Jean Lafitte
1.
Szum fal rozbijających się z hukiem o skały, niesie się na skrzydłach wiatru, którego szept czule muska rozgrzaną skórę, ta jest zmęczona upalnym dniem, lecz jest to te charakterystyczne, jakże pozytywne wymęczenie, jakiego brakowało w ostatnich tygodniach. Zmiana otoczenia i odcięcie się od świata, znajomych miejsc, ludzi, tego całego syfu, który zdawał się narastać z każdym kolejnym dniem, było zbawienne. Teraz był tego pewien w stu procentach – przekonany, iż podjął zasadną decyzję, wcale na to przemyślenie nie wpływał zachwyt nad zachodzącym słońcem rzucającym ostatnie przenikliwie promienie na wulkaniczną wyspę Saint Lucie, jej dzikość i turystyczna otoczka sprawiały, iż doceniał położenie tej niezwykłej intensywnie zielonej czarującej kariny znajdującej na styku oceanu Atlantyckiego i morza Karaibskiego. W tym wszystkim to nie te piękne widoki, co roztaczały się z tarasu wynajmowanej willi, kradły myśli Campbella, owszem były fantastyczne i nie zmieni tego absolutnie nic, ale odchodziły na drugi plan, kiedy jego myśli przechodziły do blondynki, z którą delektował się tym rajem na ziemi. Ich relacja na przestrzeni ostatnich tygodni mocno skomplikowała się, a wizyta u psychologa, byłaby równie dobra, co wymuszone wakacje. I chociaż te drugie wychodziły znacznie drożej, tak zdecydowanie nie zamieniłby ich na nic innego – potrzebowali tego.
Zimna herbata mango z kostkami lodu zaczynała powoli o sobie znać i ruszył się z miejsca, w którym zastygł gdy zbierał myśli, tudzież oczarowany widokiem po prostu go chłonął. Wszedł do salonu, gdzie była i ona, a na jego twarzy tańczył cień uśmiechu skrywającego zagadkę, chociaż tych mieli w swym życiu zdecydowanie dość.
– Proszę – wysoka szklanka wędruje płynnie wprost do rąk Chérie po chwili wahania siada na kanapie tuż obok niej, skąd mają widok na panoramę wyspy – cieszę się, że udało mi się przekonać cię do tego pomysłu – bo chociaż u podstaw, był absurdalny i trochę wariacki, tak zorganizowanie tego wszystkiego zajęło mu mniej niż godzinę, więc wychodziło na to, że dla chcącego nic trudnego, owszem pieniądze odgrywały tu kluczową rolę, ale Lothar mimo wszystko należał do grona ludzi, którzy potrafili w każdej sytuacji odnaleźć pewien kompromis i uzyskać zamierzony cel, był pod tym względem kreatywny i dość uparty można powiedzieć, bez cienia złośliwości. Najcięższym elementem, była zdecydowanie rozmowa, jak przejść nad tematem, który został zepchnięty na skraj pamięci przez Chérie, jak zaakceptować również to, że on niekoniecznie chciał widzieć tę sprawę w taki sposób rozwikłaną, to, że łączyła ich więź sięgająca przeszłości, lecz w ostatnim czasie dopiero utrwalona, było problematyczne, a sposoby, jakie obrali na zażegnanie problemu, stanowiły dwa skrajne obozy.
– Jak się tu czujesz? Bo ja mam wrażenie, że zrzuciłem z barków ogrom ciężaru, co zalegał od tak dawna, iż nie czułem już, kiedy przybywało kolejnych spraw... innymi słowy mam wrażenie, że oddycham niczym nieskrępowany. To chyba nazywa się wolność ducha. – Uśmiecha się, pod nosem i w zamyśle drapie po szczecinie kilkudniowego zarostu, o którym zapomniał, zbyt wiele spraw namnożyło się w ostatnim czasie, włącznie z planowaniem tego wyjazdu, aby zadbać o takie drugorzędne drobiazgi.
Chérie Menard
po mieście błąka się tylko jedna dusza
róża
peace
This year taught me how it feels to be
Lost and ambitious
I've been on a mission
I won't stop till I'm done
Lost and ambitious
I've been on a mission
I won't stop till I'm done
Spokój przychodził powoli. Z każdą godziną zakradał się śmielej do jej umysłu – po czym był przeganiany brutalną wizją powrotu do rzeczywistości, który pozostawał przecież realnie bliski. Wolność nie miała być wiecznością; w Nowym Orleanie czekała na nią długa lista pacjentów. Czekało też całe dziedzictwo Menardów – i ciężar sprostania jego wymaganiom. W Zurychu była po prostu Cherry, po prostu częścią zespołu, dziewczyną, która po pracy wychodziła ze znajomymi na drinka, która uczyła się przeklinać po niemiecku, której niewielka kuchnia pachniała kawą i owsianką – w ogóle pachniała, co rzadko zdarzało się w willi w Garden District.
Chciała poczuć się tak jeszcze raz – tutaj. Nie miała w sobie jednak tej śmiałości; jakby Lothar Campbell miał nie zaakceptować po prostu Cherry, bo przecież nie znał jej takiej. Znał wyprostowaną, dumną kobietę o ciętym języku, topiącą żal w drogich alkoholach, by nigdy nie odbił się w jasnych oczach; kobietę, której pewność siebie wypełniała pomieszczenie po brzegi, która nie bała się sięgać po to, czego chciała, i nigdy nie wyrażała skruchy, bo była Chérie Menard i wolno jej było wszystko. Nie sądziła, by mógł zrozumieć smutną, pełną trosk dziewczynę, która uginała się pod ciężarem złożonych na jej barkach odpowiedzialności. Dziewczynę, która nie miała dość śmiałości, by zdobywać – bo wiedziała, że w rzeczywistości nic nie należy do niej.
Była więc ostrożna w jego towarzystwie, wiedząc, że w bezustannym świetle jego oczu może szybko zblednąć, zagapić się i zdradzić z tym, że znał inną kobietę. Że to inna wywarła na nim dostateczne wrażenie, by w chwili słabości pozwolił jej oprzeć się na swoim ramieniu – i porwał daleko od domu, który był źródłem ciągłej frustracji. Oddzielne sypialnie wiele ułatwiały, podobnie jak jej niestandardowy tryb życia, w którym oczekiwała na tarasie świtu, a wstawała dopiero w okolicach upalnego południa, w międzyczasie ignorując czas posiłków, jakby nie miała żadnych potrzeb.
Nie mogła jednak całymi dniami żyć obok. Nie mogła zamknąć się w swoim milczącym spokoju. Gdy zeszła do salonu, czarne bikini zasłaniała tylko częściowo rozpięta, biała koszula, lniana, delikatnie drapiąca skórę, skradziona z jego porzuconej walizki. Jej podwinięte rękawy co jakiś czas zsuwały się po gładkiej skórze, wyraźnie zbyt duże na kruche ciało – ale Cherry zdawała się tym nie przejmować. Jej perfekcja rozpłynęła się w braku makijażu, w zmierzwionych, przeczesanych tylko palcami włosach. Nikt więcej w końcu nie patrzył – a on widział ją już w gorszym stanie, wykończoną kolejnym dyżurem, wymiętą nieprzespaną nocą, bladą, w poplamionym fartuchu, którego kolor był już tylko wspomnieniem bieli.
– Dzięki – odparła cicho, w sposób, który nie zdradzał jednoznacznie, czy ma na myśli herbatę, czy namówienie jej na wakacje. Na jej twarzy nie było uśmiechu – wydawała się zatopiona w swoim wewnętrznym świecie, może nawet głucha na jego słowa, chociaż jej spojrzenie bez wątpienia zarejestrowało jego obecność. Może po prostu jej nie przeszkadzał; był tutaj tak samo naturalnie, jak w pokoju socjalnym, gdy jej głowa opadała na jego ramię, szukając choć chwili odpoczynku – i znajdując go w zapachu jego ciała i płynu do dezynfekcji. I krwi. Ciepłej, świeżej krwi, jakby dopiero wyszedł z sali operacyjnej.
Pociągnęła łyk zimnej herbaty, zanim obsunęła się niżej na kanapie, wyciągając przed siebie smukłe nogi. Jej ciało, mimo pozornego rozluźnienia, pozostawało delikatnie napięte; mięśnie brzucha twardo trzymały ją w jednym kawałku, a oddech zdawał się nie sięgać dna, uciekając w momencie, gdy tylko połaskotał płuca. Jej spojrzenie utknęło gdzieś w przestrzeni, na jakimś elemencie krajobrazu – choć zdaje się, że nie do końca ten element widziała, mimo że bez wątpienia na niego patrzyła.
– Zagubiona – odparła cicho, obracając szklankę w drobnych dłoniach. – Wyrwana z rutyny. Nie umiem tak bez pracy – wzruszyła ramionami; w końcu na wakacjach nie była chyba nigdy. Jeśli już gdzieś wyjeżdżała, to po to, by zwiedzać miejscowe szpitale. – Może wcale nie umiem? – uśmiechnęła się gorzko, a jej błękitne spojrzenie spoczęło w końcu na nim. – Nie jestem najlepszą towarzyszką podróży, co? – zaśmiała się, bosą stopą zaczepnie trącając jego łydkę. Nie miała energii na więcej – a może zwyczajnie nie była pewna, czy wypada więcej.
Lothar Campbell
Jean Lafitte
Zawieszony w przestrzeni i czasie, bez najmniejszego problemu, mógł trwać niewzruszenie obserwując obraz, który nieprzerwanie tworzyła natura, to było fascynujące i częstokroć łapał się na tym, że w chwilach największego relaksu, kiedy umysł odcina się od wszelkich zawodowych kwestii, traci kontakt z otaczającą rzeczywistością. Lubił podziwiać piękno świata, jaki ich otaczał, zwłaszcza szum morza wpływał nań kojąco. W miejscu, które wynajmowali dzięki swego rodzaju odosobnieniu i oddaleniu, mogli wieczorami zasypiać z tym szumem tętniącym w powietrzu nieskażonym praktycznie żadną fałszywą nutą obecności człowieka, to było w tym wszystkim najważniejsze i warte każdych pieniędzy.
– A jednak uciekliśmy, spod jarzma tej codziennej odpowiedzialności. Towarzyszysz mi w tym i cieszę się, że tu ze mną jesteś. – Składa wolno słowa do kupy patrząc, gdzieś w przestrzeń; wyglądali jak dwoje rozbitków na bezludnej wyspie, którzy nie wiedzieli, co mają robić w tym otoczeniu, bezradni. A przecież o to w tym wszystkim chodziło, aby odpocząć i nic nie robić, zupełnie. To było trudne, gdy całe tygodnie, ba miesiące balansowało się na najwyższych obrotach, a nieustanne zastrzyki adrenaliny pobudzały umysł równie często, co kofeina w hektolitrach wypitej kawy, to czemu teraz się oddawali stanowił kompletną skrajność, jakby byli maszynami; motorami silników samochodów sportowych, które przywykły do pracy na najwyższych obrotach w momencie, gdy zwalniają, tracą tak wiele ze swych autów. Westchnął głęboko pocierając palcami skroń, był w podobnej kropce, co i blondynka, tylko tego starał się nie pokazywać, aż tak nie uzewnętrzniać, aby stanowić jakąś przeciwwagę i pozory dobrej zabawy.
Jej ruch, a wcześniej słowa nieznacznie go pobudziły, nawet nie spodziewał się tego. Ale lubił jej śmiech, gdy mówiła do niego, a zwłaszcza, kiedy temu wszystkiemu towarzyszyły delikatne czułostki, to tak pozornie niewinne drobnostki w tej relacji, że mogłyby uchodzić uwadze, bez większej przeszkody, lecz nie chciał, aby tak pozostawało. Złapał ją pewnie za udo, a sprawne palce chirurga znaczyły się na delikatnej skórze partnerki, tych wakacji ze śmiałością sunąc to w jedną, to w drugą stronę. Jakby naprzeciw temu, co robiła jego dłoń; nie przerywał wpatrywania się w tylko sobie znany punkt, chociaż czuł jej wzrok na sobie, lubił te uczucie. – Mam kilka pomysłów, czym i jak możemy zająć nasze umysły – brzmiało to górnolotnie, lecz w istocie było wyłącznie wstępem do propozycji na spędzenie miło wieczoru. – Zabrałem ze sobą szachy, karty i monopoly, chyba, że oczekujesz, czegoś bardziej wyrafinowanego, to zasugeruje zagadki – spojrzał jej w oczy z wymowną miną, aby dała mu do zrozumienia, na co ma największą ochotę. W jego oczach barwy mlecznej czekolady kształtuje się płomyczek zalotnej nadziei na podchwycenie gry, jaką zaczęli.
Chérie Menard
– A jednak uciekliśmy, spod jarzma tej codziennej odpowiedzialności. Towarzyszysz mi w tym i cieszę się, że tu ze mną jesteś. – Składa wolno słowa do kupy patrząc, gdzieś w przestrzeń; wyglądali jak dwoje rozbitków na bezludnej wyspie, którzy nie wiedzieli, co mają robić w tym otoczeniu, bezradni. A przecież o to w tym wszystkim chodziło, aby odpocząć i nic nie robić, zupełnie. To było trudne, gdy całe tygodnie, ba miesiące balansowało się na najwyższych obrotach, a nieustanne zastrzyki adrenaliny pobudzały umysł równie często, co kofeina w hektolitrach wypitej kawy, to czemu teraz się oddawali stanowił kompletną skrajność, jakby byli maszynami; motorami silników samochodów sportowych, które przywykły do pracy na najwyższych obrotach w momencie, gdy zwalniają, tracą tak wiele ze swych autów. Westchnął głęboko pocierając palcami skroń, był w podobnej kropce, co i blondynka, tylko tego starał się nie pokazywać, aż tak nie uzewnętrzniać, aby stanowić jakąś przeciwwagę i pozory dobrej zabawy.
Jej ruch, a wcześniej słowa nieznacznie go pobudziły, nawet nie spodziewał się tego. Ale lubił jej śmiech, gdy mówiła do niego, a zwłaszcza, kiedy temu wszystkiemu towarzyszyły delikatne czułostki, to tak pozornie niewinne drobnostki w tej relacji, że mogłyby uchodzić uwadze, bez większej przeszkody, lecz nie chciał, aby tak pozostawało. Złapał ją pewnie za udo, a sprawne palce chirurga znaczyły się na delikatnej skórze partnerki, tych wakacji ze śmiałością sunąc to w jedną, to w drugą stronę. Jakby naprzeciw temu, co robiła jego dłoń; nie przerywał wpatrywania się w tylko sobie znany punkt, chociaż czuł jej wzrok na sobie, lubił te uczucie. – Mam kilka pomysłów, czym i jak możemy zająć nasze umysły – brzmiało to górnolotnie, lecz w istocie było wyłącznie wstępem do propozycji na spędzenie miło wieczoru. – Zabrałem ze sobą szachy, karty i monopoly, chyba, że oczekujesz, czegoś bardziej wyrafinowanego, to zasugeruje zagadki – spojrzał jej w oczy z wymowną miną, aby dała mu do zrozumienia, na co ma największą ochotę. W jego oczach barwy mlecznej czekolady kształtuje się płomyczek zalotnej nadziei na podchwycenie gry, jaką zaczęli.
Chérie Menard
po mieście błąka się tylko jedna dusza
róża
Cieszył się, że tu była.
Nie trzeba było więcej, by wargi Chérie Menard zadrżały kpiąco. Nie istniał nawet cień szansy, że przyjmie te słowa – znał ją dostatecznie, by o tym wiedzieć, ale i tak się na nie zdobył. Czasem zadziwiało ją, że to on, lekarz ciała, zdobywał się na skomplikowane zdania, doceniał piękno i życie – gdy ona, lecząca umysły, pozostawała zamknięta w szarej codzienności, w banałach, w brutalnościach. On jednak kochał szum fal i znajdował w nim ukojenie, gdy ona próbowała się przez niego przebić – i usłyszeć bicie własnego serca. Odwieczny, równy rytm, prowadzący ludzkość przez tysiące lat – zamknięty w jej własnym ciele i przynoszący spokój. Zawsze sądziła, że lekarze z wiekiem gorzknieli, przestawali widzieć w świecie jakąkolwiek wzniosłość – on zmienił ten pogląd, bo nawet jeśli sprawiał wrażenie aroganckiego, nawet jeśli wydawał się nieprzystępny – ona odkryła w nim wrażliwość, której sama nie posiadała. Jego wnętrze było ciepłe, kości mogłyby oparzyć palce; ona, pod powłoką skóry, nosiła bryły lodu.
Mimo to – pacjenci woleli rozmawiać z nią, dając się zwieść delikatnej powłoce, jasnym oczom i kruchym nadgarstkom. Szukali w niej serdeczności. Chérie czuła się do niej niezdolna; siłą tylko przywoływała na usta uśmiech, zmuszając się do zapanowania nad ostrą nerwowością głosu. Jeśli wierzyła, że wakacje pomogą jej odnaleźć pokłady wewnętrznej radości, zakopane ziemią, która spadała na trumnę Cecily Landry, myliła się – nie były tylko zakopane. Umarły wraz z Cecy. Gdy patrzyła na panoramę wyspy, jej serce biło przecież jednostajnym rytmem, nie ulegając złudzeniom zachwytu. Piękno krajobrazu tylko pokrywało gorycz świata. Tak jak ciepła skóra Cherry pokrywała drzemiący w niej lód.
Jego dotyk wyrwał ją z zamyślenia. Nie uległa impulsowi odepchnięcia jego ręki, upomnienia go – spojrzała na niego ze spokojem i nie drgnęła nawet na milimetr. Jej udo pozostało doskonale napięte, jak metalowa struna. Nawet na nią nie spojrzał – to drażniło, bo jeśli już wyciągał ku niej ręce, powinien oddać jej pełnię uwagi. Powinien wpatrywać się z nią i prosić o pozwolenie.
Tym razem nie była przecież pijana. Nie łaknęła desperacko zapomnienia.
Jeśli znał ją choć odrobinę, z pewnością zakładał, że wybierze karty – w końcu doskonale leżały w jej dłoniach, na nudnych dyżurach z przyjemnością ogrywała kolegów i tłumaczyła zasady gry w pokera. Odwzajemniając jego spojrzenie, uśmiechnęła się – lekko, niemal nieznacznie.
– Szachy – odparła, wstając z kanapy; jej noga wysunęła się z jego uścisku, gdy odsuwała się o krok, poza zasięg jego ręki – po czym zsunęła z ramion jego koszulę, pozornie zajęta sobą, zupełnie niezwracająca na niego uwagi. Jakby nie było go obok. Jakby był jej obojętny. – W basenie – dodała, uzasadniając tym pozostanie w bikini. Porzuconą wczorajszego wieczoru na stoliku złotą klamrą spięła włosy, unosząc do góry napięte ramiona. Nigdy nie czuła się piękna – a przecież wiedziała, że taką była w jego oczach. Wiedziała, że żałował tych oddzielnych łóżek. Wiedziała, że do pełni odpoczynku brakowało mu jej ufnego ciała u boku, domagającego się jego uwagi. Chérie jednak nie zamierzała naiwnie wpaść w jego ramiona. Pamiętała w końcu, jak skończyło się to ostatnio – a jeśli miała jakąkolwiek zaletę, to było nią uczenie się na błędach. – Przynieś – nie prosiła, żądała, gdy patrzyła na niego przez ramię, posyłając mu delikatny uśmiech, zanim ruszyła w kierunku tarasu.
Przed jego powrotem opłukała się pod prysznicem – i zanurzyła się w toni basenu, podpływając do samej jego krawędzi, z której rozciągał się widok na morze, bezkresny horyzont, tak bliski, że zdawało się, że wystarczy wyciągnąć rękę ponad drzewa, a dotknie się chmur. Chwilę rozkoszowała się tym wrażeniem – ale gdy dotarły do niej kroki Lothara, nie czekając na wezwanie, wróciła ku brzegowi tarasu – i posłała Campbellowi z dołu o wiele przyjaźniejszy uśmiech.
– Chodź do mnie – znów żądanie, wypowiedziane tonem tak niewinnym, jakby wcale nie próbowała stać się panią sytuacji. – Gram czarnymi – zdecydowała, opierając przedramiona na brzegu basenu. Wiedziała, że podejmie się gry.
Nie wiedziała tylko, czy będzie zawodnikiem, który ją zawiedzie, czy graczem, który faktycznie zdobędzie jej przychylność.
Lothar Campbell
Nie trzeba było więcej, by wargi Chérie Menard zadrżały kpiąco. Nie istniał nawet cień szansy, że przyjmie te słowa – znał ją dostatecznie, by o tym wiedzieć, ale i tak się na nie zdobył. Czasem zadziwiało ją, że to on, lekarz ciała, zdobywał się na skomplikowane zdania, doceniał piękno i życie – gdy ona, lecząca umysły, pozostawała zamknięta w szarej codzienności, w banałach, w brutalnościach. On jednak kochał szum fal i znajdował w nim ukojenie, gdy ona próbowała się przez niego przebić – i usłyszeć bicie własnego serca. Odwieczny, równy rytm, prowadzący ludzkość przez tysiące lat – zamknięty w jej własnym ciele i przynoszący spokój. Zawsze sądziła, że lekarze z wiekiem gorzknieli, przestawali widzieć w świecie jakąkolwiek wzniosłość – on zmienił ten pogląd, bo nawet jeśli sprawiał wrażenie aroganckiego, nawet jeśli wydawał się nieprzystępny – ona odkryła w nim wrażliwość, której sama nie posiadała. Jego wnętrze było ciepłe, kości mogłyby oparzyć palce; ona, pod powłoką skóry, nosiła bryły lodu.
Mimo to – pacjenci woleli rozmawiać z nią, dając się zwieść delikatnej powłoce, jasnym oczom i kruchym nadgarstkom. Szukali w niej serdeczności. Chérie czuła się do niej niezdolna; siłą tylko przywoływała na usta uśmiech, zmuszając się do zapanowania nad ostrą nerwowością głosu. Jeśli wierzyła, że wakacje pomogą jej odnaleźć pokłady wewnętrznej radości, zakopane ziemią, która spadała na trumnę Cecily Landry, myliła się – nie były tylko zakopane. Umarły wraz z Cecy. Gdy patrzyła na panoramę wyspy, jej serce biło przecież jednostajnym rytmem, nie ulegając złudzeniom zachwytu. Piękno krajobrazu tylko pokrywało gorycz świata. Tak jak ciepła skóra Cherry pokrywała drzemiący w niej lód.
Jego dotyk wyrwał ją z zamyślenia. Nie uległa impulsowi odepchnięcia jego ręki, upomnienia go – spojrzała na niego ze spokojem i nie drgnęła nawet na milimetr. Jej udo pozostało doskonale napięte, jak metalowa struna. Nawet na nią nie spojrzał – to drażniło, bo jeśli już wyciągał ku niej ręce, powinien oddać jej pełnię uwagi. Powinien wpatrywać się z nią i prosić o pozwolenie.
Tym razem nie była przecież pijana. Nie łaknęła desperacko zapomnienia.
Jeśli znał ją choć odrobinę, z pewnością zakładał, że wybierze karty – w końcu doskonale leżały w jej dłoniach, na nudnych dyżurach z przyjemnością ogrywała kolegów i tłumaczyła zasady gry w pokera. Odwzajemniając jego spojrzenie, uśmiechnęła się – lekko, niemal nieznacznie.
– Szachy – odparła, wstając z kanapy; jej noga wysunęła się z jego uścisku, gdy odsuwała się o krok, poza zasięg jego ręki – po czym zsunęła z ramion jego koszulę, pozornie zajęta sobą, zupełnie niezwracająca na niego uwagi. Jakby nie było go obok. Jakby był jej obojętny. – W basenie – dodała, uzasadniając tym pozostanie w bikini. Porzuconą wczorajszego wieczoru na stoliku złotą klamrą spięła włosy, unosząc do góry napięte ramiona. Nigdy nie czuła się piękna – a przecież wiedziała, że taką była w jego oczach. Wiedziała, że żałował tych oddzielnych łóżek. Wiedziała, że do pełni odpoczynku brakowało mu jej ufnego ciała u boku, domagającego się jego uwagi. Chérie jednak nie zamierzała naiwnie wpaść w jego ramiona. Pamiętała w końcu, jak skończyło się to ostatnio – a jeśli miała jakąkolwiek zaletę, to było nią uczenie się na błędach. – Przynieś – nie prosiła, żądała, gdy patrzyła na niego przez ramię, posyłając mu delikatny uśmiech, zanim ruszyła w kierunku tarasu.
Przed jego powrotem opłukała się pod prysznicem – i zanurzyła się w toni basenu, podpływając do samej jego krawędzi, z której rozciągał się widok na morze, bezkresny horyzont, tak bliski, że zdawało się, że wystarczy wyciągnąć rękę ponad drzewa, a dotknie się chmur. Chwilę rozkoszowała się tym wrażeniem – ale gdy dotarły do niej kroki Lothara, nie czekając na wezwanie, wróciła ku brzegowi tarasu – i posłała Campbellowi z dołu o wiele przyjaźniejszy uśmiech.
– Chodź do mnie – znów żądanie, wypowiedziane tonem tak niewinnym, jakby wcale nie próbowała stać się panią sytuacji. – Gram czarnymi – zdecydowała, opierając przedramiona na brzegu basenu. Wiedziała, że podejmie się gry.
Nie wiedziała tylko, czy będzie zawodnikiem, który ją zawiedzie, czy graczem, który faktycznie zdobędzie jej przychylność.
Lothar Campbell
Jean Lafitte
Znał ją i dlatego, mógł przewidywać pewne schematy zachowań, oczywiście na tyle na ile pozwalały na to okoliczności, w jakich przebywali, tak jednak kobieta przedstawiała swój obraz w barwach niezmiennych, tej momentami drażniącej Lothara otoczce fatalizmu, w którym nie istnieje, coś takiego jak szczęście, a każdy śmielszy uśmiech uchodzi z człowieka, niby wyssany przez dementora, tak przecież nie należało spoglądać na świat. Nie zmieni jej podejścia, nie zmieni specyficznego humoru, czy stylu bycia, ale może spróbować przekonać ją, że czasem warto spróbować zaufać komuś innemu, kto być może uchyli kotarę co spowiła, niczym całun ciało uciekające przed radośniejszą myślą i topiące smutki w alkoholu – nie znał powagi jej problemu, nie wiedział, z czym borykała się i jak ciężko jej było, ale byli tu po coś… chciał coś zmienić, a przynajmniej spróbować. Szansa, jaką dysponowali, była prawdopodobnie unikalna w swej prostocie – nie odważą się na nic więcej, jeśli teraz nie wydarzy się wszystko to, o czym myśleli, o czym w szczególności on myślał. Droga pozostanie zamknięta i nie wejdzie ponownie na ten szlak. Dlatego musiał upatrywać w tym wyjeździe stosownych momentów na poprowadzenie poważniejszej nuty w rozmowie, aby uchwycić szept jej duszy i tego, co w niej grało, chciał zrozumieć te pokłady myśli blondynki, bo choć nie był tak wybitny w rozumieniu ludzkiego umysłu, co ona tak uważał, że miał w sobie dostatecznie wiele innych cech, aby jakkolwiek rozeznać się w sytuacji.
Chciała rywalizacji – dostanie ją.
Mógł się domyślić, że monopoly zostanie zepchnięte w kąt, kiedy na horyzoncie zamajaczy strategiczna gra, w jakiej może udowodnić swoją wyższość. Karty byłby, zbyt prostym wyborem dlatego nawet nie brał ich pod uwagę, to co teraz się liczyło, to oni. W tej malowniczej scenerii, dość romantycznej, ba wyzywającej można powiedzieć. Oświetleni w blasku zachodzącego słońca, a gdy tego braknie zapłoną światła i ogniki ogrodowych latarenek, co zamkną ich w tej magicznej otoczce z widokiem na niebo ciemniejące, na którym już znaczyły się pierwsze co jaśniejsze migotliwe gwiazdy.
Bawiła go, kiedy czuła, że spełnia polecenia, to również było pozorowane, zbyt teatralnie rozegrane. Wyczuwał niepewność w tym wszystkim podszytą tą pewną nutą w głosie dla zmylenia. A przecież doskonale wiedzieli, co się stało, kiedy nieoczekiwanie trafili na siebie w dogodnym czasie i miejscu, lecz trzymała go na dystans poza tym, to było akceptowalne? Może i traktowała to jako pomyłkę przy pracy, a może nie? Uciekanie od rozmowy, kierowanie tak gry słownej, aby wyglądało to, że trzyma nad wszystkim kontrolę było, dość interesujące patrząc na to, że powinna sama bez problemu zrozumieć swoje emocje. Bo przecież przyjęła zaproszenie na wspólne wakacje i mogła śmiało podejrzewać, że chodziło tu o coś więcej, niż tylko odetchnięcie innym powietrzem. Ale uparcie unikała tego tematu – obojętna, zimna, wyrachowana. Grała tak, jakby w garści trzymała sprzyjające karty, lecz może wyłącznie blefowała, tak aby zmylić przeciwnika i wprowadzić ten charakterystyczny niepokój? Spoglądał na nią długo, gdy płynęła i dopiero, kiedy znalazła się przy brzegu basenu usiadł na jego skraju zanurzając nogi po kolana w ciepłej wodzie.
– Żeby pozostał hazardowy smaczek, który wzbogaci rozrywkę proponuje, by wygrany miał prawo do jednego życzenia, wobec strony pokonanej – zmierzył ją spojrzeniem ciemnych oczu, chciała się bawić w kotka i myszkę, proszę bardzo. Rozłożył szachy na brzegu basenu, gdzie było stosunkowo sucho, ale i podróżnicze plastikowe pionki niewiele miały wspólnego z drewnianymi zdobionymi egzemplarzami, jakie trzymali w domach. Czekał z pierwszym ruchem do akceptacji warunków gry.
Chérie Menard
Chciała rywalizacji – dostanie ją.
Mógł się domyślić, że monopoly zostanie zepchnięte w kąt, kiedy na horyzoncie zamajaczy strategiczna gra, w jakiej może udowodnić swoją wyższość. Karty byłby, zbyt prostym wyborem dlatego nawet nie brał ich pod uwagę, to co teraz się liczyło, to oni. W tej malowniczej scenerii, dość romantycznej, ba wyzywającej można powiedzieć. Oświetleni w blasku zachodzącego słońca, a gdy tego braknie zapłoną światła i ogniki ogrodowych latarenek, co zamkną ich w tej magicznej otoczce z widokiem na niebo ciemniejące, na którym już znaczyły się pierwsze co jaśniejsze migotliwe gwiazdy.
Bawiła go, kiedy czuła, że spełnia polecenia, to również było pozorowane, zbyt teatralnie rozegrane. Wyczuwał niepewność w tym wszystkim podszytą tą pewną nutą w głosie dla zmylenia. A przecież doskonale wiedzieli, co się stało, kiedy nieoczekiwanie trafili na siebie w dogodnym czasie i miejscu, lecz trzymała go na dystans poza tym, to było akceptowalne? Może i traktowała to jako pomyłkę przy pracy, a może nie? Uciekanie od rozmowy, kierowanie tak gry słownej, aby wyglądało to, że trzyma nad wszystkim kontrolę było, dość interesujące patrząc na to, że powinna sama bez problemu zrozumieć swoje emocje. Bo przecież przyjęła zaproszenie na wspólne wakacje i mogła śmiało podejrzewać, że chodziło tu o coś więcej, niż tylko odetchnięcie innym powietrzem. Ale uparcie unikała tego tematu – obojętna, zimna, wyrachowana. Grała tak, jakby w garści trzymała sprzyjające karty, lecz może wyłącznie blefowała, tak aby zmylić przeciwnika i wprowadzić ten charakterystyczny niepokój? Spoglądał na nią długo, gdy płynęła i dopiero, kiedy znalazła się przy brzegu basenu usiadł na jego skraju zanurzając nogi po kolana w ciepłej wodzie.
– Żeby pozostał hazardowy smaczek, który wzbogaci rozrywkę proponuje, by wygrany miał prawo do jednego życzenia, wobec strony pokonanej – zmierzył ją spojrzeniem ciemnych oczu, chciała się bawić w kotka i myszkę, proszę bardzo. Rozłożył szachy na brzegu basenu, gdzie było stosunkowo sucho, ale i podróżnicze plastikowe pionki niewiele miały wspólnego z drewnianymi zdobionymi egzemplarzami, jakie trzymali w domach. Czekał z pierwszym ruchem do akceptacji warunków gry.
Chérie Menard
po mieście błąka się tylko jedna dusza
róża
Znał ją. Znał ją jako Chérie Menard – i dlatego nie znał jej wcale.
Nie poznał w końcu nigdy Cherry, która scałowywała wiśniową pomadkę z warg przyjaciółki. Cherry, która umiała głośno się śmiać, choć za każdym razem w końcu milkła z rumieńcem zawstydzenia na twarzy. Cherry, która miała jeszcze jakąś nadzieję, której jasne oczy lśniły ciekawością świata. Cherry, która ośmielała się odsłaniać kolana i czasem mówiła zbyt dużo, wciągając się we własną opowieść. Nie poznał dziewczyny w błękitnej sukience, która wzdychała do nauczyciela, która pierwsza podnosiła rękę, która prowadziła drużynę siatkówki z wysoko uniesioną głową, nie bojąc się porażki, bo była przekonana, że jest skazana na sukces, gdy na jej profil patrzy ciemnowłosa Cecy Landry – w wyobraźni Cherry trzymająca kciuki, które były święte i miały moc przekraczającą moce jakichkolwiek bogów.
Nie mogła odnaleźć przy nim pełni swobody, wiedząc, że nigdy nie poznał jej prawdziwej, a przynajmniej – jej wcześniejszej, bo przecież nie była pewna, czy w rzeczywistości nie stała się sobą dopiero w chwili, gdy zgasło życie Cecy. Być może od zawsze miała w sobie ten cynizm, to poczucie nieuchronności nieszczęścia, a równocześnie ten nieprzenikniony spokój, który był niczym innym, jak gotowością na wszystko – wszystko, co najgorsze. Być może obecność przyjaciółki, która lśniła tak jasno, tylko maskowała ciemność Chérie z taką samą siłą, z jaką Słońce dosięga odległej Ziemi, przynosząc dzień, i nie opuszcza jej w nocy, świecąc swoim odbiciem.
Bez niej w końcu Cherry zgasła z taką łatwością, z jaką zdmuchuje się zapałkę, pamięć po ogniu zagaszając zanurzeniem jej w śniegu, by dym nie zostawił po sobie nawet wspomnienia.
I tylko ten element gry, podobny do przetasowania i rozdania kart, był tym, co kojarzyłoby się z dawną Menard. Nuta rywalizacji, zaznaczenia dominacji i konsekwentnego podkreślania swojej przewagi, wpojona jej dawno temu przez ojca i podsycana przez Cecy, która trzymała ją z ramiona w chwilach kryzysu, zapewniając, że może wygrywać, umie wygrywać – i będzie wygrywać tak długo, jak to ona będzie rozpoczynać grę.
Gdy usiadł na brzegu, jej dłoń oparła się na jego udzie tak, jak wcześniej zrobił to on. Nie ulegała. Nie odpuszczała. Wet za wet, z żelazną konsekwencją. Nie wiedziała, jaka jest stawka w tej grze, nie wiedziała, co i czy cokolwiek może wygrać – ale wystarczył sam fakt przystąpienia do rywalizacji – umysłem i wolną ręką, która pomagała mu przygotować planszę, ustawiając figury we właściwych miejscach. Druga nieustępliwie zaciskała się na jego nodze, jakby potrzebowała tej podpory, by nie opaść na dno – choć przecież czuła je pod stopami.
– Zgoda. W życzenia nie włączają się przelewy na konto wygranego i jego bliskich, ryzykowanie życiem, wstawianie upokarzających zdjęć do sieci i wysyłanie ich do bliskich, sprzedaż własnego majątku, chodzenie po miejscach publicznych nago lub w upokarzających strojach i popełnianie czynów zabronionych prawnie lub niestosownych obyczajowo – uśmiechnęła się promiennie, patrząc na niego z dołu z miną tak niewinną, jakby to wcale nie były jej pomysły na wykorzystanie swojej wygranej i jakby wcale nie zabraniała ich sobie dzięki okazywanej mu łasce. – Poza tym – masz wejść do wody, gramy na równych zasadach. I możesz zacząć – zgodziła się, przesuwając się w bok, w kierunku czarnych figur, by zrobić mu miejsce w basenie po stronie białych. Oparła łokieć na deskach tarasu, nonszalancko obracając się w jego stronę, pozwalając, by woda wyparła jej ciało, gdy tylko oderwała nogi od dna. Wydawało się, że odnalazła właśnie pełnię komfortu.
W rzeczywistości Chérie Menard nauczyła się blefować w kartach – i nie wahała się przed przeniesieniem swoich sztuczek nad szachownicę.
Nie miała w końcu siły grać. Chciała wyciągnąć się w słońcu i grzać się w nim jak jaszczurka, wtulona w jego ciało i milcząca aż do zachodu. To pragnienie było jednak zbyt wielką słabością, żeby Cherry mogła sobie pozwolić na przyznanie się do niego choćby słowem.
Lothar Campbell
Nie poznał w końcu nigdy Cherry, która scałowywała wiśniową pomadkę z warg przyjaciółki. Cherry, która umiała głośno się śmiać, choć za każdym razem w końcu milkła z rumieńcem zawstydzenia na twarzy. Cherry, która miała jeszcze jakąś nadzieję, której jasne oczy lśniły ciekawością świata. Cherry, która ośmielała się odsłaniać kolana i czasem mówiła zbyt dużo, wciągając się we własną opowieść. Nie poznał dziewczyny w błękitnej sukience, która wzdychała do nauczyciela, która pierwsza podnosiła rękę, która prowadziła drużynę siatkówki z wysoko uniesioną głową, nie bojąc się porażki, bo była przekonana, że jest skazana na sukces, gdy na jej profil patrzy ciemnowłosa Cecy Landry – w wyobraźni Cherry trzymająca kciuki, które były święte i miały moc przekraczającą moce jakichkolwiek bogów.
Nie mogła odnaleźć przy nim pełni swobody, wiedząc, że nigdy nie poznał jej prawdziwej, a przynajmniej – jej wcześniejszej, bo przecież nie była pewna, czy w rzeczywistości nie stała się sobą dopiero w chwili, gdy zgasło życie Cecy. Być może od zawsze miała w sobie ten cynizm, to poczucie nieuchronności nieszczęścia, a równocześnie ten nieprzenikniony spokój, który był niczym innym, jak gotowością na wszystko – wszystko, co najgorsze. Być może obecność przyjaciółki, która lśniła tak jasno, tylko maskowała ciemność Chérie z taką samą siłą, z jaką Słońce dosięga odległej Ziemi, przynosząc dzień, i nie opuszcza jej w nocy, świecąc swoim odbiciem.
Bez niej w końcu Cherry zgasła z taką łatwością, z jaką zdmuchuje się zapałkę, pamięć po ogniu zagaszając zanurzeniem jej w śniegu, by dym nie zostawił po sobie nawet wspomnienia.
I tylko ten element gry, podobny do przetasowania i rozdania kart, był tym, co kojarzyłoby się z dawną Menard. Nuta rywalizacji, zaznaczenia dominacji i konsekwentnego podkreślania swojej przewagi, wpojona jej dawno temu przez ojca i podsycana przez Cecy, która trzymała ją z ramiona w chwilach kryzysu, zapewniając, że może wygrywać, umie wygrywać – i będzie wygrywać tak długo, jak to ona będzie rozpoczynać grę.
Gdy usiadł na brzegu, jej dłoń oparła się na jego udzie tak, jak wcześniej zrobił to on. Nie ulegała. Nie odpuszczała. Wet za wet, z żelazną konsekwencją. Nie wiedziała, jaka jest stawka w tej grze, nie wiedziała, co i czy cokolwiek może wygrać – ale wystarczył sam fakt przystąpienia do rywalizacji – umysłem i wolną ręką, która pomagała mu przygotować planszę, ustawiając figury we właściwych miejscach. Druga nieustępliwie zaciskała się na jego nodze, jakby potrzebowała tej podpory, by nie opaść na dno – choć przecież czuła je pod stopami.
– Zgoda. W życzenia nie włączają się przelewy na konto wygranego i jego bliskich, ryzykowanie życiem, wstawianie upokarzających zdjęć do sieci i wysyłanie ich do bliskich, sprzedaż własnego majątku, chodzenie po miejscach publicznych nago lub w upokarzających strojach i popełnianie czynów zabronionych prawnie lub niestosownych obyczajowo – uśmiechnęła się promiennie, patrząc na niego z dołu z miną tak niewinną, jakby to wcale nie były jej pomysły na wykorzystanie swojej wygranej i jakby wcale nie zabraniała ich sobie dzięki okazywanej mu łasce. – Poza tym – masz wejść do wody, gramy na równych zasadach. I możesz zacząć – zgodziła się, przesuwając się w bok, w kierunku czarnych figur, by zrobić mu miejsce w basenie po stronie białych. Oparła łokieć na deskach tarasu, nonszalancko obracając się w jego stronę, pozwalając, by woda wyparła jej ciało, gdy tylko oderwała nogi od dna. Wydawało się, że odnalazła właśnie pełnię komfortu.
W rzeczywistości Chérie Menard nauczyła się blefować w kartach – i nie wahała się przed przeniesieniem swoich sztuczek nad szachownicę.
Nie miała w końcu siły grać. Chciała wyciągnąć się w słońcu i grzać się w nim jak jaszczurka, wtulona w jego ciało i milcząca aż do zachodu. To pragnienie było jednak zbyt wielką słabością, żeby Cherry mogła sobie pozwolić na przyznanie się do niego choćby słowem.
Lothar Campbell
Jean Lafitte
Orbitowali wokół siebie; wzajemnie się prowokując w tak jednak delikatnym, wręcz subtelnym stylu, o jaki nie podejrzewałby partnerki tych wakacji – znajomej, koleżanki, a wreszcie przyjaciółki, to było specyficzne, bo i ona była takowa tak jakby odkrywała przed nim tylko to, co chciała, bez oglądania się zza plecy – tajemnicza, a jednak przewidywalna nie aż tak skryta, jak to niewątpliwie podejrzewała, był dobry w obserwacji ludzi, lubił to. A Chérie zdradzała wiele z tego, co podejrzewał na jej tema, lecz nigdy tego nie poruszał, jakby w obawie przed zburzeniem jakiejś ukrytej ściany. Swoboda rozmów na względnie przyjaznym gruncie, kiedy obydwoje zmęczeni po pracy siadali na kanapie w pokoju socjalnym stanowiła pewien wyznacznik możliwości otwartości, na jaki wobec siebie decydowali się; nie spowiadał się kobiecie ze swego życia, nie opowiadał o tak wielu kwestiach, które odbiły na nim swe piętno, tak jakby nie chciał, aby poznała genezę kształtowania jego charakteru i to jakim człowiekiem był teraz. Podejrzewał, że odbierała go z pewną dozą rezerwy, wbrew pozorom nie sięgali zbyt często po demony z przeszłości i nie wywlekali, tego syfu na światło dzienne. Być może, gdyby to zmienili, gdyby pozwolili sobie w końcu komukolwiek zaufać zyskaliby relację, która ich usatysfakcjonuje, a może wręcz przeciwnie i odtrącą kogoś? Czasem ryzyko jest, zbyt duże aby podjąć grę, nawet jeśli się miało smykałkę to hazardu.
Nie zareagował, tak jakby tego oczekiwała, a może podświadomie chciała, aby zareagował, tak jak tego nie zrobił? Sidła o dwóch zapadniach, taka pułapka, w jaką wpadasz, gdy zbyt wiele kwestii analizujesz i nie bierzesz pod uwagę najważniejszego, mianowicie natury drugiego człowieka, bo nie każdy ucieka się do wymyków i prowokacji, aby osiągnąć zamierzony cel, czasem wystarczy słowo innym razem czuły gest, bez żadnej ukrytej aluzji, a po prostu wypływający z chwili.
Uśmiech tlił się w kącikach ust, emanował spokojem, kiedy recytowała warunki, nawet brew mu nie drgnęła, był jedynie lekko rozbawiony, a może trochę zawiedziony?
– Och szkoda… – westchnął teatralnie – ale niech ci będzie, zgoda – warunki, jak to warunki, mogły być płynne w pewnych kwestiach, zaważywszy na fakt przebywania w basenie, tym bardziej sięgał po tę argumentację, lecz po prawdzie to nie miał nic zdrożnego na myśli proponując zakładzik. Podejrzewał jednak, że to tylko doda grze smaku i nieznacznie podwyższy rangę wydarzenia.
– Jesteś wspaniałomyślna – ironiczny uśmiech idzie w parze z zejściem do wody, wciąż nie spuszczał z niej wzroku. Oczywistością było, że białe zaczynają. – Chyba będę musiał pomyśleć nad wyjątkowo nieznośnym dla ciebie życzeniem – ruch pionkiem, był szybki i zdecydowany, a kontakt wzrokowy wciąż trwał i nie schodził poniżej linii oczu. Nie rozproszy go kobiecymi sztuczkami. – Ciekawe, czy Chérie Menard potrafi się kompletnie wyłączyć od świata zewnętrznego i skupić wyłącznie na przyjemności? – jego dłoń, niczym krogulcza szpona opierała się o taras, tuż obok szachownicy. Wyczekiwał jej ruchu.
Chérie Menard
Przepraszam za poślizg...
Nie zareagował, tak jakby tego oczekiwała, a może podświadomie chciała, aby zareagował, tak jak tego nie zrobił? Sidła o dwóch zapadniach, taka pułapka, w jaką wpadasz, gdy zbyt wiele kwestii analizujesz i nie bierzesz pod uwagę najważniejszego, mianowicie natury drugiego człowieka, bo nie każdy ucieka się do wymyków i prowokacji, aby osiągnąć zamierzony cel, czasem wystarczy słowo innym razem czuły gest, bez żadnej ukrytej aluzji, a po prostu wypływający z chwili.
Uśmiech tlił się w kącikach ust, emanował spokojem, kiedy recytowała warunki, nawet brew mu nie drgnęła, był jedynie lekko rozbawiony, a może trochę zawiedziony?
– Och szkoda… – westchnął teatralnie – ale niech ci będzie, zgoda – warunki, jak to warunki, mogły być płynne w pewnych kwestiach, zaważywszy na fakt przebywania w basenie, tym bardziej sięgał po tę argumentację, lecz po prawdzie to nie miał nic zdrożnego na myśli proponując zakładzik. Podejrzewał jednak, że to tylko doda grze smaku i nieznacznie podwyższy rangę wydarzenia.
– Jesteś wspaniałomyślna – ironiczny uśmiech idzie w parze z zejściem do wody, wciąż nie spuszczał z niej wzroku. Oczywistością było, że białe zaczynają. – Chyba będę musiał pomyśleć nad wyjątkowo nieznośnym dla ciebie życzeniem – ruch pionkiem, był szybki i zdecydowany, a kontakt wzrokowy wciąż trwał i nie schodził poniżej linii oczu. Nie rozproszy go kobiecymi sztuczkami. – Ciekawe, czy Chérie Menard potrafi się kompletnie wyłączyć od świata zewnętrznego i skupić wyłącznie na przyjemności? – jego dłoń, niczym krogulcza szpona opierała się o taras, tuż obok szachownicy. Wyczekiwał jej ruchu.
Chérie Menard
Przepraszam za poślizg...
po mieście błąka się tylko jedna dusza
róża
Ich przyjaźń była specyficzna; miała korzenie zapuszczone głęboko we wspólnie spędzonym czasie, który był czasem nie tyle wspólnym, co spędzanym obok siebie, w świadomości swojego istnienia, z czasem – w zasięgu wzroku, potem – w zasięgu ramienia. Lothar Campbell istniał w jej świadomości od zawsze za sprawą jej rodziców, i pod tym względem nie lubiła związanych z nim wspomnień – bo towarzystwo, które wybierali dla niej państwo Menard, niekoniecznie było przez Cherry preferowane. Był jej bliższy od momentu, gdy ich relacja stała się jej własną, świadomą decyzją; wtedy odkryła inne odcienie jego osobowości i inne języki, w których mogli się porozumiewać. Doceniła go jako specjalistę bardziej, gdy sama zaczęła pracować z nim jako specjalistka. Doceniła go jako mężczyznę, gdy pierwszy raz pozwoliła, by porwał ją w ramiona i obezwładnił ją swoją siłą, dając jej przestrzeń, by odpuściła, by zaufała, by spuściła gardę i zmiękła, wierząc, że on ją podtrzyma i ochroni. Przed światem – i przed nią samą.
Choć czasem sama w to nie wierzyła – ceniła w nim to, że jej nie ulegał, że nie uginał się pod wpływem jej złości i kręcenia nosem, to, że pozostawał cierpliwy, gdy ona wierzgała nogami i wzdychała teatralnie; to, że nie biegał za nią na kolanach jak piesek i to, że nie widział w niej efemerycznej boginki, a kobietę z krwi i kości, kobietę, której można było i której należało dotknąć, a nie czcić jak martwą, piękną figurkę. Doceniała spokój, który zachowywał, gdy ona prowokowała, bawiła się, testowała granice. Znajdowała w tym poczucie bezpieczeństwa, wiedząc, że on, niezależnie od jej humoru, pozostanie gdzieś obok. I przygarnie ją do siebie, gdy zacznie pękać, bo zrani samą siebie zbyt mocno, by dłużej ustać na nogach.
– Każesz mi czytać horoskopy? Albo pić dietetyczną colę? – parsknęła z rozbawieniem, nie przejmując się utkwionym w niej spojrzeniem. Nie analizowała ruchu długo; sam początek może i był istotny, ale nie wymagał szczególnie długich przemyśleń od kogoś, kto miał choć odrobinę wprawy w grze. Jedynym, co miało znaczenie, było niewystawienie strategicznych figur na odstrzał. – Na takiej przyjemności, jak gra w szachy, owszem – uśmiechnęła się, zerkając na niego błękitnymi, dużymi oczami. Biła od niej wciągająca swoboda, pewność siebie, której nie zakłócały niecodzienne warunki rozgrywki czy opływająca półnagie ciało woda. – Każda inna przyjemność jest zbyt mała, by oderwać Chérie Menard od rzeczywistości. No, może jeszcze poker – cmoknęła ze śmiechem, na jego kolejny ruch odpowiadając sprawnym posunięciem. Jedną z największych zalet Cherry, a równocześnie potencjalnie jej ogromną wadą – była szybkość odpowiedzi, która dotyczyła nie tylko szachów, ale też kart, tenisa, monopoly, zwykłej rozmowy i każdej innej sytuacji, którą postrzegała jako rywalizacyjną. Potrafiła utrzymać zabójcze tempo, zmuszając umysł do nieprzyzwoicie szybkich obrotów. Potrafiła zmęczyć przeciwnika; sama jednak traciła przy tym energię, wszystkie zasoby kumulując na rozgrywce i pomijając to, co działo się dookoła.
– A co byłoby nieznośnym życzeniem dla ciebie, Campbell? Zakaz wstępu do mojej sypialni? Nakaz odwracania wzroku w mojej obecności? Nie, wiem… Wymiana skalpela na tępy egzemplarz. Szkoda pacjentów, ale zasady tego nie zabraniają… – westchnęła z namysłem, opierając ramię na brzegu basenu. Palce wplotła w jasne włosy, które częściowo opadały na muśniętą słońcem buzię. W końcu popatrzyła mu prosto w oczy, z delikatnym uśmiechem, wyraźnie zadowolona z rozwoju sytuacji, choć sama nie była jeszcze pewna, dokąd zaprowadzi ich ta zabawa.
Wiedziała jedno – w jego towarzystwie nie miała szans nudzić się na wakacjach. Niezależnie od rodzaju wybranej gry i od jej rezultatu.
Lothar Campbell
Choć czasem sama w to nie wierzyła – ceniła w nim to, że jej nie ulegał, że nie uginał się pod wpływem jej złości i kręcenia nosem, to, że pozostawał cierpliwy, gdy ona wierzgała nogami i wzdychała teatralnie; to, że nie biegał za nią na kolanach jak piesek i to, że nie widział w niej efemerycznej boginki, a kobietę z krwi i kości, kobietę, której można było i której należało dotknąć, a nie czcić jak martwą, piękną figurkę. Doceniała spokój, który zachowywał, gdy ona prowokowała, bawiła się, testowała granice. Znajdowała w tym poczucie bezpieczeństwa, wiedząc, że on, niezależnie od jej humoru, pozostanie gdzieś obok. I przygarnie ją do siebie, gdy zacznie pękać, bo zrani samą siebie zbyt mocno, by dłużej ustać na nogach.
– Każesz mi czytać horoskopy? Albo pić dietetyczną colę? – parsknęła z rozbawieniem, nie przejmując się utkwionym w niej spojrzeniem. Nie analizowała ruchu długo; sam początek może i był istotny, ale nie wymagał szczególnie długich przemyśleń od kogoś, kto miał choć odrobinę wprawy w grze. Jedynym, co miało znaczenie, było niewystawienie strategicznych figur na odstrzał. – Na takiej przyjemności, jak gra w szachy, owszem – uśmiechnęła się, zerkając na niego błękitnymi, dużymi oczami. Biła od niej wciągająca swoboda, pewność siebie, której nie zakłócały niecodzienne warunki rozgrywki czy opływająca półnagie ciało woda. – Każda inna przyjemność jest zbyt mała, by oderwać Chérie Menard od rzeczywistości. No, może jeszcze poker – cmoknęła ze śmiechem, na jego kolejny ruch odpowiadając sprawnym posunięciem. Jedną z największych zalet Cherry, a równocześnie potencjalnie jej ogromną wadą – była szybkość odpowiedzi, która dotyczyła nie tylko szachów, ale też kart, tenisa, monopoly, zwykłej rozmowy i każdej innej sytuacji, którą postrzegała jako rywalizacyjną. Potrafiła utrzymać zabójcze tempo, zmuszając umysł do nieprzyzwoicie szybkich obrotów. Potrafiła zmęczyć przeciwnika; sama jednak traciła przy tym energię, wszystkie zasoby kumulując na rozgrywce i pomijając to, co działo się dookoła.
– A co byłoby nieznośnym życzeniem dla ciebie, Campbell? Zakaz wstępu do mojej sypialni? Nakaz odwracania wzroku w mojej obecności? Nie, wiem… Wymiana skalpela na tępy egzemplarz. Szkoda pacjentów, ale zasady tego nie zabraniają… – westchnęła z namysłem, opierając ramię na brzegu basenu. Palce wplotła w jasne włosy, które częściowo opadały na muśniętą słońcem buzię. W końcu popatrzyła mu prosto w oczy, z delikatnym uśmiechem, wyraźnie zadowolona z rozwoju sytuacji, choć sama nie była jeszcze pewna, dokąd zaprowadzi ich ta zabawa.
Wiedziała jedno – w jego towarzystwie nie miała szans nudzić się na wakacjach. Niezależnie od rodzaju wybranej gry i od jej rezultatu.
Lothar Campbell