28 lat/a, 166 cm
dziennikarka Gambit Weekly
Awatar użytkownika
nikomu nieodpuszczająca dziennikarka, która pewnie pewnego dnia zrzuci sama na siebie kłopoty; póki co się tym nie martwi, skoro dostaje pochwały od przełożonych
Whispers of life
002.

Nie mogła doczekać się dzisiejszego wypadu z kumpelą na małe spotkanie towarzyskie, mogąc nie tylko poplotkować, ale i również napić się oraz wyszaleć się na parkiecie tanecznym, zapominając o tym, co się działo w przeciągu ostatniego tygodnia. A u jednej i drugiej miało miejsce sporo rzeczy; Amber właśnie zerwała z chłopakiem, bo ten okazał się dupkiem, który tylko chciał się z nią widywać na dobry seks i nic więcej, a natomiast Pearl musiała ostatnio się mierzyć z dziwnym kolesiem-policjantem, uważającym że jest alfą i omegą, mogącym wszystko i zarazem nic. Wszystko mógł względem niej, ale niczego nie mógł jej rzekomo przekazać. To zdenerwowało dziennikarkę na tyle, iż zamiast jednak napisać artykuł o policji i ich intrygach, zdecydowała na razie nie działać w takim kierunku - nawet jeśli mocno zarzekała się, iż taki krok podejmie przez brak współpracy tamtego buraka. Zamiast tego szukała innych sposób na dowiedzenie się czegoś więcej, dopytywała kolegów z pracy, niby od niechcenia porozmawiała z koleżanką funkcjonariuszką, ale tak naprawdę na niewiele się to zdało.
Przełożyła plany na dalsze poszukiwania czegokolwiek na następny tydzień, gdy tylko odpocznie, zresetuje głowę, odetchnie innym powietrzem, a nie tylko tym wymieszanym z zapachem kartek i atramentu, bo czasami lubiła niektóre notatki sporządzać za pomocą pióra.
Stąd ten pomysł na wyjście do klubu, stąd ta chęć napicia się, dobrze wiedząc iż ma całkiem mocną głowę, nie widząc problemu w wypiciu paru głębszych w takim publicznym miejscu. Bo hej, co jej się może przydarzyć, skoro nie jest tutaj sama, mając kumpelę jako wiernego kompana od imprezowania i nie tylko?
Minęła godzina, a ona nie odczuwała skutków przyswojenia paru słodkich shotów, a także fikuśnego drinka, jakiego dostała przy barze od jakiegoś nieznajomego, ale jakiego spławiła prędzej niż przypuszczała, że będzie to możliwe. Próbował zaprosić do tańca, zaoferować coś więcej, ale okazała natychmiastowy brak zainteresowania wraz z podziękowaniem za drinka, jakiego nie musiał tak naprawdę dla niej kupować. O dziwo - nie skończyła się ta historia źle, mogąc wrócić do dalszego szaleństwa tanecznego z Amber.
Kolejna godzina, a ona nadal nie odczuwała skutków procentowych. Tak jej się wydawało, bo tak naprawdę znacznie więcej chichotała oraz pewniej nawiązywała kontakty z nieznanymi mężczyznami, chociaż nadal nie robiła większych głupot - zachowując pomimo wszystko świeżość umysłu i czujność, by nie doszło do głupiej sytuacji. Amber niestety zaczynała prędzej od niej odpadać, przez co Pearl zarządziła przerwę w przyjmowaniu jakichkolwiek płynów zawierających alkohol, zamawiając kolejny trunek bez jego zawartości - a który okazał się równie smaczny, co ten oryginalny, procentowy. Poprawiła na koniec sukienkę i przeszły ponownie na parkiet. Wypocą co mają wypocić i znów będą miały świeższe głowy.
Dwie godziny później w końcu znalazły wolną lożę, jaką zajęły z wielką chęcią, przy okazji spotykając inne koleżanki, z którymi się spiknęły i zdecydowały spędzać resztę wieczoru/nocy. Dzięki temu również mogła spokojnie odejść do łazienki, nie musząc martwić się o koleżankę oraz o to, czy będzie w stanie ją znaleźć, gdy wróci z załatwienia najpotrzebniejszych rzeczy. Zapytała tylko w którą stronę ma się udać, po czym przeszła do łazienki.
Nie zagrzała tam na długo, wychodząc po przeczesaniu fryzury oraz poprawieniu szminki na ustach, po czym w momencie gdy chowała do torebki pomadkę, wpadła na kogoś totalnym przypadkiem, chociaż była pewna, że nikt nie przechodził i że na nikogo nie wpadnie. A jednak - ktoś zdecydował się wręcz wyrosnąć przed nią w sekundę,. — Patrz jak łazisz, Ty...! — urwała, jak tylko zadarła głowę ku górze, odkrywając, że to… — No kurwa, nie wierzę — wyrwało jej się natychmiastowo, po czym pokręciła głową z rozbawieniem. — Pan Policjant wyszedł ze swojej jaskini i swoim czujnym wzrokiem przyszedł obserwować jak ludzie potrafią się dobrze bawić? — rzuciła z cichutkim śmiechem. — A może dzisiaj ma miejsce ten komediowy debiut z Pana udziałem?! — zapytała za moment, przypominając sobie o jednym z aspektów ich rozmowy, która do najprzyjemniejszych nie należała. — Ewentualnie zaczynam rozważać, czy przypadkiem nie zaczął mnie Pan śledzić, żeby dowiedzieć się co takiego mam w zanadrzu… — dokończyła tajemniczo, wzdychając ciężej.

Rhys Madden
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
36 lat/a, 192 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
Nigdy więcej nie zamierzał już jej widzieć.
Co nie znaczyło, że jej słowa nie pozostawiły po sobie śladu w jego podświadomości. Choć racjonalność podpowiadała mu, że szanse na posiadanie czegoś wartościowego przez dziennikarkę Gambit Weekly były absolutnie znikome, intuicja pozostawiła go niespokojnym. Tego dnia, krążąc między swoim biurkiem a upragnionym świeżym powietrzem na zewnątrz, złapał się na odświeżaniu strony jej redakcji w oczekiwaniu na dowody obsmarowujące policję.
Po jednym dniu zmęczył się czekaniem.
Odnalezienie informacji na jej temat nie było szczególnie trudne. Pearl Morris była rodowitą mieszkanką Nowego Orleanu, a przy tym aktywną użytkowniczką instagrama czy pinteresta. Nie spodziewał się, że zobaczy wartościowe informacje na temat zamkniętego przez niego śledztwa w poście na insta, mimo tego jego palce niosły go ku odmętom internetu w poszukiwaniu odpowiedzi. Nitki, która łączyłaby Morris z handlarzem broni, który tydzień wcześniej popełnił samobójstwo zaledwie kilka dni przed obiecanym złożeniem zeznań. Nie znalazł żadnego powiązania między ich dwójką - wręcz przeciwnie, im dłużej przyglądał się śladom pozostawionym w sieci przez Pearl, tym mocniej umacniał się w przekonaniu, że pochodziła z zupełnie innego świata.
Skąd więc miałaby w sobie to przekonanie, że wie coś, czego nie powinna?
Zagwozdka została z nim w tyle głowy, jak supeł, którego nie potrafił rozwiązań, ale jednocześnie nie był gotowy go wyrzucić. Zmęczony jego obecnością, łapał się na szukaniu jakichkolwiek odskoczni, powtarzając jak mantrę jedno - śledztwo było zamknięte. Artykuł w Gambit Weekly nigdy się nie pojawił. Dziennikarka blefowała. Lub zbliżyła się do sprawy zbyt mocno.
Nie wiedział, jak powinien czuć się z myślą, że Morris mogła zostać uciszona. Szanse na to były jeszcze mniejsze niż to, że faktycznie miała coś wartościowego w zanadrzu. Ale im więcej czasu mijało, tym bardziej jego umysł fiksował wokół tej sprawy, palce odświeżały jej kanały w social media krążąc w kółko jak sęp w poszukiwaniu truchła.
Rzadko kiedy zgadzał się na propozycje wyjścia tego typu, jednak gdy znajomi z pracy skierowali się prosto ze swoich biurek do Masquerade, poderwał się z krzesła wyłącznie po to, by ruszyć, przerwać kolejny ciąg myśli szarpiących skrawki posiadanych przez siebie informacji. Dopiero parkując nieopodal zdał sobie sprawę z miejsca, do którego zmierzał. Wetknięta w spodnie, czarna koszula wydawała się adekwatna - broń w kaburze przewieszonej przez ramię już nie. Tak przywykł do jej ciężaru, że nieomal wyszedł z nią z auta. Dziękując samemu sobie za zorientowanie się w jej obecności, wsunął pistolet wraz z kaburą i odznaką do schowka, wychodząc na mroźne powietrze.
Masquerade było kojące - w ten sam sposób, w który rozwrzeszczany tłum był najlepszym miejscem do zniknięcia. Wyrwanie z tej bańki, w której tkwił dotychczas, z początku było gwałtowne, szybko jednak przyjął je z wdzięcznością. Stanowiło przypomnienie o życiu, które wszyscy wokół niego wiedli na co dzień. Poza tym, co konsumowało każdą chwilę jego codzienności, z którego nie widział żadnego wyjścia.
Z gorzkim posmakiem whisky na języku po raz pierwszy od kiedykolwiek zamknięcia tamtego śledztwa poczuł się rozluźniony, wstając z krzesła barowego i ruszając na zewnątrz. Lubił chwile oddechu na chłodnym powietrzu - nie potrzebował do nich nawet zachęty w postaci papierosa. Wnętrze klubu było gorące, parne, a przeciskający się wszędzie ludzie byli...
Drgnął, słysząc znajomy głos przedzierający się przez warstwę muzyki. Spojrzał w dół, na kobietę, która napatoczyła się na niego wychodząc z łazienki i zamarł, dostrzegając znajomo wyglądające, blond fale.
W podświadomości ta jedna, irracjonalna myśl spodziewająca najgorszego zniknęła, napawając go odrobiną ulgi. Żyje i ma się dobrze.
- A jeśli tak jest? Przygotowała pani kwiaty? - odciął się, natychmiast przypominając o niesamowicie irytującym sposobie bycia panny Morris. Odsunął się odruchowo, tworząc między nimi choć odrobinę przestrzeni. Jego wzrok prześlizgnął się po jej sylwetce, na ułamek sekundy zatrzymując w miejscu, w którym krótka sukienka kończyła się w połowie uda.
Gdyby wparowała w ten sposób do komisariatu, z pewnością znalazłoby się rzeszę ludzi skorych do pomocy, rzucających go na pożarcie żądnej prawdy dziennikarce.
- Sądząc po rozmiarze pani torebki, zakładam, że niewiele poza telefonem i kluczami - odrzekł elokwentnie. Jego wzrok mimowolnie przetoczył się po suficie na jej kolejny zarzut. Jak mógł, choćby przez chwilę, wierzyć w to, że dowiedziała się czegokolwiek istotnego? Kącik jego ust uniósł się w górę szelmowsko. - Widzę, że nie wcisnęła pani w harmonogram obsmarowywania policji i teorii spiskowych. Szkoda. Czekałem z utęsknieniem.

Pearl Morris
28 lat/a, 166 cm
dziennikarka Gambit Weekly
Awatar użytkownika
nikomu nieodpuszczająca dziennikarka, która pewnie pewnego dnia zrzuci sama na siebie kłopoty; póki co się tym nie martwi, skoro dostaje pochwały od przełożonych
Whispers of life
Wiedziała, że pierwsze co zrobi w formie odpowiedzi, to zacznie od automatycznego kontrataku słownego, nie pozwalając jej chociażby na tego ułamka satysfakcji, iż ten najzwyczajniej w świecie pozostanie cicho, nie mając nic względnie mądrego do powiedzenia. Niemniej właśnie - funkcjonariusz uznał, że nie byłby sobą, gdyby nie rzucił jakiegokolwiek zgryźliwego komentarza, przy tym oczywiście się uśmiechając, jakby znów praktykował na niej swoje najlepsze żarty na pokaz prowadzony na żywo.
— Niestety żadnych po drodze nie napotkałam. Więc w ramach tamtejszej obietnicy nazbierałam kamyczków, nimi też można rzucać przecież — uznała ze wzruszeniem ramion, przesuwając włosy do tyłu, aby opadały kaskadą na jej plecach. Czy robiła to w sposób specjalny, jakby próbowała swoimi działaniami go właśnie kokietować? To akurat była ostatnia rzecz na jej liście, jaką mogłaby uczynić względem tego mężczyzny, bowiem jedynie chciała, aby włosy jej nie przeszkadzały, utrudniając zachowanie kontaktu wzrokowego w trakcie tej kolejnej, zapewne jakże uprzejmej rozmowy, która pomiędzy nimi dojdzie, póki nie uznają iż wystarczy tego słodko-gorzkiego plucia jadem w siebie.
Nie mogła jednak udawać, iż nie dostrzegła jego uważnego wzorku, obserwując jej sylwetkę oraz to, co miała na sobie - zapewne nie u jednego faceta przebywającego w tym klubie dając do myślenia, cóż takiego kryło się pod tym odzieniem. Naturalnie, nikogo nie miała zamiaru kusić i prowokować, niemniej samo patrzenie mogło dawać wiele sygnałów do przemyśleć i rozważań wszelkiej maści. — Może i wygląda niepozornie, ale skrywa ona znacznie więcej — rzuciła nieco ciszej, jakby to miała być nie wiadomo jaka tajemnica z tego, co powiedziała; zupełnie jakby go informowała o posiadaniu prezerwatyw, jakie chciała w trakcie dzisiejszej nocy wykorzystać z jakimś uroczym gościem, chcąc zwyczajnie zaspokoić swe naturalne pragnienia oraz żądze.
Uniosła brew i stanęła już pewniej po tym niefartownym zderzeniu z policjantem, mogąc się mu jeszcze uważniej przypatrzeć. Sama nie wiedziała jednak, czy to już kompletna kwestia działania procentów krążących po jej krwiobiegu, czy faktycznie jest naprawdę przystojnym jegomościem, na którego - gdyby nie zaistniałe okoliczności ostatniego spotkania - byłaby w stanie dłużej patrzeć z zaintrygowaniem oraz ciekawością. Niemniej wiedząc, jak podły i brzydki charakter posiada, tracił na ów atrakcyjności w oczach dziennikarki. A szkoda - bo może okazałby się doskonałym kochankiem?
Boże, dziewczyno, uspokój się. Zdecydowanie musisz sobie dać spokój z alkoholem na dzisiaj, wystarczy.
— Wiesz, Rhysie Maddenie, na niektóre rzeczy warto czekać i wypatrywać za nimi w napięciu — rzuciła tajemniczo, robiąc krok do przodu, nie przejmując się tym, iż właśnie zdradziła dowiedzeniem się tego, jak się nazywa i że zdołała go prześwietlić głównie za pośrednictwem internetu. — Ale cieszy mnie, że jednak zdołał się Pan tak zaciekawić sprawą i moją osobą, iż sprawdzana była możliwość pojawienia się artykułu. Schlebia mi Pan — znów powiedziała to ciszej, pozwalając sobie na to z racji bliższego przebywania przy funkcjonariuszu. — A teraz, proszę mi wybaczyć, idę świetnie się bawić i nie myśleć o pracy — odparła, klepiąc go delikatnie w klatkę piersiową bez większego zamysłu, po czym odwróciła się, odchodząc z mimowolnym ruchem kręcenia bioder. — Kto wie, może zobaczymy się jeszcze na parkiecie! — zawołała jeszcze, przechodząc na strefę z lożami, gdzie zostawiła swoje kumpelki - starając się udawać, iż nie posiada świadomości przebywania z Rhysem w tym samym budynku w jednym czasie. Oczywiście tłumiąc ów myśl kolejnym kolorowym, słodkim szotem.

Rhys Madden
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
36 lat/a, 192 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
Był niezdolny do powstrzymania się przed ciętym komentarzem - ale w jaki sposób miał tego nie robić, gdy Morris od tego zaczynała? Wchodząc do komisariatu jak do siebie, doszukując się informacji na tematy, które w żaden sposób jej nie dotyczyły i oburzając, gdy - zgodnie ze swoim obowiązkiem - tychże informacji jej nie udzielił.
Jednak jakkolwiek każda złośliwość z jej strony i każda kolejna groźba powinny działać mu na nerwy, tutaj, w dusznym wnętrzu Masquerade, wraz z irytacją odnalazł w głębi siebie rozbawienie. Jeśli którekolwiek z nich miałoby otwierać komediowy klub, wytypowałby ją do pierwszej godziny.
- Czyżby? - odbił piłeczkę, a jego brwi powędrowały w górę gdy przyglądał się jej małej torebce. Choć myśl lub intencja kobiety mogła sugerować paczkę prezerwatyw, w jego prymitywnym mózgu rozmiar torebki został oszacowany przez pryzmat wciśniętej do środka broni.
Jego szelmowski uśmiech pogłębił się na dźwięk swojego nazwiska. Choć nie dał tego po sobie poznać, zupełnie wybiło go to z rytmu, w którym wcześniej się przekomarzali.

- Potrafi pani sprawdzać stronę komendy - pokiwał głową z udawanym uznaniem, typując to jako pierwsze miejsce, które sprawdziłby gdyby był dziennikarzem szukającym informacji o jakimś policjancie. - Gratuluję.
Odsunął się, przepuszczając ją gdy zechciała ruszyć przed siebie. Dopiero gdy odwróciła się do niego plecami, pokręcił głową.
- Miłej zabawy, panno Morris - rzucił na odchodnym, samemu kierując się w stronę baru.
Nawet teraz przez myśl przeszło mu, że więcej się nie zobaczą.

Klub był przepełniony ludźmi. Stłoczone ciała przepychały się w kolejce do baru, toalety lub lgnęły do parkietu. Podczas gdy rytmiczna, głośna muzyka atakowała jego bębenki uszne, poprzednia relaksacja zaczęła się ulatniać z jego ciała, a myśli nieustannie krążyły wokół jego nazwiska wypowiedzianego kobiecym głosem.
I wtedy mignęła mu ponownie. Ruszając w stronę parkietu z jakąś kobietą pod rękę, ustami wygiętymi w szerokim uśmiechu. Czy tak beztrosko wyglądała osoba, która wierzyła, że natknęła się na policjanta umoczonego w jakimś bagnie? Rozum znów podpowiadał mu prawidłową odpowiedź, ale ziarenko niepokoju zostało już zasiane.
Łapał się na tym, że podchwytuje ją spojrzeniem. Może to jej jasna sukienka, perlisty śmiech słyszalny z daleka albo długie blond włosy wyróżniające się na parkiecie. Obserwował ją, gdy wpadała w jego pole widzenia. Za drugim czy trzecim razem dostrzegł przy niej towarzystwo innego mężczyzny, wysokiego szatyna nachylającego się nieustannie w jej kierunku. Sącząc alkohol, zmarszczył brwi sam do siebie - wydawało mu się, że mężczyzna wyglądał znajomo.
W miarę, gdy chód Pearl robił się nieco bardziej chybotliwy, jej śmiech głośniejszy a ruchy rąk bardziej zamaszyste, jego skupienie na towarzyszącym jej mężczyźnie rosło. Mógłby przysiąc, że skądś go już znał, choć nie potrafił przystawić nazwiska do twarzy w tym momencie. Przyglądał im się ukradkiem gdy podchodzili do pustoszącego baru, zaledwie kilka stołków dalej od miejsca, w którym siedział on i jego nawalony do cna znajomy.
Dopiero teraz dostrzegł więcej w tym obrazie. Zauważył jej chybotliwy krok i głośny śmiech. Zwrócił uwagę na nachalne zachowanie przylepionego do niej mężczyzny. Odchrząknął, zwracając na siebie uwagę poprzez muzykę.
- Udana noc, Morris? - zagadnął, jak gdyby nie dzieliły ich dwa stołki, a mężczyzna siedzący po jej drugiej stronie nie istniał. - Zgubiłaś koleżankę.

Pearl Morris
28 lat/a, 166 cm
dziennikarka Gambit Weekly
Awatar użytkownika
nikomu nieodpuszczająca dziennikarka, która pewnie pewnego dnia zrzuci sama na siebie kłopoty; póki co się tym nie martwi, skoro dostaje pochwały od przełożonych
Whispers of life
— Wiesz, potrafię nawet więcej, nie miałam większego problemu z napisaniem Twojego imienia i nazwiska w wyszukiwarkę! — rozbawiło ją to niezmiernie, ale to po prostu kwestia wypitego alkoholu, dzięki któremu miała znacznie lepszy humor i ogólne samopoczucie, nie pozwalając na to, aby ktokolwiek - a już tym bardziej Rhys - zniszczył to w ułamek sekundy, nie mogąc w dalszym ciągu dobrze się bawić w klubie. A tak jak zresztą zaznaczyła na odchodne - nie miała ochoty na rozmowy o pracy i na myślenie o niej; potrzebowała wyluzować się, potrzebowała aby jej głowa chociaż odrobinę odpoczęła od natłoku wielu spraw. A przede wszystkim tej, związanej z niedawnym samobójstwem człowieka.
Jeden szot.
Drugi.
Trzeci.
Słodki drink.
Wybór ponownego znalezienia się na parkiecie z koleżanką, z jaką wesoło szczebiotała i po prostu dobrze się bawiła, by każda mogła zapomnieć o minionych wydarzeniach tygodnia. Przez powrót do przyjaciółek, zapomniała praktycznie od razu o tym, że wpadła na funkcjonariusza, mogąc na nowo udawać, że tak naprawdę spotkanie w komisariacie się nie wydarzyło, a tym bardziej to sprzed chwili. Musiała zresztą to zrobić, bo gdyby zatracała się w tej sprawie i nie pozwoliła sobie na ów moment zapomnienia, to nie tylko bolałaby ją głowa - ale przede wszystkim sfiksowałaby. Kochała swoją pracę, uwielbiała pisanie artykułów, szukanie informacji, dociekanie prawdy i weryfikowanie tego, co zdołała zebrać, niemniej… czasem, jak zresztą każdy inny człowiek w nieważne jakiej innej branży pracuje, musi zrobić sobie stop.
Stąd ten wypad, stąd ten alkohol, stąd znów tańczenie na parkiecie, w trakcie czego dołączyli do jednej i drugiej jacyś panowie. Ładni panowie. Rozdzieliły się, skupiając się na swoich nowych partnerach do tańca, mogąc rozerwać się w towarzystwie szatyna z pięknymi, miodowo-piwnymi tęczówkami, z którym pomimo poruszania się w rytm muzyki, zdołała się powitać oraz przedstawić, a także po pewnym czasie uzgodnić, iż potrzebują się czegoś napić.
Tak też wylądowali przy ladzie barowej, czekając na swoją kolej, w międzyczasie rozmawiając, skoro nie znajdowali się już tak blisko muzyki, która nie dudniła tak bardzo w uszach, jak to ma miejsce na parkiecie, bliżej głośników. Na szczęście nie było wiele osób zamawiających alkohol - bądź inne napoje, bo może ktoś pragnął jedynie szklaneczkę wody! - nie zwracając tak naprawdę uwagi na to, kto znajduje się w pobliżu. Zbyt bardzo była zajęta nowym towarzystwem; bardzo przystojnym, szarmanckim, kulturalnym, zabawnym towarzystwie, przy jakim uśmiechała się szeroko, chętnie kontynuując rozmowę.
W momencie finalnego składania zamówienia, usłyszała odchrząknięcie, a także znajomy już jej głos, na co zmarszczyła nos i zaczęła ostrożnie szukać z jakiej strony ktoś się do niej odzywał. I to ktoś, kogo nie planowała ponownie spotykać w klubie. Po swojej lewej odkryła obecność Rhysa, oddalonego o dosłownie dwa krzesełka barowe od niej, nie rozumiejąc jakim cudem wcześniej go nie dostrzegła. Zaraz zrozumiała, że przecież była konkretnie zajęta innym mężczyzną, więc niczym innym się nie interesowała.
Poprawiła sukienkę, zsuwając ją nieco bardziej na nodze jakoś automatycznie, po czym posłała do niego delikatny uśmieszek. — Nawet bardzo udana, Madden — przyznała bez zawahania. — Właśnie przyszliśmy ugasić trochę pragnienie i pewnie znów wrócimy na parkiet, prawda? — specjalnie przeniosła spojrzenie na stojącego obok szatyna. — Koleżanka się nie zgubiła, gdzieś nadal tańczy. Zresztą, znalazłam sobie za to kolegę — dodała z rozbawieniem, po czym uświadomiła sobie, że czegoś nie zrobiła. — Ale gdzie moje maniery. To jest Mike, a to… — przeniosła tęczówki na policjanta ponownie. — A to Rhys, można powiedzieć że znajomy z pracy — przesunęła po jego osobie oczami, wracając uwagą finalnie na barmana. — Poproszę jakiegoś drinka… może być taki jak ostatnio. Tutaj poproszę o… — zerknęła na swojego partnera, czekając na to, co powie. - Wystarczy whisky z lodem — niby mówił to pracownikowi po drugiej stronie baru, patrzył się tylko na Pearl, czym się mocno zawstydziła, uciekając spojrzeniem. — No i… niech już będzie. Rhys, co zamawiasz? Ja stawiam — czy to taka zagrywka, aby zapamiętał jaka jest dla niego miła i żeby jednak udzielił jej pomocy w sprawie? Nie wiem, choć się domyślam.


Rhys Madden
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
36 lat/a, 192 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
Niejednokrotnie zarzucano mu, że stał się mało przyjemnym człowiekiem - a co najważniejsze, kiepskim policjantem. Lata służby z roku na rok odzierały go z jakiegokolwiek altruizmu, który chował się w nim za dzieciaka. Zabiły chęci bezinteresownej pomocy czy współczucie, dzięki któremu zwykły człowiek reagował na czyjąś krzywdę. To nie tak, że Madden stał się socjopatą - dostrzegał wszystkie problemy, którymi próbował obrzucać go świat i zwyczajnie z biegiem lat nauczył się odsiewać te, które były faktycznie istotne i którymi powinien się zająć. Nawykł przymykać oczy na strzykawki zalegające na ulicach, groźnie brzmiące sprzeczki sąsiedzkie czy poszukujących pomocy cywili na komisariacie, których kłopoty zwyczajnie uważał za mało istotne w obliczu jego własnych.
Nie potrafił jednak nigdy zdusić w sobie tego instynktu, który reagował gdy i on dostrzegał kłopoty na horyzoncie. Choć stał się ekspertem w ignorowaniu wszystkiego, czego nie uważał za istotne, nie potrafił zmusić się do przymknięcia oka na rzeczy, które wzbudzały w nim niepokój.
Mężczyzna, którego przedstawiła jako Mike'a, kręcił się wokół Morris od dłuższego czasu. Zauważył jego nieprzyjemnie chłodne spojrzenie chowające się za fasadą pozorowanej szarmanckości, dłoń muskającą kobiece udo gdy nie patrzyła. Zauważył też, że Mike był znacznie mniej pijany od Pearl, której spojrzenie błądziło tu i ówdzie, a serce prawdopodobnie gnało do przodu na myśl o kolejnych tańcach.
- Widziałem, jak wychodziła - odpowiedział po dłuższej chwili, mierząc mężczyznę spojrzeniem. Bar był ulokowany przy jedynej drodze do wyjścia i toalet, i choć nie zamierzał nikogo szpiegować, jego odruch przyglądania się przewalającym wokół ludziom pozostał w nim silny. Albo koleżanka Morris utknęła w toalecie i już z niej nie wróciła, albo zabrała swoją zdobycz na tę noc i udała się do mieszkania.
Blondynka była... inna, teraz, gdy każde jej słowo nie ociekało złośliwością i jadem. Alkohol przeistoczył ją w roześmianą i rozluźnioną, czego prawdopodobnie nigdy nie byłaby w stanie osiągnąć jego obecność patrząc na to, w jaki sposób rozpoczęła się ich znajomość.
Zaklął w myślach, sam do siebie. Egoistyczne pragnienie przymknięcia oka na to, co się działo, było niemal zbyt silne, by mógł je zignorować. Ale ta wewnętrzna potrzeba interwencji, której nawet lata zgorzknienia w zawodzie nie były w stanie zamordować, wzięła jego ciało we władanie.
- Nie potrafisz zapłacić za własnego drinka, Mike? - rzucił zaczepnie, prostując się w krześle. Nawiązał nić porozumienia z barmanem, który podchwytując jego spojrzenie, zrozumiał, że w jakiś sposób z Pearl się znają. W końcu byli kolegami z pracy. - Whisky z lodem dla mnie - dodał lekko do barmana. - Nic dla tamtego. A dla pani słabego.
Wstał, przysuwając się do następnego krzesła koło Morris, czy tego chciała, czy nie.


Pearl Morris
28 lat/a, 166 cm
dziennikarka Gambit Weekly
Awatar użytkownika
nikomu nieodpuszczająca dziennikarka, która pewnie pewnego dnia zrzuci sama na siebie kłopoty; póki co się tym nie martwi, skoro dostaje pochwały od przełożonych
Whispers of life
Na wspomnienie o wychodzącej koleżance, aż automatycznie się odwróciła w kierunku parkietu tanecznego, aby wyszukać ją w wyludniającym się z środka klubu tłumu, nie zauważając jej obecności. Oczywiście - nie oceniła tego w parę sekund, a przypatrywała się twarzom nieznajomych przez dłuższy moment, dopiero za moment powracając do obydwóch Panów, wzruszając ramionami. — Może poszła do dziewczyn piętro wyżej, do loży. Albo wybrała się, żeby poprawić nosek? — zaczęła racjonalnie tłumaczyć kumpelę, po czym machnęła ręką, chcąc pokazać iż pragnie odpuścić sobie ów temat w tej chwili. — Zaraz do niej przedzwonię. Z telefonem to ona nie rozstaje się nigdy, więc na pewno odbierze — dodała, jakby właśnie rozmawiała z druga koleżanką o jednej z dziewcząt, jaka odłączyła od stada, a nie z facetem, który parę dni temu totalnie działał jej na uzębienie.
Teraz jednak spuszczała z tonu, nie chciała się denerwować, nie chciała spraw zawodowych łączyć z tymi prywatnymi chociaż na ten jeden moment, pozostając uśmiechniętą i z dobrym humorem nawet względem Rhysa. Stąd propozycja na postawienie mu czegoś na barze, by potem mogli w spokoju rozejść się do swoich zajęć - ona do dalszego wypacania przyswojonych procentów wraz z Mike’m, a on zapewne nadal przyswajając alkohol, nie widząc go przecież uprzednio na parkiecie. No i nie wyglądał w ogóle na takiego, co by lubił czasem poskakać czy pokręcić biodrami w rytm melodii.
Nie sądziła jednak, aby Madden miał zamiar znów zachować się jak najgorszy na świecie burak, czepiając się z marszu mężczyzny z jakim podeszła do lady barowej. Opierająca się Pearl nagle delikatnie odsunęła się, by przyjrzeć się ostrożnie jednemu jak i drugiemu, nie za bardzo z początku rozumiejąc co się tutaj właściwie działo, a i też skąd takie nagłe odezwanie się policjanta w kierunku faceta, którego ona dopiero co nie znała, a co dopiero jakby to on miał go jakkolwiek kojarzyć. — A to kobieta nie może w tych czasach postawić komuś drinka? — zapytała, zanim dała w ogóle cokolwiek szatynowi powiedzieć, w sekundę oburzając się na samą myśl, iż niby równouprawnienie istnieje, a jednak nadal przyjmowane jest sztampowe postępowanie względem niektórych aspektów życia codziennego. — Nikt nie powiedział, że pozwolę za siebie zapłacić — Mike od siebie również coś dodał, mierząc gościa uważniej. Może i ten gov rozpoznał w pewnym stopniu, o czym nie planował powiedzieć Pearl?
Mimo wszystko czekała na informację od Rhysa odnośnie zamówienia, jakie chce złożyć, w dalszym ciągu podtrzymując chęć zapłacenia za tą kolejkę, niemniej w momencie usłyszenia kolejnych słów z jego ust, dostrzegając to wcześniejsze sugestywne patrzenie na barmana, aż zrobiła minę karpia próbującego jakoś oddychać, gdy nie znajduje się w wodzie. — Przepraszam bardzo? — zerwała się natychmiastowo, przenosząc na niego tęczówki w totalnym niezrozumieniu zaistniałej sytuacji. — Niech go Pan nie słucha, dwie whisky z lodem, dla mnie drinka mocniejszego zrobiła konkretny nacisk na ostatnie słowo, zerkając kątem oka na funkcjonariusza, który myślał, że ma jakąkolwiek władzę. I jeszcze to zbliżenie się ku nim - a szczególnie ku niej, siadając na krzesełku znajdującym się obok dziennikarki!
Widząc, jak barman podstawia dla Rhysa szklankę z trunkiem, nie dając niczego dla Mike’a, a dla Morris podstawiając tak naprawdę byle co, zrobiła jeszcze bardziej oburzoną minę, by na koniec ze zmarszczonym czołem obserwując jak nie pracownika klubu, to i Morrisa. — Serio? — wtedy też odczuła, że znajdująca się osoba po jej prawej stronie odsuwa się. — Dobra, lala, było miło — rzucił, mając niezbyt zadowoloną minę, rozumiejąc że chyba nic tu po nim. — No weź, Mike! — zawołała za nim. Odwrócił się, co dało parosekundową nadzieję na to, iż jednak zrozumiał, że się wygłupił. — Widzę, że już masz „kolegę” do spędzania dalszej nocy. Baw się dobrze — by po tych słowach całkowicie zniknąć gdzieś w na nowo tworzącym się tłumie, a wtedy Pearl jedynie skrzywiła się, siadając na krzesełku barowym.
— Zadowolony? — zaczepiła, odsuwając od siebie to coś, co miało być podobno zamówieniem dla niej. — Poproszę drinka. Normalnego. Albo szota, tego takiego kolorowego, błyszczącego — rzuciła do barmana zniechęcona. — Ja rozumiem, że nie polubiliśmy się, ale to daje Ci prawo, żeby ingerować w moje życie prywatne i w nowe znajomości? — zapytała, przenosząc na niego wzrok, nie ukrywając swojej złości wymieszanej z rozczarowaniem. O co temu kolesiowi chodziło?!

Rhys Madden
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
36 lat/a, 192 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
Podejrzewał, że ze wszystkich w klubie byłby ostatnim do wykłócania się o przywrócenie staromodnych zasad bądź dyskutowania na temat niuansów obecnego społeczeństwa. Nawet przez myśl nie przeszło mu by skrytykować działania Pearl od tej strony.
Czym innym był jednak ewidentnie wykorzystujący ją, obcy koleś o znacznie niższym stężeniu alkoholowym we krwi. Podejrzewał, że nawet on mógłby zachęcić w tej chwili Pearl do wielu rzeczy szerokim uśmiechem i miłymi słówkami szeptanymi na ucho - a to oznaczało bardzo wiele patrząc na jej podejście do niego na trzeźwo.
- Dżentelmen powinien zaoferować jako pierwszy - odrzucił sarkastycznie, ignorując istnienie mężczyzny przyssanego do roześmianej blondynki jak pijawka. Jednej rzeczy był pewien - wytykanie osobie wstawionej tego, w jakim była w stanie, w dziewięciu przypadkach na dziesięć nie kończyło się dobrze i nie zamierzał tego robić i teraz.
Barman dostrzegał w tej chwili to, co zachodziło naprawdę. Ucieszył się, gdy ten postawił przed kobietą coś, co wyglądało na sok pomarańczowy - czym, naturalnie, wzgardziła w pierwszym odruchu. Stłumił westchnienie, zasiadając na miejscu obok.
Nie spodziewał się, że Mike podda się tak szybko. Z rozbawieniem obserwował, jak oburzony jego obecnością mężczyzna dokonuje kalkulacji w swojej głowie i pośpiesznie uznaje, że wystarczyło mu jeszcze nocy by złapać kogoś innego w swoje sidła.
Jedynie wzrok, którym go obdarzył, wzmógł drzemiący w jego podświadomości niepokój. W tym oświetleniu, z bliska, tym bardziej zastanawiał się nad tożsamością obcego. Jego twarz wyglądała znajomo. Nie był w stanie przypomnieć sobie, gdzie widział go wcześniej - ale mógłby przysiąc, że nie miał na imię Mike.
- Szkoda. Wyglądał na czarującego mężczyznę - westchnął ostentacyjnie licząc na to, że procenty przysłoniły kobiecie ich wymianę spojrzeń. Przysunął do siebie kwadratową szklankę z jedną, dużą kostką lodu unoszącą się na bursztynowej powierzchni. Jednym, uspokajającym spojrzeniem potwierdził barmanowi, by ten przygotował zwykłego drinka. - Przepraszam. Oboje wiemy, że najbardziej wartościowe znajomości zawiera się z obcymi w klubie po trzeciej w nocy.
Uniósł szklankę do ust, upijając z niej małego łyka. Zerknął znad krawędzi szkła na kobietę, z rozbawieniem dostrzegając jej absolutne oburzenie i próbę odsunięcia się od niego tak daleko, jak tylko była w stanie bez spadania z hokera.
- Poza tym, myślałem, że jesteśmy kolegami z pracy - wytknął jej, gdy barman przysunął wysokiego, kolorowego i z pewnością obrzydliwie słodkiego drinka w jej stronę. - Bardzo mi przykro, że mnie nie lubisz.

Pearl Morris
28 lat/a, 166 cm
dziennikarka Gambit Weekly
Awatar użytkownika
nikomu nieodpuszczająca dziennikarka, która pewnie pewnego dnia zrzuci sama na siebie kłopoty; póki co się tym nie martwi, skoro dostaje pochwały od przełożonych
Whispers of life
Nie wierzyła w to, co się właśnie tutaj wyprawia. Miała przyjemny, spokojny, niczym niezmącony wieczór, przechodzący do nocy jeszcze bardziej udanej, gdzie mogła pozwolić myślom i tej całej codzienności odpłynąć gdzieś daleko, bowiem skupiała się tylko na tym, co tu i teraz ma miejsce. Nawet to początkowe wpadnięcie na Rhysa nie wpłynęło na nią jakkolwiek szkodliwie, nie przyprawiło o ból głowy czy zdenerwowanie, nie zmieniając kompletnie nastroju rozbawionej dziennikarki. Miała zamiar się bawić, nic tego nie miało zmienić.
Do czasu natrafienia na tego samego mężczyzny przy ladzie barowej, akurat kiedy zabawa jeszcze bardziej się rozkręciła, a na dodatek złapała nowe towarzystwo, przy którym naprawdę dobrze się bawiła. Z którym planowała zaraz wyjść do domu, może coś więcej…
Ale nie. Madden wszystko zepsuł, wszystko zniweczył, bo miał jakąś chorą satysfakcję z tego, iż udało się mu zniszczyć dalsze następstwa dzisiejszej nocy. Znaczy, nie miała co do tego większej pewności, a jedynie przypuszczenia, niemniej… pijany umysł dziennikarki uważał, że taka wersja wydarzeń jest jak najbardziej zgodna, nie sądząc aby chodziło o coś innego.
Zniesmaczyła się mocno w chwili, gdy jej randka odeszła, a ona została sama z tym, który doprowadził do tego, że tak się stało. Wzięła głęboki wdech, zarzuciła włosy do tyłu, a także położyła na ladzie barowej swoją torebkę. Musiała przemyśleć wszystko to, co miało właśnie miejsce, próbując się przy okazji uspokoić. Przecież nie chciała dzisiaj tego naprawdę fajnego dnia kompletnie zmarnować, bo poznała Maddena i ten teraz z niewyjaśnionych przyczyn uznał, iż stanie się jakimś pieprzonym rycerzem na białym koniu, ratując ją z rzekomej opresji.
— Wyglądał — odpowiedziała z nieukrywanym zirytowaniem, znów na niego zerkając kątem oka, nie spodziewając się żeby barman nagle miał zamiar faktycznie przygotować jej to, o co poprosiła. Zaskoczyła się jednak w sekundę, gdy przed jej osobą został postawiony kolorowy drink z małą palemką oraz jakimś soczyście wyglądającym owocem wbitym w brzeg szklanki. Przysunęła do siebie bliżej naczynie, pochwyciła słomkę z pojemniczka, po czym napiła się łyka. Dobre. Procentowe.
Na całe szczęście dla niego, rzeczywiście nie dostrzegła wymiany spojrzeń pomiędzy nimi, nie zauważyła niczego bardziej podejrzanego, prócz tego co miało miejsce wcześniej, przy składaniu zamówień na barze. Szybko jednak wyparła to z pamięci, zajmując się czymś innym - rozmyślaniem, czy powinna wracać do koleżanek, na parkiet, a może po prostu udać się do domu. — Nie chodziło o zdobycie wartościowego znajomego, a o kogoś, z kim miałam miło spędzić czas w klubie, bez jakichkolwiek zobowiązań i oczekiwań na to, żeby jutro wypisywać sobie słodko pierdzące smsy o tym, jak było super — przyznała bez zawahania, przenosząc na niego spojrzenie. — Zresztą, nie planowałam z nim wychodzić poza teren klubu — to jednak chciała go zabierać do siebie, czy nie? Zdecydowanie kobieta zmienną jest, bo faktycznie teraz nie snuła takich planów.
Znów pociągnęła przez słomkę większą ilość procentowego, słodkiego płynu. Próbowała się po tym od niego odsunąć, niemniej nieskutecznie. Czy te krzesełka były przymocowane do ziemi, czy o co tu chodziło? Zrezygnowana jeszcze raz usiadła wygodniej, po czym raz jeszcze w trakcie dzisiejszego wieczoru zdecydowała się uraczyć go swym spojrzeniem. Kolega z pracy a można powiedzieć znajomy z pracy to kompletnie odmienne określenia na to, jaką dani ludzie posiadają — wyjawiła, doskonale pamiętając jak go przedstawiła wcześniej do Mike’a, nie zastanawiając się czy przedstawił się swoim prawdziwym imieniem czy tylko pożyczonym. Jeszcze raz upiła drinka, tym razem już nie za pośrednictwem słomki. — O proszę, a Ty mnie lubisz? — zagaiła z uniesioną brwią do góry, będąc mocno zaciekawioną odpowiedzią.

Rhys Madden
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
36 lat/a, 192 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
Podczas gdy mina kobiety siedzącej obok wyrażała na przemian szok i niedowierzanie, on z całego serca starał się ukryć swoje rozbawienie. To nie tak, że czerpał jakąkolwiek przyjemność z rujnowania Morris nocy. Wręcz przeciwnie, uważał, że tego typu zrujnowanie byłoby prawdopodobnie łatwiejsze do przełknięcia niż potencjalne reperkusje tego, co wydarzyłoby się z Mike'iem - czy jakkolwiek nazywał się ten podejrzany chłop.
Problem polegał na tym, że w tym momencie, po spławieniu ewidentnego faceta spod ciemnej gwiazdy, jego zadanie zostało wykonane. Mógłby wręcz odczuć dumę, że zachował się tak, jak na policjanta przystało - a to, że efektem tego nikt, a w szczególności Pearl, nie był zadowolony, to też było łatwiejsze do przełknięcia.
Ale whisky, którą sączył ostatnimi godzinami, wbrew jego wiecznie podtrzymywanej gardzie zakradła się do jego systemu, rozluźniła nieco wiecznie napięte i zmęczone ów napięciem ciało. Siedząca obok niego blondynka, pomimo równie niemiłych słów jak te, którymi raczyła go zwykle, wydawała się zupełnie inna do tej, którą spławiał w komisariacie. Roześmiana, beztroska, tak oderwana od tego bagna, do którego świadomie próbowała wejść.
Powinien wstać, lub wymusić na niej zadzwonienie do koleżanki, ale podczas gdy alkohol rozgrzewał go od środka, myśl, że miałby odmówić sobie dobrej zabawy dla samej zasady wydawała mu się absurdalna.
- Musisz być niesamowitą tancerką skoro po nocy w klubie ludzie wypisują ci "słodko-pierdzące smsy" - zauważył z rozbawieniem, nieznośnie tkwiąc na swojej pozycji podczas gdy ona wierciła się w poszukiwaniu wygodniejszej alternatywy, jakby własnoręcznie uczynił hoker mniej akceptowalnym do siedzenia. - Przepraszam, że odebrałem ci partnera.
Uśmiechnął się przebiegle znad krawędzi szklanki, upijając kolejny łyk zwodniczego alkoholu. Nie wątpił, że kobieta planowała zabrać Mike'a poza teren klubu. Problem polegał na tym, że mężczyzna tego wyczekiwał, nie dbając o stan jej upojenia lub, tak w zasadzie, jakiekolwiek jej upodobania.
- Wprost uwielbiam ludzi, którzy przy pierwszym poznaniu mi grożą - odrzucił szelmowsko, patrząc, w jak przerażającym tempie Morris pochłania swojego drinka. - Zawsze jest pani tak agresywna, panno Morris?
Lawirował między mniej i bardziej oficjalną formułką, choć ta druga opuszczała jego usta ubarwiona sarkazmem.

Pearl Morris
28 lat/a, 166 cm
dziennikarka Gambit Weekly
Awatar użytkownika
nikomu nieodpuszczająca dziennikarka, która pewnie pewnego dnia zrzuci sama na siebie kłopoty; póki co się tym nie martwi, skoro dostaje pochwały od przełożonych
Whispers of life
Zaraz zrobiła rozbawiony wyraz twarzy, bo na sam koniec unieść cwaniacko kącik ust, przypatrując się mu praktycznie bez żalu za to, co się dopiero wydarzyło. A to wszystko przez jego następujące słowa, gdzie automatycznie miała zamiar powiedzieć jak mogłeś pomyśleć, że jest inaczej?!, jednakże właśnie - skąd mógł mieć takową wiedzę, skoro to dosłownie ich drugie spotkanie w życiu?
Dlatego też postanowiła pierwszy raz mu odpuścić, decydując się na bycie m i ł ą.
Nieprawdopodobne, a jednak.
— A widzisz, wiele tracisz w momencie nie korzystania z uroków parkietów w klubach, bo kto wie, może i Ty byś spotkał jakąś tancerkę, do której byś takie wiadomości wypisywał? — odparła zaczepnie, sugerując iż powinien trochę wyluzować i się rozruszaj, domyślając się ich jego pobyt w Masquerade polegał jedynie na siedzeniu przy barze, przyswajając kolejne drinki bądź alkohole w swej najczystszej postaci. W sumie - mogła pokusić się o stwierdzenie, iż ten zdecydowanie preferował whisky z lodem czy coś pokrewnego, skoro akurat to sobie przy niej zamówił. — Poza tym, widzisz, zyskuję przy bliższym poznaniu i gdy jest się dla mnie miłym — wbiła mu szpileczkę, niemniej mówiła to ze znacznie większym uśmiechem, niż jak to miewała w zwyczaju, co zapewne mocno odczuł w trakcie ich pierwszego spotkania. — Już nieważne, trudno się mówi — machnęła, ostatecznie podejmując się rezygnacji. Bo co miała zrobić? Wkurwiać się dalej, psując sobie kompletnie humor? Czy może biegać za tamtym facetem z wywalonym jęzorem, prosząc go aby z niej nie rezygnował? No cóż - niedoczekanie. Nie takie rzeczy z Pearl Morris, jaka może i jest mocno podpita, ale ma do samej siebie - w nieważne jakim stanie - szacunek.
Musiała przyznać jedno, iż mimo próbowania odsunięcia się dalej od jego osoby wraz z krzesełkiem na jakim siedziała, to nawet to wspólne spędzanie czasu nie było takie całkiem złe. Albo może po prostu alkohol jej podpowiada takie głupoty, albo może faktycznie Rhys nie jest wcale takim gburem, burakiem, chamem i prostakiem, za jakiego go wzięła na samym początku.
Jak jednak nie miałaby go tak potraktować oraz go za takiego uważać, gdy ten w taki nieprzyjemny sposób się do niej odzywał i nie pozwolił dowiedzieć się czegokolwiek?
— To nie jestem pierwsza? Kurcze, szkoda, a już myślałam, że będę wyjątkowa i z tego powodu będziesz o mnie na dłużej pamiętał — wydęła na koniec usta w podkówkę, po czym znów napiła się drinka, praktycznie go kończąc. No cóż poradzić, skoro był przepyszny, słodki i w ogóle nie czuć było, aby zawierał tyle alkoholu, ile faktycznie posiada w sobie? A na dodatek - w głowie jej nie szumiało bardziej, wręcz uważając, że zdążyła bardziej przetrzeźwieć po tych wszystkich okolicznościach, które przytrafiły jej się przy barze, w trakcie czego zakładając jeszcze nogę na nogę. Nie zauważając, że przy tym niebezpiecznie podciągnęła jej się sukienka na udach. — Oj nie, nie zawsze. Ale jeśli ktoś mi nie okazuje szacunku na samym początku poznania, to dlaczego ja mam potraktować go inaczej? — brzmiało to logicznie, nie może jej tego nie przyznać.
Wtedy też wyzerowała do końca naczynie, kiwając głową na barmana, po czym ponownie przeniosła swoją uwagę na Rhysa, chociaż nie wiedziała czy powinna jeszcze z nim dalej rozmawiać. Jakby nie patrzeć - jest dla niej wrogiem, bo nie chciał pomóc, gdy ona o to prosiła! — No dobrze, Madden, wracam do swoich koleżanek piętro wyżej. Może będzie tam ta moja kumpela — rzuciła, chociaż nie była przekonana co do obecności przyjaciółki, lecz to pomińmy. — Dziękuję za cudowne towarzystwo — dodała, wyciągając z torebki nadal spoczywającej na barze pieniądze, opłacając zamówienie, po czym raz jeszcze wzrokiem - mocno przymglonym i ewidentnie wskazującym, że dla niej to powinien być koniec imprezy - wylądowała na jego osobie. — Przyznam, że jak się z Tobą chwilę porozmawia i wcześniej wypijesz, to nawet nie jesteś taki zły na jakiego chcesz uchodzić — wow, co za komplement! A żeby pokazać jak wiele to ją kosztowało, postanowiła lekko podnieść się z hokera, aby móc wstać i odejść bez dodatkowego komentarza.
Niemniej fakt, że trochę się zasiedziała, a także przyswoiła szybko procenty, dosłownie w chwili podjęcia się ruchu poczuła mocno zawrót w głowie, w konsekwencji czego… zamiast stanąć na ziemi, wylądowała na nim, praktycznie siadając mu na kolanach. Gdy tylko ogarnęła ów sytuację, zrobiła większe oczy i szybko zwiała. Teraz stanęła tak, jak na początku planowała. — Przepraszam — wyrwało się prędko z ust dziennikarki. Po czym pokazała palcem kierunek, w jakim miała się udać. — Nic mi nie jest. To przez te pieprzone szpilki. — krótkie zdania w formie szybkich informacji. — Ja już sobie pójdę.

Rhys Madden
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
36 lat/a, 192 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
Ocena Morris, zarówno ta wypowiedziana głośno jak i zachowana dla siebie, nie była tak odmienna od rzeczywistości. To nie tak, że Madden spędzał większość swojego dnia w domu, gdzie uprawiał bycie burakiem i prostakiem. Unikał go wręcz jak ognia, wychodząc w miejsca podobne do tych, choć pozbawione parkietów - lub zostając w pracy zdecydowanie dłużej, niż było to konieczne. Nieczęsto jednak odwiedzał kluby, bo, jak słusznie zauważyła, zwykle nie odklejał się od barów.
Rozmowa na temat korzystania z uroków parkietu przywoływała mgliste, choć nie tak odległe wspomnienia. Innego życia, innego czasu. Wątłe ukłucie przeszywające trzewia na moment zaburzyło stan przyjemnego relaksu, który tak pieczołowicie podtrzymywały kolejne szklanki whisky z lodem. Nigdy nie był sercem i duszą imprezy, ale nie zawsze obserwowanie ludzi z daleka było jedynym urokiem klubów, z którego korzystał.
Lubił myśleć, że już dawno się z tym pogodził.
Nie pamiętał za to, kiedy ostatnio spędzał czas z osobą, która mówiła tak wiele, tak szybko, zachowując przy tym tak imponujący poziom energii. Słowa Pearl wywołały w nim rozbawienie, zamazując nieprzyjemny posmak, który wywołały wspomnienia tak samo skutecznie, jak gorzki łyk whisky. Z jakiegoś powodu podejrzewał, że choć teraz znajdowała się w stanie upojenia alkoholowego, na żywo, z ludźmi, z którymi aktualnie nie użerała się w pewnych kwestiach, nie była dużo inna od osoby, którą widział przed sobą teraz.
- Wypraszam sobie, zawsze okazywałem pani szacunek, panno Morris - odrzucił, łapiąc się na tym, jak jego spojrzenie zsunęło w dół w chwili, w której krótki materiał sukienki podsunął się w górę. - Nie moja wina, że nie przywykłaś do słyszenia słowa nie.
Mimo burackich słów, przebiegły uśmiech na jego ustach symbolizował prowokację - a przynajmniej byłoby tak, gdyby kobieta była w stanie umożliwiającym dostrzeganie niuansów ludzkiej mimiki. Doskonale znał rodzaj zamglenia, które objęło jej spojrzenie. Chwiejąca się lekko sylwetka i dłoń chętnie sięgająca po kolejny łyk alkoholu mówiły mu więcej, niż wesołe słowa wypowiadane przez Morris.
Przez myśl przeszło mu, że rozumiał wytrwałość Mike'a. W tłumie jednakowych twarzy i czarnych ubrań, Pearl wyróżniała się jak promyk słońca swoją urodą i jasną kreacją.
- Może powinienem zacząć pić przed pracą - odrzucił sarkastycznie, nie biorąc do serca absolutnie niczego, co wychodziło z jej ust w tym stanie. Obserwując ją, dopił własną whisky, pozostawiając tylko dużą kostkę lodu obijającą się o jej ścianki.
Jego ręce wystrzeliły do przodu odruchowo na widok blondynki przegrywającej walkę z grawitacją. Zaskoczony - choć tylko odrobinę - chwycił jej talię, podtrzymując przed całkowitym opadnięciem na jej kolana. Zaciskając dłonie na aksamitnym materiale sukienki i schowanym pod nim ciele, pomógł jej wrócić do pionu, do którego praktycznie od razu uciekła.
- Lecisz na mnie, Morris? - odrzucił na jej przeprosiny, chwytając swoją kurtkę z oparcia w reakcji na jej przeprosiny. Choć kobieta miała ochotę znaleźć swoją koleżankę i - z pewnością - imprezować dalej, nie wątpił, że to było ostatnie, co powinna w tej chwili robić. - Chyba widziałem twoją koleżankę przed chwilą jak szła do wyjścia - skłamał bez skrupułów, wiedząc, że jeśli powiedziałby jej cokolwiek wprost, Pearl zrobiłaby coś zupełnie odwrotnego. - Przewietrzmy się - dodał, rzucając gotówkę na blat i płacąc za swojego drinka. - Też wychodzę - wyjaśnił, po czym wskazał jej kierunek chcąc, by ruszyła pierwsza.

Pearl Morris
28 lat/a, 166 cm
dziennikarka Gambit Weekly
Awatar użytkownika
nikomu nieodpuszczająca dziennikarka, która pewnie pewnego dnia zrzuci sama na siebie kłopoty; póki co się tym nie martwi, skoro dostaje pochwały od przełożonych
Whispers of life
Zmierzyła go aż uważnie wzrokiem, gdy nagle odezwał się, mówiąc coś takiego. Zaraz zaczęła aż delikatnie kręcić głową, zastanawiając się czy przypadkiem coś innego jednak nie usłyszała, a jej mózg zdecydował spłatać figla. Niemniej - uświadomiła sobie, iż nawet w takim pijackim stanie dobrze usłyszała to, co zostało wypowiedziane. — Jesteś pewny, że to był przejaw szacunku względem mojej osoby? Pobłażliwe potraktowanie i pokazywanie jedynie sekretariatu, robiąc ze mnie głupka? — zapytała wprost. Tym bardziej, gdy była pod wpływem, mogła pozwolić sobie na powiedzenie tego, co tylko język jej na ślinę przyniósł. Przyjrzała mu się jeszcze przez parę chwil, mając uniesioną przy tym brew, zastanawiając się czy mimo wszystko nadal utrzyma swoje stanowisko i będzie uważał, że dobrze ją tamtego dnia potraktował. — Nie moja wina, że nie przywykłeś do udzielania pomocy drugiej osobie — skwitowała jeszcze ze wzruszeniem ramion, zerując kompletnie swojego drinka, który dał jej jeszcze większego kopa do działania. Do tego, aby w końcu wstać i zostawić Rhysa samemu sobie.
— Jeśli to nie będzie przekładało się na problemy od przełożonych, będąc w pracy pod wpływem, to czemu nie? Pewnie wszyscy by mi potem podziękowali, gdyby dowiedzieli się że to moja zasługa — przyznała z uśmieszkiem jeszcze, mierząc go ostatni raz swym spojrzeniem, chociaż nie wiedziała czy powinna była, bo zamiast skupić się na tym, co powinna, skupiła się na kimś, na kim kompletnie swojej uwagi nie powinna poświęcać; tym bardziej w trakcie wykonywania takiego manewru.
Niemniej jej ciało postanowiło zrobić coś kompletnie odwrotnego, biedaczkę zarzuciło i finalnie praktycznie na nim wylądowała. A to wszystko przez szpilkę, która zakleszczyła się obcasem o miejsce, gdzie ustawia się stopy, jeśli nie dosięga się nimi do ziemi w trakcie spoczywania na krzesełku! Zaróżowiły jej się w sekundę policzki, w szczególności jak poczuła ciepłe dłonie na swojej talii, będąc zdecydowanie zbyt blisko Maddena, a wtedy niczym przepłoszona łania postanowiła czym prędzej stanąć na ziemi, choć o dziwo z jego pomocą raczej nie byłaby w stanie tego dokonać jakkolwiek. Wtedy też poczuła, jak jest puszczana, a ona uciekała przez chwilę oczami na boki, bojąc się nawiązać na nowo kontakt wzrokowy. Przez te parę sekund zachowywała się kompletnie jak nie ona. — Wiem, że chciałbyś, aby tak było — przyznała, w jednej chwili wracając do swojego naturalnego zachowania, uśmiechając się uroczo. To nie znaczyło, że nie planowała zaraz prędko zwiać do swych koleżanek, nawet już wykonując jeden z początkowych kroków, nawet jeśli zauważyła jak chwyta za swoją kurtkę. Przerzuciła sobie jeszcze torebkę przez ramię, słysząc kolejne słowa wypowiedziane przez Rhysa.
— Jak to, widziałeś? — zapytała, zerkając w kierunku wyjścia, klnąc pod nosem. — I dopiero teraz mi to mówisz? — wcale nie powiązała faktu, że przecież nie miał raczej możliwości obserwować drzwi wyjściowych z klubu, skoro to z nią praktycznie ciągle utrzymywał kontakt wzrokowy w trakcie siedzenia przy barze. — Nie… nie potrzebuję się przewietrzyć… — rzuciła od razu, mimo wszystko nadal zerkając w stronę miejsca, gdzie rzekomo dopiero co była widziana jej kumpelka. — No… no dobra. Ale tylko po to, żebym znalazła koleżankę i mogła wrócić z nią do środka — wyjaśniła za chwilę, po czym podeszła do barmana i poprosiła o swoją kurtkę, którą obiecał przechować na samym początku jej pobytu w klubie. Dobry z niego człowiek! Zarzuciła sobie ją na ramiona, nie zakładając jej w pełni, po czym faktycznie ruszyła jako pierwsza - z wielkimi problemami, gdzie ewidentnie to znów obcasy stanowiły problem w prawidłowym chodzeniu. Nawet raz wylądowała na ścianie, gdy znajdowała się bliżej niej, ostatecznie uznając że potrzebuje się pozbyć obuwia. Jak tylko to zrobiła, poczuła się znacznie pewniej… Chociaż to przekonanie także było złudne, bo chód dziennikarki zdecydowanie do najprostszych nadal nie należał. — Widzisz ją gdzieś? — zagadnęła do Maddena, jak tylko znaleźli się na zewnątrz, od razu rozglądając się po okolicy i po tych wszystkich ludziach, którzy zdecydowali się wyskoczyć na małego dymka.

Rhys Madden
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
36 lat/a, 192 cm
Awatar użytkownika
Whispers of life
Ze swojego doświadczenia wiedział, że alkohol zwykle pozbawiał ludzi tego jakże potrzebnego i wartościowego wstydu. Przywykł do obserwowania, jak robią najgłupsze rzeczy lub objawiają się przesadzoną pewnością siebie bez choćby drgnięcia powieką w refleksji. Widok nagłego zaróżowienia policzków na twarzy blondynki całkowicie go zaskoczył. Whisky i jego rozluźniła na tyle, że nie widział w tym niczego takiego - ot, zatoczyła się, z dwojga złego dobrze, że wyglądała na nim, a nie obok. Ale jej nagłe uciekanie spojrzeniem i milczenie - tak niecharakterystyczne dla dziennikarki jak jej momentalny wstyd - wyglądało całkiem uroczo. Nawet w miejscu takim jak to.
- A ja myślę, że chciałabyś dostać ode mnie słodko-pierdzące SMSy - odbił piłeczkę, patrząc, jak odbiera kurtkę od barmana i zarzuca ją sobie na ramiona, nie tak szczelnie opatulając się jak powinna zważywszy na temperaturę. Ale na razie byli jeszcze wewnątrz klubu.
Droga obrana przez Morris przypominała tor przeszkód - tyle, że przeszkody pozostawały niewidzialne. Stłumił westchnienie widząc, jak odbija się od jednej ściany po to, by chwilę później astralny wiatr zwiał ją na drugą. Choć wypiła przy nim tylko jednego drinka więcej nie wątpił, że w miarę, jak jej ciało rozkładało alkohol, docierała do tego stanu już wcześniej. Tym bardziej poczuł satysfakcję ze spławienia Mike'a - faceta, który najwyraźniej był tego w pełni świadomy i nie widział przeszkód by kontynuować spędzanie z nią czasu, a później zabranie do siebie.
Zimne powietrze zakuło go w piersi, natychmiast odrobinę otrzeźwiając. Odetchnął, dopiero uświadamiając sobie jak gorące i parne było wnętrze Masquerade, i jak sto razy lepiej było teraz tutaj.
Rozejrzał się bez zainteresowania po grupie stojących przed klubem palaczy. Zapach dymu podrażnił jego nos, wywołując instynktowną reakcję sięgnięcia do kieszeni kurtki. Wydobył z niej kartonowe pudełko, wyciągając z wnętrza jednego.
- Nie widzę - odpowiedział, wiedząc, że cokolwiek planowała jej koleżanka, albo dalej doprowadzała się do nieprzytomności gdzieś w klubie, albo już dawno go opuściła z towarzystwem lub bez. - Pewnie pojechała do domu.
Wyciągnął z pudełka zapalniczkę i wetknął papierosa do ust, natychmiast go odpalając. Gryzące, tytoniowe powietrze natychmiast przyniosło mu odrobinę spokoju choć chwilę wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że mu go brakuje.
Spojrzał na blondynkę, dopiero teraz dostrzegając, że była boso, a jej buty tkwiły w dłoni. Kiedy ona je zdjęła?
- Powinnaś wziąć z niej przykład - zasugerował dobitnie, przysuwając się do niej na widok zmierzającej w ich stronę grupy ludzi wychodzących z klubu. - Wezwę ci taksówkę - dodał, nie pytając, wyjmując z kieszeni spodni telefon.
Mógł być chamem, burakiem, prostakiem i każdym innym epitetem, którego względem niego używała, ale nie zamierzał zostawiać pijanej, bosej i obiektywnie seksownej kobiety przed klubem o czwartej rano.
Niezależnie od tego, jak irytującą i arogancką dziennikarką była.

Pearl Morris
28 lat/a, 166 cm
dziennikarka Gambit Weekly
Awatar użytkownika
nikomu nieodpuszczająca dziennikarka, która pewnie pewnego dnia zrzuci sama na siebie kłopoty; póki co się tym nie martwi, skoro dostaje pochwały od przełożonych
Whispers of life
Szczerze zaszczebiotała, kręcąc przy tym głową z nieukrywanym rozbawieniem, jakie ją ogarnęło. — A to potrafisz takie pisać? — zagadnęła, nie wierząc za bardzo w to, aby faktycznie Rhys był mężczyzną, który wykonuje takiego typu wymianę smsów z jakąkolwiek kobietą, niemniej jednocześnie zaciekawiła się - bo czy miał w ogóle kiedykolwiek kogoś bardziej na stałe, kto by wytrzymał z takim bucem? Czy w ogóle wiedział o czymś takim, jak romantyzm i inne głupoty? A zresztą - co ją to obchodziło? Przecież nie byłaby w stanie spojrzeć akurat na niego jako potencjalnego faceta do czegoś więcej.
Bo i ona też nie nadawała się na cokolwiek stałego. Do takiego wniosku doszła całkiem niedawno, gdy ponownie rozstała się z pewnym facetem, po kolejnej siarczystej kłótni, nie pozwalając na coś takiego, jak kompromis. Dlatego też nie planowała szukać miłości. Uznała, że jednorazowe spotkania z mężczyznami są dla niej receptą na życie, jeśli czasem chce przeżyć coś innego, niż na co dzień ma to miejsce.
Ostatecznie zdecydowała się na wybranie na zewnątrz, będąca chyba największym wyczynem w życiu dziennikarki. Jakimś cudem dała radę pozbyć się obuwia, co nieco ułatwiło dalszą drogę do wyjścia, a gdy stanęli na zewnątrz, jej oczy zaczęły natychmiastowe skanowanie ludzi przebywających przy klubie, licząc że tutaj będzie jej kumpela. Zaczynała się martwić faktem nie dostrzegania dziewczyny, zerkając następnie na Rhysa, który również dołączył do tych poszukiwać - ale nie z taką samą żarliwością, jak u Pearl - słysząc iż również jej nie zauważył. — Cholera, gdzie ona się podziewa… — powiedziała bardziej do siebie niż do niego, dopiero w tej chwili uświadamiając sobie, że jednak jest na dworze nieco bardziej chłodno, niźli myślała. Dlatego też szybko zaczęła wkładać swe ręce do rękawów, zapinając guziki oraz ściskając ją w pasie za pomocą paska dołączonego do wierzchniego odzienia. Poprawiła następnie torebkę, znów lokując ją sobie na ramię, nadal trzymając szpilki w dłoni. Nie chciała przecież znów się przez nie przewrócić. — Nie wydaje mi się, dałaby mi znać, jakby tak było… — przekonana co do tego, aż szybko chwyciła na telefon znajdujący się w środku przewieszonej torebki, po czym zanim zdołała wykonać jakiekolwiek połączenie, ujrzała wiadomości tekstowe otrzymane właśnie od niej.
Gdzie Ty kurwa jesteś?
HAAALOOOO!!!!
Pearl, nie strasz mnie. Poszłaś z tym przystojniakiem do domu czy gdzieś indziej się podziewasz?
P E A R L
Cholera, nie widzę Cię w klubie, nie dajesz znać… pewnie zawinęłaś się i robisz coś ciekawszego
Baw się dobrze… Albo, może już jest po dobrej zabawie… jak już będziesz miała wolną chwilę, odezwij się, bo i ja już się zmywam do domu
Załącznik w postaci zdjęcia, gdzie koleżanka znajdowała się w środku taksówki
Przystojny ten kierowca, może jak mu dam duży napiwek, to będzie chciał na chwilę do nie przyjść…
Zrobiła wielkie oczy, nie spodziewając się że przez ten cały czas Amber próbowała się z nią jakoś skontaktować, a Pearl nie słyszała choćby najmniejszego dźwięku związanego z powiadomieniami, odczuwając w trakcie ich odczytywania ulgę. Ucieszyła się, że z nią było wszystko w porządku. — Pojechała do domu — odparła, informując Maddena iż miał wyjątkowo rację w tej kwestii, po czym zaczęła odpisywać.
I jak ten kierowca? Ja dopiero wychodzę z klubu, ale bez przystojniaka…
Zaraz po tym usłyszała szelest odpalanej zapalniczki, a następnie nieprzyjemny zapach papierosa, świeżo odpalanego, a wraz z nim wypuszczenie powietrza. Zmarszczyła nos, podnosząc głowę i widząc, jak ten tak najzwyczajniej w świecie, pali. — Musisz to robić? Przecież to śmierdzi — wcześniej była znacznie łaskawsza dla jego nałogu, gdy widzieli się w komisariacie, nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na tego trzymanego w ustach fajka. Teraz - z racji przyswojonych procentów, co wpłynęło na jej odwagę oraz większą wylewność - nie miała zamiaru się kryć z obrzydzeniem do tego sportu.
— Czy ja wiem, czy muszę? — zagadnęła, zerkając w kierunku osób wychodzących z klubu, również w celu zapalenia. O co chodziło z tymi palaczami? Czy naprawdę tyle ludzi w Nowym Orleanie jest uzależnione do fajek? — Boże, jeszcze bardziej od Ciebie śmierdzi — przyznała, jak znalazł się nagle bliżej, z nieznanych dla niej przyczyn. — Nie ma takiej potrzeby — rzuciła prędko, jak tylko zauważyła wyciągany przez niego telefon, wskazujący palec najpierw układając na urządzeniu, po czym przesunęła w sugestywny sposób by nie zamierzał nic z tych rzeczy. — Mieszkam niedaleko, przejdę się — dodała, wyjaśniając skąd taka decyzja, po czym zaczęła zakładać buty, chociaż wiedziała iż prędzej czy później szpilki ją zdradzają. — Dziękuję za miły wieczór i za… wcześniejszą pomoc — odparła, chwilę się mu przyglądając, po czym uśmiechnęła się delikatnie. Zaraz po tym odwróciła się i zaczęła zmierzać faktycznie w kierunku swojego apartamentu, nie dając mu nawet tej chwili na zastanowienie, na zatrzymanie jej, cokolwiek. Bo nie potrzebowała pomocy. A tym bardziej, aby znów jej pomagał buc, burak, cham i prostak, jak to kiedyś go ładnie określiła.

Rhys Madden
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
Zablokowany

Wróć do „Rozgrywki”