em.
006.
Doskonale pamiętała początkowe zaintrygowanie wykonywanym wtedy jeszcze nie przez męża zawodem. Popkultura ukształtowała w głowie ludzi obraz FBI jako instytucji chwalebnie walczącej ze złem i występkiem bez względu na rodzaj zbrodni, miejsca jej popełnienia czy okoliczności, z jakimi musieli mierzyć się ubrani w eleganckie garnitury agenci. Farrah nie była pod tym względem wyjątkiem, choć niewiele musiało upłynąć czasu, by zrozumiała, że również ten medal miał dwie strony i to skrajnie się od siebie różniące. Jedna z nich wiązała się z dumną z działań i odwagi osoby, z którą postanowiła związać się na resztę życia, druga - dużo bardziej rozległa, składając się z wielu czynników - bazowała głównie na niepewności o każdy kolejny dzień, obaw ilekroć tylko Sawyer wychodził z domu, paraliżującego strachu, gdy nie wracał do niego o ustalonej porze. Czasami nawet wmawiała samej sobie, że przecież była na to przygotowana: na telefon, że coś poszło nie tak, że tym razem nie mieli szczęścia, że akcja zakończyła się fiaskiem.
Oszukiwała w ten sposób samą siebie nawet teraz, na długo po rozwodzie, bo - jak słusznie zauważyła jedna z osób z jej otoczenia - nie był on magicznym zaklęciem, w którego wyniku bezpowrotnie znikały wszelkie uczucia. Dziś Farrah bała się o Sawyera tak samo, a może nawet mocniej - pewnie ze względu na to, że już nie miała do tego absolutnie żadnego prawa.
Ostatecznie zatem odebrany przed kilkoma dniami telefon nie wydawał się - pozornie, bo przecież była przygotowana - niczym nadzwyczajnym, nawet jeżeli urządzenie do ucha przykładała z drżącą dłonią i rozbijającym się o klatkę piersiową sercem. Nieznane numery nigdy nie kojarzyły się z dobrymi wiadomościami, choć kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie poczuła złości i zarazem ulgi, kiedy dopuściła do siebie treść otrzymywanych informacji.
Złości, bo praca Sawyera raz jeszcze rzutowała na życie otaczających go mniej lub bardziej pośrednio ludzi. Ulgi, bo tym razem szczęściem w nieszczęściu okazała się wiadomość, że poszkodowany był nie on, a lokatorzy od kilku miesięcy zajmujący ich dom w San Diego. Blackwood nie była wprawdzie pewna, czy wymagało to podwójnej, wspólnej interwencji, ale istniało kilka powodów, dla których nie chciała lecieć do Kalifornii sama.
Po pierwsze: to był ich wspólny dom i tak samo wspólne były zyski związane z wynajmem.
Po drugie: nie miała ochoty na konfrontację w pojedynkę z roztrzęsionymi, przerażonymi, mającymi pełne prawo do wściekłości ludźmi.
Po trzecie: to jego praca - tak zakładała Farrah - była powodem całego zamieszania, więc tym bardziej nie planowała jakkolwiek się z tego tłumaczyć i dodatkowo narażać samą siebie.
Po czwarte: skoro napastnicy zorientowali się, że nie ma go w San Diego, paradoksalnie (i w zaprzeczeniu punktowi trzeciemu) właśnie to miasto wydawało się najbezpieczniejsze dla Voighta.
– W samą porę – rzuciła w ramach niekoniecznie przyjaznego powitania, kiedy ustalonego dnia spotkali się o wyznaczonej porze w głównej hali lotniska, skąd mieli udać się w pierwszą wspólną od rozwodu podróż. To brzmiało jak przepis na katastrofę. Szczególnie, że roztrzęsienie wciąż dawało się Farrah we znaki. – Rozmawiałeś z nimi? – Na myśli miała oczywiście Cindy i Sama - ich Bogu ducha winnych lokatorów, którzy przed kilkoma dniami przeżyli swój własny odcinek Kryminalnych zagadek San Diego i to wcale nie w rolach samozwańczych detektywów.
Sawyer Voight
Maybe the problem is ego, maybe the problem is mine. Really, I'm fine. I will just tell you I'm better. Spit out my medicine, drunk on adrenaline.
Whispers of life
m.
006.
Wypuścił ciężko powietrze, raz jeszcze analizując to, czego właśnie się dowiedział.
W ł a ś n i e, czyli przed kilkoma dniami, kiedy to dotarły do niego wieści o próbie włamania do domu, który niegdyś z Farrah zamieszkiwali. Domu, który aktualnie nadal jest nim, ale dla innej rodziny. Kiedy włamanie nie doszło do skutku - nie był zaskoczony; systemy antywłamaniowe i monitoring były na najwyższym poziomie, dobrze o to zadbał - ci sami ludzie postanowili uporczywie nagabywać mieszkańców, przesiadując w samochodzie nieopodal zamieszkiwanej przez Cindy i Sama posesji. Nie dziwił się małżeństwu, że ci są wystraszeni, szczególnie że - jak dowiedział się w rozmowie telefonicznej - kobieta spodziewała się dziecka i była w czwartym miesiącu ciąży. Ta informacja chyba miała poskutkować tym, iż uda im się nie tylko uzyskać możliwość szybszego zerwania umowy (a była podpisana na dwa lata), ale dodatkowo chcieli rekompensatę.
Ciekawe, czy wpadli na to dopiero przed rozmową z Sawyerem, czy i na Blackwood użyli argumentu ciąży i zadośćuczynienia - tego nie wiedział, ale zamierzał zapytać. Osobiście. Na lotnisku, na który właśnie zmierzał z niewielką, sportową torbą, do której wrzucił najpotrzebniejsze rzeczy, mające się przydać na kolejne trzy dni. Voight nie byłby sobą, jeżeli nie skorzystałby z tej małej możliwości na krótki urlop - ale o tym na pewno powiedział byłej żonie; że nie ma problemu w tym, by z nią polecieć (w końcu sam sprowadził problem na lokatorów), ale jeśli chce od razu wrócić do Nowego Orleanu, to będzie już musiała sama, wszak on przedłuży sobie wolne do poniedziałku i dopiero wtedy wróci. Uznał, że po ostatnich miesiącach zasługuje na odpoczynek, a Kalifornia może mu to zaoferować.
– Dzień dobry – przywitał się, nie hamując nawet przewrócenia oczami, kiedy powitała go w ten konkretny sposób. – Myślałaś, że nie dotrę? Albo się spóźnię? – zapytał, przechylając głowę w bok, by otaksować byłą żonę wzrokiem, aż wreszcie spojrzeniem sięgnął dobrze znajomych tęczówek. Gdyby nie chciał lecieć, dałby od razu znać, mówiąc, iż postara się to załatwić zdalnie, by i ona się nie fatygowała.
– Długo sprawdzali mnie na kontroli bezpieczeństwa, zupełnie nie wiem dlaczego – powiedział, skrobiąc się po zaroście. No dobra - może dzisiejszym outfitem bardziej przypominał wprawionego handlarza narkotyków, a nie agenta FBI, ale zdecydowanie wygodniejszym strojem do samolotu był t-shirt, bluza z kapturem i dresowe spodnie (ale bynajmniej nie wyglądał niedbale!), aniżeli elegancki garnitur i koszula.
– Uhm, coś wspominali – przytoczył – chcą się wyprowadzić – dodał po chwili, kiedy to najpierw pobłądził wzrokiem w jakimś odległym punkcie, unikając oceniającego spojrzenia Farrah, które - jak mniemał - mogłoby właśnie takim być, a do tego sugerować, że to z jego winy.
I gdyby jego założenie zgadzało się z prawdą - miałaby rację.
– Nie wiem, skąd mogliby mieć nasz adres – rzucił po dłuższej chwili, bo to go trapiło, od kiedy się dowiedział o tym incydencie. Istniała jedna osoba, która mogła im go sprzedać; ta, którą szantażowali i zamordowali, ale Voight nadal nie chciał wierzyć, że mogłaby to zrobić.
Z drugiej strony - tak jak już kiedyś było wspomniane - mógłby jej to wybaczyć, bo w sytuacjach tak stresowych, niemalże jednoznacznych, człowiek próbuje ratować siebie, nie zawsze patrząc na zdrowie i życie innych ludzi.
Ale jak było - tego już się niestety nie dowie, chyba że skonfrontowałby się z samymi oprawcami - a tego wolałby uniknąć.
Farrah Blackwood
em.
Choć widok Sawyera w tej mniej oficjalnej, bardziej prywatnej wersji niegdyś niewątpliwie należał do grona tych uwielbianych przez Farrah, tak dziś kojarzył się głównie z koniecznością lotu do San Diego i załatwienia sprawy, której Blackwood nie przewidywała w swoim grafiku ani na ten tydzień, miesiąc, ani nawet rok. Cindy i Sam, pomimo młodego wieku, wydawali się osobami niezwykle odpowiedzialnymi, toteż kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Farrah nie liczyła na to, że najem niegdyś wspólnego domu mógłby okazać się długoterminowy, co wiązałoby się z brakiem problemów, a co za tym szło - powodu do tego, by bywać w Kalifornii częściej, niż byłoby to konieczne.
Teraz przerażała ją nie tylko perspektywa bezpośredniej konfrontacji z najemcami, ale również żmudny proces poszukiwania nowych, równie dobrze zapowiadających się w kontekście spokojnego, bezkonfliktowego mieszkania.
– Wolałabym po prostu mieć to już z głowy. – To wcale nie tak, że jej pobożne życzenia i wcześniejsze stawienie się Sawyera na lotnisku miały siłę przyspieszenia podróży i całego przedsięwzięcia, ale kiedy była ze swoimi myślami zbyt długo sama, konsekwencje nie były przyjemne ani dla niej, ani dla całego otoczenia. Tym bardziej doceniała zatem jego gotowość do tego, by towarzyszyć jej podczas wyjazdu na drugi koniec świata, wcześniej nie omieszkując wspomnieć, że dom nadal był wspólny, a wszystkie obecne kłopoty bazowały na jego życiu zawodowym. Warto podkreślić jednak, że wypominanie mu tego wcale nie wiązało się z jakimkolwiek uczuciem satysfakcji.
– Legitymacja biura federalnego ich nie przekonała? – zagaiła, unosząc brew, a błąkający się w kącikach warg uśmiech miał niejako zasugerować, że celowo zapomniała o kwestii jego krótkiego urlopu, podczas którego pewnie nie planował sięgać po służbową odznakę.
Jej ochota na żarty zniknęła jednak równie szybko, jak się pojawiła, dlatego kolejne posłane w stronę byłego męża spojrzenie niosło ze sobą znamiona niezadowolenia. Farrah westchnęła przeciągle.
– Oczywiście, że chcą – mruknęła w rozczarowaniu. Być może była to z jej strony daleko idąca naiwność, ale w głębi serca wciąż tliła się nadzieja na to, że można byłoby rozwiązać tę sprawę polubownie - na przykład ponowną negocjacją miesięcznej ceny. Sawyer właśnie te nadzieje pogrzebał. – Lot jest długi. Lepiej już zacznę układać treść nowego ogłoszenia – skwitowała, sięgając do rączki podręcznej walizki, wszak od wejścia na pokład samolotu dzieliło ich już zaledwie kilka minut.
– Hm? – rzuciła, zatrzymując się w pół kroku i ponownie zerkając na Sawyera. – Mogliby? Oni? Jest ich więcej? Podejrzewasz, kto mógł to zrobić? I czego od ciebie chcą? – Być może nie powinna była bombardować go tak wieloma pytaniami, ale sam fakt, że snuł na ten temat teorie był wystarczająco wymownym sygnałem, by w głowie Farrah zapaliła się czerwona lampka. – Powinnam o czymś wiedzieć? – dopytała, robiąc niewielki krok w stronę Sawyera w celu upewnienia się, że kolejne słowa nie dotarłyby go uszu postronnych, mijających ich obecnie osób. Jeżeli jednak istniała minimalna choćby szansa na to, że zagrożony był nie tylko on, ale również jego bliscy (obecni i dawni, gdzie przecież zdawała się zaliczać się do tej drugiej grupy), to miała prawo wiedzieć.
Sawyer Voight
Teraz przerażała ją nie tylko perspektywa bezpośredniej konfrontacji z najemcami, ale również żmudny proces poszukiwania nowych, równie dobrze zapowiadających się w kontekście spokojnego, bezkonfliktowego mieszkania.
– Wolałabym po prostu mieć to już z głowy. – To wcale nie tak, że jej pobożne życzenia i wcześniejsze stawienie się Sawyera na lotnisku miały siłę przyspieszenia podróży i całego przedsięwzięcia, ale kiedy była ze swoimi myślami zbyt długo sama, konsekwencje nie były przyjemne ani dla niej, ani dla całego otoczenia. Tym bardziej doceniała zatem jego gotowość do tego, by towarzyszyć jej podczas wyjazdu na drugi koniec świata, wcześniej nie omieszkując wspomnieć, że dom nadal był wspólny, a wszystkie obecne kłopoty bazowały na jego życiu zawodowym. Warto podkreślić jednak, że wypominanie mu tego wcale nie wiązało się z jakimkolwiek uczuciem satysfakcji.
– Legitymacja biura federalnego ich nie przekonała? – zagaiła, unosząc brew, a błąkający się w kącikach warg uśmiech miał niejako zasugerować, że celowo zapomniała o kwestii jego krótkiego urlopu, podczas którego pewnie nie planował sięgać po służbową odznakę.
Jej ochota na żarty zniknęła jednak równie szybko, jak się pojawiła, dlatego kolejne posłane w stronę byłego męża spojrzenie niosło ze sobą znamiona niezadowolenia. Farrah westchnęła przeciągle.
– Oczywiście, że chcą – mruknęła w rozczarowaniu. Być może była to z jej strony daleko idąca naiwność, ale w głębi serca wciąż tliła się nadzieja na to, że można byłoby rozwiązać tę sprawę polubownie - na przykład ponowną negocjacją miesięcznej ceny. Sawyer właśnie te nadzieje pogrzebał. – Lot jest długi. Lepiej już zacznę układać treść nowego ogłoszenia – skwitowała, sięgając do rączki podręcznej walizki, wszak od wejścia na pokład samolotu dzieliło ich już zaledwie kilka minut.
– Hm? – rzuciła, zatrzymując się w pół kroku i ponownie zerkając na Sawyera. – Mogliby? Oni? Jest ich więcej? Podejrzewasz, kto mógł to zrobić? I czego od ciebie chcą? – Być może nie powinna była bombardować go tak wieloma pytaniami, ale sam fakt, że snuł na ten temat teorie był wystarczająco wymownym sygnałem, by w głowie Farrah zapaliła się czerwona lampka. – Powinnam o czymś wiedzieć? – dopytała, robiąc niewielki krok w stronę Sawyera w celu upewnienia się, że kolejne słowa nie dotarłyby go uszu postronnych, mijających ich obecnie osób. Jeżeli jednak istniała minimalna choćby szansa na to, że zagrożony był nie tylko on, ale również jego bliscy (obecni i dawni, gdzie przecież zdawała się zaliczać się do tej drugiej grupy), to miała prawo wiedzieć.
Sawyer Voight
Maybe the problem is ego, maybe the problem is mine. Really, I'm fine. I will just tell you I'm better. Spit out my medicine, drunk on adrenaline.
Whispers of life
m.
Voight również nie przewidywał tego typu atrakcji, aczkolwiek jego grafik ułożony był w ten sposób, aby zawierać wolne miejsce na podobne temu przypadki, a wiele osób, z którymi był na przykład umówionych, miało świadomość, że nagle może mu coś wypaść i nie będzie miał możliwości pojawienia się. Praca ciemnowłosego miała do siebie to, że nie miał sztywnego systemu i grafiku - po osiem godzin przez pięć dni w tygodniu, a dużo (najwięcej) zależne było od sytuacji i konieczności ewentualnej ingerencji. Często zdarzały się takie tygodnie, że spędzał zdecydowanie zbyt wiele godzin w pracy, a jeżeli nie mógł wychodzić ze swojej roli - jak to bywało w Meksyku - to był w niej nieustannie przez kilka dni. Tym razem - na szczęście Farrah i lokatorów wynajmujących dom - miał możliwość zrobienia sobie krótkiego wolnego, a nawet przedłużenia tego już planowanego, wolnego weekendu o jeden dzień.
– Strasznie się spinasz, Blackwood – skwitował, mierząc byłą żonę wzrokiem – może chcesz, bym załatwił to sam? – zaproponował, dodając po swoich słowach nonszalanckie wzruszenie ramionami. – W końcu to bardziej moja, niż twoja rzecz. – Delikatnie mówiąc, że bardziej, skoro ludzie pojawili się pod domem ze względu - jak zakładał - na przeszłość Sawyera, a nie ciemnowłosej. Przez chwilę jeszcze się jej przyglądał w ciszy, badając reakcję, aż wreszcie westchnął cicho i raz jeszcze potrząsnął ramionami.
– Naprawdę mogę polecieć sam – zapewnił, jeśli miałaby co do tego wątpliwości. Tego, czy aby na pewno może i to bezpieczne, albo tego, czy sam sobie poradzi ze wkurzonymi Cindy i Samem. Poradziłby, tak uważał.
Kwestii legitymacji nie skomentował, zamiast tego dość jednoznacznie wywracając oczami i posyłając jej kącikowy, trochę zadziorny uśmiech, a kiedy wspomniała o ogłoszeniu, na myśl ciemnowłosego przyszło co innego. Nie była to co prawda myśl i wniosek z tych przyjemnych, jednakże - tak mu się wydawało - r o z s ą d n y c h.
– A co gdybyśmy sprzedali dom? – zapytał, odkładając torbę na lotniskowe krzesełko albo inną ławkę, a samemu skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Gdzieś z tyłu głowy miał tę rozmowę - lub raczej suchą wymianę wiadomości, bo to były czasy, kiedy Farrah za chętna na rozmowy z nim nie była - o tym, że lepiej wynająć posiadłość, bo to dobra inwestycja, a kto wie, czy za jakiś czas któreś z nich nie będzie chciało tam wrócić.
On już na ten moment wiedział, że nie będzie chciał. Nie sam, nie bez niej. Mimo całej - i to naprawdę wielkiej - sympatii do tych ścian, do wystroju wnętrz, do wszelkich udogodnień, które oferowała willa na obrzeżach San Diego. Gdyby miał do niej wrócić sam, to już nie byłoby to samo.
– Myślę, że wiem, kto chciałby mnie znaleźć – potwierdził spokojnie, lecz uważne oko mogłoby dostrzec ten krótki grymas niezadowolenia, który przemknął przez męską twarz, nim spojrzenie zostało skierowane gdzieś w bok.
– Nie wspominałem, że nie wszyscy byli na miejscu i nie wszystkich udało się zatrzymać? – Był niemalże przekonany, że podczas remontu ten wątek został poruszony, ale może się pomylił i pamięć zaczęła płatać mu figla.Prawie tak jak jej bratu.
Farrah Blackwood
– Strasznie się spinasz, Blackwood – skwitował, mierząc byłą żonę wzrokiem – może chcesz, bym załatwił to sam? – zaproponował, dodając po swoich słowach nonszalanckie wzruszenie ramionami. – W końcu to bardziej moja, niż twoja rzecz. – Delikatnie mówiąc, że bardziej, skoro ludzie pojawili się pod domem ze względu - jak zakładał - na przeszłość Sawyera, a nie ciemnowłosej. Przez chwilę jeszcze się jej przyglądał w ciszy, badając reakcję, aż wreszcie westchnął cicho i raz jeszcze potrząsnął ramionami.
– Naprawdę mogę polecieć sam – zapewnił, jeśli miałaby co do tego wątpliwości. Tego, czy aby na pewno może i to bezpieczne, albo tego, czy sam sobie poradzi ze wkurzonymi Cindy i Samem. Poradziłby, tak uważał.
Kwestii legitymacji nie skomentował, zamiast tego dość jednoznacznie wywracając oczami i posyłając jej kącikowy, trochę zadziorny uśmiech, a kiedy wspomniała o ogłoszeniu, na myśl ciemnowłosego przyszło co innego. Nie była to co prawda myśl i wniosek z tych przyjemnych, jednakże - tak mu się wydawało - r o z s ą d n y c h.
– A co gdybyśmy sprzedali dom? – zapytał, odkładając torbę na lotniskowe krzesełko albo inną ławkę, a samemu skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Gdzieś z tyłu głowy miał tę rozmowę - lub raczej suchą wymianę wiadomości, bo to były czasy, kiedy Farrah za chętna na rozmowy z nim nie była - o tym, że lepiej wynająć posiadłość, bo to dobra inwestycja, a kto wie, czy za jakiś czas któreś z nich nie będzie chciało tam wrócić.
On już na ten moment wiedział, że nie będzie chciał. Nie sam, nie bez niej. Mimo całej - i to naprawdę wielkiej - sympatii do tych ścian, do wystroju wnętrz, do wszelkich udogodnień, które oferowała willa na obrzeżach San Diego. Gdyby miał do niej wrócić sam, to już nie byłoby to samo.
– Myślę, że wiem, kto chciałby mnie znaleźć – potwierdził spokojnie, lecz uważne oko mogłoby dostrzec ten krótki grymas niezadowolenia, który przemknął przez męską twarz, nim spojrzenie zostało skierowane gdzieś w bok.
– Nie wspominałem, że nie wszyscy byli na miejscu i nie wszystkich udało się zatrzymać? – Był niemalże przekonany, że podczas remontu ten wątek został poruszony, ale może się pomylił i pamięć zaczęła płatać mu figla.
Farrah Blackwood
em.
– Jacyś bandyci napadli na naszych lokatorów, szukając ciebie. Może dla ciebie to codzienność, ale ja, owszem, czuję się zaniepokojona – mruknęła w odpowiedzi, której ton jednoznacznie sugerował pełne prawo do odczuwania takich właśnie emocji. Farrah szybko jednak uświadomiła sobie, że Sawyer wcale nie musiał tego rozumieć. Na koniec dnia z ich dwojga to on przyzwyczajony był do tego typu atrakcji, nie mając pojęcia, jak to było znaleźć się po drugiej stronie, kiedy każda kolejna minuta wiązała się z niepewnością dotyczącą tego, czy akurat dziś wróci do domu cały i zdrowy. Ona teoretycznie powinna być do tego stanu przyzwyczajona, ale miesiące rozłąki wcale nie sprawiły, że pogodzenie się z pewnymi faktami było łatwiejsze. Nigdy nie mogłaby pogodzić się z tym, jak wiele ryzykował. I że obecnie owe ryzyko odbijało się nie tylko na nich i ich rodzinie, ale również na ludziach, którzy nigdy nie powinni mieć z tym nic wspólnego. – Dom nadal jest nasz. Wspólny. – Położony na ostatnie słowo nacisk był celowy i miał mężczyźnie uświadomić, że nie zamierzała się wycofać, nawet jeżeli nieco przerażała ją perspektywa tego, co mogli zastać na miejscu i - przede wszystkim - w jakich nastrojach wciąż pozostawali Cindy oraz Sam. Nie istniały bowiem absolutnie żadne powody, dla których mieliby spokojnie podejść do tej sprawy i Farrah była tego boleśnie świadoma.
Tak samo bolesna dość niespodziewanie okazała się wystosowana przez Sawyera sugestia, którą Farrah w pierwszej chwili zdawała się skrupulatnie zignorować. Przynajmniej pozornie, wszak w rzeczywistości starała się na szybko przeanalizować wszelkie za i przeciw takiej możliwości.
– Sprzedali dom – powtórzyła po krótkiej (w jej opinii, w rzeczywistości to mogło być kilka(naście) długich sekund, których nie liczyła) pauzie, spoglądając na Sawyera ze szczerym powątpiewaniem. Musiała przyznać, że w obecnych okolicznościach była to myśl co najmniej rozsądna, szczególnie że obecnie wynajmowany budynek nie był już dla nich domem, a raczej problematycznym elementem, przez który musieli pofatygować się aż na drugi koniec kraju. – Tak. Może faktycznie powinniśmy – przytaknęła bez większego przekonania, nie wiedząc, dlaczego właściwie na sercu tak nagle zrobiło się jej niezwykle ciężko. Chodziło przecież tylko o kilka ścian, kawałek trawnika i basen w ogródku. Wszystko inne, co tworzyło to miejsce i sprawiało, że nazywali je domem, już nie istniało, a więc nieustanne posiadanie posiadłości brzmiało jak kiepski sposób na trzymanie się tego, co już dawno się zakończyło, a do czego nie planowali wracać. – Porozmawiamy o tym po spotkaniu z Cindy i Samem – zaproponowała, uznając, że nie będzie to ani przyjemny, ani tym bardziej długi dialog, toteż czas odliczany do samolotu powrotnego Farrah do Nowego Orleanu równie dobrze mogliby poświęcić na zajęcie się tą sprawą.
– Więc kto to taki? Kogo nie udało się zatrzymać? – Wielokrotnie przeprowadzali tego typu rozmowę. Również tym razem Farrah nie spodziewała się usłyszeć niczego innego jak lakoniczne wiesz, że nie mogę o tym rozmawiać, ale w obecnej sytuacji uważała, że tym bardziej miała prawo wiedzieć. Nie tylko dla jego, ale i własnego bezpieczeństwa.
Sawyer Voight
Tak samo bolesna dość niespodziewanie okazała się wystosowana przez Sawyera sugestia, którą Farrah w pierwszej chwili zdawała się skrupulatnie zignorować. Przynajmniej pozornie, wszak w rzeczywistości starała się na szybko przeanalizować wszelkie za i przeciw takiej możliwości.
– Sprzedali dom – powtórzyła po krótkiej (w jej opinii, w rzeczywistości to mogło być kilka(naście) długich sekund, których nie liczyła) pauzie, spoglądając na Sawyera ze szczerym powątpiewaniem. Musiała przyznać, że w obecnych okolicznościach była to myśl co najmniej rozsądna, szczególnie że obecnie wynajmowany budynek nie był już dla nich domem, a raczej problematycznym elementem, przez który musieli pofatygować się aż na drugi koniec kraju. – Tak. Może faktycznie powinniśmy – przytaknęła bez większego przekonania, nie wiedząc, dlaczego właściwie na sercu tak nagle zrobiło się jej niezwykle ciężko. Chodziło przecież tylko o kilka ścian, kawałek trawnika i basen w ogródku. Wszystko inne, co tworzyło to miejsce i sprawiało, że nazywali je domem, już nie istniało, a więc nieustanne posiadanie posiadłości brzmiało jak kiepski sposób na trzymanie się tego, co już dawno się zakończyło, a do czego nie planowali wracać. – Porozmawiamy o tym po spotkaniu z Cindy i Samem – zaproponowała, uznając, że nie będzie to ani przyjemny, ani tym bardziej długi dialog, toteż czas odliczany do samolotu powrotnego Farrah do Nowego Orleanu równie dobrze mogliby poświęcić na zajęcie się tą sprawą.
– Więc kto to taki? Kogo nie udało się zatrzymać? – Wielokrotnie przeprowadzali tego typu rozmowę. Również tym razem Farrah nie spodziewała się usłyszeć niczego innego jak lakoniczne wiesz, że nie mogę o tym rozmawiać, ale w obecnej sytuacji uważała, że tym bardziej miała prawo wiedzieć. Nie tylko dla jego, ale i własnego bezpieczeństwa.
Sawyer Voight
Maybe the problem is ego, maybe the problem is mine. Really, I'm fine. I will just tell you I'm better. Spit out my medicine, drunk on adrenaline.
Whispers of life
m.
Westchnął i spojrzał w bok, nie chcąc powiedzieć czegoś, co mogłoby tylko zaognić spór i sprawić, że atmosfera zrobi się nieprzyjemna. Początkowo nie było ku temu przesłanek - a przynajmniej Sawyer starał się o tym nie myśleć - aczkolwiek na zdrowy rozsądek sytuacja bynajmniej nie należała do normalnych, a Blackwood mogła o wszystko obwiniać właśnie jego. W końcu to praca ciemnowłosego zazwyczaj wprowadzała zamęt i nieprzyjemności do ich małżeństwa, nie powinien być zdziwiony, że powodowała podobne emocje i po tym, jak je zakończyli.
– Nie jest to dla mnie codziennością – odpowiedział stanowczo po dłuższej chwili, jednak ton jego głosu nie był ani opryskliwy, ani nieprzyjemny. Starał się mówić z opanowaniem, kładąc nacisk na ostatnie wypowiedziane słowo, przy okazji przekierowując ponownie spojrzenie na byłą żonę.
– Nikt nie napadł mnie nigdy po pracy, w sytuacji, gdzie niczego się nie spodziewałem – dodał, dodając lekkie wzruszenie ramion. I nawet jeżeli było lekkie, to poruszenie barkiem wywołało nagły impuls bólu, a Voight zacisnął zęby, aby zamaskować ten fakt. Owszem, można było teraz powiedzieć, że gdyby był tak na wszystko przygotowany, to i nie wydarzyłby się ów incydent, po którym wciąż wracał do siebie, lecz w tym przypadku - i kiedy mowa o pracy - to nie miał takiego nastawienia, że czegoś się nie spodziewał. Wtedy wręcz zakładał, że wcielony mógł zostać w życie każdy scenariusz, który tylko przyszedł mu do głowy, a nawet takie, jakich nie wymyśliłby.
– W porządku – odparł i kiwnął głową – tak jak już wspomniałaś - przed nami długi lot, będzie na to czas. – Pokiwał głową raz jeszcze i wbił spojrzenie w leżącą na lotniskowym krześle torbę. Czuł to, jak atmosfera uległa zmianie i początkowy luz, który próbował przemycić w pierwszych sekundach i minutach spotkania, nagle rozpłynął się. Nie pomagało temu to, że powrócili do tematu, którego nie lubił; zarówno jako człowiek, który został poszkodowany, ale też jako agent, który mimo starań nie spowodował, że zapłacić za swoje uczynki każdy, kto powinien.
– Jorge był wtedy w innym mieście, pojechali z Carlosem dopiąć interesy. Nadal ich nie znaleźli, zapadli się pod ziemię – poinformował i skrzywił się lekko, wszak to ten drugi - z tej konkretnej dwójki - mógł chcieć się skonfrontować z Voightem, wszak mogło się wydawać (a przynajmniej ciągle próbował tak grać), że byli dobrymi kumplami. No i może faktycznie w innej rzeczywistości, takiej, w której trzydziestoparolatek nie handlowałby ludźmi i nie szukał nowych kontaktów w związku ze sprzedażą narkotyków, to by się dogadali. Aktualnie? Nie było to realne.
– I jest jeszcze Isabela – wspomniał, skrobiąc się po karku. – Javier siedzi, więc może chcieć się zemścić, albo podziękować. Nie jestem pewien. – Uniósł kącik ust, bo pewnie mówił Farrah, że siostra Carlosa, Isabela, bardzo młodo wyszła za starszego od siebie o dwanaście lat mężczyznę i nie układało im się za bardzo. Niby go kochała, ale Sawyer wątpił, że to małżeństwo było szczęśliwe. Dodatkowo uważał, że na dobre jej to wyjdzie; była dobrą dziewczyną, która dorastała w złej rodzinie i poślubiła jeszcze gorszego gościa.
– Z tym że nie mam też pewności, że oni wiedzą, że nie byłem po ich stronie. Ostatnie, co widzieli to to, że razem z innymi zostałem zatrzymany – doprecyzował, wszak było to ważne. Ten scenariusz był ciągle ten sam: co by się nie stało i jak akcja nie skończyła, Voight miał być przetransportowany tak jak inni przestępcy, aby nie wyszło, że tak naprawdę był zawodnikiem innej drużyny.
Farrah Blackwood
– Nie jest to dla mnie codziennością – odpowiedział stanowczo po dłuższej chwili, jednak ton jego głosu nie był ani opryskliwy, ani nieprzyjemny. Starał się mówić z opanowaniem, kładąc nacisk na ostatnie wypowiedziane słowo, przy okazji przekierowując ponownie spojrzenie na byłą żonę.
– Nikt nie napadł mnie nigdy po pracy, w sytuacji, gdzie niczego się nie spodziewałem – dodał, dodając lekkie wzruszenie ramion. I nawet jeżeli było lekkie, to poruszenie barkiem wywołało nagły impuls bólu, a Voight zacisnął zęby, aby zamaskować ten fakt. Owszem, można było teraz powiedzieć, że gdyby był tak na wszystko przygotowany, to i nie wydarzyłby się ów incydent, po którym wciąż wracał do siebie, lecz w tym przypadku - i kiedy mowa o pracy - to nie miał takiego nastawienia, że czegoś się nie spodziewał. Wtedy wręcz zakładał, że wcielony mógł zostać w życie każdy scenariusz, który tylko przyszedł mu do głowy, a nawet takie, jakich nie wymyśliłby.
– W porządku – odparł i kiwnął głową – tak jak już wspomniałaś - przed nami długi lot, będzie na to czas. – Pokiwał głową raz jeszcze i wbił spojrzenie w leżącą na lotniskowym krześle torbę. Czuł to, jak atmosfera uległa zmianie i początkowy luz, który próbował przemycić w pierwszych sekundach i minutach spotkania, nagle rozpłynął się. Nie pomagało temu to, że powrócili do tematu, którego nie lubił; zarówno jako człowiek, który został poszkodowany, ale też jako agent, który mimo starań nie spowodował, że zapłacić za swoje uczynki każdy, kto powinien.
– Jorge był wtedy w innym mieście, pojechali z Carlosem dopiąć interesy. Nadal ich nie znaleźli, zapadli się pod ziemię – poinformował i skrzywił się lekko, wszak to ten drugi - z tej konkretnej dwójki - mógł chcieć się skonfrontować z Voightem, wszak mogło się wydawać (a przynajmniej ciągle próbował tak grać), że byli dobrymi kumplami. No i może faktycznie w innej rzeczywistości, takiej, w której trzydziestoparolatek nie handlowałby ludźmi i nie szukał nowych kontaktów w związku ze sprzedażą narkotyków, to by się dogadali. Aktualnie? Nie było to realne.
– I jest jeszcze Isabela – wspomniał, skrobiąc się po karku. – Javier siedzi, więc może chcieć się zemścić, albo podziękować. Nie jestem pewien. – Uniósł kącik ust, bo pewnie mówił Farrah, że siostra Carlosa, Isabela, bardzo młodo wyszła za starszego od siebie o dwanaście lat mężczyznę i nie układało im się za bardzo. Niby go kochała, ale Sawyer wątpił, że to małżeństwo było szczęśliwe. Dodatkowo uważał, że na dobre jej to wyjdzie; była dobrą dziewczyną, która dorastała w złej rodzinie i poślubiła jeszcze gorszego gościa.
– Z tym że nie mam też pewności, że oni wiedzą, że nie byłem po ich stronie. Ostatnie, co widzieli to to, że razem z innymi zostałem zatrzymany – doprecyzował, wszak było to ważne. Ten scenariusz był ciągle ten sam: co by się nie stało i jak akcja nie skończyła, Voight miał być przetransportowany tak jak inni przestępcy, aby nie wyszło, że tak naprawdę był zawodnikiem innej drużyny.
Farrah Blackwood
em.
Uniesiona brew była niewypowiedzianym na głos pytaniem odnoszącym się do męskiej postawy, zadanym w tonie szczerej niepewności co do tego, czy aby na pewno mówił poważnie. Choć samej zdarzało się jej łapać byłego męża za słówka (najczęściej w celu przeforsowania jakiegoś pomysłu pokroju nowej kanapy w salonie czy remontu łazienki, wszak pomimo upływających lat i licznych pobytów w hotelach wciąż szanowała wyższość wanny nad kabiną prysznicową), to jednak nigdy nie szarżowałaby w ten sposób ich bezpieczeństwem czy samopoczuciem w sytuacji większego zagrożenia. Wierzyła, że on również nie zrobił tego celowo.
– Dobrze wiesz, że nie o to chodziło – mruknęła w odpowiedzi, szczerze wierząc, że naprawdę wiedział. Musiał wiedzieć, że wcale nie odwoływała się w swoim wyrzucie do tej konkretnej sytuacji, a jedynie świadomości, że niebezpieczeństwo czyhało na niego na każdym kroku, toteż w teorii mógł czuć się na takowe przygotowany, może nawet posiadał obmyślony plan co do ewentualnej reakcji. Ona tego nie umiała. Nigdy nie musiała się tego nauczyć. I nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek będzie do tego zmuszona, a co za tym szło - nie chciała tej umiejętności nabyć.
Krzyżując ramiona na wysokości klatki piersiowej, przysłuchiwała się uważnie przekazywanym przez Sawyera informacjom, tak naprawdę nie wiedząc, która budziła w niej większe uczucie niepewności i który scenariusz mógłby okazać się dla nich bardziej łaskawy.
– Myślisz, że się czegoś domyślali? – Że grał do przeciwnej bramki, stojąc po przeciwnej, dobrej stronie barykady. Szczerze wątpiła, że zasygnalizowałby cokolwiek swoim zachowaniem czy wypowiedziami, ale jednocześnie brała pod uwagę każdy scenariusz. Musiała, bo przecież kiedy wychodził z domu, nigdy nie miała pewności, czy mógłby do niego wrócić. – To byłaby dość specyficzna forma podziękowań, nie uważasz? – Nieznaczne wzruszenie ramionami miało być jednoznacznym sygnałem, że tej akurat możliwości nie rozważałaby w obecnej sytuacji, ale jednocześnie i znakiem, że nie czuła się w tej tematyce na tyle pewnie, by wydawać jakiekolwiek wyroki. Ponieważ jednak napad na Cindy i Sama - nawet jeżeli byli tylko przypadkowymi ofiarami - brzmiał jak swego rodzaju ostrzeżenie, Farrah podawała w wątpliwość to, że dawni znajomi chcieli się tak po prostu przywitać.
– Ktoś mógł zasugerować, że na przykład... zacząłeś sypać? – dodała, choć wcale nie była pewna, czy snucie kolejnych teorii miało jakikolwiek sens. Mogło przynieść więcej szkody niż pożytku, gdyby okazało się, że tylko niepotrzebnie się nakręcali. Lub że raczej nakręcała się ona. Jakiekolwiek bowiem nie byłyby okoliczności ich rozstania, jak ogromną antypatią nie darzyłaby wykonywanego przez byłego męża zawodu, to jednak na koniec dnia nadal martwiła się o niego tak samo mocno. I doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ta jedna rzecz nie mogłaby się kiedykolwiek zmienić. Była skazana na wieczną obawę. – Nie wydarzyło się ostatnio nic... niepokojącego? – dopytała, mając na myśli oczywiście moment jego powrotu do Nowego Orleanu oraz ostatnie tygodnie, które mogły obfitować w różne, na pierwszy rzut oka niepozorne sytuacje, do których nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi, skoro działo się tak wiele chociażby w kontekście pogodowych zawirowań na południu kraju.
Farrah nie sądziła, że tak szybko po powrocie w te strony mogłaby myśleć o ponownej wizycie w słonecznej Kalifornii, dlatego przez cały lot towarzyszyła jej melancholia przeplatająca się z ekscytacją, pośród których nie zabrakło miejsca dla domieszki tęsknoty. Nie była tylko pewna, czy za San Diego, czy może jednak za życiem, które tutaj mieli. Oni, razem.
– Jedźmy bezpośrednio do domu – zasugerowała, zakładając (słusznie zresztą), że Cindy i Sam na pewno zdążyli przewieźć najważniejsze rzeczy, dzięki czemu odpoczynek po podróży właśnie tam nie mógł być aż nadto utrudniony.
Sawyer Voight
– Dobrze wiesz, że nie o to chodziło – mruknęła w odpowiedzi, szczerze wierząc, że naprawdę wiedział. Musiał wiedzieć, że wcale nie odwoływała się w swoim wyrzucie do tej konkretnej sytuacji, a jedynie świadomości, że niebezpieczeństwo czyhało na niego na każdym kroku, toteż w teorii mógł czuć się na takowe przygotowany, może nawet posiadał obmyślony plan co do ewentualnej reakcji. Ona tego nie umiała. Nigdy nie musiała się tego nauczyć. I nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek będzie do tego zmuszona, a co za tym szło - nie chciała tej umiejętności nabyć.
Krzyżując ramiona na wysokości klatki piersiowej, przysłuchiwała się uważnie przekazywanym przez Sawyera informacjom, tak naprawdę nie wiedząc, która budziła w niej większe uczucie niepewności i który scenariusz mógłby okazać się dla nich bardziej łaskawy.
– Myślisz, że się czegoś domyślali? – Że grał do przeciwnej bramki, stojąc po przeciwnej, dobrej stronie barykady. Szczerze wątpiła, że zasygnalizowałby cokolwiek swoim zachowaniem czy wypowiedziami, ale jednocześnie brała pod uwagę każdy scenariusz. Musiała, bo przecież kiedy wychodził z domu, nigdy nie miała pewności, czy mógłby do niego wrócić. – To byłaby dość specyficzna forma podziękowań, nie uważasz? – Nieznaczne wzruszenie ramionami miało być jednoznacznym sygnałem, że tej akurat możliwości nie rozważałaby w obecnej sytuacji, ale jednocześnie i znakiem, że nie czuła się w tej tematyce na tyle pewnie, by wydawać jakiekolwiek wyroki. Ponieważ jednak napad na Cindy i Sama - nawet jeżeli byli tylko przypadkowymi ofiarami - brzmiał jak swego rodzaju ostrzeżenie, Farrah podawała w wątpliwość to, że dawni znajomi chcieli się tak po prostu przywitać.
– Ktoś mógł zasugerować, że na przykład... zacząłeś sypać? – dodała, choć wcale nie była pewna, czy snucie kolejnych teorii miało jakikolwiek sens. Mogło przynieść więcej szkody niż pożytku, gdyby okazało się, że tylko niepotrzebnie się nakręcali. Lub że raczej nakręcała się ona. Jakiekolwiek bowiem nie byłyby okoliczności ich rozstania, jak ogromną antypatią nie darzyłaby wykonywanego przez byłego męża zawodu, to jednak na koniec dnia nadal martwiła się o niego tak samo mocno. I doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ta jedna rzecz nie mogłaby się kiedykolwiek zmienić. Była skazana na wieczną obawę. – Nie wydarzyło się ostatnio nic... niepokojącego? – dopytała, mając na myśli oczywiście moment jego powrotu do Nowego Orleanu oraz ostatnie tygodnie, które mogły obfitować w różne, na pierwszy rzut oka niepozorne sytuacje, do których nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi, skoro działo się tak wiele chociażby w kontekście pogodowych zawirowań na południu kraju.
Farrah nie sądziła, że tak szybko po powrocie w te strony mogłaby myśleć o ponownej wizycie w słonecznej Kalifornii, dlatego przez cały lot towarzyszyła jej melancholia przeplatająca się z ekscytacją, pośród których nie zabrakło miejsca dla domieszki tęsknoty. Nie była tylko pewna, czy za San Diego, czy może jednak za życiem, które tutaj mieli. Oni, razem.
– Jedźmy bezpośrednio do domu – zasugerowała, zakładając (słusznie zresztą), że Cindy i Sam na pewno zdążyli przewieźć najważniejsze rzeczy, dzięki czemu odpoczynek po podróży właśnie tam nie mógł być aż nadto utrudniony.
Sawyer Voight
Maybe the problem is ego, maybe the problem is mine. Really, I'm fine. I will just tell you I'm better. Spit out my medicine, drunk on adrenaline.
Whispers of life
m.
Sawyer uśmiechnął się lekko, ale uśmiech nie dotarł do jego oczu. Spojrzał na Farrah przez chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, ale potem odwrócił wzrok i spojrzał w dal, gdzieś w stronę tablicy informującej o odlotach, aby upewnić się, że ich lot ma odbywać się planowo. Wielkim niefartem bowiem byłoby to, gdyby okazał się opóźniony, a oni musieli kolejną godzinę czy dwie spędzić na lotnisku.
– Wiem – odpowiedział krótko, nie kontynuując tematu. Nie chciał, aby jego praca, jego problemy, raz jeszcze zdominowały ich rozmowy, w końcu - miał takie wrażenie - że większość problemów, które mieli podczas małżeństwa, były powodowane właśnie jego pracą. I żeby nie było: Voight doceniał to, że Blackwood pytała, że się interesowała, aczkolwiek nadal nie dała mu odpowiedzi na najważniejsze dla niego pytanie. Na tę zagwozdkę, która towarzyszyła mu prawie od roku, nadal stanowiącą nurtującą ciemnowłosego tajemnicę. Z drugiej jednak strony nie chciał ponownie wychodzić z inicjatywą rozmowy; uznał, że nie powinien rozgrzebywać przeszłości, skoro Farrah z jakiegoś (tylko jej) znanego powodu tego nie chciała. Może clue do rozwiązania tej zagadki była cierpliwość i czekanie. Może. Nie wiedział i tego.
– Wtedy? – zapytał, odnajdując spojrzeniem wzrok byłej żony. – Może na początku byli nieufni, ale sama wiesz, że byłem pośród nich długo. – Rok? Mniej więcej tyle. Potrzebował czasu, by zdobyć zaufanie, ale też przecież nie przebywał w Meksyku cały czas; miał poza tym inne obowiązki w pracy, inne sprawy, miał r o d z i n ę. Farrah była rodziną, którą zaniedbał. Wiedział to - oczywiście dotknęło to agenta FBI po fakcie, po tym, jak otrzymał dokumenty dotyczące rozwodu.
– Później nie. Traktowali mnie jak swojego – powiedział, a jeśli ciemnowłosa patrzyła uważnie, mogła dostrzec to, że na twarzy mężczyzny pojawił się lekki zgrzyt i kąciki ust nadały jego twarzy nieco posępnego wyrazu. Wiedział, na czym polegała jego praca, co powinien i dlaczego tam był, co nie oznaczało, że uważał, że nikogo z poznanych tam ludzi nie mógłby polubić. Oczywiście - raz jeszcze - gdyby nie mieli na swoim sumieniu wielu naprawdę złych uczynków.
– Och, sądzę, że nie miałaby z podziękowaniami wielkich trudności – mruknął tym razem z rozbawieniem – Isabela sprawiała wrażenie takiej, której nie bardzo zależało na wierności. Teraz, kiedy jej mąż czeka na wyrok, myślę, że miałaby jeszcze mniejszy problem, aby złamać przysięgę. – Zaśmiał się i pokręcił głową, jednakże rozumiejąc, że jego słowa mogły być przez byłą żonę źle zrozumiane, prędko uniósł dłonie w geście kapitulacji i spoważniał.
– Mimo że nie mogłem mieć obrączki, to nic między nami nigdy się nie wydarzyło – poinformował, mówiąc całkowicie szczerze. To, że nie nosił na palcu charakterystycznego krążka, miało chronić ją; w końcu inni, gdyby go przejrzeli, szukaliby słabego punktu, a zwykle (i w tym przypadku również) są nim najbliższe osoby.
Lot minął szybko, a Voight przez większość czasu słuchał muzyki, albo ściągniętego wcześniej ebooka. Po opuszczeniu lotniska wrócił jeszcze do tematu, jaki zaczęli w Nowym Orleanie.
– W Luizjanie nie wydarzyło się nic niepokojącego i miejmy nadzieję, że nie wydarzy i tu – rzucił, kierując się do wypożyczalni samochodów nieopodal lotniska. – Ale skoro zostaję tu na weekend, spróbuję trochę wybadać sytuację – dopowiedział, w międzyczasie dając dowód tożsamości mężczyźnie, a z innym konsultując to, jaki samochód chciałby wypożyczyć. Całość trwała bardzo szybko i sprawnie, pewnie dzięki temu, że Voight już był klientem ów miejsca i jego dane były zapisane.
– Zrobię to dyskretnie. Nie martw się. – O ile zamierzała czuć niepokój. Posłał Blackwood lekki uśmiech, w następstwie kierując się do szarej Toyoty RAV4 z przyjemnie przyciemnionymi szybami.
– Myślisz, że wciąż w nim są, czy już zdążyli się gdzieś przenieść dla swojego bezpieczeństwa? – zapytał, kiedy już wsiedli, zapięli pasy i ruszyli pod dobrze znany adres.
Farrah Blackwood
– Wiem – odpowiedział krótko, nie kontynuując tematu. Nie chciał, aby jego praca, jego problemy, raz jeszcze zdominowały ich rozmowy, w końcu - miał takie wrażenie - że większość problemów, które mieli podczas małżeństwa, były powodowane właśnie jego pracą. I żeby nie było: Voight doceniał to, że Blackwood pytała, że się interesowała, aczkolwiek nadal nie dała mu odpowiedzi na najważniejsze dla niego pytanie. Na tę zagwozdkę, która towarzyszyła mu prawie od roku, nadal stanowiącą nurtującą ciemnowłosego tajemnicę. Z drugiej jednak strony nie chciał ponownie wychodzić z inicjatywą rozmowy; uznał, że nie powinien rozgrzebywać przeszłości, skoro Farrah z jakiegoś (tylko jej) znanego powodu tego nie chciała. Może clue do rozwiązania tej zagadki była cierpliwość i czekanie. Może. Nie wiedział i tego.
– Wtedy? – zapytał, odnajdując spojrzeniem wzrok byłej żony. – Może na początku byli nieufni, ale sama wiesz, że byłem pośród nich długo. – Rok? Mniej więcej tyle. Potrzebował czasu, by zdobyć zaufanie, ale też przecież nie przebywał w Meksyku cały czas; miał poza tym inne obowiązki w pracy, inne sprawy, miał r o d z i n ę. Farrah była rodziną, którą zaniedbał. Wiedział to - oczywiście dotknęło to agenta FBI po fakcie, po tym, jak otrzymał dokumenty dotyczące rozwodu.
– Później nie. Traktowali mnie jak swojego – powiedział, a jeśli ciemnowłosa patrzyła uważnie, mogła dostrzec to, że na twarzy mężczyzny pojawił się lekki zgrzyt i kąciki ust nadały jego twarzy nieco posępnego wyrazu. Wiedział, na czym polegała jego praca, co powinien i dlaczego tam był, co nie oznaczało, że uważał, że nikogo z poznanych tam ludzi nie mógłby polubić. Oczywiście - raz jeszcze - gdyby nie mieli na swoim sumieniu wielu naprawdę złych uczynków.
– Och, sądzę, że nie miałaby z podziękowaniami wielkich trudności – mruknął tym razem z rozbawieniem – Isabela sprawiała wrażenie takiej, której nie bardzo zależało na wierności. Teraz, kiedy jej mąż czeka na wyrok, myślę, że miałaby jeszcze mniejszy problem, aby złamać przysięgę. – Zaśmiał się i pokręcił głową, jednakże rozumiejąc, że jego słowa mogły być przez byłą żonę źle zrozumiane, prędko uniósł dłonie w geście kapitulacji i spoważniał.
– Mimo że nie mogłem mieć obrączki, to nic między nami nigdy się nie wydarzyło – poinformował, mówiąc całkowicie szczerze. To, że nie nosił na palcu charakterystycznego krążka, miało chronić ją; w końcu inni, gdyby go przejrzeli, szukaliby słabego punktu, a zwykle (i w tym przypadku również) są nim najbliższe osoby.
Lot minął szybko, a Voight przez większość czasu słuchał muzyki, albo ściągniętego wcześniej ebooka. Po opuszczeniu lotniska wrócił jeszcze do tematu, jaki zaczęli w Nowym Orleanie.
– W Luizjanie nie wydarzyło się nic niepokojącego i miejmy nadzieję, że nie wydarzy i tu – rzucił, kierując się do wypożyczalni samochodów nieopodal lotniska. – Ale skoro zostaję tu na weekend, spróbuję trochę wybadać sytuację – dopowiedział, w międzyczasie dając dowód tożsamości mężczyźnie, a z innym konsultując to, jaki samochód chciałby wypożyczyć. Całość trwała bardzo szybko i sprawnie, pewnie dzięki temu, że Voight już był klientem ów miejsca i jego dane były zapisane.
– Zrobię to dyskretnie. Nie martw się. – O ile zamierzała czuć niepokój. Posłał Blackwood lekki uśmiech, w następstwie kierując się do szarej Toyoty RAV4 z przyjemnie przyciemnionymi szybami.
– Myślisz, że wciąż w nim są, czy już zdążyli się gdzieś przenieść dla swojego bezpieczeństwa? – zapytał, kiedy już wsiedli, zapięli pasy i ruszyli pod dobrze znany adres.
Farrah Blackwood
em.
Przyglądała mu się przez chwilę. Prawdopodobnie dłuższą, niż planowała, podczas gdy na jej własnej twarzy malowało się coś na wzór nieustannie toczonej, wewnętrznej walki. I tak właśnie było. Dylemat dotyczący ich wspólnej przyszłości, związku czy chociażby podzielenia się powodami chęci jego definitywnego zakończenia towarzyszył jej po dziś dzień. Nie tylko w chwilach, kiedy miała z Sawyerem bezpośrednio do czynienia podczas spotkania w cztery oczy, ale również w momentach - lub może przede wszystkim wtedy - gdy była zupełnie sama i miała zdecydowanie zbyt dużo czasu na przemyślenia, które i tak jeszcze nigdy nie doprowadziły jej do żadnych konkretnych wniosków. Pewnym było jednak, że pomimo stania po zwycięskiej, lepszej pozycji, również ona gdybała nad różnymi kwestiami, a pewne sprawy nie dawały jej spokoju. Może to po prostu była karma.
– Wiem. – Tym razem to ona przytaknęła, nie kryjąc dezaprobaty związanej z tym akurat wspomnieniem. – Czasami zastanawiałam się, czy w ogóle wrócisz – przyznała po krótkiej pauzie, spoglądając na Sawyera kątem oka. Choć jej wypowiedź utrzymana była w tonie żartobliwej zaczepki, to jednak faktem było, że jego przedłużająca się do kilku miesięcy nieobecność dawała się jej we znaki, a wykonywany przez niego zawód zaczynał ją coraz bardziej irytować. – Brałam pod uwagę, że spodobało ci się po drugiej stronie mocy – dodała zaraz potem, tym razem posyłając byłemu mężowi nieco bardziej zaczepny uśmiech, aby przypadkiem nie odebrał tego jako kolejnego wyrzutu czy jakiejkolwiek sugestii. To był żart. Po prostu. Jeden z niewielu, na jaki pozwoliła sobie podczas ich ostatnich spotkań.
Sawyer jednak mniej lub bardziej świadomie i z ogromną, charakterystyczną dla siebie precyzją sprawił, że mina nieco jej zrzedła. I nawet nie umiała tego ukryć.
– Mhm – odburknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, z trudem powstrzymując się przed nieco bardziej zjadliwym komentarzem, do którego w gruncie rzeczy nawet nie miała prawa, a którym podzielenie się z Sawyerem mogło mieć różne, niekoniecznie miłe skutki. Kim bowiem obecnie była, aby robić sceny zazdrości? – Co nie zmienia faktu, że ona chciała, aby się wydarzyło? – dopytała, a krótkie pokręcenie głową miało dać mężczyźnie do zrozumienia, że wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Znała ją. I bardzo się jej takowa nie podobała, ale raz jeszcze - w porę ugryzła się w język. Myśl o nim z inną kobietą była bolesna, nawet jeżeli ich małżeństwo borykało się również z problemem niewierności. Zażegnanie tego kryzysu przyszło im z ogromnym trudem i Farrah sądziła, że skoro przetrwali tę konkretną burzę, mogliby przetrwać każdą inną. Nie sądziła, że ta najpoważniejsza mogłaby mieć swoje źródło w tworzonej przez nich rodzinie.
– Zawsze się martwię – przypomniała mu, a kąciki jej warg uniosły się w nieznacznym uśmiechu. Użyty w tej wypowiedzi czas był niezwykle istotny, wszak pomimo obecnego stanu ich związku - lub raczej jego braku - ta jedna rzecz nie uległa zmianie. Farrah wciąż odczuwała niepokój, ilekroć demony przeszłości czy powiązane z prowadzonymi przez niego sprawami osoby dawały o sobie znać. – Ja na ich miejscu od razu szukałabym nowego lokum. Albo zamieszkała w hotelu. Byle nie przebywać w tym domu – odparła, zajmując miejsce po stronie pasażera. – Dam im znać, że już wylądowaliśmy – poinformowała jeszcze, sięgając do torebki, na której dnie próbowała odnaleźć telefon, aby wysłać do Cindy odpowiednio brzmiącą wiadomość, po drodze wykładając zawartość torby na deskę rozdzielczą.
Sawyer Voight
– Wiem. – Tym razem to ona przytaknęła, nie kryjąc dezaprobaty związanej z tym akurat wspomnieniem. – Czasami zastanawiałam się, czy w ogóle wrócisz – przyznała po krótkiej pauzie, spoglądając na Sawyera kątem oka. Choć jej wypowiedź utrzymana była w tonie żartobliwej zaczepki, to jednak faktem było, że jego przedłużająca się do kilku miesięcy nieobecność dawała się jej we znaki, a wykonywany przez niego zawód zaczynał ją coraz bardziej irytować. – Brałam pod uwagę, że spodobało ci się po drugiej stronie mocy – dodała zaraz potem, tym razem posyłając byłemu mężowi nieco bardziej zaczepny uśmiech, aby przypadkiem nie odebrał tego jako kolejnego wyrzutu czy jakiejkolwiek sugestii. To był żart. Po prostu. Jeden z niewielu, na jaki pozwoliła sobie podczas ich ostatnich spotkań.
Sawyer jednak mniej lub bardziej świadomie i z ogromną, charakterystyczną dla siebie precyzją sprawił, że mina nieco jej zrzedła. I nawet nie umiała tego ukryć.
– Mhm – odburknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, z trudem powstrzymując się przed nieco bardziej zjadliwym komentarzem, do którego w gruncie rzeczy nawet nie miała prawa, a którym podzielenie się z Sawyerem mogło mieć różne, niekoniecznie miłe skutki. Kim bowiem obecnie była, aby robić sceny zazdrości? – Co nie zmienia faktu, że ona chciała, aby się wydarzyło? – dopytała, a krótkie pokręcenie głową miało dać mężczyźnie do zrozumienia, że wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Znała ją. I bardzo się jej takowa nie podobała, ale raz jeszcze - w porę ugryzła się w język. Myśl o nim z inną kobietą była bolesna, nawet jeżeli ich małżeństwo borykało się również z problemem niewierności. Zażegnanie tego kryzysu przyszło im z ogromnym trudem i Farrah sądziła, że skoro przetrwali tę konkretną burzę, mogliby przetrwać każdą inną. Nie sądziła, że ta najpoważniejsza mogłaby mieć swoje źródło w tworzonej przez nich rodzinie.
– Zawsze się martwię – przypomniała mu, a kąciki jej warg uniosły się w nieznacznym uśmiechu. Użyty w tej wypowiedzi czas był niezwykle istotny, wszak pomimo obecnego stanu ich związku - lub raczej jego braku - ta jedna rzecz nie uległa zmianie. Farrah wciąż odczuwała niepokój, ilekroć demony przeszłości czy powiązane z prowadzonymi przez niego sprawami osoby dawały o sobie znać. – Ja na ich miejscu od razu szukałabym nowego lokum. Albo zamieszkała w hotelu. Byle nie przebywać w tym domu – odparła, zajmując miejsce po stronie pasażera. – Dam im znać, że już wylądowaliśmy – poinformowała jeszcze, sięgając do torebki, na której dnie próbowała odnaleźć telefon, aby wysłać do Cindy odpowiednio brzmiącą wiadomość, po drodze wykładając zawartość torby na deskę rozdzielczą.
Sawyer Voight
Maybe the problem is ego, maybe the problem is mine. Really, I'm fine. I will just tell you I'm better. Spit out my medicine, drunk on adrenaline.
Whispers of life
m.
Spojrzał na nią przez chwilę, nie do końca wiedząc, co myśleć o tej mieszance nieco złośliwego, zuchwałego uśmiechu i lekkiego niepokoju, który wyłapał w jej oczach. Znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że Farrah właśnie starała się zamaskować te wszystkie myśli, które kłębiły się w jej głowie, jeżeli nie chciała, aby ktokolwiek poza nią miał do nich dostęp. Była mistrzynią maskowania, czego doświadczył chociażby przed kilkoma miesiącami w kwestii rozwodu, a później podczas paru kolejnych rozmów. Mógł drążyć temat, próbować nawiązać kontakt, dopytywać - to na nic, jeżeli sama nie chciała mu zdradzić ów sekretu. A ewidentnie tego akurat nie chciała.
– Wiesz, że to nie jest jak w filmach, prawda? Nie potrzebuję zmieniać strony, żeby poczuć zastrzyk adrenaliny – rzucił z kącikowym uśmiechem, w odpowiedzi na jej zaczepkę. Blackwood musiała wiedzieć, iż Voighta (niestety) ciągnęło do niebezpieczeństwa; lgnął do niego, chcąc poczuć adrenalinę, nie dbając nawet do końca o to, że poziom kortyzolu podnosił się zbyt często i gdyby tylko zrobił stosowne wyniki, dowiedziałby się, że równie wysoko się utrzymuje. No może nie teraz - życie ciemnowłosego zwolniło, uspokoiło się, od kiedy zamieszkał ponownie w Nowym Orleanie, a jego obowiązki były inne od tych, jakie miał w San Diego. Prawdopodobnie potrzebna mu była tego typu odmiana, aczkolwiek czy ją polubił? Nie do końca.
– Możliwe, że tak – potwierdził – teraz to bez znaczenia. Wtedy nic się nie wydarzyło, a aktualnie nie ma na to szans, nawet jeśli mogłoby. – Wzruszył ramionami, uznając, że temat zamknięty, równocześnie nie sądząc, iż była żona mogła mieć wciąż wobec tego jakieś emocje. Takie, które wiązałyby się z zazdrością i należały do niezbyt przyjemnych. Sawyer traktował to bardziej jako anegdotkę, którą do tej pory się z nią nie dzielił, bo nie widział sensu, skoro nie traktował kobiecych, subtelnych mimo wszystko zalotów jako coś znaczącego. Był w związku i poza pojedynczym wyskokiem sprzed kilku lat, dochowywał żonie wierności.
– Już nie musisz – odpowiedział, nim zastanowił się nad brzmieniem słów, które wyszły spomiędzy męskich warg. Dopiero po kilkunastu sekundach przekierował spojrzenie na kobiecy profil, aby posłać jej przepraszający uśmiech.
– I jak? – zapytał, skręcając w znajomą uliczkę po przejechaniu paru mil. – Odpisała coś? – Do dziesięciu minut powinni dojechać na miejsce, wobec czego wolał wiedzieć, czy powinni się spodziewać (byłych) lokatorów na miejscu, czy mają zostawić jedynie rzeczy i umówić się z Samem i Cindy w mieście, albo nowym lokum, które zdążyliby wynająć.
O ile w ogóle chcieliby ich do niego zaprosić, bo mogliby nie, w obawie, że Sawyer sprowadzi na nich niebezpieczeństwo.
Farrah Blackwood
– Wiesz, że to nie jest jak w filmach, prawda? Nie potrzebuję zmieniać strony, żeby poczuć zastrzyk adrenaliny – rzucił z kącikowym uśmiechem, w odpowiedzi na jej zaczepkę. Blackwood musiała wiedzieć, iż Voighta (niestety) ciągnęło do niebezpieczeństwa; lgnął do niego, chcąc poczuć adrenalinę, nie dbając nawet do końca o to, że poziom kortyzolu podnosił się zbyt często i gdyby tylko zrobił stosowne wyniki, dowiedziałby się, że równie wysoko się utrzymuje. No może nie teraz - życie ciemnowłosego zwolniło, uspokoiło się, od kiedy zamieszkał ponownie w Nowym Orleanie, a jego obowiązki były inne od tych, jakie miał w San Diego. Prawdopodobnie potrzebna mu była tego typu odmiana, aczkolwiek czy ją polubił? Nie do końca.
– Możliwe, że tak – potwierdził – teraz to bez znaczenia. Wtedy nic się nie wydarzyło, a aktualnie nie ma na to szans, nawet jeśli mogłoby. – Wzruszył ramionami, uznając, że temat zamknięty, równocześnie nie sądząc, iż była żona mogła mieć wciąż wobec tego jakieś emocje. Takie, które wiązałyby się z zazdrością i należały do niezbyt przyjemnych. Sawyer traktował to bardziej jako anegdotkę, którą do tej pory się z nią nie dzielił, bo nie widział sensu, skoro nie traktował kobiecych, subtelnych mimo wszystko zalotów jako coś znaczącego. Był w związku i poza pojedynczym wyskokiem sprzed kilku lat, dochowywał żonie wierności.
– Już nie musisz – odpowiedział, nim zastanowił się nad brzmieniem słów, które wyszły spomiędzy męskich warg. Dopiero po kilkunastu sekundach przekierował spojrzenie na kobiecy profil, aby posłać jej przepraszający uśmiech.
– I jak? – zapytał, skręcając w znajomą uliczkę po przejechaniu paru mil. – Odpisała coś? – Do dziesięciu minut powinni dojechać na miejsce, wobec czego wolał wiedzieć, czy powinni się spodziewać (byłych) lokatorów na miejscu, czy mają zostawić jedynie rzeczy i umówić się z Samem i Cindy w mieście, albo nowym lokum, które zdążyliby wynająć.
O ile w ogóle chcieliby ich do niego zaprosić, bo mogliby nie, w obawie, że Sawyer sprowadzi na nich niebezpieczeństwo.
Farrah Blackwood
em.
Ona z kolei, czując na sobie wzrok Sawyera, paradoksalnie swój własny odwróciła w przeciwnym kierunku, nie chcąc doprowadzić do spotkania spojrzeń, które w jej przypadku zdradzało zbyt wiele. Czasami żałowała, że nie umiała panować nad emocjami i swoimi reakcjami lepiej, zaraz potem jednak uświadamiając sobie, że chyba nie mogło być aż tak źle, skoro po dziś dzień pewne tajemnice pozostały nieodkryte, wyznania niewypowiedziane, a uczucia skryte na samym dnie szybciej bijącego obecnie serca.
– Wolałabym znać to wszystko tylko z filmów – przyznała po krótkiej pauzie, gdy w końcu doszła do wniosku, że był to odpowiedni moment na kontynuowanie rozmowy.
– Byłoby dużo prościej – dodała zaraz potem, a subtelne przygryzienie dolnej wargi było wyrazem niepewności co do zasadności kontynuowania tego akurat tematu. Rozmawiali o tym wielokrotnie i Farrah równie wiele razy starała się zrozumieć jego perspektywę, jednocześnie wiedząc, że nie umiałaby zrobić tego w pełni i na tyle, by ów kwestia została raz na zawsze zamknięta. To zawsze był strach, obawa, niepewność względem każdego kolejnego dnia. I choć od początku była świadoma zobowiązań, z jakimi wiązała się jego praca, a ona za punkt honoru wcale nie obrała sobie misji uratowania go przed nim samym i tak uwielbianą adrenaliną, to jednak ciężko było pogodzić się z codziennością, na którą sama się zgodziła. – I gdybyś znalazł sobie inne hobby – rzuciła nieco swobodniej, podkreślając swoją wypowiedź subtelnym, nieco bardziej zaczepnym uśmiechem. Nie negowała jego upodobań, wyborów, tego, czym chciał się zajmować przez całe życie. Próbowała być dumną, wspierającą żoną, ale to jedno wyzwanie okazało się trudne. Może zbyt trudne.
– Nie podoba ci się? – zagaiła, nim właściwie zdążyła pomyśleć: o sensie tej zaczepki, o wydźwięku tych słów, być może nawet o czasie, jakiego użyła w odniesieniu do osoby tamtej kobiety. Krzywiąc się, westchnęła, raz jeszcze skupiając wzrok na bliżej nieokreślonym punkcie w oddali, czując, że na jej własnej twarzy malowało się zbyt wiele emocji, by była w stanie ukryć je wszystkie w momencie, w którym w głowie zakorzeniła się myśl o tym, że mógłby ruszyć do przodu z kimkolwiek, kto nie był nią. Powinien i miał do tego prawo, ale perspektywa okazała się boleśniejsza, niż Blackwood mogłaby przypuszczać.
– Owszem, już nie muszę – przyznała lakonicznie, po raz pierwszy od dłuższej chwili pozwalając sobie na krótkie zerknięcie w stronę Sawyera. – Ale nadal chcę – wyjaśniła, mając nadzieję, że nie było to wyznanie, które wprowadziłoby niepotrzebnie napiętą atmosferę. Ta związana z incydentem w ich domu w San Diego oraz koniecznością wspólnej podróży do Kalifornii wydawała się wystarczająco ciężka.
– Będą za pół godziny. Zabrali już większość rzeczy. Dziś przy okazji wezmą ostatnie – odparła markotnie, wszak Cindy w swojej wiadomości zdążyła podkreślić, że ona i jej partner nie wyobrażali sobie sytuacji, w której zawarta na wynajem domu umowa miałaby pozostać w mocy. – Nie wiem, co moglibyśmy im powiedzieć. Przeprosić? – zapytała w szczerym zwątpieniu, że to miało jakikolwiek sens, biorąc pod uwagę, jak przykre były dla młodszej pary wszystkie te okoliczności. Dla tej starszej nie-pary zresztą też.
– Wezmę pokój gościnny – zaproponowała, kiedy znaleźli się pod odpowiednim adresem, a samochód zatrzymał się na dobrze znanym podjeździe. Ciche westchnięcie było wyrazem dezaprobaty, tęsknoty, ale i na swój sposób ulgi, wszak w ostatnich latach Farrah nigdzie nie czuła się tak dobrze, jak właśnie w tym stanie, mieście, w tym konkretnym domu. I chyba nawet zaczynała żałować, że jej wizyta miała trwać tylko do kolejnego poranka.
Sawyer Voight
– Wolałabym znać to wszystko tylko z filmów – przyznała po krótkiej pauzie, gdy w końcu doszła do wniosku, że był to odpowiedni moment na kontynuowanie rozmowy.
– Byłoby dużo prościej – dodała zaraz potem, a subtelne przygryzienie dolnej wargi było wyrazem niepewności co do zasadności kontynuowania tego akurat tematu. Rozmawiali o tym wielokrotnie i Farrah równie wiele razy starała się zrozumieć jego perspektywę, jednocześnie wiedząc, że nie umiałaby zrobić tego w pełni i na tyle, by ów kwestia została raz na zawsze zamknięta. To zawsze był strach, obawa, niepewność względem każdego kolejnego dnia. I choć od początku była świadoma zobowiązań, z jakimi wiązała się jego praca, a ona za punkt honoru wcale nie obrała sobie misji uratowania go przed nim samym i tak uwielbianą adrenaliną, to jednak ciężko było pogodzić się z codziennością, na którą sama się zgodziła. – I gdybyś znalazł sobie inne hobby – rzuciła nieco swobodniej, podkreślając swoją wypowiedź subtelnym, nieco bardziej zaczepnym uśmiechem. Nie negowała jego upodobań, wyborów, tego, czym chciał się zajmować przez całe życie. Próbowała być dumną, wspierającą żoną, ale to jedno wyzwanie okazało się trudne. Może zbyt trudne.
– Nie podoba ci się? – zagaiła, nim właściwie zdążyła pomyśleć: o sensie tej zaczepki, o wydźwięku tych słów, być może nawet o czasie, jakiego użyła w odniesieniu do osoby tamtej kobiety. Krzywiąc się, westchnęła, raz jeszcze skupiając wzrok na bliżej nieokreślonym punkcie w oddali, czując, że na jej własnej twarzy malowało się zbyt wiele emocji, by była w stanie ukryć je wszystkie w momencie, w którym w głowie zakorzeniła się myśl o tym, że mógłby ruszyć do przodu z kimkolwiek, kto nie był nią. Powinien i miał do tego prawo, ale perspektywa okazała się boleśniejsza, niż Blackwood mogłaby przypuszczać.
– Owszem, już nie muszę – przyznała lakonicznie, po raz pierwszy od dłuższej chwili pozwalając sobie na krótkie zerknięcie w stronę Sawyera. – Ale nadal chcę – wyjaśniła, mając nadzieję, że nie było to wyznanie, które wprowadziłoby niepotrzebnie napiętą atmosferę. Ta związana z incydentem w ich domu w San Diego oraz koniecznością wspólnej podróży do Kalifornii wydawała się wystarczająco ciężka.
– Będą za pół godziny. Zabrali już większość rzeczy. Dziś przy okazji wezmą ostatnie – odparła markotnie, wszak Cindy w swojej wiadomości zdążyła podkreślić, że ona i jej partner nie wyobrażali sobie sytuacji, w której zawarta na wynajem domu umowa miałaby pozostać w mocy. – Nie wiem, co moglibyśmy im powiedzieć. Przeprosić? – zapytała w szczerym zwątpieniu, że to miało jakikolwiek sens, biorąc pod uwagę, jak przykre były dla młodszej pary wszystkie te okoliczności. Dla tej starszej nie-pary zresztą też.
– Wezmę pokój gościnny – zaproponowała, kiedy znaleźli się pod odpowiednim adresem, a samochód zatrzymał się na dobrze znanym podjeździe. Ciche westchnięcie było wyrazem dezaprobaty, tęsknoty, ale i na swój sposób ulgi, wszak w ostatnich latach Farrah nigdzie nie czuła się tak dobrze, jak właśnie w tym stanie, mieście, w tym konkretnym domu. I chyba nawet zaczynała żałować, że jej wizyta miała trwać tylko do kolejnego poranka.
Sawyer Voight
Maybe the problem is ego, maybe the problem is mine. Really, I'm fine. I will just tell you I'm better. Spit out my medicine, drunk on adrenaline.
Whispers of life
m.
Ciemnowłosy zerknął na byłą żonę kątem oka, widząc, jak odwraca wzrok, jakby nie chciała, by w jej oczach dostrzegł nie tylko znajomą barwę tęczówek, ale coś więcej; jakby znowu zbliżali się do granicy, za którą kończyły się słowa, a zaczynały emocje. Nie powiedział nic więcej, cierpliwie pozwalając na to, by miała czas na ułożenie w głowie odpowiedzi. Ewentualnie mogli milczeć, a ciszę przerwała zaledwie lecąca w radiu melodia. Voight przygryzł wargę od środka, by na jego usta nie wdarł się grymas. Bynajmniej nie dlatego, że piosenka mu się nie podobała, a przez to, że niosła ze sobą kilka dość trafnych wersów.
– Filmowy świat chyba nie jest dla nas – rzucił lekko w jej stronę, z próbą żartu, który miał rozluźnić atmosferę. – Tam często można trafić na happy end – dodał po krótkiej chwili i posłał jej krótki uśmiech, który niewiele miał wspólnego z radością czy zadowoleniem. Oni - wspólnie - nie mogli liczyć na takie zakończenie; być może osobno by się to udało, ale prędzej Blackwood, aniżeli jemu, bo codzienność Sawyera Voighta prędzej przypominała kryminalny film akcji z domieszką dramatu i czarnej komedii. A przynajmniej gdyby mógł, to takie gatunki by jemu dopisał.
– Masz jakąś propozycję co do tego, czym te hobby mogłoby być? – zapytał z zainteresowaniem, będąc ciekawym, co Farrah mogła wymyślić. Była kreatywna, tego był pewien, wszak nawet wykonywany przez kobietę zawód o tym świadczył.
– Kitesurfing? Wspinaczka górska? Skoki na bungee z różnych miejsc? – Uniósł brew, rzucając jakieś swoje pomysły, dobrze będąc świadomym tego, że każdy z nich niósł ze sobą jakieś ryzyko i - nadal - dawkę adrenaliny, a chyba nie o to jej chodziło, a o to, by dla odmiany zrobił coś bardziej... spokojnego. Np. wędkarstwo, planszówki czy wieczory przy pochłanianiu kolejnych książek.
Nie spodziewał się za to, że zapyta o Isabelę. Poskrobał się po zaroście, a później lekko wzruszył ramionami, nie odpowiadając od razu, bynajmniej nie dlatego, że próbował wydedukować, która z odpowiedzi będzie brzmiała najlepiej. Zawahanie dotyczyło tego, że nigdy wcześniej nie brał pod uwagę sytuacji, gdzie mogłoby go z nią cokolwiek połączyć i nie patrzył na nią w ten sposób.
– Jest... w porządku – odparł finalnie, bo kobieta była obiektywnie ładna, na pewno mogła się podobać, lecz subiektywnie nie była w jego guście. I tu Farrah nie musiała się obawiać (gdyby miała zamiar, choć wątpił).
– Postaram się nie dawać ci powodów do zmartwień – zapewnił, bo jego zapewnienia były szczere i w teorii brzmiało to dobrze, jednak w praktyce - jak wiadomo - mogło być różnie, a wobec wielu zdarzeń mających miejsce w pracy, mimo naprawdę solidnego przygotowania, nie dało się wyjść bez szwanku.
– Ja się tym zajmę. W końcu to moja wina – poinformował i po przekroczeniu bramy wjazdowej, do której nadal miał kod, zaparkował na podjeździe tuż przed bramą garażową. – Możesz zatrzymać się w sypialni – rzucił, omiatając wzrokiem kobiecy profil – też zamierzałem wybrać gościnny. – Na szczęście mieli ich ze trzy, więc na wypadek, gdyby oboje planowali unikać sypialni, to mieli ku temu inne opcje wyboru.
Farrah Blackwood
– Filmowy świat chyba nie jest dla nas – rzucił lekko w jej stronę, z próbą żartu, który miał rozluźnić atmosferę. – Tam często można trafić na happy end – dodał po krótkiej chwili i posłał jej krótki uśmiech, który niewiele miał wspólnego z radością czy zadowoleniem. Oni - wspólnie - nie mogli liczyć na takie zakończenie; być może osobno by się to udało, ale prędzej Blackwood, aniżeli jemu, bo codzienność Sawyera Voighta prędzej przypominała kryminalny film akcji z domieszką dramatu i czarnej komedii. A przynajmniej gdyby mógł, to takie gatunki by jemu dopisał.
– Masz jakąś propozycję co do tego, czym te hobby mogłoby być? – zapytał z zainteresowaniem, będąc ciekawym, co Farrah mogła wymyślić. Była kreatywna, tego był pewien, wszak nawet wykonywany przez kobietę zawód o tym świadczył.
– Kitesurfing? Wspinaczka górska? Skoki na bungee z różnych miejsc? – Uniósł brew, rzucając jakieś swoje pomysły, dobrze będąc świadomym tego, że każdy z nich niósł ze sobą jakieś ryzyko i - nadal - dawkę adrenaliny, a chyba nie o to jej chodziło, a o to, by dla odmiany zrobił coś bardziej... spokojnego. Np. wędkarstwo, planszówki czy wieczory przy pochłanianiu kolejnych książek.
Nie spodziewał się za to, że zapyta o Isabelę. Poskrobał się po zaroście, a później lekko wzruszył ramionami, nie odpowiadając od razu, bynajmniej nie dlatego, że próbował wydedukować, która z odpowiedzi będzie brzmiała najlepiej. Zawahanie dotyczyło tego, że nigdy wcześniej nie brał pod uwagę sytuacji, gdzie mogłoby go z nią cokolwiek połączyć i nie patrzył na nią w ten sposób.
– Jest... w porządku – odparł finalnie, bo kobieta była obiektywnie ładna, na pewno mogła się podobać, lecz subiektywnie nie była w jego guście. I tu Farrah nie musiała się obawiać (gdyby miała zamiar, choć wątpił).
– Postaram się nie dawać ci powodów do zmartwień – zapewnił, bo jego zapewnienia były szczere i w teorii brzmiało to dobrze, jednak w praktyce - jak wiadomo - mogło być różnie, a wobec wielu zdarzeń mających miejsce w pracy, mimo naprawdę solidnego przygotowania, nie dało się wyjść bez szwanku.
– Ja się tym zajmę. W końcu to moja wina – poinformował i po przekroczeniu bramy wjazdowej, do której nadal miał kod, zaparkował na podjeździe tuż przed bramą garażową. – Możesz zatrzymać się w sypialni – rzucił, omiatając wzrokiem kobiecy profil – też zamierzałem wybrać gościnny. – Na szczęście mieli ich ze trzy, więc na wypadek, gdyby oboje planowali unikać sypialni, to mieli ku temu inne opcje wyboru.
Farrah Blackwood
em.
Farrah nie umiała pozbyć się wrażenia, że im bardziej ona i Sawyer brnęli w pozornie żartobliwy, mający na celu rozluźnić atmosferę ton, tym gorsze skutki to przynosiło. Nie inaczej było w momencie tej filmowej dyskusji, choć tym razem szczęściem w nieszczęściu był fakt, że Blackwood najpierw zdążyła pomyśleć, a dopiero potem się odezwać. Zawsze mogła to bowiem być odwrotna kolejność albo - co gorsza - brak jakiejkolwiek analizy.
– Szczęśliwe zakończenia to dość subiektywna sprawa – odparła w końcu, gotowa przytoczyć tych kilka filmów z Gladiatorem na czele, gdzie śmierć głównego bohatera wycisnęła łezkę z niejednego twardziela, ale jednocześnie stanowiła koniec jego walki o powrót do żony i syna, a więc i do życia, którego pragnął najbardziej i za którym nieustannie tęsknił, będąc z dala od domu w ramach wielkich podbojów w imieniu cezara i rzymskiego imperium. – Jak widziałeś nasz happy end? – zagaiła niespodziewanie, spoglądając na byłego męża ze szczerym zaciekawieniem. Teraz to wprawdzie nie miało już absolutnie żadnego znaczenia, wszak próba zawalczenia o takowy nie wydawała się możliwą do zrealizowania perspektywą, ale skoro i tak mieli spędzić ze sobą najbliższą dobę, to każda forma zainicjowania rozmowy wydawała się dobra. A już na pewno lepsza niż przeszywająca, prowokująca przede wszystkim niezręczność cisza.
– Szachy – odpowiedziała lakonicznie, nawet nie próbując ukryć uśmiechu, w którym uniosły się kąciki jej warg. – Mógłbyś zacząć grać w szachy. Albo chodzić na mecze futbolu, choć tam z kolei jest ryzyko burd stadionowych, więc... jednak szachy. To bardzo eleganckie zajęcie. – I średnio do niego pasowało. Nie tyle z powodu drobnej ekstrawagancji i ekskluzywności takiej formy aktywności, wszak wspomniana elegancja zawsze bardzo dobrze na nim leżała, ale dlatego, że było to hobby zdecydowanie zbyt statyczne, zbyt spokojne, zbyt... nudne. Przynajmniej jak na przyjęte przez mężczyznę standardy.
Nie wiedziała, czy do takowych wpisywała się również wspomniana Isabela, ale ta akurat kwestia wydawała się stąpaniem po zdecydowanie zbyt cienkim lodzie, dlatego Farrah dużo więcej uwagi wolała poświęcić lokatorom. Bo to przecież wcale nie tak, że przez całą podróż nie myślała o przebiegu czekającego na nich spotkania. W trakcie lotu zdążyła stworzyć zdecydowanie zbyt wiele scenariuszy i prawie wszystkie kończyły się tak samo źle.
– Przyjechaliśmy tutaj razem i załatwimy to również razem. Będę twoim... skrzydłowym. Czy jakoś tak. – Farrah wprawdzie nie stała się ekspertem do spraw sportów wszelakich, ale to akurat określenie pasowało tutaj jak ulał. – Nie, jest w porządku. Gościnny wystarczy – zapewniła, gdy tylko uporali się z bagażami, a krótki spacer wyłożoną kamieniem (pewnie sprowadzonym z Włoch) ścieżką doprowadził ich do głównych drzwi posiadłości.
Dziwnie było tutaj wrócić. Z nim. I w takich nietypowych okolicznościach. Właśnie dlatego Farrah potrzebowała dłużej chwili na to, by oswoić się z miejscem, które przed jeszcze kilkoma miesiącami tak swobodnie i bez jakiegokolwiek zawahania nazywała domem.
– Chyba zdążę wziąć prysznic? – W gruncie rzeczy wcale nie oczekiwała potwierdzenia, zaprzeczenia czy jakiejkolwiek innej odpowiedzi, bo mówiąc to, już była w drodze na piętro, gdzie spędziła nieco ponad kwadrans, na parter domu wracając dokładnie w chwili, w której w progu stanęli Cindy oraz Sam. – Dzień do... – zaczęła, nie będąc pewną, czy bardziej zbiło ją z tropu gwałtowne załatwmy to szybko ze strony mężczyzny, czy może jednak zaokrąglony, wyraźnie odznaczający się pod obcisłą sukienką brzuszek kobiety. O cokolwiek nie chodziło - skutecznie sprawiło, że Farrah nieco się zachwiała, krok na ostatnim stopniu schodów stawiając bardzo nierówno. – Przepraszam. Potknęłam się.
Sawyer Voight
– Szczęśliwe zakończenia to dość subiektywna sprawa – odparła w końcu, gotowa przytoczyć tych kilka filmów z Gladiatorem na czele, gdzie śmierć głównego bohatera wycisnęła łezkę z niejednego twardziela, ale jednocześnie stanowiła koniec jego walki o powrót do żony i syna, a więc i do życia, którego pragnął najbardziej i za którym nieustannie tęsknił, będąc z dala od domu w ramach wielkich podbojów w imieniu cezara i rzymskiego imperium. – Jak widziałeś nasz happy end? – zagaiła niespodziewanie, spoglądając na byłego męża ze szczerym zaciekawieniem. Teraz to wprawdzie nie miało już absolutnie żadnego znaczenia, wszak próba zawalczenia o takowy nie wydawała się możliwą do zrealizowania perspektywą, ale skoro i tak mieli spędzić ze sobą najbliższą dobę, to każda forma zainicjowania rozmowy wydawała się dobra. A już na pewno lepsza niż przeszywająca, prowokująca przede wszystkim niezręczność cisza.
– Szachy – odpowiedziała lakonicznie, nawet nie próbując ukryć uśmiechu, w którym uniosły się kąciki jej warg. – Mógłbyś zacząć grać w szachy. Albo chodzić na mecze futbolu, choć tam z kolei jest ryzyko burd stadionowych, więc... jednak szachy. To bardzo eleganckie zajęcie. – I średnio do niego pasowało. Nie tyle z powodu drobnej ekstrawagancji i ekskluzywności takiej formy aktywności, wszak wspomniana elegancja zawsze bardzo dobrze na nim leżała, ale dlatego, że było to hobby zdecydowanie zbyt statyczne, zbyt spokojne, zbyt... nudne. Przynajmniej jak na przyjęte przez mężczyznę standardy.
Nie wiedziała, czy do takowych wpisywała się również wspomniana Isabela, ale ta akurat kwestia wydawała się stąpaniem po zdecydowanie zbyt cienkim lodzie, dlatego Farrah dużo więcej uwagi wolała poświęcić lokatorom. Bo to przecież wcale nie tak, że przez całą podróż nie myślała o przebiegu czekającego na nich spotkania. W trakcie lotu zdążyła stworzyć zdecydowanie zbyt wiele scenariuszy i prawie wszystkie kończyły się tak samo źle.
– Przyjechaliśmy tutaj razem i załatwimy to również razem. Będę twoim... skrzydłowym. Czy jakoś tak. – Farrah wprawdzie nie stała się ekspertem do spraw sportów wszelakich, ale to akurat określenie pasowało tutaj jak ulał. – Nie, jest w porządku. Gościnny wystarczy – zapewniła, gdy tylko uporali się z bagażami, a krótki spacer wyłożoną kamieniem (pewnie sprowadzonym z Włoch) ścieżką doprowadził ich do głównych drzwi posiadłości.
Dziwnie było tutaj wrócić. Z nim. I w takich nietypowych okolicznościach. Właśnie dlatego Farrah potrzebowała dłużej chwili na to, by oswoić się z miejscem, które przed jeszcze kilkoma miesiącami tak swobodnie i bez jakiegokolwiek zawahania nazywała domem.
– Chyba zdążę wziąć prysznic? – W gruncie rzeczy wcale nie oczekiwała potwierdzenia, zaprzeczenia czy jakiejkolwiek innej odpowiedzi, bo mówiąc to, już była w drodze na piętro, gdzie spędziła nieco ponad kwadrans, na parter domu wracając dokładnie w chwili, w której w progu stanęli Cindy oraz Sam. – Dzień do... – zaczęła, nie będąc pewną, czy bardziej zbiło ją z tropu gwałtowne załatwmy to szybko ze strony mężczyzny, czy może jednak zaokrąglony, wyraźnie odznaczający się pod obcisłą sukienką brzuszek kobiety. O cokolwiek nie chodziło - skutecznie sprawiło, że Farrah nieco się zachwiała, krok na ostatnim stopniu schodów stawiając bardzo nierówno. – Przepraszam. Potknęłam się.
Sawyer Voight
Maybe the problem is ego, maybe the problem is mine. Really, I'm fine. I will just tell you I'm better. Spit out my medicine, drunk on adrenaline.
Whispers of life
m.
Nie spodziewał się takiego pytania; może nie n i g d y, ale na pewno nie t e r a z. Nie w momencie, kiedy ich ścieżki definitywnie (?) się rozeszły, a przynajmniej na tyle i w takim znaczeniu, że nie stanowiły wspólnej drogi, którą podążali jako małżeństwo. Nie odpowiedział zatem od razu, musząc się zastanowić.
– Najlepszy byłby taki, w którym bylibyśmy pozbawieni zmartwień, obawy o to, czy zarówno ty i ja jesteśmy bezpieczni i nic nam nie grozi – podjął, przekierowując spojrzenie na Blackwood. Bo i owszem - wiedział, że ciemnowłosa martwiła się o niego, ale to nie oznaczało, że Voight nigdy nie miał z tyłu głowy tego, że może z jakiegoś powodu sprowadzić niebezpieczeństwo i na nią.
– W idealnym, szczęśliwym zakończeniu, zawsze potrafilibyśmy być ze sobą szczerzy. – Uniósł kącik ust, zerkając na nią porozumiewawczo. I z tym, niestety, miewali problem. – Moglibyśmy dużo podróżować. Może z czasem niekoniecznie tylko we dwoje – dokończył myśl, uznawszy, że dawne marzenie żony o powiększeniu rodziny byłoby wciąż aktualne - i bez tego aspektu happy end nie do końca byłby zrealizowany. A może tylko mu się wydawało, a marzenie było za mocnym słowem, a aktualnie czymś, do czego nie przykładała już wagi.
Jak bardzo się mylił, ale nic dziwnego, skoro jego obraz przeszłości nie był tak przejrzysty, jak jej.
Zaśmiał się za to, gdy wspomniała o szachach, w następstwie kręcąc przecząco głową. Doceniał tak inteligentne spędzanie czasu i tego typu hobby, ale... miała rację, to nie było dla niego. Zbyt stateczne, wydawało mu się za monotonne. Powinien wrócić do tej myśli za jakieś - co najmniej - dwadzieścia lat.
Kiedy Farrah zniknęła na piętrze, Sawyer został na dole, w przestronnym salonie, który kiedyś, przed laty, wspólnie urządzali Przeszedł powoli wzdłuż mebli, zatrzymując się na chwilę przy regale z książkami, który nadal zdobiły ich wspólne wybory; zapomniał o tym, że w pospiesznej przeprowadzce nie zabrał wszystkich swoich rzeczy. Część z nich zapewne była w pudłach w pomieszczeniu gospodarczym przy garażu, aczkolwiek nie planował aktualnie ich przeglądać i decydować wobec tego, co ze sobą zabierze. Wspomnienia były czymś, z czym wolał nie konfrontować się w tej chwili, zatem wyszedł na taras, odpalając papierosa i zaciągając się dymem. Wrócił po kilku minutach, przechodząc od razu kuchni i analizując, czy zaparzenie kawy w domu, który teoretycznie należał do nich, a w praktyce umowę najmu wciąż mieli obcy ludzie, było odpowiednie. Nie zdążył jednak podjąć żadnego działania, bowiem przestrzeń wypełniła się dźwiękiem dzwonka do drzwi. Otworzył z niemal wyuczonym spokojem, witając parę krótkim skinieniem głowy. To wtedy zauważył zaokrąglony brzuch Cindy, a krótkie słowo „gratulacje” opuściły jego usta prawie mechanicznie, choć starał się, by zabrzmiały uprzejmie, tak, by choć minimalnie pomogły rozładować wyczuwalne napięcieco niestety się nie udało.
Usłyszawszy kroki, spojrzenie na moment odwróciło się w stronę schodów, gdzie dostrzegł Farrah, schodzącą na dół. Jej chwilowe zachwianie się wyrwało go zawahania dotyczącego tego, jak rozpocząć temat wypowiedzenia najmu; zrobił krok w stronę byłej żony, gotów podtrzymać ją w razie potrzeby, ale zatrzymał się, widząc, że sama odzyskała równowagę.
– Wszystko w porządku? – zapytał cicho, odruchowo taksując Blackwood wzrokiem. Uwagę ciemnowłosego skierowaną ku byłej żonie przerwało chrząknięcie byłego lokatora, sugerujące, że to na nim i jego żonie powinni się zaabsorbować.
– Postaramy się nie zabierać wam za dużo czasu – poinformował, starając się nadać opanowany ton rozmowie. – Może przejdźmy do salonu – zaproponował, kątem oka zerkając na Cindy, a ruchem dłoni wskazując kierunek, który doskonale znali.
– Przepraszamy za sytuację, która was spotkała – zaczął, kiedy para zajęła miejsce na sofie, a Sam zacisnął dłoń na dłoni małżonki. – Uznaliśmy, że nie będziemy robić żadnych problemów z natychmiastową rezygnacją z najmu, a do tego... – Nie dokończył, ponieważ siedzący naprzeciwko niego Sam mu przerwał.
– Chcemy stosowną rekompensatę. Żona, przez to, że była narażona na stres, mogła stracić ciąże. Nasze dziecko! Wyobrażacie sobie to? – Początkowe próby panowania nad sobą, ewidentnie nie wychodziły mężczyźnie; głos nabrał na mocy, a jedna z dłoni powędrowała ku górze, chcąc dodatkowo nakreślić jak wielka to dla nich sprawa.
– Nie, skądże. Przecież nie macie dzieci – prychnął po chwili, patrząc karcąco to na Voighta to na Blackwood.
Farrah Blackwood
– Najlepszy byłby taki, w którym bylibyśmy pozbawieni zmartwień, obawy o to, czy zarówno ty i ja jesteśmy bezpieczni i nic nam nie grozi – podjął, przekierowując spojrzenie na Blackwood. Bo i owszem - wiedział, że ciemnowłosa martwiła się o niego, ale to nie oznaczało, że Voight nigdy nie miał z tyłu głowy tego, że może z jakiegoś powodu sprowadzić niebezpieczeństwo i na nią.
– W idealnym, szczęśliwym zakończeniu, zawsze potrafilibyśmy być ze sobą szczerzy. – Uniósł kącik ust, zerkając na nią porozumiewawczo. I z tym, niestety, miewali problem. – Moglibyśmy dużo podróżować. Może z czasem niekoniecznie tylko we dwoje – dokończył myśl, uznawszy, że dawne marzenie żony o powiększeniu rodziny byłoby wciąż aktualne - i bez tego aspektu happy end nie do końca byłby zrealizowany. A może tylko mu się wydawało, a marzenie było za mocnym słowem, a aktualnie czymś, do czego nie przykładała już wagi.
Zaśmiał się za to, gdy wspomniała o szachach, w następstwie kręcąc przecząco głową. Doceniał tak inteligentne spędzanie czasu i tego typu hobby, ale... miała rację, to nie było dla niego. Zbyt stateczne, wydawało mu się za monotonne. Powinien wrócić do tej myśli za jakieś - co najmniej - dwadzieścia lat.
Kiedy Farrah zniknęła na piętrze, Sawyer został na dole, w przestronnym salonie, który kiedyś, przed laty, wspólnie urządzali Przeszedł powoli wzdłuż mebli, zatrzymując się na chwilę przy regale z książkami, który nadal zdobiły ich wspólne wybory; zapomniał o tym, że w pospiesznej przeprowadzce nie zabrał wszystkich swoich rzeczy. Część z nich zapewne była w pudłach w pomieszczeniu gospodarczym przy garażu, aczkolwiek nie planował aktualnie ich przeglądać i decydować wobec tego, co ze sobą zabierze. Wspomnienia były czymś, z czym wolał nie konfrontować się w tej chwili, zatem wyszedł na taras, odpalając papierosa i zaciągając się dymem. Wrócił po kilku minutach, przechodząc od razu kuchni i analizując, czy zaparzenie kawy w domu, który teoretycznie należał do nich, a w praktyce umowę najmu wciąż mieli obcy ludzie, było odpowiednie. Nie zdążył jednak podjąć żadnego działania, bowiem przestrzeń wypełniła się dźwiękiem dzwonka do drzwi. Otworzył z niemal wyuczonym spokojem, witając parę krótkim skinieniem głowy. To wtedy zauważył zaokrąglony brzuch Cindy, a krótkie słowo „gratulacje” opuściły jego usta prawie mechanicznie, choć starał się, by zabrzmiały uprzejmie, tak, by choć minimalnie pomogły rozładować wyczuwalne napięcie
Usłyszawszy kroki, spojrzenie na moment odwróciło się w stronę schodów, gdzie dostrzegł Farrah, schodzącą na dół. Jej chwilowe zachwianie się wyrwało go zawahania dotyczącego tego, jak rozpocząć temat wypowiedzenia najmu; zrobił krok w stronę byłej żony, gotów podtrzymać ją w razie potrzeby, ale zatrzymał się, widząc, że sama odzyskała równowagę.
– Wszystko w porządku? – zapytał cicho, odruchowo taksując Blackwood wzrokiem. Uwagę ciemnowłosego skierowaną ku byłej żonie przerwało chrząknięcie byłego lokatora, sugerujące, że to na nim i jego żonie powinni się zaabsorbować.
– Postaramy się nie zabierać wam za dużo czasu – poinformował, starając się nadać opanowany ton rozmowie. – Może przejdźmy do salonu – zaproponował, kątem oka zerkając na Cindy, a ruchem dłoni wskazując kierunek, który doskonale znali.
– Przepraszamy za sytuację, która was spotkała – zaczął, kiedy para zajęła miejsce na sofie, a Sam zacisnął dłoń na dłoni małżonki. – Uznaliśmy, że nie będziemy robić żadnych problemów z natychmiastową rezygnacją z najmu, a do tego... – Nie dokończył, ponieważ siedzący naprzeciwko niego Sam mu przerwał.
– Chcemy stosowną rekompensatę. Żona, przez to, że była narażona na stres, mogła stracić ciąże. Nasze dziecko! Wyobrażacie sobie to? – Początkowe próby panowania nad sobą, ewidentnie nie wychodziły mężczyźnie; głos nabrał na mocy, a jedna z dłoni powędrowała ku górze, chcąc dodatkowo nakreślić jak wielka to dla nich sprawa.
– Nie, skądże. Przecież nie macie dzieci – prychnął po chwili, patrząc karcąco to na Voighta to na Blackwood.
Farrah Blackwood
em.
Subtelny uśmiech raz jeszcze zabłąkał się w okolicach kącików jej warg, wszak snuta przez Sawyera perspektywa brzmiała niezwykle przyjemnie. Paradoksalnie jednak świadomość tego, że były to tylko już niemożliwe do zrealizowania mrzonki skutecznie sprowadzała na ziemię, sprawiając, że powstała na stworzonym obrazku rysa była głęboka, doskonale widoczna i - co najważniejsze - mocno odczuwalna.
– No tak – przyznała w końcu, choć sama nie do końca wiedziała, z którym poruszonym przez mężczyznę aspektem zgadzała się najbardziej. Istniało ryzyko, że była to tylko próba odwrócenia uwagi od wzroku, który znów się zaszklił czy drżenia, jakie pobrzmiewało w jej głosie. – Tak byłoby idealnie – podsumowała lakonicznie, szczerze żałując poruszenia tego akurat tematu. Z jednej strony doskonale wiedziała, jak niszczycielska była siła gdybania i snucia przemyśleń na temat tego, co by było, gdyby postąpili inaczej, byli ze sobą szczerzy, umieli rozmawiać. Z drugiej niepewność związana ze wspólną przyszłością wciąż kusiła, stąd wszelakie przemyślenia i scenariusze wydawały się w pełni uzasadnione, nawet jeżeli w większości sprawiały tylko, że echo rozstania było tym donośniejsze, a związany z nim fizyczny ból dawał się we znaki jakby dużo mocniej.
Ta myśl nie dawała Farrah spokoju przez kolejne długie minuty, choć jednocześnie sama przed sobą musiała przyznać, że czas spędzony pod prysznicem i w pokoju gościnnym upłynął niezwykle szybko, w efekcie czego nie mogłaby z pełnym przekonaniem spojrzeć w swoje lustrzane odbicie i zapewnić samą siebie, że zdołała ukoić emocje, które Sawyer mniej lub bardziej świadomie sprowokował.
Bardzo też chciała wierzyć, że to one były powodem chwilowej utraty równowagi, ale to akurat kłamstwo nie miało prawa stać się faktem.
– Tt...tak. Tak. W porządku. Przepraszam – wymamrotała raz jeszcze, na krótko zatrzymując wzrok na wysokości oczu byłego męża, choć spojrzenie wciąż uciekało w kierunku Cindy, która sprawiała wrażenie dodatkowo zatroskanej sytuacją sprzed chwili. – Napijcie się czegoś? – zagaiła z wymuszonym uśmiechem, chociaż to wcale nie tak, że nieszczerość gestu była wymierzona w ich gości. Farrah wciąż walczyła o odzyskanie twarzy i jednocześnie odciągnięcie myśli od stanu, w jakim znajdowała się Cindy, a w jakim wcale nie musiałaby teraz już być, gdyby tamta sytuacja zakończyła się dużo, dużo gorzej niż tylko strachem.
– Rekompensatę? – powtórzyła za Samem, nie kryjąc zaskoczenia związanego z przedstawionymi przez mężczyznę żądaniami. Niemal od razu zerknęła w stronę Sawyera, mając wrażenie, że żadne z nich nie było przygotowane na tego typu zwrot akcji. Lub może on był przygotowany lepiej od niej, ale nie okazywał tego tak otwarcie, jak ona swojego zmieszania. – Jestem w stanie wyobrazić sobie, jak... – podjęła, ale Sam raz jeszcze doszedł do głosu, w efekcie czego Farrah pokornie zamilkła. W obecnej sytuacji nie umiała stworzyć żadnego sensownego argumentu, którego siła przebicia byłaby na tyle mocna, aby zbić mężczyznę z tropu. – Nie, nie mamy, ale... – zaczęła ponownie, nie chcąc, by Voight na polu tej bitwy pozostał sam, mimo iż głos jej drżał, spojrzenie było rozbiegane, a serce biło szybciej, niż faktycznie powinna. Była tu słabszym ogniwem i nie umiała pozbyć się przeświadczenia, że Sam również to zauważył. I zamierzał wykorzystać.
– Jesteś kobietą. Być może w przyszłości będziesz matką. Na pewno to rozumiesz – wyjaśnił swój punkt widzenia Sam, zaraz potem przenosząc wzrok na Sawyera, jak gdyby uważał, że kwestie konkretów i szczegółów rekompensaty należało omówić z facetem.
Sawyer Voight
– No tak – przyznała w końcu, choć sama nie do końca wiedziała, z którym poruszonym przez mężczyznę aspektem zgadzała się najbardziej. Istniało ryzyko, że była to tylko próba odwrócenia uwagi od wzroku, który znów się zaszklił czy drżenia, jakie pobrzmiewało w jej głosie. – Tak byłoby idealnie – podsumowała lakonicznie, szczerze żałując poruszenia tego akurat tematu. Z jednej strony doskonale wiedziała, jak niszczycielska była siła gdybania i snucia przemyśleń na temat tego, co by było, gdyby postąpili inaczej, byli ze sobą szczerzy, umieli rozmawiać. Z drugiej niepewność związana ze wspólną przyszłością wciąż kusiła, stąd wszelakie przemyślenia i scenariusze wydawały się w pełni uzasadnione, nawet jeżeli w większości sprawiały tylko, że echo rozstania było tym donośniejsze, a związany z nim fizyczny ból dawał się we znaki jakby dużo mocniej.
Ta myśl nie dawała Farrah spokoju przez kolejne długie minuty, choć jednocześnie sama przed sobą musiała przyznać, że czas spędzony pod prysznicem i w pokoju gościnnym upłynął niezwykle szybko, w efekcie czego nie mogłaby z pełnym przekonaniem spojrzeć w swoje lustrzane odbicie i zapewnić samą siebie, że zdołała ukoić emocje, które Sawyer mniej lub bardziej świadomie sprowokował.
Bardzo też chciała wierzyć, że to one były powodem chwilowej utraty równowagi, ale to akurat kłamstwo nie miało prawa stać się faktem.
– Tt...tak. Tak. W porządku. Przepraszam – wymamrotała raz jeszcze, na krótko zatrzymując wzrok na wysokości oczu byłego męża, choć spojrzenie wciąż uciekało w kierunku Cindy, która sprawiała wrażenie dodatkowo zatroskanej sytuacją sprzed chwili. – Napijcie się czegoś? – zagaiła z wymuszonym uśmiechem, chociaż to wcale nie tak, że nieszczerość gestu była wymierzona w ich gości. Farrah wciąż walczyła o odzyskanie twarzy i jednocześnie odciągnięcie myśli od stanu, w jakim znajdowała się Cindy, a w jakim wcale nie musiałaby teraz już być, gdyby tamta sytuacja zakończyła się dużo, dużo gorzej niż tylko strachem.
– Rekompensatę? – powtórzyła za Samem, nie kryjąc zaskoczenia związanego z przedstawionymi przez mężczyznę żądaniami. Niemal od razu zerknęła w stronę Sawyera, mając wrażenie, że żadne z nich nie było przygotowane na tego typu zwrot akcji. Lub może on był przygotowany lepiej od niej, ale nie okazywał tego tak otwarcie, jak ona swojego zmieszania. – Jestem w stanie wyobrazić sobie, jak... – podjęła, ale Sam raz jeszcze doszedł do głosu, w efekcie czego Farrah pokornie zamilkła. W obecnej sytuacji nie umiała stworzyć żadnego sensownego argumentu, którego siła przebicia byłaby na tyle mocna, aby zbić mężczyznę z tropu. – Nie, nie mamy, ale... – zaczęła ponownie, nie chcąc, by Voight na polu tej bitwy pozostał sam, mimo iż głos jej drżał, spojrzenie było rozbiegane, a serce biło szybciej, niż faktycznie powinna. Była tu słabszym ogniwem i nie umiała pozbyć się przeświadczenia, że Sam również to zauważył. I zamierzał wykorzystać.
– Jesteś kobietą. Być może w przyszłości będziesz matką. Na pewno to rozumiesz – wyjaśnił swój punkt widzenia Sam, zaraz potem przenosząc wzrok na Sawyera, jak gdyby uważał, że kwestie konkretów i szczegółów rekompensaty należało omówić z facetem.
Sawyer Voight