Zablokowany
Przyjezdn*
23 lat/a, 172 cm
robi zdjęcia i bazgra po ścianach New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
i don't take orders, i barely take suggestions
2
   Podobał mu się chaos, w jakim pogrążyło się miasto po przejściu huraganu. Chwilowa desperacja, chwilowy strach bardzo szybko obnażyły naturę mieszkańców miasta, bo ci podzielili się na tych, którzy ruszyli, by pomóc i na tych, którzy postanowili wzbogacić się na ludzkiej krzywdzie – wszyscy nagle jakby zrzucili maski. Byli też tacy, którzy uniknęli zniszczeń i po prostu zajęli się swoim życiem. A gdzieś pośród tego wszystkiego stał Miles. Jego mieszkanko nie ucierpiało nawet w najmniejszy sposób, ale on sam średnio garnął się do pomocy innym. Nie miał w sobie wystarczająco dużo serca. Wolał wykorzystać fakt, że uwaga policji skupiła się na innych miejscach, a co za tym szło, jej patrole uległy znacznemu rozrzedzeniu.To był wprost idealny moment, by odwiedzić samemu te lokalizacje, które normalnie wymagały obecności czujki. Lub by zrobić dobry rekonesans na przyszłe dzieła.
   Dzisiejszy wypad był jednym z wielu, jakie urządził sobie od czasu przejścia żywiołu przez miasto. Tym razem wybrał okolice cmentarza, uznając, że tym rejonom Gentilly zdecydowanie należy się więcej charakteru. Podobnie zresztą jak samemu cmentarzowi, ale to była akcja, która wymagałaby większej liczby osób. Choć rozstawienie kamer i możliwe drogi ucieczki mógłby sprawdzić sam, wolał to zrobić wtedy, kiedy mógłby wtopić się w tłum turystów, a nie kiedy byłby jedynym gościem w kapturze długo po godzinach otwarcia.
   Wieczór, czy też prawie noc, był bardzo ciepły, ale nie powstrzymało go to przed założeniem długich czarnych dresów i równie czarnej bluzy, której głęboki kaptur skutecznie skrywał jego twarz. Sneakersy na nogach również nie odbiegały kolorystycznie od reszty – w czerni czuł się najbezpieczniej, szczególnie w nocy, kiedy mógł się po prostu rozpłynąć w ciemnościach podczas ewentualnego pościgu. Ciemność brała go w ramiona i otulała jak swojego, dawała schronienie, kiedy go potrzebował i pomagała ukrywać wszystko to, czego nie chciał pokazywać światu. Nie bał się nowoorleańskich uliczek w nocy, bo czuł się niemal jak u siebie. Choć pewnie uważał tak głównie dlatego, że potrafił się wspiąć po rynnie ze zwinnością małpy, żeby uniknąć zagrożenia. Również w żadnym wypadku nie postrzegał siebie jako jednego z zagrożeń miasta, raczej jako jednego z jego cieni.
   Spacer do tej pory okazał się być całkiem udany. Wynalazł dwa interesujące miejsca, na których mógłby nakreślić coś więcej niż tylko swoją ksywę. Szczególnie zaskakująco wolna ściana nad miejscową piekarnią wyglądała kusząco, ale musiał się głębiej zastanowić, czym chciałby zachwycić oburzyć okolicznych mieszkańców. Potrzebował konkretnego projektu.
   Skręcił w boczną uliczkę, szukając już bardziej dogodnego opuszczenia dzielnicy niż kolejnej miejscówki, znów pogrążając się w mroku, z dala od ciekawskich spojrzeń. I kiedy był mniej więcej w jej połowie, u końca uliczki zobaczył przechodzącą na drugą stronę postać. Mimowolnie zastygł na parę sekund w bezruchu, bo nawet po tylu latach, w mgnieniu oka rozpoznał…
   Nie, to przecież niemożliwe.
   Serce gwałtownie przyspieszyło mu bicie, ale nawet nie wiedział, czy to był strach, gniew czy jeszcze coś innego. Na razie chyba potężne niedowierzanie. Jednak nie na tyle, żeby zupełnie go unieruchomić. Musiał wiedzieć.
   Przyspieszył kroku i bezszelestnie przeszedł przez ulicę, kawałek za znajomą postacią. Chciał skręcić w kolejną boczną uliczkę i stanąć naprzeciwko niego, upewnić, że nie były to tylko chore żarty jego umysłu, który w dalszym ciągu wszystko pamiętał. Z najmniejszymi detalami.
Zerwał się do biegu, chcąc wyprzedzić idącego równoległą ulicą nieznajomego. I chyba mu się udało, bo kiedy wyszedł z bocznej alejki – jeszcze skryty w cieniu, jeszcze niewidoczny – chłopak był kilkanaście metrów niżej.
   Miles wyszedł z cienia i stanął w świetle najbliższej latarni. Zobaczenie jego twarzy wymagało podejścia bliżej, ale nie starał się już naciągać kaptura jak najbardziej na głowę. Stał wyprostowany i pozornie rozluźniony, choć mięśnie miał napięte jak postronki. Oczy Moraya z każdym kolejnym krokiem chłopaka naprzeciwko niego przybierały coraz to bardziej i bardziej wrogiego wyrazu. Milczał. Ale z tej odległości nie miał już żadnych wątpliwości, że nieznajomy, choć miał wzrost równy Bartowi i podobną mu sylwetkę, to pieprzony Zeke Callahan we własnej osobie. A on bardzo chciał wiedzieć, co takiego, do kurwy nędzy, tutaj robił. Bo doskonale wiedział, co oznaczała jego obecność w mieście.


Ezekiel Callahan
Przyjezdn*
17 lat/a, 190 cm
demon w piekle, uczeń J.F. Kennedy Senior HS
Awatar użytkownika
Whispers of life
Devil town is colder in the summertime. I'll lose my mind at least another thousand times.
004. Clever as the Devil
and twice as pretty

   Huragan, piękna niszczycielska siła, przechodząca przez miasto niewzruszona, czy się to komuś podobało czy nie, odważna, bezwstydna i bezkompromisowa. W pewnym stopniu ją podziwiał, nie czując jednak strachu. Był z tego wyprany, nawet zapomniał jak strach smakuje i szczerze powiedziawszy brakowało mu tego trochę. Czuł różne emocje na końcu języka, ale były miałkie, nie satysfakcjonowały, nie poruszały, nie sprawiały, że chciałby więcej. Jak można było się domyślić dom, w którym mieszkał wraz z adopcyjnym ojcem i częścią rodzeństwa, zachował się cały, a żeby tego było mało, nie spadła na niego ani jedna kropla deszczu.
   Stary Callahan miał różne teorie co do powodu takiego fenomenu, ale każda z nich była błędna, a niektóre nawet całkowicie niedorzeczne. Ezekiel miał momentami wrażenie, że trochę przesadził w nakręcaniu ojca na wszelkie cuda w Nowym Orleanie, bo teraz doszukiwał się ich prawie wszędzie. Ostatnio dochodził do wniosku, że w zasadzie nie obchodziło go to zbytnio, przynajmniej dopóki Pastor podzielał jego zdanie, aby tutaj przebywać. Nie wyglądało na to, aby miało się to zmienić.
   Ostatnie spotkanie z Bartleyem napełniło go energią i wprost nie mógł się doczekać powitania Milesa. Jednego i drugiego różniło to, że o ile Bart nigdy wcześniej Ezekiela nie widział, tak z Milesem było inaczej. Mógłby go nie rozpoznać, ale tylko w pierwszej chwili. W końcu Zeke miał charakterystyczną urodę, a poza tym wcale nie miał zamiaru długo czekać ze zdemaskowaniem się. No, może chociaż chwilę się pobawi, nie odmówi sobie tego.
   Duży, czarny kaptur naciągnął na głowę, ukrywając białe pasma i skrywając większą część swojej twarzy w cieniu. Wiedział gdzie go spotka i wiedział jak wyprowadzić go w odpowiednie, całkiem zaciszne, miejsce. Słyszał szepty, rozlegające się pod jego czaszką, które przeciętnego człowieka przyprawiłyby o gęsią skórę i przyspieszone bicie serca, zupełnie jak u ofiary, zagonionej w ślepy zaułek przez drapieżnika. Szepty, które Zeke’a za to bawiły i na które czasami automatycznie kiwał głową, chociaż nie musiał.
   Wydawało mu się ogromnie zabawnym, że Miles wybrał na miejsce swojej przechadzki okolice cmentarza, miejsce, w którym Zeke siłą rzeczy czuł się wyjątkowo komfortowo, nawet jeżeli to uczucie nie należało w całości tylko do niego. Obserwował go dłuższą chwilę, poruszając się bezszelestnie, zanim zdecydował się przeciąć mu drogę i dać się dostrzec. Upewnił się, że ten go rozpozna, nawet w kapturze, nawet po tylu latach. Impuls wiedzy, której nie powinien normalnie tak od razu posiąść, dotarł prosto do niego i objął jego rozum, wprawiając ciało w ruch. Ciekawość to w końcu pierwszy stopień do piekła.
   Zbiegł do alejki, nie oglądając się za siebie, bo doskonale wiedział, że Miles za nim podążał. Zatrzymał się dopiero w znacznym odstępie od latarni i wtedy przekręcił głowę, kątem oka zerkając na chłopaka, gdy ten stanął w świetle. Niewiele się zmienił. Zeke zniknął mu na chwilę z oczu, aby zdecydowanie zbyt szybko pojawić się tuż obok. Tak blisko, że wyostrzony słuch przywołał odgłos serce Moraya, wściekle bijącego w klatkę piersiową. Uniósł powoli dłonie i opuścił kaptur, wbijając oczy, lśniące niczym dwa szafiry, w bladą twarz chłopaka.
   一 Nie masz pojęcia co oznacza. Nie jesteś nawet blisko 一 szepnął i uśmiechnął się lekko, co w bladym świetle księżyca, zmieszanym z żółtą poświatą, płynącą od latarni, nadawało mu grymas słodko-gorzki, zarówno niepokojący, sprawiający że w ciele spinały się wszystkie mięśnie, jak i urokliwy, przyciągający uwagę, sprawiający, że trudno było oderwać wzrok.
   一 Kiedy ostatni raz się widzieliśmy przewyższałeś mnie wzrostem, a teraz… Popatrz no tylko na siebie 一 mruknął, drwiąc z niego otwarcie, zadowolony ze swojej pozycji. Dotarł do niego zapach skóry Milesa, na co zareagował ostrożną powagą. 一 Niektóre rzeczy się jednak nie zmieniły 一 skomentował kolejną rzecz, którą zapamiętał, a cichy głosik w jego wnętrzu głośno westchnął, jakby z ożywieniem, jakby z zadowoleniem. Ta reakcja odrobinę zdziwiła Ezekiela, aż zerknął w bok, marszcząc lekko brwi.


miles moray
Myre
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Przyjezdn*
23 lat/a, 172 cm
robi zdjęcia i bazgra po ścianach New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
i don't take orders, i barely take suggestions
   Kiedy już Miles stanął przed Zekiem, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że znajdował się w tym miejscu, bo Callahan tak chciał, a nie dlatego, że on przypadkiem zobaczył go na ulicy i postanowił go zaskoczyć. Trudno jednak zaskoczyć kogoś, kto ewidentnie się ciebie spodziewa, a właśnie to wywnioskował po postawie chłopaka przed nim – Zeke wyglądał, jakby Miles znajdował się dokładnie tam, gdzie on sobie wymyślił.
   Nie zdążył jednak zrobić żadnego komentarza na ten temat, nawet ust nie otworzył i nie zdołał zmarszczyć gniewnie czoła, kiedy Callahan znienacka zniknął mu z pola widzenia, by następnie dosłownie zmaterializować się tuż przed nim. To trochę zbiło Moraya z tropu, sprawiało, że gniew, który akurat teraz chciał w sobie pielęgnować, by zapewnił mu siłę napędową na całe spotkanie, ustąpił miejsca zaskoczeniu i zmieszaniu. Jak…? Przecież nawet nie mrugnął. Nie zastygł też, zdjęty strachem, na tych kilka sekund, które byłyby potrzebne, żeby Zeke zmniejszył odległość między nimi do kilkudziesięciu centymetrów. A może go jednak zamroziło? Nie, na pewno nie... Zeke’a się nie bał, na Zeke’a był wkurwiony.
   Dlatego też nie drgnął, nawet jeśli taka bliskość chłopaka była mu zupełnie nie w smak. Sam drobny krok w tył postrzegałby jako oznakę słabości, a tej Callahan u niego nie zobaczy, już nie. Głównie z tego powodu stał niczym wmurowany w ziemię, hardo patrząc mu prosto w oczy.
   Okazało się to jednak trudniejsze niż początkowo sądził, bo to “małe diabelskie nasienie” z farmy bardzo się zmieniło. Zaczynając od faktu, że wcale nie był taki mały, bo w ciągu tych pięciu lat urósł tak bardzo, że przewyższał go o prawie głowę i Miles, żeby spojrzeć chłopakowi w twarz, musiał się nieco odchylić, co było bardzo dziwną odmianą. Sam wygląd Zeke’a znacząco się zmienił, bo po pucołowatych policzkach, dzięki którym przypominał uroczego cherubinka, nie pozostał nawet ślad. Zamiast tego jego twarz nabrała mocniejszych, bardziej szlachetnych rysów, sprawiając, że z uroczego stał się po prostu piękny. Dziwna jednak to była uroda, bo zamiast podziwu Moray czuł trudny do umiejscowienia niepokój. I jeszcze te błękitne oczy, chłodne i przejrzyste w ten sam sposób, co sople lodu.
   Wyglądał bardzo dorośle jak na siedemnastolatka.
   Zmarszczył brwi w chwilowym nieporozumieniu ze swoimi myślami, po czym uniósł jedną brew, bo nie zrozumiał, do czego pił teraz Callahan. Nie zamierzał jednak zaprzątać sobie tym głowy.
   — Zdecydowanie się nie zmieniły, bo w dalszym ciągu straszny z Ciebie gówniarz, Callahan, jeśli myślisz, że uwagą na temat mojego wyglądu cokolwiek zdziałasz. Nie mam kompleksów z powodu mojego wzrostu — bo czemu miałby, skoro w wielu kwestiach tak bardzo mu pomaga? Głos Milesa w wykalkulowany sposób brzmiał na znudzony, bo skoro tak cienkim tekstem Zeke chciał uzyskać bardziej oburzoną reakcję, to spotkał się właśnie z jej przeciwieństwem — Również sądzę, że całościowo prezentuję się zajebiście, gdybyś miał nadzieję odnieść się do czegoś innego — błysnął zębami w pewnym siebie uśmiechu, bo był przekonany, że w tej kwestii również zupełnie niczego mu nie brakuje. — Za to wysoki wzrost nie jest ani gwarantem inteligencji, ani przewagi fizycznej. — Spojrzenie Milesa nabrało bardziej znaczącego charakteru, ale nie pociągnął on tematu, żeby zdradzić, co dokładnie miał na myśli. — Brakuje ci rodzinnego ciepła, że stajesz tak blisko? Mam cię przytulić na powitanie? — zapytał zaraz kąśliwie, głównie po to, żeby Zeke sam w końcu stwierdził, że już czas się odsunąć – on w dalszym ciągu nie zamierzał robić ani kroku do tyłu.
   — Dobrze, skoro mamy już za sobą wszystkie uprzejmości, może grzecznie powiesz mi teraz, czego ode mnie chcesz? — Zdecydował się odnieść do tego osobliwego wrażenia, które odniósł na samym początku, że Zeke na niego czekał.I co pastor robi w Nowym Orleanie? — Nie “ojciec”, bo to nadałoby temu popierdolonemu fanatykowi znaczenia większego niż Miles chciałby go obdarzać; zwykły, bezosobowy “pastor” to jedyne, co był w stanie z siebie wyrzucić. Choć popierdolony fanatyk faktycznie pasowałby lepiej, Moray nie mógł do końca pozbyć się myśli, że jest w obecności małoletniego i od pewnych wyrażeń powinien się powstrzymać. Głupie myślenie.


Ezekiel Callahan
Przyjezdn*
17 lat/a, 190 cm
demon w piekle, uczeń J.F. Kennedy Senior HS
Awatar użytkownika
Whispers of life
Devil town is colder in the summertime. I'll lose my mind at least another thousand times.
   Przekrzywił lekko głowę, wracając spojrzeniem do Milesa i zaśmiał się, chociaż bezgłośnie, rozciągając jednak usta w szerokim uśmiechu. Błysk w jego oczach zdradził zaciekawienie, może nawet zainteresowanie, na pewno jakiegoś rodzaju ożywienie. Nie chodziło nawet o to, że chłopak nie okazywał strachu, co na pewno czyniło go silniejszym od przeciętnych ludzi. Od Bartleya na pewno. Spodobało mu się to, chociaż niewiele zmieniło, no przynajmniej to, że Zeke może będzie się nudził odrobinę mniej.
   一 Cokolwiek zdziałam? Wyluzuj, Miles. Stwierdziłem tylko fakt. Może i nie jesteś wysoki, ale wysoko się cenisz 一 zauważył, przesuwając dłonie za plecy i oplatając długimi palcami swój własny nadgarstek w mocnym uścisku. Stał pewnie, z nogami lekko rozstawionymi, mięśniami napiętymi, jakby był drapieżnikiem, gotowym do skoku lub żołnierzem oczekującym na rozpoczęcie misji. Być może nawet coś w tym było. 一 Nie musisz się jednak tłumaczyć. Nie jesteś w moim typie 一 dodał, po czym znowu powiódł wzrokiem w bok, jakby nasłuchiwał. Skrzywił się lekko, odrobinę zaskoczony, ale i zniesmaczony.
   一 No nie pierdol 一 szepnął i znowu zerknął na Milesa, jakby się nad czymś zastanawiał. Ostatnich słów nie kierował do Moraya, ale nie miał zamiaru się z tego tłumaczyć, po prostu westchnął i postanowił się nie poddawać coraz to nowszymi uwagami, które słyszał we własnej głowie. Wiedział, że Adramelech to złośliwy skurwysyn, ale czasami przeginał, o ile jako demon w ogóle miał jakieś granice.
   Odzyskał nieco równowagę i skupił się na kolejnych słowach chłopaka, mówiącego o tęsknocie i przytulaniu. Pokiwał powoli głową, postanawiając podjąć temat, bo w zasadzie miał coś do powiedzenia. Przypomniał sobie wyraźne kilka ciekawych scen z przeszłości, w których Miles cierpiał i uśmiechnął się, nachylając do niego jeszcze odrobinę, ciekawy kiedy w końcu się odsunie, bo przecież wiedział, że tego chciał. Trudno było wytrzymać w pobliżu Zeke zbyt długo. Dotyk bolał jeszcze bardziej, o czym przekonał się Bartley na własnej skórze. Pewnie dalej miewał nowe, barwniejsze koszmary.
   一 A chcesz mnie przytulić na powitanie? Brakuje mi twoje bólu. Smakował jak deser po dobrym posiłku 一 odparł, zastanawiając się przez chwilę ile sam wytrzyma z tą bliskością, bo ten zapach wywierał na nim wrażenie i poczuł się trochę tak, jakby wpadał w sidła Adramelecha, który absolutnie nie liczył się z jego zdaniem, kiedy upatrzył sobie obiekt własnych zachcianek, nie pytając Zeke'a o zdanie. Czy to już zdrada?
   一 Przestań 一 warknął, znowu kierując wzrok w bok. Mógłby rozmawiać z Adramem bezgłośnie, ale irytował go coraz bardziej, głównie tym, że psuł mu spotkanie po latach, które miało jednak przebiegać trochę inaczej. Coraz częściej miał ochotę pozbyć się demona chociaż na chwilę, ale doskonale wiedział, że nie mógł i o ile przez większość czasu doceniał jego obecność, to niekiedy był wręcz nie do wytrzymania. Zapach jednak dalej sprawiał mu przyjemność, a każdy oddech oddalał go od postawionego celu, odurzając niczym afrodyzjak. Dlaczego on?
   Przestań.
   Wybierz kogoś innego.
   On. Nie.

   Odchylił się i odetchnął głęboko przez nos, odrywając wzrok od Milesa. Zamrugał, jakby próbował ocucić się z jakiegoś transu i w końcu wrócił do rzeczywistości, w czym pomogło mu orzeźwiające, chłodne powietrze, nadciągające zza jego pleców i zabierające zapach Milesa. Poczuł się zirytowany, a często mniejsze rzeczy potrafiły wytrącić go z równowagi.
   一 Ja? Przypomnę, że to ty szedłeś za mną. Może wyjaśnił mi czemu, a ja zdradzę ci plany naszego ojca 一 odparł, naciskając na dwa ostatnie wyrazy, jakby były ważne. Tak naprawdę Pastor gówno go obchodził. Nie był jego ojcem, tylko żałosnym, podatnym na manipulacje trutniem. Gdyby nie był mu potrzebny, to już dawno by się go pozbył. Kto wie, może jeszcze nadejdzie ta radosna chwila, kiedy urżnie mu łeb rytualnym nożem na kamiennym stole.

miles moray
Myre
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Przyjezdn*
23 lat/a, 172 cm
robi zdjęcia i bazgra po ścianach New Orleans
Awatar użytkownika
Whispers of life
i don't take orders, i barely take suggestions
   Szeroko uśmiechnięty Zeke na nowo upodobnił się do anioła. Piękny. Te dołeczki w policzkach, rozpromieniona twarz, delikatne zmarszczki w kącikach oczu… tylko same oczy wciąż zimne i nieprzystępne, nawet jeśli na chwilę rozjaśnione przez błysk. Cały obraz chłopaka zdawał się być pułapką: z jednej strony chciało się ulec tej niezwykłej urodzie, z drugiej odczuwało się z jej powodu niepokój. Piękno Callahana było przerażające.
   — Żebyś wiedział — odpowiedział mu jedynie chłodno, postanawiając się skupić na tlącym się w nim gniewie. Dzięki niemu wiedział, kogo ma przed sobą – w r o g a. Dzięki niemu łatwiej mu było kontrolować myśli, łatwiej zapanować nad faktem, że gwałtowna wściekłość to jego wypracowana reakcja na strach – ten już nie mroził mu żył, nie unieruchamiał go w istotnych momentach, nie – zamiast tego Miles spalał się we własnej furii. Miało to też swoje minusy, jak chociażby powolna utrata zdrowego rozsądku i gwałtowność reakcji, ale osobiście uważał to tylko za “drobne niedogodności”, bo w opinii Moraya korzyści płynące z takiego podejścia zdecydowanie przebijały jego wady. — Ohh, nie, jak ja to teraz zniosę? — zadrwił, przekrzywiając głowę na jedną stronę. — Słusznie, bo miałbyś problem — dodał jednak chwilę później, nie odrywając wzroku od twarzy Zeke’a.
   Zdecydowanie wolał nie odrywać teraz wzroku od twarzy Callahana, bo kiedy zmienił on pozycję, w jakiej stał, mimowolnie zmienił się też sposób, w jaki postrzegał go Miles. Poza, którą przyjął Zeke, nadała mu jakiejś drapieżności, nawet pomimo tego, że sama w sobie była raczej pasywna. Dodała mu powagi, dodała też lat — Milesowi trudno było patrzeć jak na dzieciaka na kogoś, kto zaczął mu przypominać żołnierza. Bardzo dziwne uczucie.
   Moray zmarszczył lekko brwi w jedynym wyrazie dyskomfortu, na jaki sobie pozwolił. Zmarszczka na czole po chwili pogłębiła się jeszcze bardziej, teraz z powodu dziwnego zachowania chłopaka. Bo nagle sprawiał wrażenie kogoś, kto porozumiewa się z kimś, kogo Miles nie był w stanie dostrzec. Albo raczej – kogo zdecydowanie tu nie było. Zmrużył lekko oczy, przyglądając mu się badawczo, ale jeszcze nie zrobił na ten temat żadnej uwagi.
   Za to już chwilę później prychnął gniewnie. Nadęty gówniarz.
   — O niczym innym nie marzę, już rozkładam ramiona — sarknął, a jego ramiona zostały dokładnie tam, gdzie były – luźno opuszczone wzdłuż ciała. Dłonie jednak zacisnął w pięści, bo wkurzyły go następne słowa Zeke’a. Nigdy nie zapomni, jak go wtedy obserwował, jak wyraźnie zadowolony był z tego, czego był świadkiem. — Za chwilę zasmakujesz krwi w swoich ustach — burknął, choć w chwili obecnej były to tylko czcze pogróżki – na razie nie miał w planach rzucać się na niego z pięściami.
   Fala gniewu, która zaczęła go ogarnąć, pod wpływem następnym słów Callahana znów uległa rozpierzchnięciu, bo on po raz kolejny zdawał się zwracać do kogoś niewidzialnego.
   — Rozszerzona wewnętrzna rozmowa? Może potrzebujesz kogoś do konsultacji? — zaoferował (nie)przyjaźnie, przybierając na twarz sztucznie uprzejmy uśmiech, choć w oczach odbijała się drwina. Być może nie zwróciłby większej uwagi na podobne komentarze pod nosem, ale te zdawały się wywierać na Zeke’u mocne wrażenia, skoro wyglądał jak ktoś, kto siłą woli próbuje nad sobą zapanować. A także na kogoś, komu coś… śmierdzi? Przeszkadzał mu jego zapach? To akurat mógłby wykorzystać na swoja korzyść, nawet jeśli sam nie wyczuwał na sobie żadnego smrodu.
   Nagle wiatr zawiał w drugą stronę, a do nozdrzy Moraya po raz pierwszy dotarł zapach Callahana. Ze zdziwieniem odnalazł w jego woni nuty, które ostatnio bardzo przypadły mu do gustu: malina, skóra, trochę drzewnych akordów oraz jeden metaliczny, przywodzący na myśl krew. Cóż, może po prostu miał dobry gust, jeśli chodzi o perfumy, to ostatecznie jeszcze nie zbrodnia. Postanowił jednak skupić się na tym, że chłopakowi najwyraźniej nie przypadły do gustu jego perfumy, w nadziei, że właśnie tak zdobędzie nad nim przewagę.
   Dlatego też zamiast zrobić krok do tyłu, wykonał jeden do przodu, by znaleźć się jeszcze bliżej niego. Na razie jednak to zmianę nie w zachowaniu Zeke’a zauważył, a w swoim — choć zapach otaczający Callahana przyjemnie nabrał na sile, to Milesa z jakiegoś powodu ogarnął nagły i trudny do wytłumaczenia niepokój. Jakby znajdował się tam, gdzie nie powinien, jakby właśnie znalazł się na celowniku drapieżnika, z którym nie miał żadnych szans…
   … co było strasznie głupie, bo stał przed siedemnastolatkiem. Bardzo wyrośniętym siedemnastolatkiem, to prawda, wyrośniętym tak bardzo, że musiał teraz zadrzeć głowę do góry, żeby spojrzeć mu w twarz, ale jednak tylko przed gówniarzem w wieku szkolnym.
   — Bo chciałeś, żebym za tobą podążył — obniżył głos do pomruku, postanawiając walczyć z tym dziwnym uczuciem, które go ogarnęło. Przecież już się nie wycofa, na pewno nie teraz. Wysunął się naprzód na tyle, żeby Callahan mógł poczuć jego oddech na szyi, głównie w nadziei na to, że chłopak zaraz się z obrzydzeniem od niego odsunie. — Nie jestem głupi, Zeke, chciałeś, żebym za tobą podążył. A ja nie mogłem sobie odpuścić przekonania się, czy oczy mnie przypadkiem nie myliły — bo jeśli nie myliły, to oznaczałoby najgorsze, co mogło się w takiej sytuacji okazać – że pastor Callahan z jakiegoś powodu przybył do Nowego Orleanu. Koszmar dzieciństwa, przed którym uciekał po dziś dzień, miał się pojawić w mieście, które do tej pory uważał za bezpieczne. W którym życie powoli nabierało coraz bardziej jaskrawych kolorów. Poszedł za Zeke’iem, bo jeśli pastor faktycznie przybył do jego miasta, to oznaczało to, że będzie musiał znaleźć jakiś sposób, żeby się go stąd pozbyć. Dla spokoju i zdrowia psychicznego Barta. Dla dobra Milesa. Choć jeszcze nie był pewny, co dokładnie miałoby oznaczać “pozbycie się go”. — Słucham — dodał po chwili z nutą zniecierpliwienia, bo dotrzymał swojej części umowy. — Co było powodem, dla którego opuścił swoją bezpieczną farmę? — wyciągnął dłoń odrobinę przed siebie i szturchnął palcem klatkę piersiową Zeke’a na wysokości mostka. Odruchowo szybko tę dłoń wycofał, bo w jednej chwili wzmożony niepokój, jaki z jakiegoś powodu odczuwał, na ten ułamek sekundy się nasilił. Rzucił Callahanowi pytające spojrzenie.

Ezekiel Callahan
Zablokowany

Wróć do „Rozgrywki”