-
Gina miała dziwne przeczucia.
Już od jakiegoś czasu chodziło za nią coś niepokojącego. Zaczęło się niewinnie – od snów. Nie pamiętała dokładnie ich przebiegu, ale budziła się z poczuciem czegoś niedokończonego, jakby próbowała skończyć pochłaniającą ją układankę i nie mogła się z tego wyrwać. Z czasem dołączyły do tego objawy somatyczne, jak pełzające pod skórą mrówki czy wrażenie cudzej obecności jeżące w losowych momentach włoski na karku czy przedramionach.
Próbowała na własną rękę odczytać – albo oczyścić – aurę, jaka roztaczała się wokół niej wbrew jej oczekiwaniom oraz intencjom. Palone kadzidła ani przygotowywane talizmany nie przynosiły jednak zamierzonego efektu. Po kilku dniach bezowocnych starań, zdecydowała się wreszcie skorzystać ze specjalistycznej pomocy.
Być może – zamiast udać się do Fatimy – powinna wybrać się do psychiatry i zmodyfikować leczenie, ale… Gina wiedziała, że to nie w psychice tkwi jej problem. Chodziło o coś duchowego. Cielesnego. Bo tak, oczywiście, że umiała to rozróżniać. Miała całkiem niezłe doświadczenie w odczytywaniu metafizycznych sygnałów, jednak jej umiejętności pozostawały wciąż ograniczone.
Mało komu ufała w tym aspekcie tak, jak Hamletowi. Mało kto również wiedział o niej tak wiele intymnych wyznań, jak Greystone. Chciał, czy nie chciał – był powiernikiem jej problemów, z którymi musiał sobie radzić. Gina Blanque zostawiła w Fatimie grube tysiące dolarów na konsultowanie z Greystonem swojej przyszłości i życiowych decyzji, z których… no cóż, była dumna.
– Coś wisi w powietrzu – powiedziała od samego wejścia na powitanie, dość grobowo, z poważną miną. Usiadła na fotelu naprzeciwko różowego tronu Hamleta, umieszczając torebkę za siebie, między plecami a oparciem. Tylko podczas seansów z Hamletem wyciszała telefon – będący na co dzień przedłużeniem jej ręki – do zera, włączając nawet tryb samolotowy, aby nie zakłócać energii w powietrzu falami radiowymi ani innymi wibracjami, które mogłyby wpłynąć na percepcję duchowych sygnałów.
– Łapie mnie za kark i gryzie w gardle – zadarła lekko podbródek do góry i przesunęła opierścionkowanymi palcami po długiej i bladej szyi, jakby chciała się uwolnić spod ograniczających ją więzów. A przynajmniej zwizualizować dręczący ją problem. – Byłam ostatnio na cmentarzu na grobie Jamesa. To chyba zaczęło się od tego momentu – przypomniała sobie ten fakt i zmarszczyła brwi. – Myślisz, że chce mi coś przekazać? – zapytała przejęta i zaczęła nerwowo skubać różowymi paznokciami prawej ręki skórki wokół różowych paznokci lewej ręki.
hamlet greystone
32 lat/a,
179 cm
wróżbita (dla niektórych wariat) w
fatimie albo tam, gdzie cie zobaczy
-
Choć wiele lat temu, podczas wyjątkowo zimnej i paskudnej nocy spędzanej w szopie, porzucił wszelkie dogmaty chrześcijaństwa, od kilku dni na zapętleniu słuchał świątecznych składanek. Grudzień zajmował szczególne miejsce w jego sercu; Hamlet uwielbiał towarzyszącą mu atmosferę, w pierwszych dniach miesiąca ubierał choinkę i nieustannie rozmyślał o prezentach, które chciał podarować najbliższym. W tym roku koncentrował się także na przeglądaniu internetu w poszukiwaniu najlepszego przepisu na pierniki (wybierał go na podstawie umieszczonego na stronie zdjęcia).
Nie potrafił nie myśleć o świętach nawet w pracy; w oczekiwaniu na klientów siedział na różowym tronie i nucił pod nosem ho ho ho, bring a bottle of rum, ho ho ho, cream and whiskey bourbon.
Intuicja podpowiadała mu, że dziś nie wydarzy się nic szczególnego, dlatego miał niemały problem z właściwą interpretacją wizyty Giny; nie wierzył, że mógłby się pomylić, równocześnie nie uważając, by wizyta Blanque nie była niczym ważnym. Jak żyć?
Uśmiechnąwszy się szeroko, skinął twierdząco głową. 一 Coś wisi w powietrzu 一 powtórzył, nie przejmując się brakiem oficjalnego przywitania. 一 To samo mówi Bertha. Cały czas narzeka, bo też nie czuje się najlepiej. 一 Bertha, na wpół zwiędły aloes, była powierniczką i oddaną przyjaciółką Hamleta. To nic, że Greystone zapominał o podlewaniu; gdy tylko w jego życiu pojawiał się problem, z którym nie potrafił sobie poradzić (średnio dwa razy dziennie) opowiadał o nim sukulentowi i liczył na pomoc.
Nim odpowiedział na jej pytanie, dał sobie chwilę na zastanowienie się. 一 Dusze są niespokojne 一 odparł tajemniczo, koncentrując spojrzenie na Ginie. Nie w jego stylu byłoby udzielenie jasnej wskazówki; Hamlet nie potrafił poprowadzić normalnej rozmowy, bowiem jego mózg pracował na kilku częstotliwościach i szukał we wszystkim ukrytego dna. 一 Musimy im pomóc i dowiedzieć się, co się dzieje 一 kontynuował, podnosząc się ze swojego różowego tronu. Nie informując Giny o tym, co zamierzał zrobić, zabrał się za przeszukiwanie szafek. Nim zaś wyjął z nich cokolwiek, zatrzymał się i odwrócił się do Blanque.
一 Mam pomysł 一 mruknął. 一 Masz czas? Zresztą, nieważne. 一 Machnąwszy ręką, uśmiechnął się szeroko. Zdawało się, że nic nie mogło powstrzymać go od błyskotliwego pomysłu przeprowadzenia rytuału, w którym porozmawiają z duchami przodków. Bo przecież oboje tego potrzebowali, prawda? Oboje czuli niepokój i tylko to mogło im dać kluczowe odpowiedzi. 一 Chodź, porozmawiamy z Jamesem i tą kobietą, która poprosiła mnie o pomoc. Zamknę sklep, żeby nam nikt nie przeszkadzał. Później odprawimy rytuał, który cię odpręży. 一 To nic, że wcześniej nie wspominał o duszy potrzebującej pomocy. Przecież mógł to wyjaśnić później, prawda?
Gina Blanque
-
Ze swoją pamięcią do imion – albo lekceważącym podejściem do tego, co inni do niej mówili na temat innych – Gina nie pamiętała, kim jest Bertha, ale skoro nie była w tym sama, chwilowo poczuła się spokojniej, że to nie tylko jej paranoja.
Nie trwało to długo.
– Du-sze…? – dopytała cicho, niepewnie, jakby głos nie chciał przejść jej przez to zaciśnięte napięciem gardło. Przyszła tu z jednym problemem, a teraz dowiadywała się, że niespokojnych dusz jest więcej? Zmarszczyła brwi i odetchnęła głębiej, bo presja cholera-wie-czego przygniotła jej ramiona. Czuła pieczenie w kącikach oczu i rozpieranie pod powiekami zwiastujące pojawienie się łez. Blanque przestała skubać skórki wokół paznokci, a wbiła je w wewnętrzną powierzchnię dłoni, zaciskając ją w pięść, żeby przenieść główną oś odczuwania wrażeń na kontrolowany punkt skóry. Szybko schowała ją w dół, ściskając między udami nadgarstek, aby Hamlet nie mógł zobaczyć oznaki jej słabości. Był to odruch – ukrycie, że coś ją poruszyło, aby nikt nie mógł wykorzystać tego bardziej przeciwko niej.
Skutecznie robiła to przecież sama...
Zamrugała powiekami, żeby doprowadzić się szybko do porządku i przywołała na twarz blady – pod kolorowym makijażem – uśmiech. Na szczęście Hamlet był zajęty szukaniem i nie zwracał na nią większej uwagi, pochłonięty własnymi myślami.
Miała czas. Zarezerwowała wolne popołudnie i wieczór, aby uporać się z męczącym ją problemem. Zachęcona odprężającym rytuałem bardziej niż rozmową ze zmarłym bratem – pokiwała głową i ruszyła za mężczyzną pozostając o krok za nim. A i tak oglądała się za siebie, jakby chciała się upewnić, że niczego – ani nikogo – za nią nie ma. Mimo pustki za plecami, nie mogła opędzić się od poczucia, że jest obserwowana…
Zimny powiew powietrza wdarł się pod płaszczyk Giny i prześlizgnął się po plecach. Włoski na skórze zjeżyły się, zrobiła szybszy krok do przodu, wyciągnęła rękę przed siebie i zacisnęła palce na koszulce Greystone’a. Liczyła na to, że w ten sposób poczuje się spokojniej? A duchy uciekną w popłochu od duchowej energii mężczyzny? Albo że jego uśmiech – niczym tarcza – ochroni przed złą aurą?
– Hamlet…? – zaczęła niepewnie i puściła jego koszulkę, ganiąc się w myślach za swoją głupotę i niewłaściwe zachowanie. Nie wiedziała, jak zacząć temat, który też od jakiegoś czasu ją męczył, a mógł mieć wpływ na dzisiejszą sesję duchową. Wcześniej nie zastanawiała się nad tym jakoś specjalnie, jednak w ostatnim czasie coraz częściej przez jej głowę przewijały się niepokojące i nieproszone wątpliwości, które wypełniały bezsenne noce dodatkowymi dawkami lęku. – Nienarodzeni też mają dusze? – rzuciła enigmatycznie i ścisnęła wargi, dając tym samym znać, że oczekuje odpowiedzi bez rozwijania tematu.
hamlet greystone
32 lat/a,
179 cm
wróżbita (dla niektórych wariat) w
fatimie albo tam, gdzie cie zobaczy
-
Niekiedy 一 zazwyczaj gdy wymagała tego sytuacja 一 był wyjątkowo niedomyślny i nie potrafił dostrzec, że swoim zachowaniem i paplaniną wprawiał ludzi w dyskomfort. 一 No wiesz, dusze przodków 一 wyjaśnił beztrosko, uśmiechając się promiennie. 一 Denerwują się, ale nie martw się, tak po prostu czasami jest. Jak wszyscy mają swoje kaprysy i nic na to nie poradzimy 一 Westchnął teatralnie i spojrzał w górę. Zdawało się, że chce przeniknąć spojrzeniem przez sufit, ale ku jego wielkiemu niezadowoleniu, jego wzrok napotkał niemożliwą do ominięcia barierę w postaci betonu. 一 W każdym razie dzisiaj porozmawiamy tylko z twoim bratem i z tą dziwną kobietą. Cieszę się, że przyszła właśnie do mnie, wiesz? 一 mruknął, ponownie nie myśląc o tym, by wyjaśnić Ginie swoje powiązania z tajemniczą duszą.
Jej gest go zaskoczył; czując palce zaciskające się na jego koszulce, przystanął w pół kroku i zmarszczył czoło, zastanawiając się, co teraz.
Przyglądał się Blanque, zagryzając dolną wargę; Hamlet czuł, że ciężar jej pytania osiada na jego barkach i staje się trudny do udźwignięcia. 一 To... to zależy 一 odparł w podobnym tonie, sięgając pamięcią do nauk wyniesionych z farmy pastora. Wszystko wróciło do niego ze zdwojoną siłą; pamiętał samotne noce, czuł chłód wiatru, który przenikał przez cienką warstwę ubrań i szeroki uśmiech księdza, który wierzył, że kara zapewni posłuszeństwo. Pamiętał także poranne modlitwy, coniedzielne wyjścia na msze i zmuszanie do życia zgodnego z zasadami wiary. 一 Ale ja uważam, że nie 一 dodał, chcąc dobitnie podkreślić, że odcinał się od chrześcijaństwa grubą kreską. 一 Dla mnie to zupełnie inna kategoria, rozumiesz, o co mi chodzi? Wiesz, nienarodzeni nigdy nie żyli. Nie było ich tu, więc nie wiedzą, z czym się mierzymy 一 kontynuował, czując, że jego serce zaczyna wybijać szalony rytm. 一 Pytasz z konkretnego powodu? 一 spytał, mając nadzieję, że nie był zbyt dociekliwy. Z jednej strony nie chciał naruszać jej prywatności, ale z drugiej ciekawość wygrała i czuł, że musi to zrobić.
Wypuszczając głośno powietrze, poczuł się nieswojo. 一 Tak sobie pomyślałem... Może przełożymy tę rozmowę na później i skupimy się na relaksie? 一 zasugerował niepewnie, nie chcąc jej do niczego zmuszać. Dobra energia i pozytywne myślenie były podstawą rytuału przywoływania dusz przodków; Hamlet wiedział, że negatywne nastawienie mogło przynieść jedynie szkody, więc gotów był poczekać. Wszak dusze im nie uciekną, prawda?
Gina Blanque
-
Gina pokiwała głową ze zrozumieniem. Jej problem był na tyle… przytłaczający, że popadała powoli w paranoję. Musiała się uspokoić, ale aura zaniepokojonych dusz napierała na jej ciało, wywoływała nieprzyjemne dreszcze, nasyłała tylko niespokojne myśli, nasilała irracjonalny lęk, więc wszystko widziała w nałożonym na wizję filtrze szarości i mgły, mimo otaczania się żywymi i intensywnymi kolorami.
– Myślałam, że wokół mnie krążą jeszcze jakieś niespokojne dusze, których nie wyczuwam – wyjaśniła swoją wątpliwość i również przywołała na twarz uśmiech, ale dość blady i przejęty niepokojem. Gina wiedziała, że jej wrażliwość przyciąga trudne przypadki. W ostatnim czasie odczuwała to ze zdwojoną siłą. Próbowała zamknąć niepokój w krysztale ściskanym w dłoni; bezskutecznie. Dopóki była sama, trzymała się w ryzach, ale kiedy tylko znalazła się pod wpływem silnej aury Hamleta, jej tarcza bezpieczeństwa chroniąca przed poruszonymi duszami mogła opaść.
To... to zależy.
W oczekiwaniu na odpowiedź Gina uniosła brwi ku górze i wstrzymała oddech. Stanie w słabo oświetlonym korytarzu, na przeciągu, nie było najlepszym miejscem do prowadzenia takich rozmów. Gina ogólnie nie lubiła korytarzy. Kojarzyły jej się z utknięciem pomiędzy, a ona… lubiła klarowne sytuacje.
Wypuściła ze świstem i ulgą powietrze przez ściągnięte w wąski otwór usta.
– Ktoś mi bliski spodziewa się dziecka – wyjaśniła szybko; trochę za szybko jak na przejęcie, z jakim wcześniej zadała to pytanie. Nie wchodziła w szczegóły. Obiecała Sallie, że nikomu nie powie o ciąży, ale przecież nie zdradziła żadnej tajemnicy! Równie dobrze mogło chodzić o jakąś przyjaciółkę Giny! – Nieoczekiwanie – dodała w ramach wyjaśnienia, dlaczego ją to niepokoi. Spojrzała na mężczyznę wzrokiem sugerującym jeśli wiesz, co mam na myśli i nawet zaśmiała się krótko, choć nieco nerwowo. – To może być… hmmm… napięta sytuacja, więc… sam rozumiesz… – Wzruszyła ramionami, ale to wcale nie było takie oczywiste. Najważniejsze jednak, że nienarodzeni nie mieli dusz, trochę uspokoiło to Ginę. Bo oczywiście zdanie Hamleta wzięła jako pewnik. Jeśli on tak uważał, Blanque nie podważała jego opinii.
Zastanowiła się nad jego propozycją. Chciała pozbyć się dławiącego uczucia, ale na razie nie czuła się chyba gotowa na konfrontację z bratem, ani innymi duszami. – Może masz rację, zacznijmy od relaksu – skinęła głową i przyjęła to z ulgą. Tak naprawdę Gina dawno nie miała chwili tylko dla siebie.
– Wiesz… mam wrażenie, że za bardzo się tym wszystkim przejmuję – powiedziała po chwili i wskazała brodą, aby ruszyć dalej. – A najbardziej problemami wszystkich innych, nie swoimi. – Była to częściowa prawda. Momentami ze swoimi kaprysami Gina była nie do zniesienia dla innych, ale czasami ludzie przychodzili do niej ze swoimi problemami, jakby mogła rozwiązać je wszystkie. A ona je przejmowała. Trawiła i odkładała w komórkach, jakby nie mogła pozbyć się toksyny złych intencji i energii. – Czasem czuję się jak syfon, przez który przechodzi zła energia. – Może niezbyt ładne porównanie, ale obrazowe i adekwatne do sytuacji.
hamlet greystone
32 lat/a,
179 cm
wróżbita (dla niektórych wariat) w
fatimie albo tam, gdzie cie zobaczy
-
一 Aaa, w ten sposób. 一 Skinął głową, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. 一 Znaczy na pewno gdzieś tu są, ale się nie przejmuj, wszystko jest pod kontrolą 一 wyjaśnił, nie myśląc o tym, że słowa nie pomogą. Hamlet bywał (a raczej był) niedomyślny; w wielu momentach nie zastanawiał się nad konsekwencjami i mówił to, co ślina przyniosła mu na język. Opamiętanie się przychodziło dopiero w chwili, w której inni ludzie wygrywali przeszłe kłótnie pod prysznicem (opcjonalnie wspominali o najbardziej wstydliwych momentach życia przed snem). Właśnie wtedy uświadamiał sobie, że popełnił niewybaczalne faux pas, ale nigdy nie wymyślił niczego, co mogłoby powstrzymać katastrofę.
一 Oh 一 szepnął, w lot chwytając, co miała na myśli. 一 Przykro mi? Tak się mówi? 一 spytał, nie mając pojęcia jak zareagować na niespodziewaną ciążę. W Nowym Orleanie nie miał zbyt wielu znajomych płci pięknej, więc nie orientował się, czy znów nie palnął głupoty.
Przez jego głowę przewijały się tysiące myśli na sekundę, ale w żadnej z nich nie oceniał; choć od najmłodszych lat wpajano mu dogmaty katolickiej wiary, w chwili, w której zainteresował się magią, uznał, że to brednie. 一 Dam ci chryzokolę. Podaruj go tej bliskiej osobie, powinien jej pomóc 一 postanowił, po czym podszedł do szafki, z której wyciągnął właściwy kamień i wcisnął go Ginie w dłoń.
Nie przedłużając kontaktu, odsunął się i znów znalazł się przy szafce, by wyciągnąć z niej kamienie ochronne, które chciał wykorzystać przy rytuale. Podczas pracy uważnie słuchał tego, co miała do powiedzenia Gina. 一 Rozumiem. Czasami... 一 urwał, szukając właściwego słowa. Uświadomiwszy sobie, że nie powinien wchodzić w rolę terapeuty, chrząknął i zasugerował to, co zrobiłby sam: 一 Powinnaś gdzieś wyjechać, bo rytuał będzie miał krótkotrwały efekt 一 rzucił. 一 Nie wiem, gdybym był tobą, zaszalałbym. Hawaje? Malediwy? Może nawet Bora-Bora? 一 Gdy wymieniał potencjalne kierunki na jego twarzy pojawił się rozmarzony uśmiech. Ileż by dał, żeby wyjechać na wakacje; gdyby tylko miał wystarczająco pieniędzy, nie zastanawiałby się ani przez moment, bo dotychczas jedyną podróżą, jaką odbył, była ucieczka z Montany. Tamtejszą podróż wspominał dwojako; z jednej strony było to najpiękniejsze doświadczenie w jego życiu, z drugiej wielomiesięczna tułaczka odebrała mu niemal wszystkie chęci do życia, bo do ostatniej chwili nie wiedział, czy aby na pewno mu się uda. 一 Albo do Europy. Tak, na twoim miejscu wyjechałbym Do Europy 一 szepnął, puszczając wodze wyobraźni. Był daleko; był na francuskim Lazurowym Wybrzeżu, gdzie pił drinki z palemką i korzystał z doskonałej pogody.
W Fatimie znalazł się w momencie, w którym uderzył ręką w wazon; szklany przedmiot z hukiem spadł na podłogę, co skutecznie sprowadziło Greystone'a na ziemię. 一 Cholera 一 mruknął, a chcąc odwrócić uwagę Blanque od zamyślenia się, rzucił się do posprzątania bałaganu.
Gdy na podłodze nie pozostał ani jeden odłamek szkła, posłał Ginie przepraszające spojrzenie i podszedł do półki, na której znajdowała się biała szałwia. Okadziwszy pomieszczenie, rozłożył na stoliku kryształy ochronne. 一 Melisa, rumianek czy lipa? 一 Nawet jeśli pytał, wakacje skutecznie wymazały wiedzę.
Gina Blanque
-
Na pewno gdzieś tu są i wszystko jest pod kontrolą w mniemaniu Giny bardzo się wykluczało. Oj, bardzo. Byłaby jednak głupia sądząc, że w otoczeniu Greystone’a nie będzie żadnych dusz. Obcował z niecielesnymi bytami na bardzo metafizycznym poziomie. Skoro on sam się ich nie bał, dlaczego Gina powinna? Nie służyło to co prawda jej permanentnemu lękowi, który aktywował się w mniej niepewnych sytuacjach, ale tu nie była sama. To dodawało jej otuchy. Ale i tak przygarbiła ramiona i przygryzła wargi, żeby uregulować nakręcające się nerwy. Złe przeczucie wcale jej nie opuszczało, ale właśnie w tym celu przyszła do Hamleta.
– Mówi się trudno… – westchnęła ciężko nad losem swoim. I Sallie. Bardziej Sallie. Zagapiła się tępo przed siebie nie mogąc wyobrazić sobie tego, jak będzie wyglądać życie jej siostry, kiedy już urodzi się to dziecko. I dlaczego martwiła się bardziej o siostrę, a nie o to małe stworzenie, którego – Gina była tego niemal pewna, z całą miłością do siostry – nie czeka w tej popieprzonej rodzinie nic dobrego.
Ścisnęła wciśnięty w dłoń kamień i pomyślała, że każe zrobić z niego dla Sallie bransoletkę. Ludzie z jej otoczenia patrzyli dość sceptycznie na upodobania i wiarę Giny co do mocy ziół, kryształów i natury, więc w ten sposób postanowiła połączyć przyjemne z pożytecznym. O ile bransoletka będzie ładna. Gina już znajdzie jubilera, który ładnie ją obrobi…
Wyjechać…?
Spojrzała na Hamleta, jakby ten urwał się z choinki. Wyjazd w tym momencie jej rozstrojenia nerwowego nie brzmiał jak coś, czemu chętnie chciała się poddać. Może pod krótkotrwałym wpływem rytuałui bez zaglądania w kalendarz pękający w szwachzdecyduje się jednak na jakiś wyjazd?
– W Europie jest teraz zima – powiedziała, jakby to był problem nie do przeskoczenia. Geograficzna ciekawostka. Z jednej strony wiedziała, że w Europie jest teraz zima. A z drugiej nie dociekała aż tak bardzo, żeby zastanawiać się, czy w całej Europie była teraz zima. Kontynent ten kojarzył jej się z typowymi porami roku, które w Nowym Orleanie nie miały swojego odzwierciedlenia.
Europa źle kojarzyła się Ginie. To podczas podróży do Europy zginął James. Dlaczego Hamlet przywołał Europę? Mówiła mu, że James zginął właśnie w takich okolicznościach? To był jakiś znak? Gina zaczęła szybciej oddychać i analizować przeszłe rozmowy, czy padł w nich taki fakt. Czy nawiązanie do Europy i stłuczony wazon miał przewidzieć i jej przyszłość? I co to mogło oznaczać? Dla niej…?
Do Fatimy powróciła wraz z dźwiękiem tłuczonego szkła. Cofnęła głowę przestraszona i spojrzała na Hamleta, szukając… czegoś na wzór wsparcia? A przynajmniej osadzenia się w rzeczywistości. Mary przeszłości mogły zniknąć, razem z dymem białej szałwi, która dyfundowała w niewielkim pomieszczeniu uspokajając zszargane nerwy Eugenii.
Melisa, rumianek czy lipa?
Nawet stojąc przed tak banalnym wyborem czuła się bezradna, co cholernie ją frustrowało. Paraliżowała ją czasami tak prosta decyzja. Dopóki maski nałożone na twarz na potrzeby codziennego funkcjonowania trzymały ją w ryzach, wychodziła poza swój komfort podejmując decyzje biznesowe. W domu… i w takich chwilach… odcinało ją od decyzji. Nie chciała się tak czuć. Bezradnie, wrzucona w życie pośród kryzysów, niespokojnych dusz, które próbowały wywrzeć na niej swój imperatyw. Chciało jej się płakać, ale nie miała ochoty rozklejać się tu i teraz bardziej, niż do tej pory. Była żałosna i bez tego. – Melisa… – powiedziała wreszcie cicho i wcisnęła kamień do torebki. Odgarnęła włosy do tyłu i podniosła głowę, żeby dodać sobie otuchy przed tym, co zamierzała powiedzieć dalej.
– Hamlet… – zaczęła niepewnie, ale już zrobiła pierwszy krok, przestała analizować sytuację i swój durny pomysł, a zamierzała przejść do podjęcia próby jego realizacji. – Co robiłeś najbardziej ryzykownego w swojej karierze? – zapytała przyglądając się wszystkim specyfikom, jakie znajdowały się na półkach. – Mam na myśli… wiesz, w swoich rytuałach? – dopytywała grając pewną siebie, ale… przez całe to spotkanie już kilka razy potknęła się na swojej złudnej pewności siebie. – Masz jakieś granice, których nie przekraczasz? – zapytała dość ogólnikowo i – znów – dla rozładowania napięcia zaczęła obgryzać skórki wokół paznokcia kciuka.
hamlet greystone
32 lat/a,
179 cm
wróżbita (dla niektórych wariat) w
fatimie albo tam, gdzie cie zobaczy
-
一 Jest sporo opcji rozwiązania problemu 一 zauważył, nie mając pojęcia, czy właściwie dobrał słowa. Bo może wszystko było jedynie wytworem jego wyobraźni? Może mimo bycia niespodziewaną, ciąża nie była problemem, a darem? 一 Znaczy ciąży; sporo opcji dotyczących ciąży 一 skorygował, nerwowo pocierając kark.
一 Oh 一 rzucił, odwracając spojrzenie. Słowa Giny i ton jej głosu uświadomiły mu, że popełnił kolejny błąd. 一 To może jednak jakieś egzotyczne wyspy byłyby lepszym pomysłem 一 mruknął, choć podejrzewał, że nie wyjdzie z sytuacji z twarzą. 一 Albo możesz spytać Berthę. Ostatnio chyba się obraziła, bo jest mało rozmowna, ale może będziesz miała więcej szczęścia. 一 Najprostszym rozwiązaniem wydawało się mu obrócenie wszystkiego w żart, dlatego zepchnął rozmowę na temat aloesu.
Rzucił się do przygotowania wywaru; niewiele myśląc chwycił susz, wsypał go do kubka, po czym zalał go gorącą wodą.
I właśnie wtedy usłyszał pytanie, które znów przeniosło go do mroźnej Montany. Przeszło mu przez myśl, by wspomnieć o ucieczce przez Stany; już otwierał usta, by podzielić się z nią szczątkami historii i dopiero po chwili uświadomił sobie, że Gina pytała o jego karierę z a w o d o w ą. Porzuciwszy śmiałe plany, chrząknął i zmienił koncepcję na odpowiedź: 一 Wydaje mi się, że najgłupsze było wywoływanie ducha przodka bez żadnego przygotowania się 一 wyszeptał, czując, że jego ramiona pokrywają się gęsią skórką. 一 Całe szczęście, że wyszło z tego jedno, wielkie nic, bo mogłem doprowadzić do jakiejś tragedii 一 kontynuował, nie mogąc zrozumieć, co miał wtedy w głowie.
一 Nie zagłębiam się w czarną magię. Nie... Nie umiałbym złorzeczyć 一 wyjaśnił, błądząc spojrzeniem po twarzy blondynki. Gdy odwrócił wzrok, uderzyła w niego myśl; po świecie chodziła jedna osoba, która zasługiwała na wszystko, co najgorsze; po świecie chodziła osoba, przez którą gotów był złamać swoje postanowienie. 一 Przekroczyłbym granicę tylko raz 一 rzucił, zaskakując wyznaniem nawet samego siebie. Było za późno, by wycofać się ze słów i pozostawało mieć nadzieję, że Blanque nie będzie drążyć tematu, bowiem Hamlet nie był gotowy na zabranie jej w podróż do Montany.
Znów najpierw robił, potem myślał; znów musiał mierzyć się z konsekwencjami swojej głupoty i szukać sposobu na zajęcie myśli Giny czymś innym: 一 Wypij 一 powiedział, modulując ton głosu tak, by słyszalne były w nim nuty troski. Influencerka zajmowała szczególne miejsce w jego sercu, dlatego Hamlet zawsze chciał dla niej najlepiej (choć zazwyczaj chęci to jedno, a rzeczywistość drugie).
Gina Blanque
-
Gina doskonale zdawała sobie sprawę ze sposobów radzenia sobie z problemem ciąży. Byłoby jednak łatwiej, gdyby problem ów dotyczył niej, a nie drugiej osoby. Ona wiedziała, jak sobie z tym poradzić. Sallie… Gina przyszła tutaj, żeby trochę się zrelaksować, nie chciała się tym teraz przejmować. A przejmowała się co najmniej tak, jakby problem dotyczył jej. Taki już podobno urok osób wysoko wrażliwych, jaką to osobą Eugenia Blanque rzekomo była.
Uśmiech przebił się przez dość ponury grymas na twarzy Giny. Akurat rozmów z roślinami – na ile pamięć ją nie myliła – nie uznawała za dziwne i byłaby skłonna do zwrócenia się ku roślince i wyjaśnienia jej, że obrażanie się na jedynego wododawcę nie jest najlepszym pomysłem. Rozejrzała się w poszukiwaniu Berthy, ale nie wiedziała, która to dokładnie roślina, więc żeby nie wyjść na ignorantkę, skwitowała ten komentarz jedynie uśmiechem.
Podany przez Hamleta kubek objęła palcami i rozkoszowała się gorącem, które napierało na receptory na jej skórze, wywołując przyjemno-nieprzyjemne poczucie mieszania chłodu przejmującego do szpiku kości z kontrastującym gorącem.
– To musiał być moment szaleństwa – powiedziała półgłosem, ale bez cienia oskarżenia. Raczej z fascynacją. Przymknęła oczy na chwilę, próbując sobie wyobrazić tamtą scenę. Czuła w powietrzu niepokój, który wówczas musiał mu towarzyszyć, tę delikatną elektryczność, która pojawiała się, gdy robiło się coś ryzykownego, balansując na granicy świata żywych i duchów. – Nawet jeśli nic się wtedy nie wydarzyło… – jej głos przycichł, jakby sama ważyła słowa – może nie wyszło wtedy, ale to nie znaczy, że nie zostawiło po sobie śladu… – rzuciła w eter bardziej do siebie niż do Hamleta. Gina znała ten schemat. Zdarzało się, że duchy nie przychodziły od razu. Czasami tylko się przyglądały. Czekały…
Przekroczyłbym granicę tylko raz…
Wzdrygnęła się niemal niezauważalnie. Sama myśl, że Hamlet byłby gotów złorzeczyć, sprawiła, że przez jej plecy przebiegł lodowaty dreszcz, a coś w jej brzuchu niespokojnie się przelało, jakby jakiś duch przepłynął przez nią dokładnie w okolicy pępka. To nie byłoby w jego stylu. Może i nie znała wszystkich tajemnic jego przeszłości, ale była pewna, że nie należał do ludzi, którzy świadomie sięgali po mrok, by komuś zaszkodzić. Wyczuwała, że za tymi słowami Hamleta kryje się brzemię, którego dzisiaj nie miała siły dziś dźwignąć. A i sam Greystone nie kwapił się do podzielenia się szczegółami, więc – dla zatuszowania milczącej niezręczności – upiła łyka gorącej melisy z cichym siorbnięciem.
– Nie, nie, nie mam na myśli złorzeczenia – zapewniła od razu i zaczesała włosy za ucho. Bransoletki na nadgarstku zadźwięczały. Mimo wielu sesji, czuła się nieswojo. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie wiedziała co. Przez chwilę milczała, wsłuchując się w siebie i to, co od dawna próbowało przebić się przez jej świadomość.
– Ja… – zaczęła po chwili, wbijając w niego błagalne spojrzenie. – Ja już naprawdę nie wiem, co robić. – Zacisnęła dłonie mocniej na kubku, jakby chciała zatrzymać drżenie palców. Próbowała wszystkiego. Amulety, wywary, czary ochronne – nic nie działało. Gdziekolwiek szła, czuła na sobie czyjś wzrok. Niepokój był jak głęboka rysa w rzeczywistości, której nie mogła naprawić.
– Jestem pod opieką psychiatry – przyznała cicho. – Mam leki. Powinny pomagać na lęki i na... inne rzeczy. Ale ja wiem, że to nie to. To nie mój umysł. To nie psychika. – Podniosła na niego wzrok, szukając zrozumienia. – To dusze. One są tutaj, Hamlet. Ciągle. W moim cieniu, w snach, w lustrach, w cichych zakamarkach mojego domu. Nie chcą mnie zostawić, a ja… nie wiem dlaczego. – Przełknęła ślinę, a potem wzięła drżący oddech. – Proszę cię... Pomóż mi je uciszyć. Pomóż mi odzyskać spokój.
hamlet greystone
32 lat/a,
179 cm
wróżbita (dla niektórych wariat) w
fatimie albo tam, gdzie cie zobaczy
-
Cieszył się, że mówiła wprost o tym, co myślała o jego zachowaniu; w odpowiedzi na jej uwagę, skinął twierdząco głową, bo patrząc na wszystko z perspektywy czasu, uważał, że był cholernie nieodpowiedzialny. Od dawna brakowało mu piątej klepki; od dawna najpierw robił, potem myślał i wielokrotnie musiał mierzyć się z konsekwencjami swoichgłupichdecyzji. 一 Uwierz mi, że był. 一 Przygryzłszy wargę, posłał jej niepewny uśmiech. 一 Może kiedyś ci o tym opowiem 一 skwitował, nie decydując się dodać niczego więcej. Wszak dzisiaj byli tu dla niej, a poza tym Hamlet nie był gotowy na dzielenie się najczarniejszymi momentami swojego życia.
Jeszcze nigdy nie wyjawił nikomu tej historii i zastanawiał się, co się stanie, gdy to zrobi. Czy poczuje ulgę? Czy cokolwiek się zmieni i będzie szczęśliwszy? A może wszystko będzie po staremu i jedyną różnicą stanie się poczucie winy, że obarczył prawdą inną osobę?
一 Nie martw się tym, dobrze? 一 poprosił. Nawet jeśli coś poszło nie tak (w co wątpił, bowiem minęło już wiele lat) to nie był jej problem; cała odpowiedzialność spoczywała na nim i Gina nie miała ponieść konsekwencji tej decyzji.
Ciężar jej słów zdawał się go przygniatać; powoli zbliżał się do granicy i zaczynał wątpić, że uda mu się znaleźć remedium. 一 Mogę ci jakoś pomóc? M-może... 一 zająknął się, nie mając pojęcia, o czym teraz rozmawiali. O ciąży? O problemach bliskich jej osób? A może jeszcze o czymś innym? Jego mózg gubił się w procesach zachodzących w tym należącym do blondynki; Greystone potrzebował dosadniejszego wyjaśnienia, które uchroni go przed nadchodzącą katastrofą.
Blanque kontynuowała, a wyraz jego twarzy zaczął ewaluować; dezorientację zastąpiła czułość i troska. 一 Och, Gina 一 szepnął troskliwie, po czym podszedł i delikatnie 一 zupełnie tak, jakby obawiał się, że gest sprawi, że kobieta się rozpadnie 一 dotknął jej ramienia. 一 Jesteś tu ze mną, więc nie musisz się niczego obawiać 一 zapewnił.
Wierzył, że mógł jej pomóc; że ostatnie niepowodzenia były jedynie przypadkiem i że tym razem mu się uda. 一 Wypijesz napar, spróbuję cię uspokoić, a potem sprawdzimy, co się dzieje. Dobrze, że mi o tym mówisz i dziękuję ci za szczerość. Usiądź, Gina. Usiądź i pozwól mi działać 一 wyszeptał, czując narastającą presję.
Złapał dwa głębsze oddechy, a kiedy Blanque wypiła napar, zabrali się za uspokajanie jej energii. Okadziwszy jej ciało i pokój dymem z szałwii, przeszedł do relaksu: przeprowadził ją przez proces głębokich oddechów, po czym narysował krąg kredą. 一 W porządku? 一 spytał, chcąc na bieżąco monitorować jej samopoczucie.
Gina Blanque
-
Od razu pożałowała wypowiedzianych chwilę wcześniej słów. Jak mogła pozwolić sobie na coś takiego? Odsłoniać wstydliwy, słaby fragment siebie, który powinien zostać dawno zamknięty i zabezpieczony przed dostępem kogokolwiek z zewnątrz? Jak mogła być aż tak… żałosna? Matka nigdy nie pozwoliłaby sobie na coś podobnego. Odette Blanque była kobietą ze stali. Zabiłaby ją wzrokiem za coś takiego. A Gina zrobiła to sama sobie. Zraniła się bez jej udziału.
Zacisnęła wargi, kiedy poczuła dłoń Hamleta na ramieniu. To był delikatny gest. Z troską. Ciepłem. I przez to bolał jeszcze bardziej. Przypominał, że w jej życiu nie było nikogo, kto z własnej woli i potrzeby chciałby tam być dla niej. Nikt, kogo dopuściłaby na tyle blisko, żeby móc podzielić z nim ciężar, który nosiła każdego dnia. Sama musiała go dźwigać. Tak było zawsze i tak miało pozostać. A teraz… teraz zdradziła samą siebie, dopuszczając Hamleta bliżej.
Nie mogła mu pozwolić, by zobaczył więcej. Żałosne łzy cisnęły się jej do oczu z irytującą natarczywością. Wzięła płytki oddech, ledwie kontrolując drżenie brody. Tylko nie rycz, idiotko!, skarciła się w myślach. Zacisnęła szczęki tak mocno, że bolało, aż zaszumiało w uszach. Wolała ból od słabości, która powlekała ją niczym lepka pajęczyna.
Słuchała jego słów. Cichego, łagodnego tonu, rozchodzącego się po skórze jak ciepło z kubka, który nadal ściskała w palcach. Czuła to ciepło, choć zamiast przynieść ulgę, zostawiało na niej wstydliwy ślad. Jak znak, że pozwoliła sobie na coś, na co nie miała prawa – na bycie słabą. Westchnęła cicho, niemal niesłyszalnie, bo właśnie przegrała. Z samą sobą…
Obserwowała go uważnie, kiedy przygotowywał przestrzeń. Kiedy zapalał szałwię, a potem kredą kreślił znaki. Wszystko to miało w sobie coś kojącego. Skupiała się na tych ruchach z wysiłkiem, z jakim ktoś wychodzi z głębokiej wody na brzeg, by nie utonąć. Zapach kadzideł wypełnił pomieszczenie, a ona mimowolnie wciągnęła go w płuca, jakby próbowała osadzić się w teraźniejszości. Melisa działała, choć tylko trochę. Napięcie z tyłu czaszki poluzowało się o kilka stopni. Niewiele, ale tyle musiało wystarczyć.
– Tak… W porządku – wymusiła z siebie i powoli skinęła głową, bo tak było łatwiej. Bo przecież o to chodziło – nie pokazywać nikomu, jak bardzo się wali od środka. Nawet jeśli zawalała się teraz na oczach Hamleta, musiała chociaż zachować resztki godności!
Tylko że w jego trosce i spokojnym tonie wyczuła coś, co ścisnęło jej wnętrzności bardziej niż jakiekolwiek oskarżenie – litość. To było gorsze niż samotność. Gorsze niż bycie przezroczystą dla świata. W samotności była jakaś godność. Mogła udawać przed sobą, że jest wystarczająco silna, by nie potrzebować nikogo. Ale litość? Litość obnażała prawdę, z której do tej pory skutecznie się wycofywała. Była żałosna. Warta tylko współczucia. Stała tu, roztrzęsiona, rozbita, i potrzebowała, żeby ktoś ją ratował, jak jakąś słabą, bezwolną istotę. Nigdy nie miała stać się kimś takim.
Czuła, jak gardło znów się zaciska, jak oczy pieką nieprzyjemnie. Nie chciała tej litości. Nie chciała tych słów. A jednocześnie, nie potrafiła ich odrzucić. Potrzebowała ich tak, jak tonący potrzebuje powietrza. I nienawidziła siebie za to jeszcze bardziej…
Zacisnęła bliskie skurczu palce mocniej na kubku, aż krew niemal przestała w nich krążyć. Milczała. Skupiała się na oddychaniu, na zapachu, na rysunkach kredą. Odczekała kilka oddechów, zanim podniosła wzrok i spojrzała na Hamleta z nieco większą świadomością tego, co powinna zrobić. Westchnęła ciężko i pokręciła głową, choć jej usta rozciągnęły się w czymś na kształt smutnego uśmiechu.
– Przepraszam za ten wcześniejszy wybuch żali – powiedziała cicho, ale nie przyszło jej go łatwo. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Chyba opętał mnie jeden z tych duchów – powiedziała, chcąc rozładować napięcie słabym żartem, a jednocześnie odzyskać panowanie nad sobą i… twarz. Przede wszystkim odzyskać twarz. Zamilkła, jakby sama nie wiedziała, czy powiedziała to dla niego, czy dla siebie. Ale musiała coś powiedzieć. Cokolwiek, co przykryje to, co właśnie się stało.
hamlet greystone
32 lat/a,
179 cm
wróżbita (dla niektórych wariat) w
fatimie albo tam, gdzie cie zobaczy
-
Uśmiechnął się lekko i skoncentrował wzrok na dużych oczach Giny. Jej słowa utwierdziły go w przeświadczeniu, że nie wszystko stracone i że jego umiejętności niosły za sobą jakąś moc sprawczą. Choć może go okłamała? Nie, niemożliwe. Nie mógł w to wątpić; musiał wierzyć, że jej pomógł, by całe jego życie nie było bańką.
Hamlet uważał, że płacz jest czymś naturalnym i potrzebnym; że łzy spływające po policzkach mogą przynieść ukojenie i oczyścić z emocji, które zalegały w sercu o wiele dłużej niż powinny. Sam niejednokrotnie dawał upust uczuciom w ten sposób i bynajmniej się tego nie wstydził. Nie znał jednak myśli Blanque, więc nie mógł zapewnić jej, że to nic takiego.
Mimo iż dostrzegał roztrzęsienie, nie chciał mówić więcej niż wypadało; nie chciał się narzucać, bo podejrzewał, że wyrządziłby tym więcej szkody niż pożytku.
O swojej pomocy nie myślał w kategoriach litości, bo również w nim słowo wywoływało nieprzyjemny ścisk wnętrzności. Od najmłodszych lat słyszał o litościwym bogu, który uratował go od matki narkomanki. Już wtedy wszystko wydawało mu się podejrzane, bo przecież skoro stwórca był litościwy, to czemu codziennie musiał się modlić i błagać go przychylność w każdej sprawie?
一 Gina, słoneczko... 一 Myśli nie nadążały za słowotokiem, który opuszczał hamletowe usta: 一 Wszystko jest w porządku, naprawdę nic się nie stało i nie musisz mnie za nic przepraszać. Jestem tutaj dla Ciebie i... 一 urwał, jeden jedyny raz zastanawiając się, czy powinien kontynuować. 一 Nie powiem o niczym nikomu. Zresztą, przecież nie ma o czym wspominać, bo nic się nie stało 一 zapewnił ledwie słyszalnym szeptem. Jej sekrety były z nim bezpieczne; nawet gdyby chciał, nie miał nikogo, komu mógłby opowiedzieć tę historię, bo jego jedyną znajomą 一 po tym, jak większość osób zniknęła z jego życia 一 była Bertha.
一 Może... 一 Zagryzłszy wargę, posłał Ginie niepewne spojrzenie. 一 Gina, a co powiedziałabyś na to, żebyśmy spotkali się poza Fatimą? Boję się, że tutejsza energia ci nie służy 一 wyjaśnił. Nie ukrywał, że zależało mu na blondynce i nie chciał, by chwilową poprawę trafił szlag.
Ich plany zależały od Giny; jeśli kobieta zdecydowała się spotykać z nim poza Farimą, Greystone skoncentrował się na dograniu ich grafików (a raczej na pytaniu jej, kiedy mogła, bo jemu pasowało z a w s z e).
Pozostała część wizyty upłynęła im w spokojnej atmosferze; w zależności od tego, czy Blanque miała takie życzenie dowiedzieli się, czy duchy były do niej przywiązane czy pasożytowały na jej energii lub odłożyli to na później.
Gina Blanque
koniec



