2
Podobał mu się chaos, w jakim pogrążyło się miasto po przejściu huraganu. Chwilowa desperacja, chwilowy strach bardzo szybko obnażyły naturę mieszkańców miasta, bo ci podzielili się na tych, którzy ruszyli, by pomóc i na tych, którzy postanowili wzbogacić się na ludzkiej krzywdzie – wszyscy nagle jakby zrzucili maski. Byli też tacy, którzy uniknęli zniszczeń i po prostu zajęli się swoim życiem. A gdzieś pośród tego wszystkiego stał Miles. Jego mieszkanko nie ucierpiało nawet w najmniejszy sposób, ale on sam średnio garnął się do pomocy innym. Nie miał w sobie wystarczająco dużo serca. Wolał wykorzystać fakt, że uwaga policji skupiła się na innych miejscach, a co za tym szło, jej patrole uległy znacznemu rozrzedzeniu.To był wprost idealny moment, by odwiedzić samemu te lokalizacje, które normalnie wymagały obecności czujki. Lub by zrobić dobry rekonesans na przyszłe dzieła.Dzisiejszy wypad był jednym z wielu, jakie urządził sobie od czasu przejścia żywiołu przez miasto. Tym razem wybrał okolice cmentarza, uznając, że tym rejonom Gentilly zdecydowanie należy się więcej charakteru. Podobnie zresztą jak samemu cmentarzowi, ale to była akcja, która wymagałaby większej liczby osób. Choć rozstawienie kamer i możliwe drogi ucieczki mógłby sprawdzić sam, wolał to zrobić wtedy, kiedy mógłby wtopić się w tłum turystów, a nie kiedy byłby jedynym gościem w kapturze długo po godzinach otwarcia.
Wieczór, czy też prawie noc, był bardzo ciepły, ale nie powstrzymało go to przed założeniem długich czarnych dresów i równie czarnej bluzy, której głęboki kaptur skutecznie skrywał jego twarz. Sneakersy na nogach również nie odbiegały kolorystycznie od reszty – w czerni czuł się najbezpieczniej, szczególnie w nocy, kiedy mógł się po prostu rozpłynąć w ciemnościach podczas ewentualnego pościgu. Ciemność brała go w ramiona i otulała jak swojego, dawała schronienie, kiedy go potrzebował i pomagała ukrywać wszystko to, czego nie chciał pokazywać światu. Nie bał się nowoorleańskich uliczek w nocy, bo czuł się niemal jak u siebie. Choć pewnie uważał tak głównie dlatego, że potrafił się wspiąć po rynnie ze zwinnością małpy, żeby uniknąć zagrożenia. Również w żadnym wypadku nie postrzegał siebie jako jednego z zagrożeń miasta, raczej jako jednego z jego cieni.
Spacer do tej pory okazał się być całkiem udany. Wynalazł dwa interesujące miejsca, na których mógłby nakreślić coś więcej niż tylko swoją ksywę. Szczególnie zaskakująco wolna ściana nad miejscową piekarnią wyglądała kusząco, ale musiał się głębiej zastanowić, czym chciałby zachwycić oburzyć okolicznych mieszkańców. Potrzebował konkretnego projektu.
Skręcił w boczną uliczkę, szukając już bardziej dogodnego opuszczenia dzielnicy niż kolejnej miejscówki, znów pogrążając się w mroku, z dala od ciekawskich spojrzeń. I kiedy był mniej więcej w jej połowie, u końca uliczki zobaczył przechodzącą na drugą stronę postać. Mimowolnie zastygł na parę sekund w bezruchu, bo nawet po tylu latach, w mgnieniu oka rozpoznał…
Nie, to przecież niemożliwe.
Serce gwałtownie przyspieszyło mu bicie, ale nawet nie wiedział, czy to był strach, gniew czy jeszcze coś innego. Na razie chyba potężne niedowierzanie. Jednak nie na tyle, żeby zupełnie go unieruchomić. Musiał wiedzieć.
Przyspieszył kroku i bezszelestnie przeszedł przez ulicę, kawałek za znajomą postacią. Chciał skręcić w kolejną boczną uliczkę i stanąć naprzeciwko niego, upewnić, że nie były to tylko chore żarty jego umysłu, który w dalszym ciągu wszystko pamiętał. Z najmniejszymi detalami.
Zerwał się do biegu, chcąc wyprzedzić idącego równoległą ulicą nieznajomego. I chyba mu się udało, bo kiedy wyszedł z bocznej alejki – jeszcze skryty w cieniu, jeszcze niewidoczny – chłopak był kilkanaście metrów niżej.
Miles wyszedł z cienia i stanął w świetle najbliższej latarni. Zobaczenie jego twarzy wymagało podejścia bliżej, ale nie starał się już naciągać kaptura jak najbardziej na głowę. Stał wyprostowany i pozornie rozluźniony, choć mięśnie miał napięte jak postronki. Oczy Moraya z każdym kolejnym krokiem chłopaka naprzeciwko niego przybierały coraz to bardziej i bardziej wrogiego wyrazu. Milczał. Ale z tej odległości nie miał już żadnych wątpliwości, że nieznajomy, choć miał wzrost równy Bartowi i podobną mu sylwetkę, to pieprzony Zeke Callahan we własnej osobie. A on bardzo chciał wiedzieć, co takiego, do kurwy nędzy, tutaj robił. Bo doskonale wiedział, co oznaczała jego obecność w mieście.
Ezekiel Callahan




