crystal Summers
Beza
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
24 lat/a, 170 cm
Prostytutka Wynajęte mieszkania
Awatar użytkownika
Whispers of life
On the corner of my bed,
and maybe on the beach.
You could do it on your own,
While you're looking at me.
Dobre przysłowie brzmiało: Im szybciej, tym lepiej. Cecil bardzo wziął je sobie do serca, oczyszczając rany i walcząc z czasem, który działał na ich niekorzyść. Twardniejące z bólu mięśnie utrudniały mu działanie, a silne pięści jak kat czaiły się po boku, gotowe odepchnąć go lub uderzyć, gdy cierpienie będzie zbyt silne, a ludzkie odruchy zbyt zwierzęce. Dłonie miał od krwi – smukłe palce pokryły się czerwienią i z tego wszystkiego Summers zapomniał odgryźć się za głupi i nikomu niepotrzebny tekst.
Jasne, jeśli by chciał, dałby mu nawet dwa buziaczki, bo może wtedy przestałby warczeć jak wygłodniały kundel.
Igła z trudem przebiła się przez twardą skórę, ale spełniła swoje zadanie. Nić przeszła przez oczyszczone płaty skóry, łącząc ją ze sobą starannym szwem. Próbował kontrolować oddech, ale trochę cieszył się, że mężczyzna odwrócił spojrzenie. Był spocony, niemal tak jak wyprężony brzuch o godnych podziwu, wyrzeźbionych mięśniach. Kiedy Cecil uniósł wzrok, krótko prześlizgnął się po półnagim ciele – ideale, za którym kobiety prawdopodobnie szalały, a które było narzędziem by przeżyć w tym zgniłym i zrujnowanym świecie. Summers był raczej chudy i wątły, ale ratowała go zwinność i bystry umysł.
Jednak w starciu z masywnym przeciwnikiem, stuprocentowo nie miałby żadnych szans.
Jeszcze trochę — szepnął, świadomy, że umysł mężczyzny najpewniej nie przyjmuje już żadnych innych bodźców oprócz paraliżującego bólu. Ostatnie pociągnięcie zamknęło ranę na brzuchu, a Cecil zabezpieczył ją jeszcze bandażem.
Patrzył bezradnie na mokrą od potu twarz mężczyzny, ale tak jak w milczeniu kazał mu dalej działać, tak w milczeniu Cecil zabrał się za ranę na plecach, pracując takim samym schematem jak poprzednio – oczyścił ranę, dostrzegając obrzęk oraz stan zapalny i ignorując bolesne drżenie ciała, wbijał igłę głęboko, łatając skórę. Przy tym obrażeniu, facet powinien już nie żyć. Cokolwiek więc trzymało go przy życiu, powinien być temu wdzięczny.
Ciało upadło bezwładnie na kanapę, a Cecil poderwał się, odrzucając na bok resztki bandażu.
Hej, słyszysz mnie?! — wyszeptał nerwowo, szybko wycierając ręce w spodnie, a następnie dotykając nimi szorstkiego policzka nieprzytomnego mężczyzny. Oddychał płytko, co wywołało ulgę, ale był rozpalony – skóra parzyła jego palce, gdy ocierał z niej kurz i pot. Cecil na moment opadł tyłkiem na ziemię, w końcu wzdychając ciężko. Przez chwilę przyglądał się mężczyźnie, aż kątem oka nie dostrzegł leżącej nieopodal broni. Sięgnął po nią, trzymając ją ostrożnie, a potem z cichym kliknięciem otworzył magazynek.
W środku nie było ani jednej kuli.
Dupek — burknął, odkładając broń na swoje miejsce, a potem dźwignął się w miejsca. Wyczyścił swoje ręce, a potem zgarnął brudne od krwi przyrządy do plecaka. Namoczył kawałek materiału wodą, kucając przy głowie Logana i ocierając delikatnie jego twarz, chcąc przy okazji odrobinę zbić gorączkę. Za leki musiały wystarczyć dwie tabletki przeciwbólowe, które rozpuścił i podał mężczyźnie w śpiku, unosząc jego głowę, a potem ocierając kąciki ust z wilgoci. Nie znalazł nigdzie ani jednego koca, za to wyciągnął z jednego z łóżek prześcieradło, którym okrył ciało Logana, pozwalając mu w końcu wypocząć. Za oknem robiło się coraz ciemniej, Cecil jednak wykorzystał kilka ostatnich promieni słońca, żeby wyciągnąć dwie puszki mielonki i krakersy. Więcej jedzenia miał w swojej kryjówce, ale wychodzenie teraz było czystym samobójstwem.
Jeszcze dwa razy schłodził twarz mężczyzny, w końcu padając na niedalekie, dwuosobowe łóżko. Miękki materac zapadł się pod drobnym ciężarem jego ciała i chociaż Cecil chciał pilnować stanu poszkodowanego, nie zorientował siew którym momencie przysnął płytkim i czujnym snem z którego wyrwało go dopiero ciche, zachrypnięte przekleństwo.
W pierwszym momencie serce zabiło mu mocniej – od czasu apokalipsy, człowieka nabawiał się dziwnych odruchów pełnych strachu i niepokoju. Dopiero po chwili przypomniał sobie gdzie jest – i to nie sam. Obrócił więc głowę, spoglądając w ciemności na siedzącą sylwetkę mężczyzny, zlewającą się w jeden, ogromny i czarny punkt.
Uważaj — powiedział cicho, wyraźnie zaspanym głosem — bo szwy puszczą — upomniał go, przekręcając się na bok i wtulając policzek w ozdobną poduszkę. Pachniała wilgocią i kurzem, ale był tak obolały, że ledwo zwrócił na to uwagę.
Przy kanapie postawiłem Ci wodę i jedzenie. Tylko tyle mam, musi wystarczyć do rana. Pij. Bardzo gorączkowałeś — odwrócił spojrzenie, zerkając na ciemne niebo za oknem. Był jakiś plus tego całego syfu – wszędzie było widać gwiazdy bardzo wyraźnie i Cecil lubił je oglądać nocami, kiedy nie mógł spać.

Logan Reid
Miejscow*
38 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
What would you do if there was nothing holding you back?
Z początku Logan spał ciężko, oddychając płytko i się nie poruszając, ale z upływem czasu zaczęły prześladować go koszmary. Nikt zresztą nie spał już spokojnie, od kiedy ludzkość zmuszona była żyć w złym śnie, z którego nie mogła się obudzić, a władzę nad światem przejęły zgniłe skurwiele. Wszyscy, którym udało się przeżyć, nieustannie pozostawali chorobliwie czujni. A ciągły stan zagrożenia sprawiał, że ludzie odruchy zamierały. Każdy dbał już tylko o siebie, chyba że był głupcem takim jak Cecil.
Większość sennych majaków Reida dotyczyła wydarzeń z samego początku apokalipsy, kiedy ludziom kompletnie odbiło, a on stracił żonę i syna. Nigdy nie wybaczył sobie, że ich nie ocalił, ale właśnie to wydarzenie sprawiło, że przyswoił sobie obowiązujące podczas apokalipsy brutalne zasady. Zrozumiał, że zaufanie odeszło już dawno do lamusa, a jak się chciało być dobrym, to trzeba było mieć naprawdę twardą dupę. Nie udało mu się krwawo zemścić na tamtych pojebach, ale nigdy więcej już nie popełnił podobnego błędu.
Apokalipsa nie była czasem bohaterów, ale zimnych i wyrachowanych dupków.
Poruszał się niespokojnie i nerwowo podczas snu. Na jego skroniach perliły się kropelki potu, a spomiędzy spierzchniętych warg wyrywały się nerwowe pomruki i warknięcia, a raz nawet zbolały krzyk, który jednak niespodziewanie się urwał. Powrót do rzeczywistości nie był wybawieniem, a oznaczał zanurzenie się w tym całym morzu gówna aż po sam czubek głowy.
Potrzebował chwili, by zorientować się w sytuacji i oceniać ostatnie wydarzenia. Słaby i cichy głos chłopaka ledwie przedarł się przez tępy ból głowy i galopujące myśli. Logan przypomniał sobie, dlaczego znalazł się w tej sytuacji i wiedział, że zemści się na człowieku, który wpakował mu kulkę. To właśnie pragnienie wymierzenia sprawiedliwości trzymało go jeszcze przy życiu, podczas gdy ciało było poranione i obolałe. Nawet brany ostrożnie oddech sprawiał mu ból.
Cichy pomruk musiał wystarczyć Cecilowi za podziękowania. Logan powoli schylił się, by sięgnąć po butelkę. Odkręcił ją, a następnie wziął kilka łyków. Pierwszym niemal się zakrztusił, ale nie spodziewał się, że czysta woda mogła smakować tak dobrze. Otarł wargi wierzchem dłoni i pochylony lekko na siedzisku ponownie zerknął w kierunku chłopaka. Widział zarys jego drobnej sylwetki na kanapie, kiedyś uznałby ją może za seksowna, ale teraz była jedynie bezbronna. Wciąż go jeszcze potrzebował, skoro Cecil posiadał więcej zapasów i kryjówkę, do której gotów był tak grzecznie go zaprowadzić.
Zemsta musiała poczekać. Reid najpierw musiał dojść do siebie.
Uśmiechnął się krzywo, zakręcił butelkę, a następnie rzucił ją tak, by upadła na materac obok gówniarza. Nie sięgnął po jedzenie, bo nie był pewien, czy jest w stanie cokolwiek przełknąć i zatrzymać na dłużej w żołądku.
Co tak się rozwalasz, jak kociak w rui na tym łóżku — mruknął. Przez chwilę rozważał próbę podniesienia się z kanapy, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu, kładąc się ostrożnie na oparciu. Miał nadzieję, że kryjówka Cecila znajduje się na tyle blisko, by dotarł do niej o własnych siłach. Nie mogli zostać dłużej w sklepie. Powinni wyruszyć o świecie, a ten za godzinę zamajaczy na horyzoncie. — Nie wiesz, że jak się kogoś ratuje, to trzeba najpierw zadbać o siebie? Nie przyszło ci do głowy, żeby mnie związać chociaż? Bo wiesz, teraz to już za późno. Zjebałeś — stwierdził obojętnie, przesuwając dłonią po obiciu kanapy, żeby przysunąć bliżej siebie pistolet. — Ty na serio jesteś skautem? — dodał sceptycznie, ale to przynajmniej uzasadniałoby heroizm i altruizm dzieciaka, który ktoś bardziej praktyczny nazwałby naiwnością.

Crystal Summers
Beza
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
24 lat/a, 170 cm
Prostytutka Wynajęte mieszkania
Awatar użytkownika
Whispers of life
On the corner of my bed,
and maybe on the beach.
You could do it on your own,
While you're looking at me.
Butelka upadła obok jego ciała, a Cecil odwrócił spojrzenie od jaśniejącego z minuty na minutę nieba. Materac cichutko ugiął się pod jego ciężarem, gdy unosił się na łokciu, by znowu skupić uwagę na mężczyźnie. Nie widział nic złego w kokoszeniu się na wygodnym miejscu, kiedy przez większość czasu musiał zadowolić się twardą podłogą i kilkoma kocami. Materace, które zniósł do starej stacji radiowej zostawiał na zimniejszy czas, gdy od podłogi za mocno ciągnęło. W aktualnym świecie, prawdziwe łózko było komfortem wartym każdej ceny.
A co, chcesz się przyłączyć? — spytał zaczepnie i chociaż ciemność częściowo skrywała jego twarz, łatwo było dosłyszeć w jego głosie drobny uśmiech.
Odkręcił wodę, upijając z niej mały łyk. Nie myślał jeszcze o tym, jak dostaną się do jego kryjówki. Nad ranem jednak mieli większe szanse by się tam dostać, bez napotkania dużej ilości trupów – te żerowały na zwierzętach, które po nocy wychodziły na pola. Miasta już dawno pozbawione były bezpańskich kotów i psów; zombie nie kierowały się jakimkolwiek planem, a jedynie instynktownie próbowały przetrwać, rzucając się na żywe mięso, gdy tylko wyczuły mocno bijące serce.
Jeśli wróciliby drogą, którą przyszedł, prawdopodobnie po dwóch godzinach byliby na miejscu. Może trzech, jeśli kondycja nieznajomego nagle uległaby pogorszeniu.
Nie przyszło Ci do głowy, że to zrobiłem? — spytał retorycznie, przewracając oczami i ponownie padając na plecy, tym razem wpatrując się w rzędy ogromnych kasetonów nad głową — w broni nie ma nabojów. Swoją stroną, chuj z Ciebie okropny — mruknął — ciężko Ci nawet wstać, nie mówiąc o rzuceniu się na mnie. Moja noga jest w lepszym stanie — zauważył, dając mu do zrozumienia, że zdołałby sprawnie mu umknąć — potrzebujesz mnie — poinformował, jakby dosadnie sobie to uzmysłowił — nie dlatego, że nie dałbyś sobie rady, tylko dlatego, że w TYM stanie będzie Ci trudniej. Nie zmienisz z tyłu opatrunku.
Zraniona noga Summersa tylko odrobinę napuchła, prawdopodobnie przez uderzenie lecącej szafy. Nie była złamana, ani na całe szczęście podrapana czy ugryziona. Gdy Logan spał, zrobił sobie chłodny okład i obwinął resztą bandaża, na policzek naklejając sobie mały plaster w miejscu, gdzie szkło nacięło skórę.
Mógłbym Cię tu zostawić. Albo związać i zostawić, ale wtedy nie miałbym z tego żadnego pożytku. A tak mogę liczyć na to, że kiedy dojdziesz do siebie, to trochę mi pomożesz. Jeśli tego nie zrobisz, nie będę zbyt dużo stratny, ale przynajmniej będę wiedział, że zrobiłem wszystko co mogłem — wzruszył ramionami. Bycie samemu było ciężkie. Gdy jego rodzice żyli, dzielili się obowiązkami przydzielając je zgodnie z umiejętnościami i siłą. Kiedy ich zabrakło, wiele rzeczy było dla Cecila trudne do wykonania mimo dobrych chęci – był raczej wątły, by porąbać drewno i kiepsko radził sobie z majsterkowaniem, więc ogrom elementów trzymał się na słowo honoru, taśmy lub trytytki. Nie oczekiwał wielkich podziekowań od kogoś pokroju gburowatego faceta siedzącego niedaleko, ale może załatałby mu dwa okna przez które trochę przeciskało się chłodnawe powietrze.
Kolejnym scenariuszem było po prostu rozejście się każdy w swoją stronę. Zabicie Cecila byłoby po prosu stratą czasu i energii.
Przeciągnął się, w końcu unosząc i wstając. Poprawił brudną koszulkę, która kiedyś przedstawiała kilka postaci z popularnego serialu, dopóki twarze nie wymazały się od znoszenia i kurzu. Zbliżył się do mężczyzny, sięgając po jeden z wilgotnych ręczników, w które wcisnął palce.
Niestety nie jestem. Zanim to wszystko się zaczęło — machnął ręką, jakby chciał zaznaczyć cały otaczający ich syf — byłem wolontariuszem w domu opieki i pielęgniarzem — wyjaśnił, podchodząc do kanapy i przechylając głowę, gdy badawczo przyjrzał się zmęczonej twarzy swojego rozmówcy. Usiadł ostrożnie obok niego, a potem skinieniem zachęcił go, by odrobine się zbliżył, żeby ponownie i ostatni raz otrzeć jego twarz i przynieść drobną ulgę po pełnym koszmarów śnie.
Powiesz mi jak masz na imię, czy dalej będziesz dupkiem? — Spytał — I wiesz, nie ma tu nikogo, komu mogłaby imponować Twoja zgryźliwość. Wszyscy mamy przejebane, nie tylko Ty, Marudo.

Logan Reid
Miejscow*
38 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
What would you do if there was nothing holding you back?
W obecnym stanie nie miał siły przyłączyć się w łóżku do chłopaka, nawet jeśliby chciał. Właściwie spacer w kierunku okna i próba oceny sytuacji na zewnątrz wydawała mu się być heroicznym wysiłkiem, do którego nie był zdolny, nie wspominając o gonieniu za wygadanym gówniarzem, nawet jeśli ten nie miałby rannej nogi. Czuł się jak po trzydniowym melanżu. Głowa mu ciążyła, ubranie przesiąknięte było potem i lepiło się do skóry, a w gardle panowała nieprzyjemna suchość. Jednocześnie marzył o kilku łykach porządnej whisky, które jak nic innego mogłyby przywrócić go do życia.
Wyszczekany jesteś — mruknął schrypnięty, gdy chłopak rzucił śmiałym komentarzem. Logan był ciekaw, czy równie nie brakowałoby mu odwagi, gdyby nie odniesione przez niego obrażenia i związana z nimi niemoc. Odłożył bezużyteczny pistolet na bok, odchylając się do tyłu na kanapie, gdy słodkim głosem dzieciak informował go o tym, jak bardzo ma w tej chwili przesrane. Westchnął ciężko, prostując się na tyle, by rzucić mu krótkie i ponure spojrzenie. — Ja pierdole, ile ty mówisz — burknął, ponownie odchylając się do tyłu. Cecil marnował zdecydowanie za dużo energii na gadanie.
Chłopak mógł stracić dużo więcej na pomocy rannemu mężczyźnie niż sądził. Nie istniały już zasady, które powstrzymywałby Reida przed odebraniem mu zapasów, gdy tylko poczułby się lepiej. Wdzięczność dawno już zastąpił instynkt przetrwania. Poza tym ranny Logan na niewiele mógł mu się przydać.
Gówniarz jednak nie wiedział, że facet nie miał dokąd pójść.
Przynajmniej do czasu, aż nie ułoży planu, który pozwoli mu odzyskać władzę. Nie mógł zwlekać zbyt długo, ale nie powinien też działać pochopnie, jeśli chciał, żeby ci skurwiele zapłacili mu za swój bunt. Pragnął dorwać każdego z nich i patrzeć, jak będzie powoli wykrwawiał się u jego stóp.
Obserwował, jak chłopak zbliża się do niego i siada obok. Dotyk Cecila niósł chwilową ulgę. W świecie pogrążonym w chaosie i przemocy jego delikatność i naiwność były czymś niezwykłym, choć Reid był pewien, że prędzej czy później dzieciak przez nie zginie. Ludzie zabijali teraz za mniej niż butelka wody, bo mordowali ze strachu, a nie dla zysku. Śmierć stała się czymś powszechnym, od kiedy można było chodzić z nią przez ulice Ameryki ramię przy ramieniu.
James — mruknął obojętnie, nie przedstawiając się prawdziwym imieniem, ponieważ istniała niewielka szansa, że chłopak słyszał o grupie, którą dowodził. W końcu mieszkał nie tak daleko od miasteczka, które Reid trzymał za mordę, dopóki jakiś trzech frajerów nie pomyślało, że może zagarnąć władzę dla siebie. — Mamy jeszcze godzinę. Odpocznij — zdecydował, przymykając oczy i licząc na to, że pozostały czas do świtu spędzą w ciszy.
Gdy mrok za oknem poszarzał, Logan ostrożnie podniósł się z kanapy. Musiał przyznać, że Cecil wykonał świetną robotę, a opatrunek nieźle się trzymał, ale wątpił, by był zdolny poradzić sobie z ucieczką przed żywymi trupami, miał więc nadzieję, że na żadne nie trafią.
Wsunął broń za pasek, bo choć ta na niewiele zda się przeciwko zombie i Cecilowi, to mogła skutecznie odstraszyć innych ludzi. Ruchy wywoływały lekkie skrzywienie i złowrogie pomruki, ale mimo to Reid gotów był stanowczo odmówić jakiejkolwiek pomocy. Przez moment obserwował drogę przez okno sklepu, upewniając się, że nie kręcą się po niej żadni przeciwnicy, aż w końcu skinął głową, dając znak, że mogli ruszać dalej.
Szedł za Summersem w milczeniu, skupiony jedynie na tym, by dotarli do celu. Gdy wędrowali przez miasto, uważnie nasłuchiwał, ale otaczała ich jedynie złowroga cisza. Chłodne, poranne powietrze przedzierało się przez przepocone ubranie, ale Reid zostawił skórzaną kurtkę w sklepie. Większość czasu nie zadawał Cecilowi żadnych zbędnych pytań, bo faktem było, że po pierwsze był zdany na jego łaskę, a po drugie i tak pewnie nie uwierzyłby w żadną odpowiedź.
W cieniu drzewa już poza miastem zrobili sobie krótki postój, by napić się wody. Słońce wciąż było nisko zawieszone nad horyzontem, a wiatr szeleścił pośród liści. Logan uniósł butelkę do ust, wypijając dwa porządne łyki.
Ile jeszcze drogi nam zostało? — zapytał, opierając się barkiem o stare drzewo i zatrzymując spojrzenie na piegowatej twarzy chłopaka. Gęste gałęzie ponad głową skutecznie utrudniały dojrzenie wieży radiowej na horyzoncie, a Reid chciał jak najszybciej zejść z otwartego terenu, choć jak do tej pory nie napotkali na żadne oznaki życia.
Szczęście jednak musiało się kiedyś skończyć.

Crystal Summers
Beza
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
24 lat/a, 170 cm
Prostytutka Wynajęte mieszkania
Awatar użytkownika
Whispers of life
On the corner of my bed,
and maybe on the beach.
You could do it on your own,
While you're looking at me.
W rzeczywistości gdzie głównymi dźwiękami była przerażająca cisza i odgłos rozszarpywanego ciała, głos rozmowy był czymś świeżym, jak pozostałość po dawnym życiu, które tkwiło w każdym zakamarku ulic i sklepów, mieszkań o przytulnych wnętrzach i wspomnieniach wspólnych, rodzinnych kolacji. Nawet gdy próbowało się wieść dotychczasowe życie za prowizorycznymi, wysokimi murami, zdania wybrzmiewały mdło i z obawą. Ton był przyciszony i lakoniczny z dnia na dzień pozbawiony nadziei. Cecil natomiast nadal zdawał się trwać w czasie, gdy żwawo maszerował po ośrodkowych korytarzach, jeździł z kolegami na deskorolce i bawił się w klubach do samego rana, odczuwając skutki pierwszego kaca po tak samo pierwszych używkach w swoim życiu. Błyszczał na tle szarości, emanował wypełniającą go radości – jeszcze nie był zniszczony. Jeszcze w niczym nie przypominał pozbawionego głębszego sensu Logana Jamesa.
Bystry błysk w oku i drżący kącik ust skutecznie odsuwał myśl, że mógł być zraniony. Mógł być pogrążony w smutku po utracie bliskich i domu, który z całego serca kochał. Trudno było doszukać się rozpaczy po utracie swojego chłopaka z którym był już trzeci rok i zamierzał zamieszkać, gdy tylko znajdzie lepiej płatną pracę, która nie byłaby stażem za marne grosze.
Nic nie wskazywało na to, by był świadkiem rozszarpywania jego zwłok podczas największej, pierwszej fali chaosu.
To robią normalni ludzie. Rozmawiają — zauważył tylko, prychając cicho, ale absolutnie nie wziął sobie do serca poirytowanego tonu głosu mężczyzny.
Zaciskając mocniej palce na wilgotnym ręczniku, czuł jak krople ściekają w dół, niknąc na jego przegubach i spoconej szyi Logana. Otarł je kciukiem, wodząc spojrzeniem po podrapanej twarzy, oczyszczając jeszcze raz kilka ranek. Warunki polowe zdecydowanie utrudniały mu lepszą pomoc, ale dopóki nie dotrą do wieży radiowej, to co miał musiało wystarczyć. Nawet, jeśli nieco żałował porzucenia wygodnego materaca.
James? Fajnie. Mój tata miał tak na imię — powiedział. Zamilkł jednak na sekundę, nie kontynuując już tematu, zamiast tego kiwnięciem głowy zgadzając się z planem. Nie mieli wiele czasu, a czekała ich długa podróż.
Odpoczynek w słowniku Cecila oznaczał przygotowania. Trochę posiedział na wygodnym łóżku, przypatrując się przelatującym na niebie chmurom. Potem upewnił się, że pochował wszystkie potrzebne przedmioty do plecaka – zebrał puste butelki, które potem mogły mu się przydać, brudne ręczniki i resztę nici, którymi zszywał Logana. Dopakował też porwany materiał, który ściągnął z obić kilku foteli, a nawet wcisnął znalezionego gdzieś w kącie jaśka. Gdy Reid odpoczywał, nabierając sił, Summers myszkował po sklepie, znosząc drobiazgi jak wprawna wiewiórka orzeszki na zimę.
Dziarsko maszerował przez miasto, stawiając ostrożnie kroki. Doszedł do miejsca gdzie stał stary supermarket, a potem wskazał jedną z mniejszych uliczek, którą przyszedł. Zatrzymał się dopiero przy metalowej siatce, a potem rozkazał Loganowi zaczekać, kiedy kilka razy obszedł ogrodzenie, w końcu znajdując wcześniej zrobioną i załatana przez siebie dziurę. Wygiął cienki metal na tyle, by wielkie cielsko Logana się zmieściło, a potem z dźwiękiem szelestu trawy pod nogami, poprowadził go wgłąb otaczającego miasto lasu, idąc zarośniętą, ledwo widoczną ścieżką.
Trochę mówił, jak to Cecil – o tym, że goniło go kilka trupów, gdy kierował się do miasta i jeszcze o tym, że był tu już parę razy, bo ludzie niezbyt dokładnie pozabierali swój dobytek. Czasami znajdował naprawdę dobre puszki z jedzeniem, a czasami niezłe ubrania. Były jeszcze dwa małe miasta niedaleko: jedno z nich miało stare kino i kiedyś (Nie uwierzysz!), okazało się, że znalazł taśmę filmową z "Mission: Impossible". Obejrzał ją prawie po cichu, barykadując się od środka, ale niestety gdy był tam po raz drugi okazało się, że ktoś całkowicie zniszczył całe wnętrze.
O trzecim mieście nie powiedział nic. Może nie chciał, a może zmęczył się szczebiotaniem przerywanym tylko bolesnymi sapnięciami Logana.
Miał wrażenie, że szli całe lata. Z uwagi na obrażenia Reida, ich tempo nie było duże, więc gdy tylko zrobili postój, Cecil usiadł na duży kamień, rozglądając się i niechętnie stwierdzając, że zostało im więcej niż połowa drogi. Próbował związać kręcone, zmierzwione loki w coś na kształt koka, wznosząc spojrzenie na mężczyznę.
Jeszcze jakieś dwie godziny. Może trochę mniej — wskazał na miejsce pomiędzy gęstymi drzewami — gdy dojdziemy do jeziora, zostanie nam jakieś dwadzieścia minut — powiedział, wstając z miejsca — chodź. Nie mamy czasu — ponaglił go, znowu chcąc kontynuować podróż. Zrobił dwa kroki w stronę mężczyzny, ale zawahał się, bo odruchowo chciał spytać czy da sobie radę, ale wyraz twarzy Logana mówił sam za siebie.
Poprawił plecak i ruszył przed siebie, milcząc już przez większość drogi.
Jezioro nie było wielkie, za to otoczone wieloma wysokimi drzewami i skalną, porośniętą mchem ścianą. Ziemia była tu bardziej grząska i wilgotna. Tym razem Cecil zarządził przerwę, zsuwając z ramion ciężki plecak. Podszedł ostrożnie do brzegu, kucając by nabrać w dłonie lodowatej wody. Do tej poru rzeczywiście sprzyjało im szczęście; oprócz jednego lisa, który przyprawił Summersa o drobny zawał, las był spokojny i pogrążony w ciszy.
Zaraz jesteśmy — podniósł głowę, wskazując na czubek wieży radiowej, widoczny w oddali pomiędzy zielonymi koronami. Miejsce było idealne – stara stacja znajdowała się na niewielkim wzniesieniu, zapewne by wzmocnić zasięg.
Obmył twarz, prostując się i odwracając przodem do Logana. W tej samej chwili, kątem oka dostrzegł ruch; liście paproci ugięły się, a spomiędzy nich wyłonił się kulejący trup. Zdawał się ich jeszcze nie dostrzegać; krew ściekała po pozbawionej skóry żuchwie. Summers zaklął cicho, a potem nim Logan zdążył się zorientować, naparł na niego całym ciałem, dociskając obolałe plecy do pnia grubego drzewa. Od razu zimną, mokrą dłonią zakrył mu usta i pokręcił głową, dociskając palec do własnych ust. Serce zabiło mu szybciej, gdy do zombie dołączyły kolejne dwa – o jakieś dwa za dużo, by mogli sobie poradzić w aktualnym stanie Reida.
Cecil wstrzymał oddech, a potem cichutko zrobił krok w bok, by schronić ich przed widokiem błądzących trupów. Zerknął na plecak leżący nieopodal, a potem znacząco na Logana, delikatnie odsuwając w końcu dłoń od jego twarzy, gdy upewnił się, że mężczyzna w końcu zrozumiał sytuację. Drobna dłoń przesunęła się po ciele mężczyzny – spłynęła po jego klatce piersiowej, a potem dotarła do biodra, wciskając palce w jego kieszeń. Nie odrywał wzroku od jego oczu, najwyraźniej niezadowolony z faktu, że nie znalazł tam tego, czego szukał. Dłoń więc zawędrowała dalej, na jego podbrzusze i na skórzany pasek spodni.
Nie pochlebiaj sobie — wyszeptał, rozpinając gwałtownie pasek, a potem uśmiechając się, gdy uniósł metalową sprzączkę, którą oderwał od znoszonego paska. Była na tyle ciężka, by mógł ją dorzucić do wody, która zgodnie z jego zamierzeniem zwróciła uwagę trupów – z rykiem powlokły się w tamtą stronę, pozwalając Summersowi dosięgnąć do plecaka.
Potrzebuje czegoś ciężkiego — powiedział szybko, kucając i wyciągając brudne od krwi ręczniki. Zawiniątko przesiąknięte ludzka krwią skutecznie odciągnęłoby zombie i pozwoliło im przedostać się niepostrzeżenie dalej. Użycie strzelby może i by poskutkowało, ale przyciągnęłoby pozostałe, co było teraz najgorszym scenariuszem.
No już, rusz się.

Logan Reid
Miejscow*
38 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
What would you do if there was nothing holding you back?
Z większą uwagą nasłuchiwał odgłosów otoczenia, niż radosnego trajkotania chłopaka, choć starał się wychwycić najważniejsze informacje, jakie chcąc lub nie chcąc, zdradzał mu na swój temat Cecil, niestety jego obecny stan zmuszał go przede wszystkim do skupienia się przy stawianiu kolejnych kroków. Każdy oddech wywoływał tępy ból złamanego żebra, przez co brał je z trudem i ostrożnie. Fakt, że jeszcze żył zawdzięczał rozgadanemu gówniarzowi.
Kurwa. Zanim dotrzemy na miejsce, będę wiedział, jaki jest twój ulubiony kolor, co jadłeś wczoraj na śniadanie i jak spędzałeś wakacje w dzieciństwie — przerwał mu zirytowanym pomrukiem, choć nie tyle wkurwiał go Cecil, co ból i poczucie bezradności.
Kontynuował marsz w ponurym milczeniu, mimo narastającego zmęczenia i dyskomfortu. Jego oczy błyszczały od gorączki i determinacji, a oddech stał się rzeżący. Zrobione na szybko i w polowych warunkach szwy musiały puścić, ponieważ opatrunek i powoli również koszulka ponownie zaczęły przesiąkać krwią. Nie mieli jednak wyboru, jak tylko kontynuować marsz. Na pytające spojrzenia Cecila Logan odpowiadał jedynie ciężkim wzrokiem. Nie potrzebował jego współczucia.
Gdy dotarli nad jezioro, poczuł coś na kształt ulgi. Otarł wierzchem dłoni pot z czoła. Podszedł do wody i pochylił się nad jej taflą ze zbolałym stęknięciem. Nabrał nieco na dłoń, by otrzeć sobie twarz i schłodzić kark, a następnie powoli się wyprostował. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, chłopak pchnął go na drzewo, wyrywając z ust mężczyzny ciężkie sapnięcie i tłumiąc warkliwe przekleństwo dłonią. Nie spróbował się jednak wyrwać i szybko pojął, że była to właściwa decyzja. Obserwował, jak ten nerwowo przeszukuje mu kieszenie, a następnie śmiało sięga do paska.
Myślałem, że twoje pokolenie zawsze pyta o zgodę — mruknął z kpiną, gdy Cecil szarpnął za sprzączkę, a następnie cisnął pasek w stronę wody, by odwrócić uwagę wygłodniałych trupów. Logan obserwował jego dalsze działania, jednocześnie próbując orientować się w pozycji kolejnych zombie, które kontynuowały swój przemarsz.
Nie potrzebował dodatkowej zachęty, by podążyć za chłopakiem w stronę wieży. Znalazł sobie nawet dość siły, by przyspieszyć tempo, a przystanął, dopiero gdy już oddalili się od zagrożenia na bezpieczną odległość i upewnili, że żaden z zgniłych skurwieli nie podążył ich tropem.
Może jednak nie jesteś taki głupi — mruknął, z trudem łapiąc oddech, ale propozycje pomocy jedynie zbył machnięciem dużej dłoni i ponownie się wyprostował, by kontynuować podróż do bezpiecznego schronienia. Pot moczył mu koszulkę na plecach. Dociskał jedną dłoń do rany, a gdy stanęli pod wieżą, wzniósł oczy w górę, nie mając pojęcia, czy wystarczy mu siły, by wdrapać się po drabinie. Kryjówka jednak była doskonale ulokowana, chroniła przed atakiem trupów i zapewniała dobrą widoczność. Reid oparł się ramieniem o jeden ze słupów, potrzebując chwili przed wspinaczką. Zerknął na chłopaka, przyjmując od niego butelkę z wodą i upijając kilka solidnych łyków. Nie odezwał się jednak nawet słowem, nie chcąc tracić oddechu. Obserwował go w promieniach słońca, które było już w zenicie, próbując dojść, skąd w ogóle gówniarz się urwał.
I zapytał o to, kiedy już dotarli na górę, a chłopak ponownie go opatrzył. Logan siedział bosy i bez koszulki na jedynym krześle, marząc o papierosie. Dzięki odpoczynkowi ból nieco zelżał, choć ciało wciąż było wyczerpane marszem i ociężałe. Podrapał się po umięśnionym ramieniu, a następnie swobodnie oparł dłonie na udach, rozglądając się po skromnym wnętrzu, które dla niego wydawało się po prostu za małe.
Od dawna radzisz sobie sam? — odezwał się po długim milczeniu, kierując uważne spojrzenie na Cecila.

Crystal Summers
Beza
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
24 lat/a, 170 cm
Prostytutka Wynajęte mieszkania
Awatar użytkownika
Whispers of life
On the corner of my bed,
and maybe on the beach.
You could do it on your own,
While you're looking at me.
Bardzo prawdopodobne, że gdzieś między gęsto usłanymi drzewami, Cecil napomknął o tym, że lubi kolor fioletowy, ma ukończony kurs pierwszej pomocy i kiedyś lubił tańczyć, chociaż zdarzało się, że nadeptywał ludziom na stopy. W odróżnieniu od Jamesa, Cecil nie lubił ciszy – była przerażająca i niepewna, więc gdy mógł i wyczuł, że dla świętego spokoju mężczyzna go wysłucha, mówił cicho, odganiając zadyszkę i ewidentne zmęczenie, które coraz mocniej go dopadało. Nie mówił jednak wiele o swoim dzieciństwie, ale pochwalił się, że sam stworzył wędkę, a złowienie kilku dorodnych ryb mógł wpisać z dumą w swoje CV.
Jedzenie samych puszek i nieco pogniłego jedzenia wychodziło mu uszami.
Summers posiadał jednak tą rzadko spotykaną umiejętność, dzięki której wiedział kiedy powinien siedzieć cicho – gdy sapnięcia towarzysza stawały się cięższe, a jego spojrzenie ostre, Cecil zostawiał komentarze dla siebie, wbijając spojrzenie w ściółkę.
Czy nie był głupi? To akurat podlegało dyskusji, wiedział natomiast jak przetrwać kolejny dzień. Gdyby nie spryt i całkiem dobre tempo biegu, pewnie już dawno dołączyłby do swoich przyjaciół i rodziny. Nic dziwnego, że gdy wyczuł zagrożenie, zrobił to co podpowiadał mu impuls, pozbywając się zakrwawionej koszulki jako przynęty i skórzanego paska jako idealnego ciężaru, którym mógł rzucić wystarczająco daleko. Zapach krwi przyciągnął trupy, liczące na kawał mięsa w który mogłyby się wgryźć.
Ulżyło mu, gdy dostrzegł znajomą drabinę i starą wieżę radiową bez żadnego uszczerbku. Wysiłek musiał mocno wymęczyć mężczyznę; Cecil spojrzał na niego zmartwiony, ale nim zdążył się odezwać, duża dłoń skosiła powietrze w znaczącym geście. Nie chciał jego pomocy, chociaż palce barwiły się na czerwono, gdy krew przesiąkała przez ubranie, krzycząc o kilku pękniętych szwach, które trzeba było wymienić.
Poczekaj — rzucił, a potem ściągnął ze spoconych pleców plecak i podskoczył; drabina znajdowała się nieco wyżej, więc z cichym stęknięciem podciągnął się i sprawnie wspiął, znikając na chwilę w górze. Drabina zadrżała, a potem zsunęła się na sam dół, a tuż za nią lina, opadająca aż na ziemię.
Przywiąż plecak — zawołał, a gdy tylko James przymocował linę do jednego z pasków, wolno wciągnął go w górę. Gdy jego towarzysz wreszcie do niego dołączył, Cecil był na końcówce wypakowywania całej zawartości.
Ostrożnie — tym razem zignorował warknięcia zmęczonego Jamesa, pomagając mu przejść na prowizoryczne posłanie; materac był podwójny, ale mocno już sfatygowany. Zajmował też większość pomieszczenia, Bóg jeden wie w jaki sposób Summers w ogóle go tu wtargał. Opatrzenie rannego było priorytetem i tym razem – mając do dyspozycji znacznie więcej przyborów – szybko wyciągnął stare szwy, zastępując je nowymi, a w szklance wody rozpuścił silny lek przeciwbólowy, jeden z trzech jakie jeszcze mu pozostały.
Rozgość się — zachęcił, ale przestrzeń nie gwarantowała wiele swobody; chłopak postarał się jak mógł, by pozbyć się rzeczy niepotrzebnych, ale stara radiowa konsola nadal była ustawiona pod jedną ze ścian, robiąc za roboczy blat. Z drugiej strony stała niepodłączona lodówka, a na niej miska z wodą, którą pobierał z ogromnego baniaka tuż obok. Były tylko jedne drzwi, a gdy spojrzenie Jamesa na nie padło, Cecil z brudnymi ubraniami w dłoniach, wzruszył ramionami.
Toaleta. Ale jak łatwo się domyślić, raczej nieczynna. Wiadro wymień po każdym siku — rzucił tylko, do osobnego wiadra wrzucając zakrwawioną koszulę. Dwójka w tym miejscu to już był tłok, ale i tak Cecil znalazł kawałek miejsca, by na małym gazowym palniku przygotować posiłek. Z pozostałej ryby, którą jadł wczoraj na śniadanie oraz mielonki i kilku ziemniaków i innych warzyw o które zresztą nie było tak trudno, kiedy wiedziało się gdzie szukać, wolno tworzył gulasz, którego zapach rozniósł się po niewielkim wnętrzu. Siedząc po turecku, obrócił się przez ramię, spoglądając na Jamesa. Zamieszał w garnku, pocierając brudny policzek przedramieniem.
Kilka tygodni — odpowiedział — kilkanaście — poprawił się, znowu zerkając w bulgoczącą zawartość — wcześniej żyłem w Red Pines. Miasteczko kilka kilometrów stąd — wyjaśnił, nieznacznie się spinając. Byli małą społecznością, ale świetnie dawali sobie radę; sadzili własne warzywa, mieli nawet kury i jedną krowę. Z poniszczonych budynków jego ojciec próbował stworzyć nowe, wraz z pozostałymi chętnymi. Nie było idealnie, ale było dobrze. Przynajmniej do czasu. Wydawało się, że dalsze tłumaczenie jest stratą czasu – były dwa powody dla których małe społeczności przestawały istnieć: słabe zabezpieczenia i Ci, którzy byli silniejsi.
Proszę — sięgnął po uszczerbioną miseczkę, zapełniając ją jedzeniem, a potem podał parujący posiłek Jamesowi. W milczeniu przesunął wzrokiem po jego nagim torsie i przysiadł obok jego krzesła, sadzając sobie swoją miseczkę na kolanach.
Chcę przeczekać tu lato i zimę jeśli mi się uda. Potem, na wiosnę, chciałbym ruszyć dalej. W sumie...Nie wiem — mruknął, wsuwając łyżeczkę do ust, a potem w zamyśleniu ją oblizując — co się stało, że tak skończyłeś? — spytał po chwili, podnosząc duże oczy na twarz mężczyzny.

Logan Reid
Miejscow*
38 lat/a, 190 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
What would you do if there was nothing holding you back?
Wciąż łypał nieufnie na Cecila, ale poddawał się jego troskliwym zabiegom. Nie potrafił uwierzyć, że w świecie, w którym królowała przemoc, ktoś pomagał mu z dobrego serca, ale chociaż bardzo się starał, nie potrafił wskazać, jaki interes w całym tym cyrku mógłby mieć chłopak. Mimo bólu i osłabienia obserwował, jak ten zakłada świeże szwy na jego ranę, a następnie cierpliwie znosił burczenie w brzuchu, gdy w niewielkiej przestrzeni roznosił się zapach gotowanego gulaszu. Ciepły posiłek był luksusem, a Cecil wciąż hojnie dzielił się z nim zapasami, podczas gdy Logan nie zdecydował się nawet zdradzić mu swojego prawdziwego imienia.
Bo to mogło wszystko skomplikować i zmienić altruizm w nienawiść, do której chłopak wydawał się niezdolny.
Starał się jak najmniej poruszać, bo przy każdej pozycji rana odzywała się tępym, ciągnącym przez cały bok bólem.
Co takiego stało się w Red Pines? — zapytał, bezdusznie zmuszając go do powrotu do traumatycznych wspomnień.
Logan doskonale wiedział, do czego doszło kilkanaście tygodni temu, bo sam wydał polecenie przejęcia posiadanych przez niewielką społeczność dóbr. Z początku zaproponował im wspólnotę, ale nie byli zainteresowani płaceniem, jak to histerycznie określili haraczu. Nie brał osobiście udziału w spaleniu budynków i wymordowaniu dla przykładu tych kilkunastu osób. Był za to bardzo ciekaw, w jaki sposób gówniarzowi udało się wymknąć z tej rzezi. Nie widział ognistej łuny, nie czuł palącego w płuca i piekącego w oczy dymu. Miał ważniejsze sprawy na głowie niż zdobycie krowy i kilku kurczaków, bo zdaje się, że za dokładnie tyle oddali swoje życie przyjaciele i rodzina Cecila.
Odebrał od niego miseczkę z parującym posiłkiem, dziękując niskim pomrukiem.
I dokąd chcesz pójść, skoro tu masz bezpieczne schronienie? Wierzysz w ten bzdury, że gdzieś na świecie istnieje jeszcze rząd, który ciężko pracuje nad znalezieniem lekarstwa i nas wszystkich uratuje? Chyba jesteś za stary na bajki o świętym Mikołaju — zamieszał łyżką zawartość miski, ale wciąż nie był pewien, czy zdoła utrzymać gulasz w żołądku. — Jeżeli istnieje jeszcze jakiś rząd, to siedzi za grubymi murami z betonu albo pod ziemią i ma nas wszystkich głęboko w dupie — wzruszył lekko ramionami, a następnie wyłowił kawałek ziemniaka, który wsunął sobie do ust.
To było pierwsze, co jadł od dwóch dni i może właśnie dlatego wydawało mu się tak smaczne. Był przygotowany na pytanie, które zadał mu Cecil, bo spodziewał się, że padnie dużo wcześniej.
Napadła mnie czwórka ocalałych. Odebrali mi samochód i zapasy, z którymi — urwał, udając, że się zawahał, jakby nie był pewien, czy może zaufać chłopakowi i mówić dalej, co było jedynie teatralnym zagraniem, bo cała ta historia była od początku do końca kłamstwem — jechałem do mojej rodziny — powierzył mu zmyślony sekret, jakby ten stanowił jakieś wyróżnienie. — Mamy farmę kilkadziesiąt kilometrów stąd. Sam rozumiesz, że nie mogę zdradzić ci szczegółów. Nie mogę ich narażać — dodał, ponownie zanurzając łyżkę gulaszu, by spróbować zjeść kolejny kęs ciepłej potrawy. — Pewnie się o mnie martwią. Jak tylko wydobrzeję, będę chciał znaleźć sprawne auto i do nich wrócić — zdradził swój plan, który choć częściowo był prawdziwy.
Nie wracał jednak do rodziny, a po zemstę na tych, którzy pozbawili go władzy i nie mieli dość dużych jaj, by go zabić, czego prędzej czy później pożałują.
Zjadł jeszcze kilka łyżek gulaszu, a resztę odstawił na blat.
Mam nadzieję, że nie chrapiesz — dodał, ruchem głowy wskazując na materac, na którym tej nocy przyjdzie im spać razem.

Crystal Summers
Beza
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Miejscow*
24 lat/a, 170 cm
Prostytutka Wynajęte mieszkania
Awatar użytkownika
Whispers of life
On the corner of my bed,
and maybe on the beach.
You could do it on your own,
While you're looking at me.
Gadatliwy Cecil umilkł, smętnie spoglądając w swoją miskę gulaszu. Zamieszał w nim łyżką, uświadamiając sobie, że po raz pierwszy miał opowiedzieć na głos o tym co wydarzyło się z jego rodziną. Przez kilka tygodni mijał innych ocalałych, ale nigdy nie nawiązywał z nimi kontaktu, co tłumaczyło entuzjazm Summersa przy poznaniu Jamesa. Zachowywał się, jakby wyrzucał z siebie nagromadzone z dnia na dzień słowa, przypominając sobie jak brzmi jego głos. Kiedyś lubił podśpiewywać przy drobnych, domowych obowiązkach, ale obawiał się, że nie mógłby przywołać z pamięci jakiegokolwiek tekstu piosenek.
Mój tata był założycielem społeczności, która tam powstała — powiedział, nabierając na łyżeczkę kawałek ziemniaka — żyliśmy spokojnie. Utrzymywaliśmy się z tego co udało nam się wyhodować. Naprawiono kilka zniszczonych budynków, a moja mama prowadziła zajęcia dla dzieci. Nie było ich wiele, ale wiesz...Kiedy ktoś się nimi zajmował, reszta mogła pracować — wspominając miejsce, które przez długi czas było jego domem, ścisnęło go gwałtownie w dołku. Stracił apetyt, podnosząc tylko głowę, by spojrzeć z delikatnym, bladym uśmiechem na Logana. Wzruszył ramionami, opierając tył głowy o ścianę.
Najechali na nas nocą. Inna osada. Ojciec chciał oddać im zapasy, ale to im nie wystarczyło. Część ludzi się zbuntowało i próbowało bronić, ale to tylko mocniej ich rozwścieczyło. Matka schowała się ze mną w stodole, ale wywlekli nas tak jak innych, każąc patrzeć jak mordują pozostałych. Przewodził nimi jakiś Reid — zmarszczył brwi — Tak kazał się nazywać. Był okropny. Wszyscy nosili kominiarki albo maski. Nie wiem po co, skoro i tak pozbyli się wszystkich — Cecil zamilkł, odruchowo zaciskając dłoń i obrócił głowę — zabijali dzieci i gwałcili kobiety. Kiedy Reid się znudził, kazał ojcu wybierać: ja czy mama. Niewiele pamiętam po tym jak padł strzał. A potem drugi, wymierzony w tatę — odsunął od siebie miskę, a potem zaoferował ją Jamesowi, skinieniem głowy dając mu znak, by zjadł i jego porcję. Sam prędzej by się porzygał niż przełknął cokolwiek — uciekłem, kiedy jeden z dachów się zapadł, robiąc zamieszanie. Nie wiem czy się zorientowali albo czy mnie gonili. Biegłem ile sił w nogach, a potem błąkałem tak długo, aż nie trafiłem tutaj — skończył, wstając z podłogi, by zacząć krzątać się po niewielkim pomieszczeniu. To co zostało przelał do pojemnika, a potem przełożył garnek do miski pełnej wody, by go umyć. Może nie żył w luksusach, ale nie tęsknił za namolnymi muchami i innymi, zwabionymi zapachami owadami. Sceptyczne podejście mężczyzny wcale go nie zaskoczyło.
Nie wiem czy istnieje. Ale wszystko jest lepsze niż bycie samemu. Może mógłbym tam jakoś pomóc. Poza tym, tu i tak nie ma warunków na długie zasiedzenie. Przez jakiś czas mogę sobie radzić, ale w końcu skończą się rośliny i mniejsze zwierzęta. No i nie jestem najlepszym myśliwym — zaśmiał się cicho, ocierając dłonie.
Ze współczuciem spojrzał w stronę Logana, lepiej niż ktokolwiek inny wiedząc czym jest tęsknota za rodziną. Świat był brutalny i ludzie w nim również.
Można powiedzieć, że masz szczęście w nieszczęściu. Za jakiś czas do nich wrócisz — zapewnił, bo James wyglądał na silnego faceta, którego nie mogło zatrzymać kilka ran.
Nie drążył tematu, zamiast tego wspomniał, że w poprzednim mieście do którego trafił w poszukiwaniu jedzenia, widział stary komis samochodowy. Jeśli szukać auta, to tylko tam.
Nie chrapię. Chyba. Do tej pory nie musiałem się tym przejmować — rzucił, wygrzebując czystą koszulkę z jakiegoś kartonu — pójdę się umyć. W baniakach jest woda, powinna starczyć na nas obu. Jutro przyniosę więcej — zapewnił, zamykając się w ciaśniutkiej łazience.
Z ulgą pozbył się brudnych i zakrwawionych ubrań, obmywając ciało nad kolejna z misek, które chomikował i kolekcjonował na wszelki wypadek. Całe miejsce było wypełnione przydasiami, które ułatwiały mu funkcjonowanie w pozbawionej wygód przestrzeni. Pochylając się mocno, obmył włosy, które poskręcały się jeszcze bardziej. Wcisnął się w o wiele za dużą koszulkę sięgającą do połowy ud, a gdy wrócił do swojego towarzysza, rzucił w jego kierunku suchy ręcznik.
Trzymaj. Nie mam ubrań, które by na Ciebie pasowały. Jak skończysz, wylej wodę na zewnątrz. I uważaj na szwy — poinstruował, siadając na materacu. Przeczesał włosy, a potem wsunął się pod koc – gdy mężczyzna wrócił, spał już głęboko, kuląc się na skraju materaca, robiąc tym samym miejsce dla Jamesa.
Nie chrapał. Ale okazało się, że ciało potrzebowało ciepła, bo w nocy wtulił się bezwiednie w plecy mężczyzny, obejmując go ramieniem.
Summersa nie było, gdy James otworzył oczy. Stała jednak butelka wody i kawałek chleba – trochę suchy, ale jeszcze zdatny do jedzenia. Dźwięki dochodzące z dołu sugerowały, że Cecil robi coś pod radiową wieżą i o ile Logan zdecydował wyjrzeć przez okno zauważył, mógł dostrzec chłopaka przenoszącego wiadra wody z sadzawki nieopodal. Musiał robić to od jakiegoś czasu, bo oprócz tych właśnie niesionych, kolejne cztery stały ustawione przy drabinie.

Logan Reid
Zablokowany

Wróć do „Rozgrywki”