001
Taras, wyłożony jasnymi deskami zaskrzypiał pod ciężkimi butami, wydając z siebie drażliwy, nieprzyjemny dźwięk, na który kobieca twarz wykrzywiła się w delikatnym, niemalże niemożliwym do dostrzeżenia grymasie świadczącym o niezadowoleniu. Dom, zamieszkiwany przez Mercutio sprawiał wrażenie przekalkowanego z baśni, w których zaczytywała się, będąc małą dziewczynką, a następnie nastolatką. Najbardziej w pamięci Jenny utkwiła ta opowiadająca o Królowej Śniegu. Minęło kilka lat, odkąd ostatni raz czytała tę opowieść, lecz niezależnie od czasu, który mijał, wciąż miała w pamięci najważniejsze fragmenty zajmujące szczególne miejsce w myślach i to właśnie do nich wracała, gdy świat okazywał się bardziej niesprawiedliwy niż ten jej znany, a na niebie zaczynały pojawiać się ciemne chmury. Zdarzało się tak, że miewała wrażenie, iż przetrwała dzięki tym baśniom, których autorzy stawiali na pozytywne zakończenie. W najtrudniejszych momentach przysiadała także do pianina, oddając się w pełni dźwiękom uskrzydlającym duszę i ciało. Muzyka, którą tak kochała, przechodziła przez ciało niczym prąd docierający do każdego nerwu, każdego zakątka ciała i każdej komórki, rozpulchniając je w euforii. Starała się nie wracać myślami do przeszłości, chciała być tu i teraz – dla siebie i mężczyzny, którego pokochała całym sercem. Nastrój Jenny był jednak daleko euforycznego uniesienia, zbliżała się trzecia rocznica śmierci małej Olivii. Nienawidziła okresu jesienno-zimowego, bo to właśnie w tym czasie mierzyła się z nawrotami depresji, będącej niczym automatycznie zaprogramowany mechanizm, uruchamiający się podczas przesilenia jesienno zimowego. Nawet pogoda, przyjemne temperatury i słoneczne promienie muskające skórę w sposób delikatny, niczym usta doświadczonego kochanka, nie poprawiały nastroju – nie pomagały także w rozluźnieniu spiętego ciała wprawionego w stan całodobowego czuwania. Niebezpieczeństwo mogło nadejść tylko od strony umysłu, ciału fizycznemu, zarówno w praktyce jak i teorii nic nie groziło, ale ono tego nie wiedziało.
Na szczęście miała w życiu osobę, dzięki której rozumiała, czym jest szczęście.
Kogoś, kogo chciała widzieć niezależnie od nastroju.
Osobę, dla której przeznaczała najpiękniejsze uśmiechy i kogoś, kogo kochała.
Mercutio był osobą, dla której chciała po prostu być.
Nie mogła przyjechać do niego w weekend – zjazd rodzinny był dla niej równie szokujący, co nieprzyjemny. W ostatnim czasie nie miała chęci na rodzinne obiady. Kochała swoją matkę, rozumiała, że chciała sprawdzić, jak czuje się jej córka, ale – na bogów – dlaczego musiała zabrać ze sobą pół rodziny? Spędzili u niej weekend. Przenocowali z soboty na niedzielę, opuszczając dom Jenny długo po obiedzie. Zbyt duży hałas oddziaływał negatywnie na jej nerwy, a rozmowy dotyczące Liv były przygnębiające. Czasem odnosiła wrażenie, że członkowie rodziny, poruszając ten delikatny dla niej temat, chcieli przypomnieć o wstrząsającym bólu, który wtedy przeżyła. Zdrowy rozsądek, którego wciąż nie straciła, podpowiadał, że nie krzywdzili jej świadomie – większość myślała, że zdążyła się pozbierać. Ona również myślała o tym w ten sposób, dopóki nie nadeszła pierwsza rocznica śmierci dziewczynki.
Zapukała raz.
Zapukała drugi.
Zapukała trzeci, lecz w żaden sposób ponaglający.
Teraz musiała poczekać, aż Cutie otworzy drzwi, wpuszczając ją do swojego świata.
mercutio dempsey



